Image and video hosting by TinyPic
Czy to ten sezon, gdy po kilkunastu latach uda się dopisać epilog wspaniałej historii?
Weszło

Czy to ten sezon, gdy po kilkunastu latach uda się dopisać epilog wspaniałej historii?

Rok rozpoczął się naprawdę mocno – jeszcze w styczniu rząd Leszka Miller przyjął plan naprawy finansów publicznych autorstwa Jerzego Hausnera, a do kin weszła Symetria. W maju Polska dołączyła do Unii Europejskiej a FIFA wybrała Republikę Południowej Afryki na gospodarza MŚ w 2010 roku. W piłce nożnej działy się jednak rzeczy jeszcze bardziej doniosłe. Jose Mourinho, młody, utalentowany Portugalczyk prowadził właśnie FC Porto do bezprecedensowego sukcesu, który przełamał stagnację wśród najlepszych drużyn kontynentu.

FC Porto zmierzało po triumf w Lidze Mistrzów, ale w tamtej edycji wcale nie było jedyną sensacją rozgrywek.

Właśnie wtedy, w 2004 roku, wiosną, doszło bowiem do bodaj najbardziej kuriozalnych rozstrzygnięć w nowożytnej historii Ligi Mistrzów. Prześledźmy bowiem te XXI-wieczne edycje. Od sezonu 2000/01, w którego finale zmierzył się Bayern z Valencią, mieliśmy 15 finałów, co daje łącznie 30 miejsc finałowych. Statystyki wyglądają tak:

– 9 z tych miejsc zajęły kluby z Hiszpanii, 8 z Anglii, 6 z Włoch, 5 z Niemiec (zostają dwa puste)
– w 7 z 15 finałów brał udział ktoś z duetu Barcelona/Real, w kolejnych 6 ktoś z duetu Bayern/klub z Anglii (zostają dwa puste)
– w 14 z 15 finałów brał udział przynajmniej jeden klub z czterech najsilniejszych lig (Anglia, Hiszpania, Włochy, Niemcy)

Można by tak wymieniać długo, a gdybyśmy zeszli do poziomu półfinalistów, doszlibyśmy do wniosku, że w piłkę w XXI wieku w Europie gra jakieś osiem, maksymalnie dwanaście drużyn.

I nagle wjeżdża sezon 2003/04, cały na biało-niebiesko-czerwono, bo w finale w tych rozgrywkach zmierzył się klub z Portugalii (!) z klubem z malutkiego księstwa na południu Francji. FC Porto – AS Monaco, a w półfinale jeszcze Deportivo La Coruna, czyli – jak już mogliście się zorientować – hiszpański klub niebędący Realem ani Barceloną. Sami nie wiemy, jak przenieść to na dzisiejsze realia. Pamiętajmy – to nie był wcale czas jakiegoś wybitnego „prosperity” w Ligue 1 czy lidze portugalskiej. To nie był efekt jakiejś szeroko zakrojonej strategii „krok po kroku” – nie, tutaj bardziej pasowałby czwarty ówczesny półfinalista, Chelsea, budująca swą markę za pieniądze rosyjskiego oligarchy.

Porto? Monaco? To były po prostu wystrzały, róże na betonie, efekt dość niespotykanej eksplozji formy kilkunastu utalentowanych zawodników i szkoleniowców, którzy wykorzystali jednocześnie zadyszkę europejskiego topu. O Jose Mourinho, który z tamtego Porto nie tylko wyruszył w wielki świat, ale jeszcze pociągnął za sobą wylansowane w tamtych latach talenty napisano wszystko. A Monaco?

***

Monaco było historią tak absurdalnie mocną, że chyba nieco zbyt tandetną na ekranizację. Klub na finansowym zakręcie, tak mocnym, że mimo drugiego miejsca w tabeli Ligue 1 za sezon 2002/03 groziła im relegacja o klasę niżej. Wobec wielomilionowych długów do dymisji podał się rządzący od trzech dekad prezydent klubu. Skład? Wypożyczony, „za słaby na Real”, Fernando Morientes. Ludovic Giuly, Jerome Rothen czy Patrice Evra, lokalne talenty, które nigdy nie wyściubiły nosa poza Francję. Lucas Bernardi, który chwilę wcześniej odbił się od Olympique Marsylia, w bramce Flavio Roma, który do 25 roku życia błąkał się na wypożyczeniach do klubów Serie B a nawet trzeciej ligi włoskiej.

No i Dado Prso. Po prostu Dado Prso.

Znalezione obrazy dla zapytania dado prso

Już w grupie stało się jasne, że mamy do czynienia ze zjawiskiem, którego dawno w Europie nie widziano. W okresie, gdy najlepsze wyniki osiągały kluby z żelaznymi defensywami – Monaco na wejściu zagrało radosne 8:3 z późniejszym półfinalistą, Deportivo z czterema golami wyżej umieszczonego dżentelmena z kucykiem. Później było wyłącznie lepiej – jak w spotkaniu ćwierćfinałowym, z Realem Madryt.

By dobrze zrozumieć, jakie znaczenie miał wynik AS Monaco w starciu z „Królewskimi” trzeba przypomnieć jak wyglądał ówczesny Real. To były najlepsze lata polityki „Galacticos” – czego pewnym wymownym znakiem jest właśnie wypożyczenie niemieszczącego się w składzie Morientesa do Monaco. Figo, Beckham, Zidane, Raul, Roberto Carlos i oczywiście „El Fenomeno”, Ronaldo. Rok wcześniej Real wygrał ligę, dokładając do tego europejski Superpuchar i Puchar Kontynentalny, w Lidze Mistrzów odpadł w półfinale. W ostatnich sześciu sezonach jednak, triumfował w LM aż 3 razy. Innymi słowy – była to nie tyle półka wyżej co Monaco z Flavio Romą w bramce, ale zupełnie inna liga, zupełnie inny poziom oczekiwań, wymagań, płac i kontraktów reklamowych.

Po 81 minutach tego dwumeczu sytuacja na murawie oddawała przepaść organizacyjną. Na dziesięć minut przed gwizdkiem Ronaldo podwyższył prowadzenie Realu na 4:1 i wydawało się, że jest pozamiatane. Nawet gdy chwilę później Morientes odpowiedział ustalając wynik na 4:2 – nikt nie brał pod uwagę, że to AS Monaco obejrzymy w meczu półfinałowym.

Rewanż? Szybki gol Raula, który sprawił, że niektórzy kibice mogli już machąć ręką na wydarzenia boiskowe i w pełni skupić się na popijaniu piwka. Aż tu nagle, tak bez żadnego ostrzeżenia, kompletna jazda bez trzymanki.

I w końcu półfinał, a co za tym idzie – fantastyczna walka z Chelsea o to, by zagrać przeciwko Porto na stadionie w Gelsenkirchen. Znów sensacyjne 3:1 na własnym obiekcie i wyjazdowe 2:2, które dało zespołowi upragniony awans. I choć w rywalizacji o puchar Ligi Mistrzów lepsi okazali się Portugalczycy Mourinho, to tamta kampania w wykonaniu Monaco przeszła do historii. Ach, cóż to była za drużyna. Pełna wydawało się przeciętnych zawodników, którzy wyrastali na naszych oczach na gwiazdy. Ci sami goście zresztą w tamtym sezonie wywalczyli nie tylko srebrne medale, ale i przepustkę do klubów o wiele bardziej renomowanych. Giuly czmychnął do Barcelony, Rothena wyciągnęło PSG, Prso zakotwiczył w Szkocji, a Morientes powrócił do Madrytu. W kolejnych latach klub popadał w coraz to większe tarapaty – tak finansowe, jak i sportowe. Koniec konców z hukiem spadł nawet do Ligue 2, a legendarny zespół odprawiający Real czy Chelsea pozostawał już tylko mglistym wspomnieniem.

A potem przyszedł on, cały na biało – Dmitrij Rybołowlew. Wpompował w zespół kupę kasy, pomógł wyprowadzić go na prostą i dziś, po 13 latach od pamiętnej kampanii, znów możemy zastanawiać się nad przyszłością ASM. Czy po tak długiej przerwie uda się w końcu dopisać epilog tej romantycznej historii? Czy Mbappe, Falcao i spółka będą wspominami dekadę później z takim samym rozrzewniewniem, z jakim my wspominamy Prso czy Morientesa? Pierwsza okazja do tego, by kibicom narobić nadziei już dziś – wystarczy tylko postawić stempel i nie dać sobie wyrwać bezcennego prowadzenia wywalczonego przed tygodniem w Dortmundzie.

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
eMTeZet
Legia Warszawa

Lubię być pierwszy. I daj im Boże nie tylko ze względu na Kamila. Piłka traci wartości piękna poprzez kosmiczne transfery, poprzez kosmiczne kombinacje, kogo lepiej oglądać w finale, poprzez łachudrów sędziów, poprzez kombinujących od lat w sporcie bukmacherów itd. Więc jak czasami ktoś ich wszystkich zaskoczy wraca piękno tej gry. Może ja jeden z 4,5 miliarda kibiców dożyję chwili, kiedy sport a w nim piłka nożna wróci do treści zawartych w przesłaniu Pierra de Coubertina. Niekoniecznie amatorsko, bo to zupełnie nierealne ale sportowo. Kocham Monaco i im podobnych.

Kanapowy Janusz
Karabakh Agdam

Skoro odpadł Leicester, pełną sympatię kieruję na Monaco. Zwróćcie uwagę na Falcao – wydawał się już piłkarzem, stosując terminologię Trzeciaka, wypalonym. W Monaco odżył (jest mała analogia do Morientesa). Życzę im triumfu, zrobić sukces z klubem bez jakichś oszałamiających nazwisk, pełen szacunek. Oby w półfinale cieniutkie Atletico, a potem ciasteczko w finale. W sumie, gdyby doszło do finału Juve – Monaco, wygrałby w 100% futbol…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY