Image and video hosting by TinyPic
Pokerzysta nie blefował – Tony Bloom wprowadził Brighton na salony angielskiej piłki
Weszło Extra

Pokerzysta nie blefował – Tony Bloom wprowadził Brighton na salony angielskiej piłki

Powiedzieć, że Brighton drogę powrotu na futbolowe boiska angielskiej elity miało krętą, to jak w ogóle nie zabrać głosu. Klub był minuty od wypadnięcia z czwartego poziomu rozgrywek, czyli ostatniego należącego do Football League. Krok od bankructwa, musiał sprzedać tereny, na których znajdował się stadion, w rezultacie czego najpierw pozostawał bezdomny, a potem grał na obskurnej ruderze. W zeszłym roku, mimo że awans był już na wyciągnięcie ręki, zespół nie umiał po niego sięgnąć, popadł w mały kryzys, który przerodził się w duże rozczarowanie, bo wejściówek na najwyższy poziom dla Brighton ostatecznie zabrakło. Jednak przedwczoraj nastąpił koniec tułaczki i czekania – „Mewy” po 34 latach wróciły do Premier League.

Zadecydowało o tym zwycięstwo nad Wigan, przy jednoczesnym remisie Huddersfield z Derby County – teraz już żadna siła nie odbierze Brighton awansu, które dumnie, z dorobkiem aż 92 punktów, patrzy na wszystkich z góry. Dla ludzi związanych z klubem na pewno jest to ulga po tym, co przeżyli choćby wspomniany już rok temu. Wówczas, na dwie kolejki przed końcem, „Mewy” miały tyle samo punktów co Burnley i Middlesbrough, zajmujące odpowiednio pierwsze i drugie miejsce w tabeli. Wyniki ułożyły się tak, że wystarczyło wygrać jeden mecz, by sięgnąć po awans, ale ekipa Chrisa Hughtona dwa razy podzieliła się punktami – z Derby i Middlesbrough właśnie – co strąciło ją do baraży. A choć przystępowali do nich jako drużyna najwyżej rozstawiona, polegli na pierwszej przeszkodzie, gdy za mocne okazało się Sheffield Wednesday.

– 11 miesięcy minęło od momentu, kiedy wszedłem do szatni po przegranych barażach z Sheffield. Byłem załamany, zawodnicy również. Jednak powiedziałem im, że co nas nie zabije to nas wzmocni, wygrzebiemy się z tego i wywalczymy awans w kolejnym sezonie. Zrobiliśmy to, piłkarze spisali się niesamowicie. Brighton wniesie do Premier League piękne miasto, wielu fanów, świetny stadion, na który bilety będą wyprzedane każdego dnia i mamy nadzieję, że na boisku sprawimy, by miasto i kibice byli z nas dumni – mówi Tony Bloom, prezes klubu od 2009 roku.

Bloom nie jest z pewnością człowiekiem przypadkowym, który stwierdził, że akurat ma ochotę na wejście w futbol, więc zdecydował się na kierowanie Brighton. Nie – facet kibicem zespołu jest od 40 lat, a tę miłość zaszczepił mu dziadek, Harry Bloom, będący zresztą w latach 70. wiceprezesem „Mew”. Co ciekawe, wnuk nie odziedziczył od Harry’ego jedynie miłości do klubu, ale również zafascynowanie hazardem, które potem przyniosło Tony’emu fortunę. – Od ósmego lub dziewiątego roku życia chodziłem z kolegami na maszyny, graliśmy na nich za pieniądze z kieszonkowego. Nawet wtedy próbowaliśmy wyjść na swoje, ale to nie było możliwe – mieliśmy jednak frajdę z gry. Dziadek też był hazardzistą, obstawiał wyścigi koni i chartów, wiele nas łączyło – bo również miał wielką pasję do futbolu – ale jedna rzecz delikatnie różniła. On nie miał tylu sukcesów w hazardzie co ja! Odszedł 30 lat temu, lecz wciąż mam go głęboko w sercu – wspomina Bloom.

Skoro zaczął tę, przyznajmy, ryzykowną przygodę tak szybko, nie mógł jej skończyć równie prędko. Mike Atherton – niegdyś kapitan angielskiej drużyny w krykieta – w swojej książce o bezpośrednim tytule Hazard pisze, że Bloom w wieku 15 lat odwiedzał bukmacherów na podrobionych dowodach, bo według tamtejszego prawa, pieniądze w ten sposób można przepuszczać (albo zarabiać) od 18. roku życia. Bloom i Atherton się znają, Tony przyznał mu również, że w 1994 roku przegrał pięć tysięcy funtów na meczu Anglii z Zachodnimi Indiami. Naturalnie, w krykieta.

Nie ma co jednak myśleć, że Bloom w młodzieńczych latach był degeneratem, który wszystkie pieniądze roztrwaniał lokalach ze świecącym banerem 777 nad głową. Nie, był z dobrego domu, uczył się w Lancin College, gdzie za rok nauki trzeba zapłacić, bagatela, 23 tysiące funtów. Ale szkoła ma też czym kusić – w jej ławkach dorastał choćby sir David Hare, znany dramaturg. Potem studiował matematykę na uniwersytecie w Manchesterze, natomiast karierę zawodową zaczynał w Ernst&Young, gdzie pracował w księgowości, a następnie przez pół roku był przedsiębiorcą.

Tylko sześć miesięcy, bo wciąż ciągnęło go do obstawiania wydarzeń sportowych i w końcu postanowił, że zajmie się tym, jakkolwiek to brzmi, zawodowo. – Wierzę w agresywną grę, więc skoro chcesz wygrywać dużo, czasem musisz zaryzykować dużą porażkę – tłumaczył Bloom. Szło mu to wszystko zręcznie, czasem przegrał – jak na wspomnianym krykiecie – ale częściej był górą. Inaczej nie wpadłby w latach 90. w oko firmie bukmacherskiej Victor Chandler, która wchodziła na azjatycki rynek. Tam, korzystając ze swoich zdolności matematycznych, pomagał układać firmie korzystne dla niej linie azjatyckiego handicapu, na których przegrywali żądni kasy klienci. Co więcej, jak głosi jedna z legend dotyczących Blooma, polecił członkom zarządu zagrać wysoko na Francję w finale mundialu 1998, widząc, że rynek nie docenia ekipy Jacqueta w starciu z Brazylią. Jak wiemy, stanęło na 3:0 dla „Les Bleus”.

W końcu Bloom stał na nogach tak mocno, że sam mógł pozwolić sobie, by otworzyć własny biznes i ruszył z bukmacherem Premier Bet, którego w 2005 roku sprzedał za nieco ponad milion funtów.

Wciąż mowa o kwotach, które dla zwykłego śmiertelnika są ogromne, ale dla prezesa klubu już niekoniecznie. Jednak spokojnie – rok po sprzedaży poprzedniego biznesu, Bloom ruszył z kolejnym zakładając firmę Starlizard. Wciąż kręcił się koło bukmacherki, ale tym razem stanął po innej stronie, a mianowicie zaczął doradzać bogatym graczom jak obstawiać, by ich już pokaźne portfele, stały się jeszcze cięższe, nie ponosząc przy tym wielkiego ryzyka. – Nie mówimy klientowi, że wygra, ale staramy się pokazać, że ma na to duże prawdopodobieństwo – tłumaczy Bloom i jak się okazuje, doradza całkiem przyzwoicie, bo firma zarabia około 14 milionów rocznie.

Teraz najlepsze – Bloom tę firmę założył, a jeszcze stał się jej klientem. Stwierdził bowiem, że skoro dzięki zdolnościom matematycznym potrafi analizować futbolowy rynek i zatrudnia ludzi równie dobrych w tym samym, może przecież z tego handicapu korzystać i obstawiać mecze. Zebrał więc wokół siebie grupę bliskich współpracowników, razem z nimi zakłada pule pieniędzy i obstawia mecze po wysokich stawkach. Szacuje się – bo w tym wypadku trudno o oficjalne dane – że Bloom i partnerzy zarabiają w ten sposób od 20 do 100 baniek rocznie.

Na uniwersytecie złożyłem sobie obietnicę, że będę ostro zdyscyplinowany. Chciałem uprawiać hazard, bo sprawiało mi to radość, ale jednocześnie musiałem robić to odpowiednio, by wygrywać. W końcu nie chciałem tracić pieniędzy – mówi Bloom.

***

Twarz bukmachera, który dzięki analitycznemu umysłowi doszedł tak daleko, nie pozostawiając spraw w rękach przypadku, to jedna odsłona Blooma, bo drugą jest twarz pokerzysty. Starlizard, firma wspomniana wyżej, nazwy nie wzięła od czapy – Lizard to przydomek Tony’ego, tak nazywa się go przy stole z zielonym suknem. Ksywka ma być efektem jego wyrachowanych decyzji w grze, bowiem by je podejmować, trzeba być zimnokrwistym, zupełnie jak jaszczurka.

Bloom – to chyba już żadne zaskoczenie – przy stole radził sobie całkiem nieźle, zarobił przeszło trzy miliony funtów (stan na październik 2015 roku). Pomógł również postawić na nogi dwa serwisy pokerowe, które potem zostały sprzedane za w sumie przeszło 200 baniek, ale nie wiadomo ile z tego tortu ukrojono Tony’emu. – Poker uczy wielu rzeczy, wliczając w to „czytanie” ludzi i sytuacji czy podejmowanie trudnych decyzji. Te umiejętności mogą przydać się w biznesie, ale też w prowadzeniu klubu piłkarskiego – mówi Bloom. Właściciela Brighton odróżnia od innych profesjonalistów fakt, że choć potrafi zajść daleko, wie, że to jednak dla niego zabawa, dodatek do zarabiania, nie zaś praca sama w sobie. Niegdyś wyzwał Daniela Negreanu, bardzo utytułowanego kanadyjskiego pokerzystę, na rywalizację jeden na jednego o, symboliczne, pół miliona w amerykańskiej walucie. Tę rywalizację przegrał po pięciu godzinach zmagań.

***

Zbierając to do kupy, wyłania się już postać człowieka, który na klub sportowy może sobie pozwolić. Bloom wpakował w Brighton około 250 milionów funtów, a spora część poszła na sfinansowanie stadionu. „Mewy” były bowiem przez długi czas bezdomne – w sezonie 95/96 zespół grał koszmarnie, spadł z trzeciej do czwartej ligi i miał olbrzymie kłopoty finansowe. Władze klubu mimo protestu kibiców sprzedały więc tereny pod obiektem Goldstone Ground, a fani dostali rok, czyli sezon 96/97, na pożegnanie się z tak bliskim im miejscem (dziś stoi tam galeria handlowa).

Mało brakowało, by żegnając się z Goldstone, nie pożegnali również Football League, zrzeszającej cztery pierwsze poziomy rozgrywkowe w Anglii. Brighton znów grało gorzej niż źle, po zmianie trenera Jimmy’ego Case’a na Steve’a Gritta drużyna się nieco otrząsnęła, ale i tak w ostatniej kolejce zagrała o wszystko przeciwko Hereford United. Matt Allen, wieloletni kibic Brighton, pisał, że nigdy nie widział tak stresującego meczu. Poczucie nerwowości było namacalne, tym bardziej, gdy do przerwy Brighton przegrywało po samobójczym golu Kerry’ego Mayo. Przed nami stała przyszłość klubu, bez stadionu i wyproszonego z Football League. Na szczęście, aż tak źle nie było – „Mewy” wyrównały za sprawą Robbiego Reinelta.

Padł remis, ale zwycięski – Brighton miało tyle punktów co Hereford, ale więcej goli na koncie i zostało w lidze, za to rywale wypadli poza burtę. Obecnie Hereford – po rozwiązaniu w grudniu 2014 roku i założone na nowo – gra na ósmym poziomie i trzeba przyznać, że działa to na wyobraźnię, bo w tym miejscu mogło być przecież Brighton.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że „Mewy” po utrzymaniu również nie miały łatwego życia. Sprzedanie stadionu wiele nie pomogło, problemy finansowe się utrzymywały, a klub pozostawał właściwie bezdomny – przez dwa lata korzystał z gościnności Gillingham, by po tym czasie przenieść się na Withdean Stadium, mający swoją lokalizację już w Brighton. Trudno było tam jednak czuć się jak u siebie, obiektu używali w przeszłości głównie lekkoatleci.

stadion sportowy

W 2005 klub miał deficyt na poziomie 10 milionów, część udało się zarządowi uregulować, ale dwie bańki długu pozostały i pieniędzy trzeba było szukać pod każdym kamieniem. Naprawdę, pod każdym, bo nagrano… piosenkę. Tymczasowy zespół Seagulls Ska złożony z kibiców, nagrał remake utworu z lat 80. – Tom Hark – i hit się przyjął, dotarł do siedemnastego miejsca brytyjskiej listy przebojów.

Prawdziwie na prostą wyprowadził Brighton jednak finansowo Bloom, a dziś Brighton może pochwalić się nowoczesnym obiektem – ze wspomnianych 250 milionów, wpompowanych przez właściciela, większa część poszła na budowę stadionu i rozwój ośrodka treningowego. Falmer Stadium (bądź Amex, od sponsora) z pewnością wygląda godnie – inauguracja miała miejsce szóstego sierpnia 2011 roku, kiedy „Mewy” podejmowały Doncaster i wygrały 2:1.

***

Bloom, jak przystało na rasowego analityka, nie szasta kasą, tylko stawia na zrównoważony rozwój klubu. Tak się składa, że jeśli pod jego rządami szukać większych nazwisk w klubie, to bardziej trzeba spoglądać w kierunku ławki trenerskiej, nie zaś boiska. „Mewy” prowadzili już Gustavo Poyet, który wyprowadził klub z League One do Championship, Sami Hyypia (kompletne nieporozumienie, Fin punktował na poziomie 1,08 oczka na mecz) czy obecnie Chris Hughton, pracujący niegdyś w Newcastle i Tottenhamie były reprezentant Irlandii. Bloom jest bowiem bogaty, ale znów nie na tyle, by rozrzucać forsę jak choćby szejkowie z Manchesteru. – Przed grą w Premier League będziemy się wzmacniać, to nie ulega wątpliwości, ale nie będziemy wydawać wielkich sum pieniędzy. Działamy tak jak do tej pory, już mamy dobrych piłkarzy i tutaj też szukamy swojej siły – tłumaczy Lizard.

Choć trzeba przyznać, że Bloom w rządzeniu klubem potrafi pokazać żyłkę pokerzysty. Gdy rok temu Brighton wypuściło awans na ostatniej prostej, przez brak wejściówek do elity zakończyło sezon na minusie finansowym. Mimo tego nie rozprzedało się, bo Bloom zaryzykował wierząc, że tym razem będzie awans. – To było ważne, że główni piłkarze zostali w klubie – twierdzi właściciel Mew, a trzeba przyznać, że oferty się pojawiały. Choćby Anthony Knockaert był kuszony przez Newcastle za porządną sumkę, bo mówiło się nawet o 20 milionach funtów.

tony bb

Też właśnie Knockaert jest największą gwiazdą Brighton, skrzydłowy zaliczył 15 goli i dziewięć asyst, został wybrany najlepszym zawodnikiem Championship w tym sezonie. A tak poza nim, pierwsze skrzypce gra solidność, drugie – organizacja gry, trzecie – żelazna defensywa. Można bowiem szukać dalej nazwisk takich jak 33-letniego weterana Glenna Murraya (22 gole) czy Davida Stockdale’a (20 czystych kont), ale siła Brighton tkwi właśnie w kolektywie. To on pozwolił „Mewom” stracić najmniej goli w lidze, uplasować ich na czwartym miejscu pod względem bramek zdobytych i wreszcie zapewnić awans na trzy kolejki przed końcem.

Ciekawe, co Brighton zaprezentują sobą w Premier League, ale po tylu latach oczekiwania warto zaprezentować się godnie. Jednak Tony Bloom pewnie już to wie – posprawdzał cyferki, przejrzał rywali i zaplanował kilka ruchów, które mają „Mewom” zapewnić spokojny lot w elicie.

Paweł Paczul

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Brajek

Fajny tekst, bardzo ciekawa postać z tego lizarda

Przybywam z Frolixa 8
Gateshead

Za takie teksty lubię Weszło, szkoda, że ich coraz mniej.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY