Frankowski, Żurawski, Lewandowski – którzy polscy snajperzy byli najgroźniejsi w ostatnim ćwierćwieczu?
Weszło Extra

Frankowski, Żurawski, Lewandowski – którzy polscy snajperzy byli najgroźniejsi w ostatnim ćwierćwieczu?

Na Weszło ruszamy z nowymi cyklami – w poniedziałek przedstawiliśmy wam pierwszy, gdzie co tydzień dostaniecie najładniejsze bramki z weekendu, teraz pora pokazać drugi. To znaczy, rankingi się już u nas pojawiały, ale teraz nieco je uporządkujemy i będą lądować na stronie co tydzień. A skoro w robieniu dobrego wrażenia potrzebna jest skuteczność, zestawiliśmy gości, którzy pod bramką rywala potrafili być bezlitośni. Przed wami 30 polskich najlepszych snajperów ostatniego 25-lecia.

Zanim zaczniemy, dwie ważne uwagi. Po pierwsze – skoro 25-lecie, to bierzemy pod uwagę okres od sezonu 91/92. Po drugie – staraliśmy się wyselekcjonować typowe „dziewiątki”, więc z piłkarzy uniwersalnych, co i na skrzydle, i dziesiątce, i na szpicy byli lub ciągle są groźni, to jednak musieliśmy zrezygnować.

30

W sezonie 91/92 był królem strzelców ekstraklasy (razem z Podbrożnym) w barwach Hutnika Kraków, potem przez dwa sezony wykręcał dwucyfrowe łupy bramkowe. Wyjechał, by grać w Belgii, średniaku tamtejszej pierwszej ligi – KFC Lommelse SK – i utrzymywał się tam wiele lat. Nigdy nie dostał zaproszenia do reprezentacji seniorskiej, ale był na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie, gdzie zagrał tylko siedem minut przeciwko Kuwejtowi i nie wykorzystał karnego. Po skończeniu kariery został w Belgii i zatrudnił się jako urzędnik miejski odpowiadający za sprawy sportowe.

29

– Pseudonim wymyślił trener Lenczyk, gdy grałem w Ruchu. Pewnego dnia stawiłem się na zbiórce z ponad 40-stopniową temperaturą. Akurat wyjeżdżaliśmy na mecz do Łodzi. Gdy mnie trener zobaczył, to powiedział, że wyglądam jak nędza. I tak już się przyjęło – opowiadał Włodarczyk o swoim specyficznym pseudonimie, który pewnie nie jest marzeniem każdego napastnika. Na boiskach aż takiej nędzy jednak nie było, bo Włodarczyk swoje strzelał, dla Legii 52 bramki w 130 meczach. No i nie wolno zapominać o tym fenomenalnym rzucie karnym:

28

W CV Mielcarskiego najładniej wygląda oczywiście etap w Porto. – Młynarczyk mnie polecał. Jeden raz przylecieli do Polski, żeby mnie zobaczyć, potem drugi, trzeci, aż w końcu była taka sytuacja, że Robson powiedział córce Młynarczyka, która tłumaczyła wtedy rozmowę: „Przekaż Gregowi, że transferu nie będzie, bo podnieśli kwotę”. Poprosiłem, żeby podziękowała za zainteresowanie moją osobą i przekazała, że być może jeszcze się kiedyś spotkamy, może na innej płaszczyźnie. Robson spojrzał mi wtedy w oczy i powiedział: „Bierzemy cię”. Chodziło mu o charakter. Nie naciskałem. Podszedłem do tej sytuacji z pokorą. To była moja życiowa szansa, a przez moment zawisła na włosku. Pogodziłem się z tym, że być może nie odejdę. Młynarczyk odegrał najważniejszą rolę, ale Bobby Robson musiał klepnąć ten transfer, bo był za niego odpowiedzialny. Musiał mieć pewność, że pasuję do tego klubu – opowiadał Mielcarski w wywiadzie dla fc-porto.pl. Nie nagrał się tam zbytnio, ale ciekawostką (z przymrużeniem oka) jest fakt, że w cztery sezony Smoki zdobyły wówczas cztery mistrzostwa. Gdy Mielcar odszedł, nie udawało im się zrobić tego trzy kolejne lata. Był trochę piłkarzem niespełnionym, bo karierę zahamowały mu kontuzje, ale w Portugalii wspominają go dobrze, w roli dżokera odnajdywał się przyzwoicie, uzbierał osiem bramek w 41 meczach.

27

Pierwsze skojarzenie z Kuźbą: dlaczego, u licha, Żurawski w meczu z Lazio mu nie podał? Biegli we dwóch na bramkę rzymian, Żuraw mógł wystawić mu na pustaka, ale się na to nie zdecydował. – To była sytuacja, jakich wiele na boisku – mówił Żurawski. – Nawet nie widziałem Marcina. Od razu gdy dostałem piłkę, byłem nastawiony na strzał. Gdybym trafił w światło bramki, pewnie byłby gol i dzisiaj nie rozmawialibyśmy na ten temat – tłumaczył Magic, lecz nie trafił, Wisła poleciała z Europy, a mogła jeszcze zrobić tam większą furorę.

Oczywiście, nie jest tak, że Kuźbę będziemy pamiętać tylko z podania, którego nie dostał – grać w większą piłkę zaczynał w Górniku Zabrze, potem przez moment był w Auxerre, trzy sezony spędził w Lausanne-Sports (gol choćby przeciwko Realowi Madryt), znów epizod we Francji, konkretnie w Saint-Etienne i lądowanie w Wiśle, z którą przeżył wspaniałe chwile, tworząc kozacki duet ze wspomnianym Żurawskim. Grał na tyle dobrze (28 bramek w 43 meczach), że zainteresował się nim Olympiakos, a była to wtedy niezła drużyna, grająca w Lidze Mistrzów bez eliminacji, z Karembeu czy Giovannim w składzie. Niestety, Kuźba już wtedy był kruchego zdrowia i przygoda w Grecji okazała się przeciętna, wrócił do Wisły, a karierę skończył w Górniku. Miło pewnie tej końcówki nie wspomina, kibice nie byli zadowoleni z tego, jak często się leczył. – Na pewno tutaj nie wrócę. Po tym, co się wydarzyło, nie wyobrażam sobie, abym jeszcze kiedyś tu zagrał. Byłem tu obrażany. Z trybun pod moim adresem ciągle sypały się wyzwiska. Nazywano mnie kaleką, inwalidą. To nie jest miłe, bo przecież kontuzja może przytrafić się każdemu – tłumaczył.

Szkoda, że był szklanym piłkarzem, bo karierę mógł zrobić większą.

26

Bardzo solidny piłkarz, jeszcze w sezonie 93/94 na poziomie pierwszej Bundesligi potrafił strzelić 13 goli i mieć 11 asyst, później dobrą skuteczność podtrzymywał piętro niżej. Szkoda, że zabrakło jej w pewnym reprezentacyjnym momencie, który bardzo dobrze kojarzymy za sprawą okrzyku Szpakowskiego.


zewlak25

Piłkarz trochę niedoceniany, bo długi czas kariery spędził w Belgii, a jednak nie jest to liga, przy której polskie rodziny umilają sobie jedzenie rosołu. Choć też nie znaczy to, że można ją deprecjonować – Marcin czterokrotnie uzbierał tam dwucyfrową liczbę goli, naturalnym przystankiem w dalszej karierze miała być Francja, ale przygoda w Metz Żewłakowowi nie wyszła. Swoje jednak osiągnął, strzelił choćby bramkę na mundialu.


Żewłakow przez videgd

koniarek24

W 2010 roku ogłoszono złotą jedenastkę Widzewa, a w niej choćby nazwiska Bońka, Młynarczyka, Citki, Łapińskiego i Koniarka właśnie. Strzelał dla łodzian naprawdę sporo, żeby wspomnieć sezon 92/93 (23 bramki) i 95/96 (29 goli, król strzelców i mistrzostwo). Z jednej strony napastnik może być z siebie zadowolony, bo zapisać się wyraźnie w tak bogatej historii klubu to sztuka, z drugiej zawsze mogło być lepiej. Karierę za granicą Koniarek miał przeciętną, zaś w kadrze strzelił tylko jednego gola, przeciwko Irlandii. – Dorobek w reprezentacji jest trochę za mały. Popełniło się parę błędów, konkurencja była silna. Wtedy było naprawdę dużo zawodników. Nie to, co jest dzisiaj. Lewandowski, Milik i potem długo, długo nic. U nas było w czym wybierać. Z kadry wyleciałem po zgrupowaniu, na które przyjechałem prosto z meczu GKS-u. Wtedy mieliśmy w Katowicach taką tradycję, że po wygranym meczu się spotykaliśmy i świętowaliśmy. Ale jeśli wtedy z kadry wyrzucano by tylko za alkohol, proszę mi wierzyć, że nie byłbym jedyny – mówił napastnik.

mieciel23

Myślisz Mięciel, mówisz strzał przewrotką albo plaster na nos, który miał pomagać lepiej spisywać się na boisku. Po latach piłkarz przyznawał, że choć wierzył w moc plastra, ten okazał się bujdą, to jednak Mięciel na boisku potrafił pokazać się z dobrej strony. Kilka lat może nie za przesadnie hojnego, ale regularnego strzelania w Polsce, potem podobna historia w Grecji, dwa sezony w Bochum i powrót do kraju. Nie odmówimy sobie zobaczenia choć jednej przewrotki Marcina:

niedzielan22

Jego najlepszy okres przypadł na ponure czasy polskiej piłki – kibice siadali przed telewizorami, by sprawdzić jak poradzi sobie Niedzielan w NEC Nijmegen, bo to był jeden z wyższych szczytów, na jakie potrafił zajść wtedy polski piłkarz.

Niedzielan może nie strzelał wielu bramek – wyjeżdżał z Grodziska mając 10 w 26 meczach, ale potrafił sobą zainteresować. Był szybki, wraz z Rasiakiem tworzył ciekawy duet i też zajście Groclinu tak daleko w Pucharze UEFA zwróciło uwagę Holendrów. W Eredivisie radził sobie nieźle, raz walnął nawet 10 bramek, ale po powrocie do Polski już nigdy nie osiągnął tego poziomu co wcześniej. Raz, w Koronie miał 12 goli, ale to tyle, epizody w Chorzowie, Krakowie – bo obu stronach Błoń – są raczej do zapomnienia.

trzeciak21

Zanim stał się klasykiem głoszącym mądrości na temat Lamparda, Arruabareny i Lewandowskiego, był solidnym piłkarzem. W sezonie 91/92 zdobył mistrzostwo z Lechem, rok później to powtórzył i dołożył z kolegami superpuchar, królem strzelców został już w ŁKS-ie, z którym rok po koronie jeszcze sięgnął po tytuł. W kadrze może nie błyszczał, ale też wstydu nie było – 22 mecze i osiem goli to znośny wynik, biorąc pod uwagę, że goście pokroju Dembińskiego, Podbrożnego i Gilewicza nie znaleźli drogi do bramki w kadrze ani razu.

reiss20

Ikona Lech Poznań, której nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć. Dla Kolejorza strzelił 109 bramek, ostatnią w wieku 40 lat, przeciwko Zagłębiu Lubin. Raz był królem strzelców, dwukrotnie sięgnął z klubem po puchar krajowy, raz po superpuchar, czyli jakkolwiek spojrzeć, to jednak drużynowo trochę mało – brakowało tego mistrzostwa. Gdy akurat Lech go zdobywał w 2010 roku, Reiss był w Warcie Poznań.

Jeśli zaś chodzi o reprezentację, wręcz nie ma o czym mówić – napastnik nie zagrał w meczu o punkty, a w czterech towarzyskich spotkaniach strzelił jedną bramkę.

srutwa19

Jest w klubie „100” polskiej ekstraklasy, na wejściówkę do tego szacownego grona złożyły się bramki w Ruchu i Legii. Dokładnie w tej kolejności, bo w Warszawie spędził ledwie rok i wrócił do Chorzowa. W wywiadach mówił, że legionistom nie spodobały się jego najwyższe zarobki w drużynie i też nie czuł, by w tamtym zespole wszyscy grali do jednej bramki, miało nie być dnia, kiedy ktoś z kimś się nie pokłócił. Śrutwa wolał więc grać dla Ruchu i od powrotu w 2000 roku, trzymał się Niebieskich do końca rozgrywek 05/06.

furtok18

Po sezonie 90/91, kiedy był drugi w klasyfikacji strzelców ligi niemieckiej, nie błyszczał już tak skutecznością, ale wciąż po parę bramek na swoje konto potrafił w sezonie zanotować – cztery sezony grał jeszcze za naszą zachodnią granicą, na koniec kariery wrócił do GKS-u Katowice. Okazał się kluczowy też dla reprezentacji, bo gdyby nie on i jego ręka, być może zremisowalibyśmy z San Marino. – Naprawdę było ciężko, a dziennikarze piszący przed tym mecze sprawiali, że to ciśnienie było wysokie. Czy strzeliłem ręką? Specjalnie tego nie zrobiłem. To był takich odruch, bo byłem wkurzony tym, że ciągle jest 0:0, presja rośnie, a my ciągle nie strzelamy bramki. Tak wyszło – wspomina Furtok w Sportowych Faktach.

brozek17

Myślę, że miał wiele szans, by pokazać nam swoją gotowość do gry, ale zawsze wyglądał według mnie za słabo. Rozumiem jego frustrację, ale miałem mistrzostwo do wygrania i nie mogłem czekać na Pawła – mówił Neil Lennon o przygodzie Brożka w Celtiku. Szkoleniowiec ocenił go negatywnie, podobne zdanie o polskim snajperze mieli trenerzy w Trabzonie i w Recreativo Huelva – nigdzie nie poszło mu choć w ułamku tak dobrze, jak na rodzimych boiskach. Tutaj rządził, dwukrotnie sięgając po koronę króla strzelców i ośmiokrotnie po mistrzostwo. Jest więc przykładem piłkarza, który odnajduje się tylko w jednej „strefie klimatycznej”, bo przecież i reprezentacji nie oczarował, nawet za swoich najlepszych lat. Z orzełkiem na piersi zapamiętamy mu właściwie bramkę z Czechami i to tyle, o ważnych zwycięstwach nie przesądzał. Bardzo dobry zawodnik, jeśli futbolową mapę ograniczyć o klubowy kontur Polski.

sagan16

– Dość szybko jechałem na motorze, od brata z meczu. Całe szczęście, że za moimi plecami nie siedziała żona. Jechałem po swoim pasie, gdy nagle z boku wyjechał samochód. Nie zdążyłem wyhamować i stało się. Nie chcę mówić, co miałem połamane, bo ludzie stwierdziliby, że jestem wrakiem. Leżąc na łóżku szpitalnym, nie przeżyłem załamania, nie pomyślałem: Boże jedyny, to koniec świata, całe moje życie legło w gruzach. Przeciwnie, byłem na tyle młody, że byłem przekonany, że i tak za dwa, trzy miesiące przecież będę grał i jeździł na motorze, bo to moje dwie pasje. Mocno wierzyłem, że zostanę jeszcze dobrym piłkarzem. Ta wiara pomogła mi przetrwać wszystkie najgorsze chwile – opowiadał Marek Saganowski i dobrym piłkarzem rzeczywiście został, lecz cudów nie ma, rok przerwy od piłki w wieku 19 lat musiał mieć wpływ na jego karierę, więc pytanie, o ile więcej mógł osiągnąć.

Jednak i tak piłkarskiej historii może zazdrościć mu wielu. Przed wypadkiem sięgnął po tytuł z ŁKS-em, pod koniec kariery powtórzył to trzykrotnie z Legią. Występował z niezłym skutkiem w Portugalii, Anglii (Championship z Southampton) czy w Danii, gdzie w barwach Aalborga strzelił gola w Lidze Mistrzów, w sezonie 08/09. Rany, jakie to było wydarzenie – przecież wcześniej trafiał Krzynówek… w 2005 roku. Straszne czasy.

.
15

Przypadek o tyle ciekawy, bo nie narzekał na Magatha. Pewnie Mateusz Klich zrobił sobie z podobizny trenera tarczę do gry w darta, ale Kryszałowicz problemu nie miał. – Czasem warto się nad sobą zastanowić. Warto zadać pytanie: skoro inni grają, to może nie trener popełnia błędy, tylko problem tkwi we mnie? Mnie Magath kupił, przetrenowałem u niego okres przygotowawczy i jakoś nie narzekałem – opowiadał były reprezentant Polski.

W Niemczech na poważniejszym poziomie był związany z Eintrachtem Frankfurt, w Polsce głównie z Amiką Wronki, z którą zdobył trzy puchary krajowe, ale też zdążył zaliczyć niezbyt udane gry w Pucharze UEFA, kiedy w fazie grupowej Amica dostawała od każdego. Tworzył duet z Jackiem Dembińskim, który ciepło go wspomina. – Mi na przykład dobrze współpracowało się z Kryszałowiczem – na początku myślałem, że będzie problem, a nie, on był dostępny i do rozmowy, i do gry, od razu między mną a nim na tym boisku iskrzyło, wiedziałem jak się poruszać, gdzie przesunąć. Gdy ja skakałem do głowy, to z kolei on już się dobrze ustawiał. Fajna współpraca – opowiadał Dembiński.

Kryszałowicz był naprawdę dobrym piłkarzem z kozacką lewą nogą, którą potrafił załadować. Również w reprezentacji, gdzie ma swoje osiągnięcia – mowa tu przede wszystkim o golu na mundialu, ale też w eliminacjach, kiedy przesądzał o zwycięstwie nad Walią i otwierał wynik meczu z Norwegią, po którym przyklepaliśmy awans.

14

– Z jednej strony – gdy zaczynałem grać piłkę, naprawdę nie mierzyłem tak wysoko, a wszystko fajnie się potoczyło. Z drugiej – moja reprezentacyjna kariera mogła się zdecydowanie lepiej ułożyć. Nie udało się, biję się też w pierś. Naprawdę nie chcę szukać winnych, ale gdybym miał wtedy większe wsparcie, osiągnąłbym znacznie więcej. Nie byłem gorszy od jednego czy drugiego piłkarza, zawsze zarzucono mi za słabe warunki fizyczne. Może gdybym trafił na inne czasy? Dziś trenerzy bardziej skupiają się na wyciągnięciu maksimum z danego piłkarza. Ale nie chcę się na tym rozwodzić, bo byłoby to odebrane jako próba tłumaczenia się, a ja tłumaczyć się nie chcę – mówi Gilewicz zapytany, czy piłkarsko się spełnił. Odpowiada w punkt, bo na drabinie klubowej dotarł wysoko, ale w kadrze już tak dobrze nie było.

W klubach: cztery mistrzostwa ligi austriackiej, trzy puchary krajowe (dwa razy w Austrii i raz w Niemczech), jednokrotny król strzelców w barwach Tirola Innsbruck. W sumie 369 meczów, 113 goli.

W reprezentacji: 10 meczów, zero bramek.

No, jest różnica. Szkoda.

13

Rasialdo, drewno i tak dalej… Ile się tego nasłuchał to jego. – Głównie płynie to wszystko z Internetu. Od ludzi, którzy chyba nie mają co z sobą zrobić w wolnym czasie. Wiem, że są tacy, którzy mnie cenią i tacy, którzy nie cenią mnie wcale. Ale z drugiej strony… Nigdy zbyt mocno nie zabiegałem o to, żeby każdy mnie lubił i żebym każdemu się podobał. Przez sześć lat w Anglii zdobyłem siedemdziesiąt dwie bramki. Daj Boże zdrowie, żeby wszyscy tyle strzelali… – mówił Rasiak.

Te żarty były przesadzone, jednak w swoim czasie stały się tak popularne, bo łatwo było nimi walić, ale często na oślep. Wiadomo, że Rasiak miał swoje wady i potrafił niektórymi występami irytować (Anglia za Janasa na Old Trafford), ale też był po prostu dobrym piłkarzem, inaczej nie odnajdowałby się w Championship przez tyle lat. Bardziej uznani w polskim futbolu potrafili się odbić od tego poziomu, choćby Tomasz Frankowski. Szkoda, że Rasiakowi nie wyszło w Premier League, ale najwidoczniej ta półka rzeczywiście była już za wysoko – choć gdyby sędzia uznał ten gol w barwach Tottenhamu… Nie no, to pewnie pobożne życzenia, jednak Rasiaka docenić wypada.

12

W Bielefeldzie – Król Artur, 216 meczów i 88 bramek. W Berlinie – nawet nie książę, 81 meczów i ledwie sześć goli. Przedziwna historia, bo facet skuteczny w Arminii, gdy tylko przeprowadzał się do Herthy zaraz gasł i nie było w tym przypadku, próbował przecież dwa razy. Mógłby osiągnąć więcej, pewnie ze stolicy Niemiec byłoby mu łatwiej wybić się dalej, ale widocznie tu był kres jego możliwości – a i tak dajcie zdrowia wielu polskim piłkarzom, by nastrzelali tyle na pierwszym i drugim poziomie niemieckiej ligi. Szkoda, że w kadrze nie czuł się jak w Arminii, tylko bardziej jak w Hercie – 17 meczów i gole z Czechami, Estonią, Kazachstanem i Luksemburgiem to na pewno nie jest galeria sław reprezentacji.

11

Wypatrzył go Mieczysław Broniszewski, jeszcze gdy pracował w Górniku Zabrze. Zorganizowano wtedy mecz juniorów Górnika z okoliczną młodzieżą, ale bardziej po to, by sprawdzić własne szeregi, niż kogoś brać. No, ale ci chłopcy z pobliskich miast i wiosek wygrali 2:0, choć bardziej można powiedzieć – Jeleń wygrał, zdobywając oba gole. Trenerzy go chcieli, ale ówczesny prezes klubu, Stanisław Płoskoń nie zgodził się, mówiąc że w Górniku ma grac młodzież z Zabrza. Napastnik był z Cieszyna.

Broniszewski jednak Jelenia zapamiętał i kilka lat później, gdy był już w Wiśle, powiedział prezesowi Dmoszyńskiemu: chcę tego, nie pytaj dlaczego, tylko go weź. Za przyszłą legendę klubu zapłacono 50 tysięcy złotych.

W taki sposób Jeleń trafił do Wisły, gdzie wypłynął na szerokie wody. Później przeszedł do Auxerre, tam radził sobie naprawdę dobrze, w sezonach 08/09 i 09/10 ładując po 14 goli.

Mówił, że był najszybciejszy i rzeczywiście miał rację, przekonał się choćby o tym David Odonkor na mundialu 2006 roku, kiedy wypoczęty Niemiec wprowadzony z ławki, nie mógł dogonić Irka. Zresztą, z kadry tych mistrzostw Jeleń był jednym z nielicznych, którzy po powrocie do Polski patrzyli w lustro bez wstydu.

10

O wielu polskich piłkarzach można powiedzieć, że są niespełnieni, ale gdyby założyć im koło, to Dembiński otwierałby posiedzenia. Nie jest to nagięta teza, bo sam zawodnik niejako się pod nią podpisuje: – Dopiero w wieku 22 lat zacząłem grać na poważnie w piłkę i często zadaję sobie pytanie, co by było, gdybym grał wcześniej, łapał doświadczenie i tak dalej. Dużo straciłem przez te lata, mogłem osiągnąć więcej. Teraz są troszeczkę inne czasy, piłkarzom jest łatwiej, są menadżerowie z prawdziwego zdarzenia. Ja takiego nie miałem, a może taki był mi potrzebny, dałem sobie radę na tyle, na ile umiałem, bo wyjechałem za granicę, ale mogłem spełnić się bardziej – mówi.

Dembiński potrafił wiele, miał dryg do strzelania bramek – robił to w Lidze Mistrzów, na polskich i niemieckich boiskach – piłka mu nie przeszkadzała. Technicznie potrafił naprawdę wiele, jako dzieciak często bawił się piłką tenisową, rozgrywał nią nawet mecze na zasadzie – on nogą, przeciwnik rakietą i potrafił te starcia wygrywać. Niestety, jakoś tak się jego kariera potoczyła, że w reprezentacji Polski nie zdobył żadnej bramki, a przecież ta sztuka udała się Zahorskiemu, Plizdze, Kaczorowskiemu czy Łukasikowi.

To jajo na koncie zysków w kadrze na pewno Dembińskiemu uwiera, ale to nie zmienia faktu, że snajperem był konkretnym i w pierwszej dziesiątce trzeba go ująć.

9

Wiadomo, że Kowal byłby wysoko w rankingu piłkarzy, którzy nie zrobili kariery na miarę talentu, bo Hiszpanii z pewnością nie podbił, ale i w zestawieniu snajperów musi być wysoko. Kowalczyk równa się Legia, zdobył z nią trzy mistrzostwa kraju i strzelał regularnie. Na niwie klubowej trzeba mu jeszcze zapisać Cypr, kiedy w 2002 roku zdobył mistrzostwo, a indywidualnie koronę króla strzelców. Z kolei reprezentacja Polski to w historii Kowalczyka oczywiście głównie Igrzyska Olimpijskie z Barcelony, bo w dorosłej reprezentacji szału nie było. Niby ma 11 bramek, ale tylko trzy z nich w meczach o punkty.

8

Wielka klasa, w latach 90. musiał bać się go każdy obrońca w polskiej lidze. Rany, ile on strzelał:

91/92 – 34 mecze, 20 goli

92/93 – 34 mecze, 25 goli

93/94 – 34 mecze, 14 goli

94/95 – 33 mecze, 15 goli

95/96 – 28 meczów, 19 goli

Tym większy szacunek, że był regularny zarówno w Lechu, jak i w Legii, wielu zawodników nie wytrzymałoby ciśnienia przy okazji takiego transferu. Guma nie miał z tym problemów, dwukrotnie sięgał po koronę króla strzelców, trzy razy zostawał mistrzem Polski (plus raz tytuł otrzymał), gdy wyjechał do USA, grać dla Chicago Fire, również sięgnął po mistrzostwo.

I wszystko pięknie, szkoda tylko, że nie odnalazł się w reprezentacji. – Chyba temat reprezentacji pojawiał się u mnie w złych momentach. Jak strzelałem gola za golem, to nikt mnie nie powoływał. A jak przychodził kryzys, akurat było i powołanie. Nie rozumiałem tych trenerów, dlaczego nie brali mnie na „już”, kiedy była forma, tylko zawsze jakoś z opóźnieniem. Szkoda, bo za mało w tej kadrze pograłem – mówił Podbrożny. Stanęło na sześciu meczach, goli brak.

7

Dwa gole z Portugalią, cztery z Kazachstanem, dwa z Belgią – no, w czasach eliminacji do Euro 2008 kozak piłkarz, choć historię samych mistrzostw niestety znamy. – Nie byłem w najlepszej formie, mogłem pokazać dużo, dużo więcej. Tak, zawiodłem. Ale tak może powiedzieć o sobie każdy piłkarz, nawet Artur Boruc. Po meczu z Austrią byłem wściekły, pozostali także. Jeśli ktoś twierdzi, że w 2008 roku pokazał się z dobrej strony, to bredzi. Wszyscy zagraliśmy beznadziejnie – mówił Smolarek w rozmowie z Polska The Times.

Klubowo najlepiej na pewno czuł się w Borussii, Racing, a szczególnie Bolton były nieporozumieniami, Kavala to mógł jedynie Smuda opowiedzieć. Wrócił do Polski, w Polonii grał dobrze, ale nie zgodził się na zamrożenie części pensji przez Wojciechowskiego i znów ruszył w świat, do Kataru i Holandii. W Polsce zahaczył jeszcze o Jagiellonię, ale trudno powiedzieć, żeby mu się tam specjalnie chciało. – Jego kariera była kierowana fatalnie. Widać było, że on się szamocze, przyjeżdża do klubów, w których nie powinien się znaleźć i jeszcze jest nieprzygotowany – trafnie niegdyś podsumował wybory Ebiego Jerzy Engel.

Bo rzeczywiście, Smolarek mógł osiągnąć więcej, ale głównej roli w historycznym awansie nikt mu nie zabierze.

6

Ktoś może powiedzieć, że tak wysokie miejsce to za szybko, ale właściwie… na co czekać? Milika wzięło Napoli za grube pieniądze i dopóki Arek był zdrowy, strzelał tam na zawołanie – zresztą, teraz znów trafił i być może wróci na właściwe tory. Poza tym, choć ten chłopak ma dopiero 23 lata, już stał się kluczową postacią reprezentacji. Zwróćcie uwagę jak ważne bramki strzelał w eliminacjach do Euro 2016:

– z Niemcami na 1:0

– ze Szkocją na 2:2

– z Gruzją na 1:0, gdy męczyliśmy się z nimi u siebie

Do tego dochodzi asysta w spotkaniu ze Szkocją na wyjeździe. A sam turniej? Rzeczywiście, Milik skutecznością nie grzeszył, ale przełamał Irlandczyków z Północy i podawał do Błaszczykowskiego, gdy ten pogrążał Ukrainę. To naprawdę dużo i nie ma powodu, by nie miało być więcej. – Arek to klasowy zawodnik i jego brak jest odczuwalny – mówił Lewandowski, gdy kadra musiała sobie radzić bez niego. Lepszej rekomendacji nie ma, Milik w takim zestawieniu musi być wysoko.

5

Wiele bramek Frankowskiego można przywołać, bo przecież strzelił ich od cholery, ale jakbyśmy mieli wybrać jedną, która najlepiej go obrazuje, chyba byłaby to ta na Old Trafford. Po pierwsze – znów znalazł się w idealnym miejscu i czasie, a sytuacja nie była łatwa, bo Kosowski dośrodkowywał na dwa razy. Po drugie – choć to pierwsza połowa, nawet wtedy Franek wszedł na zmianę, wciąż nie mogąc się doczekać zaufania od Janasa.

To nie był pierwszy raz, kiedy napastnik dał w tamtych eliminacjach coś od siebie, ale jak doskonale pamiętamy, na mundial nie pojechał. – Nie. Minęło już prawie 10 lat od tamtego czasu. Nie umiem chować urazy tak długo, choć pewnie gdyby usiadł przede mną, czułbym lekki niesmak. Nie miał powodów, by tego nie zrobić – mówił Frankowski zapytany niegdyś w Sportowych Faktach, czy wciąż czuje żal do Janasa. – A czy ja prowadziłem ochronkę dla zasłużonych? Pół roku przed mundialem spotkałem się ze wszystkimi zawodnikami. Powtarzałem im, że za awans do finałów, czyli za zasługi, właśnie otrzymali solidne premie. Jednak o tym, których zabiorę do Niemiec, zadecyduję dopiero wiosną. Frankowskiego powoływałem zawsze, kiedy tylko grał w klubie. Kilka miesięcy przed finałami w Niemczech akurat przeszedł do Wolverhampton i natychmiast usiadł na ławce rezerwowych. On sam wiedział, że daleko mu do wysokiej formy – kontrował selekcjoner.

Ktokolwiek ma rację, sympatia kibiców będzie po stronie napastnika. Strzelał dla Wisły, Jagiellonii i reprezentacji, choć jego wojaże zagraniczne są do zapomnienia, zawsze będzie pamiętany jako łowca bramek.

4

W przeciwieństwie do niektórych tutaj, nie może sobie zarzucać, że pociąg z większą karierą uciekł mu na własne życzenie, bo osiągnął wiele. – Spełnienie. Grałem w bardzo dobrych klubach, zdobyłem kilka tytułów, również tych indywidualnych. We wszystkich zespołach strzelałem gole, a to nie należało do rzeczy prostych, bo to były różne kraje, różne style gry, a wszędzie sobie poradziłem – mówił Juskowiak zapytany, czy z kariery jest zadowolony. I co tu dużo kryć, szło mu właściwie gdzie grał – od Lecha, przez Sporting, Olympiakos, Wolfsburg po nawet Erzgebirge Aue, gdzie jako doświadczony zawodnik co sezon kręcił się blisko dwucyfrowego łupu.

Do tego Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie, gdzie Polacy z Juskowiakiem zajęli drugie miejsce, a sam napastnik zdobył koronę króla strzelców. Klasowa kariera.

3

Maszyna. Od sezonu 91/92 rozegrał w barwach Panathinaikosu 338 meczów i strzelił w nich 212 goli. Sięgał po mistrzostwa, puchary krajowe i tytuły króla strzelców. Gdy przechodził do Grecji, wielu śmiało się, gdzie on idzie, bo przecież tamta liga była uznawana za podobną poziomem do naszej, jeśli nie słabszą. – Liga grecka nie była wtedy tak silna jak teraz, ale ja czułem, że muszę wyjechać, poza tym propozycja z Panathinaikosu była właściwie jedyna. Okazało się, że trafiłem w dziesiątkę, moje umiejętności wystarczyły akurat na tyle, by stać się ważnym dla drużyny – mówił Warzycha. Postawił na swoim i dobrze, zresztą utarł nosa Legii Warszawa, kiedy w ¼ Ligi Mistrzów strzelił jej dwie bramki i wyrzucił za burtę. – To był mój rewanż na Legii, bo w pierwszym meczu w Warszawie kibice mnie obrażali – mówił napastnik w sport.tvp.pl, potem jeszcze strzelił Ajaksowi, lecz to akurat do awansu nie wystarczyło, Panata zatrzymała się na półfinale.

Zbiera się to wszystko do kupy i widać napastnika kompletnego. Niestety, tak powiedzieć jednak nie można, bo jest „ale” – Warzycha był kolejnym przykładem snajpera, który nie potrafił przełożyć umiejętności na kadrę. O punkty strzelał tylko przeciwko San Marino i Mołdawii, nie wywalczył ani jednego biletu na wielką imprezę.

2

Z jednej strony na poziomie reprezentacji wcale nie strzelał zbyt wielu bramek – ma ich 17 w 72 meczach – to jednak bywało, że jego trafienia okazywały się kluczowe. Szczególnie w walce o mundial w 2006 roku, kiedy uzbierał siedem goli. Trafiał wtedy w trudnych meczach z Walią, Irlandią Północną (rety, jak się męczyliśmy z nimi u siebie) czy Austrią. Zresztą, Magic przez długie lata był ważny dla reprezentacji, do Korei pojechał bez minuty w eliminacjach, a na turnieju wszystko zaczynał w podstawie, u Beenhakkera strzelał od święta, a i tak Holender widział w nim kapitana, często powtarzając jak Żurawia powinniśmy szanować.

Żurawski ma więc na swoim koncie trzy wielkie turnieje z kadrą, ale i kariera klubowa była więcej niż dobra. Zaczynał w Lechu, potem był głównym bohaterem głośnego transferu do Wisły, gdzie królował wiele lat, nie przyniósł wstydu w Celtiku, nawet gdy kierował się ku emeryturze w Larissie i Omonii, nie było z nim wcale najgorzej. Bardzo ważny i bardzo dobry piłkarz w historii polskiej piłki

1

Zaskoczenie, co? Wybór nie mógł być inny, Lewy będzie wygrywał w tej i wielu innych klasyfikacjach, po prostu jest najlepszy. Nie ma co się rozwodzić, można pooglądać:

PRZYGOTOWAŁ PAWEŁ PACZUL