Ligowy klasyk, który w końcu klasykiem może być nie tylko z nazwy
Weszło

Ligowy klasyk, który w końcu klasykiem może być nie tylko z nazwy

Przez wiele lat starcia Legii z Wisłą ogniskowały na sobie uwagę nie tylko kibiców z Warszawy czy Krakowa. Były to bowiem zazwyczaj mecze drużyn walczących o mistrzostwo i nawet jeśli jedna z nich była w danym czasie w małym dołku, to i tak mało kto zmieniał wówczas kanał lub zwyczajnie nie przyłaził na stadion. I choć w ostatnich latach wartość tych spotkań nieco się zdewaluowała, to mamy sporo argumentów za tym, że dziś znów zobaczymy kawał dobrego futbolu. Futbolu, co istotne, prezentowanego nie tylko z jednej strony.

Dobrze pamiętamy początek dekady i zacięte rywalizacje na linii Warszawa – Kraków. Ostatnie lata to jednak mecze tak jednostronne, że aż żal było patrzeć jak Wisła przyjmuje kolejne ciosy i nie próbuje nawet zasłonić się gardą, o wyprowadzeniu kontry nie wspominając. Dość powiedzieć, że od 2011 roku wygrała tylko raz (!), a na piętnaście kolejnych ligowych spotkań doznała aż dziewięciu porażek. W tym tak bolesne jak 0:3 w Krakowie czy 0:5 przy Łazienkowskiej. Kompletny dramat. Dlaczego jednak możemy ostrzyć sobie zęby i szykować się znów na ligowy szlagier, a nie mecz do jednej bramki?

1. Bo Wisła Kiko Ramireza to zespół grający z głową. Tak jak do niedawna mielibyśmy problem ze zdefiniowaniem stylu gry i atutów „Białej Gwiazdy”, tak teraz przyszłoby nam to o wiele łatwiej. Poukładana defensywa, organizacja w tyłach i pomysł na to, jak neutralizować atuty przeciwnika? Jest. Koncept pod bramką rywala i skuteczność zawodników? Również. Poziom taktyczny? Całkiem przyzwoity jak na Ekstraklasę. Wisła unika raczej powszechnie stosowanej metody „na udo”, czyli albo się udo, albo się nie udo, a stara się za to poruszać po boisku tak, jak zostało to nakreślone w szatni. Bez niepotrzebnego chaosu, dezorganizacji i bałaganu. Dość schludnie i, co najważniejsze, efektywnie.

2. Bo „Biała Gwiazda” ma do wyrównania trochę porachunków z legionistami. Już pal licho te bęcki, która ekipa z Małopolski przyjmowała przez ostatnie lata. Gdy już bowiem w końcu zagrała na odpowiednim poziomie w tym sezonie, to i tak nie udało się Legii pokonać. Najpierw 0:0 przy Reymonta, a potem 0:1 przy Łazienkowskiej w kontrowersyjnych i pechowych okolicznościach. Wiślacy mieli bowiem i znakomite okazje do tego, by sami trafili do siatki…

…i nieszczęście w postaci tego, że sędzia tamtego spotkania nie zabrał z torby soczewek kontaktowych. I choć po tej akcji bramka nie padła, to niesmak pozostał.

3. Wisła gra bez jakiejkolwiek presji. Cel na rundę wiosenną został już wykonany i teraz „Biała Gwiazda” wiele może, ale nic już nie musi. Jasne, strata ośmiu punktów do podium nie jest mała, ale przy tak nieprzewidywalnych rozgrywkach jak nasza Ekstraklasa niewykluczone, że raz, dwa uda się ją zniwelować. Dopiero co mogli się przy Reymonta martwić, czy maj nie będzie upalny ze względu na walkę o utrzymanie, a teraz jest nawet realna szansa na… europejskie puchary. Brak ciśnienia i kompletny luz w kolejnych spotkaniach to może być więc spora przewaga Wisły choćby nad taką Legią, która miejsca na pomyłki już nie ma.

vSgiy8a

Fot. FotoPyk