Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Czasami mam wrażenie, że funkcjonujemy w świecie mitów. Nie liczy się rzeczywistość, ale to, co nam się wydaje, że rzeczywistością jest. A ja proponuję dzisiaj coś innego – przyjrzyjmy się polskiej ekstraklasie bez użycia serca, ale z użyciem szkiełka powiększającego.

*

Mateusz Możdżeń, jest taki piłkarz, bankowo wiecie o kogo chodzi. Na pewno sympatyczny chłopak, na pewno miał w swojej karierze miłe momenty, na pewno też kojarzycie go z jakąś bramką. Idę o zakład, że gdyby zapytać wielu z was – ba, gdyby zapytać ekspertów zajmujących się polską ligą – jaka jest najsilniejsza strona tego pomocnika, odpowiedzieliby: strzał z dystansu. Tak to się wszystkim zakodowało – Mateusz Możdżeń ma dobry strzał z dystansu. Nie wiem, czy to efekt wyłącznie bramki z Manchesterem City, czy też jakiegoś jeszcze trafienia, ale możecie być pewni, że jeśli Możdżeń znajdzie się na dwudziestym metrze z piłką, to komentator krzyknie: „uwaga, on potrafi uderzyć!”.

Tymczasem matematyka podpowiada nam, że komentator powinien krzyknąć: „uwaga, on NIE potrafi uderzyć!”. Prawdziwe byłoby: „uwaga, on LUBI uderzyć”. Ale – na Boga – dajmy spokój z tym, że potrafi. Nie potrafi. Ilekroć to robi, należałoby go razić prądem, aż się zniechęci.

Mówiąc szczerze, sam nie przypuszczałem, że z Możdżeniem jest tak źle. W tym sezonie oddał 55 strzałów zza pola karnego i 6 razy trafił w bramkę. Nie do bramki, tylko w bramkę. Zdobył jednego gola. W poprzednim sezonie ten sam piłkarz uderzał z dystansu 69 razy i 11 razy trafił w bramkę, też zdobył jednego gola. Podsumowując: Mateusz Możdżeń przez dwa lata na 124 próby, tylko 17 razy trafił w bramkę, a 107 razy spudłował.

Potraficie to sobie wyobrazić? Tak? No to puśćcie sobie w głowie filmik, w którym jeden piłkarz oddaje 124 strzały z rzędu i 107 razy nie trafia w bramkę. Przecież to jest Monty Python.

Oczywiście, strzały z dystansu generalnie są obarczone dużym ryzykiem. Statystycznie rzecz biorąc najlepiej spoza szesnastki na świecie strzela Lionel Messi – mniej więcej 12 procent jego uderzeń kończy się golem. Tymczasem celność Możdżenia – nie w zakresie pokonywania bramkarza, ale w ogóle trafiania tam gdzie trzeba, nie biorąc pod uwagę jakości tych prób i poziomu trudności dla golkiperów – to w ostatnich dwóch sezonach zaledwie 13 procent. A skuteczność – 1,5 procent. Mówiąc krótko – jeśli Możdżeń strzela, to na 87 procent nie trafi w bramkę, a na 98,5 procent nie będzie z tego gola. Gdyby w Polsce kręcono „Moneyball”, dostałby zakaz kopania z odległości większej niż 16 metrów (nie przeanalizowałem jeszcze, czy miałby zezwolenie na kopanie z 5 metrów, ale nie wykluczam).

Nie wiem, czy on nigdy nie potrafił, czy się zablokował, czy musi mocniej potrenować, czy wręcz przeciwnie – wyluzować. Chciałem mu tylko uzmysłowić: drogi Mateuszu, w ostatnich dwóch sezonach podejmując próby strzałów straciłeś piłkę ponad 100 razy. Być może trener ci mówi: „próbuj dalej”. Ja mówię: „zastanów się”.

Pewnie Mateusz też to czyta i pewnie jest rozgoryczony – a dlaczego akurat mnie się czepia? Odpowiadam: ponieważ zarówno w poprzednim, jak i w tym sezonie oddałeś najwięcej strzałów zza pola karnego w całej lidze. Rzadziej (o 17 razy) strzelali Vassiljev oraz (o 24 razy) Budziński, a zdobyli kolejno 8 i 9 goli z dystansu.

I teraz niestety muszę wyprowadzić ten cios.

Vassiljew tylko w tym sezonie zaliczył 13 asyst i stworzył kolegom 26 sytuacji.
Budziński tylko w tym sezonie zaliczył 2 asysty i stworzył kolegom 13 sytuacji.

Możdżeń zaliczył 3 asysty i stworzył kolegom 2 sytuacje.

Może zamiast strzelać Panu Bogu w okno, lepiej otworzyć oczy i poszukać partnerów?

*

Statystyki wziąłem z portalu ekstrastats.pl. Zachęcam wszystkich piłkarzy, by tam weszli, wyszukali swoje nazwisko i zastanowili się – co ma sens, a co sensu nie ma? Czy powinienem strzelać z daleka, czy raczej oddam piłkę przeciwnikowi? Czy powinienem uderzać głową? Czy moje próby lewą nogą mają sens? I tak dalej. Oczywiście wielu zawodnikom wyjdzie, że powinni zmienić zawód, ale to nie moja wina.

Chciałem wam pokazać jeszcze kilku ananasów, o których mówi się albo mówiło, że „potrafią uderzyć” (najczęściej krzyczy tak Robert Skrzyński z nc+, czasami mam wrażenie, że jego zdaniem nie ma na Ziemi człowieka, który nie potrafi uderzyć). No to do rzeczy…

Radosław Murawski z Piasta Gliwice w ciągu dwóch sezonów 53 razy strzelał z dystansu i zaledwie 9 razy trafił w bramkę. Nie zdobył ani jednego gola.

9 razy trafił.
44 razy nie trafił.

Jacek Góralski z Jagiellonii Białystok w ciągu dwóch sezonów 30 razy strzelał z dystansu i zaledwie 2 razy (!!!) trafił w bramkę. Nie zdobył ani jednego gola.

2 razy trafił.
28 razy nie trafił.

No kurwa mać! Na trzydzieści prób dwa razy trafił w bramkę, rozumiecie to?! Przecież na to powinien być jakiś paragraf. Mówimy o zawodniku powoływanym do reprezentacji Polski. Ja rozumiem, że to nie jest specjalista od strzelania – oj, zdecydowanie to rozumiem – ale powinien mieć facet jakąś odpowiedzialność za piłkę.

Dobra, dalej.

Pamiętacie Kamila Vacka. Bardzo był chwalony. No i mówiło się – oczywiście – że „potrafi uderzyć”. Wiecie jak bardzo potrafił uderzyć w Piaście Gliwice? Strzelał na bramkę 41 razy i… 3 razy trafił w bramkę. Gola nie zdobył. 38 razy posłał piłkę w maliny.

Adam Deja – lokalna prasa pisała o nim, że „Platini”. Podobno umie zasadzić z dystansu. W ekstraklasie w barwach Podbeskidzia w poprzednim sezonie próbował zrobić to 11 razy, niestety ANI RAZU nie trafił w bramkę. Gdy zbierał się do strzału, bramkarze mogli iść na kiełbaskę.

Ale i w tym sezonie są tacy, którzy nie zdołali jeszcze trafić w bramkę. Biorąc pod uwagę, że sezon się kończy, jest to spora sztuka. Wyszczególnię tylko tych, którzy mieli dość dużo prób. No więc tak:

Michał Kopczyński oddał 10 strzałów, 4 z pola karnego i 6 z dystansu. Ani razu nie trafił w bramkę.

Adam Hlousek oddał 9 strzałów, 6 z pola karnego i 3 z dystansu. Ani razu nie rafił w bramkę.

Piotr Grzelczak oddał 11 strzałów zza pola karnego. Ani razu nie trafił w bramkę.

I na koniec perełka. Nicky Bille Nielsen, napastnik Lecha Poznań. Już dajmy spokój ze strzałami z dystansu, próbował tylko raz i oczywiście nie trafił w bramkę. Rzecz w tym, że oddał też 11 strzałów z pola karnego i trafił w bramkę tylko raz! To oznacza, że gdyby zorganizować mecz Nicky Bille Nielsen kontra pusta bramka i gdyby średnio oddawał trzy strzały podczas spotkania, mieliśmy wyniki 0:0, 0:0, 0:0 oraz 1:0.

*

Na Twitterze co jakiś czas wrzucam informację, ile to już czasu Milos Krasić czeka na gola w ekstraklasie. Zawsze znajdą się osoby, które napiszą: ej, ale co się go czepiasz, przecież nie jest napastnikiem!

Wiem, że nie jest napastnikiem, ale moim zdaniem w piłce nożnej nie tylko napastnicy zdobywają gole. Na przykład ostatnio oglądałem Real Madryt i – wyobraźcie sobie państwo – taki pomocnik jak Isco trafił dwa razy. Czyli można.

„Ej, jaki Isco? Isco to Isco!”

Milos Krasić miał w tej lidze być piłkarzem pt. „krawaty wiążę, usuwam ciąże”. Nie oczekiwano od niego, że będzie sobie biegał bez sensu jak cała reszta, tylko miał robić różnicę. W końcu jest to zawodnik, który potrafił zdobyć 7 goli w jednym sezonie Serie A czy 9 goli w sezonie ligi rosyjskiej. Wydawało mi się naturalne, że jeśli od kogoś mamy oczekiwać fajerwerków, to nie od Pawła Stolarskiego, tylko od Krasicia właśnie. Tymczasem ten niezwykle chwalony zawodnik poprzednią bramkę zdobył w lipcu zeszłego roku (ostatnia asysta też w zeszłym roku), mimo że gra w każdym meczu. Licznik minut bez gola dawno przekroczył 2000.

Na jego trafienie o tyle się nie zanosi – a czekamy już 25 meczów – że Krasić w tym sezonie 15 razy próbował strzelać zza pola karnego i tylko 2 razy trafił w bramkę. Przyznacie państwo, nie brzmi to optymistycznie.

Czy się czepiam? Jeśli Lechia zdobędzie mistrzostwo, to reflektory pójdą na tych najbardziej znanych – w tym Krasicia. Bądźmy też sprawiedliwi w drugą stronę…

Na razie gdańszczanie trzymają się blisko czuba, mimo że na wyjazdach w ostatnich 7 meczach zdobyli 3 punkty na 21 możliwych (dla porównania Legia zdobyła w tym czasie 21 punktów na wyjazdach). To ewenement.

*

Obrońcy piłkarzy znajdują się zawsze. Dlatego też znaleźli się nawet tacy, którzy postanowili bronić Erica Jendriska. Moim zdaniem Cracovia zatrudniła zawodnika z przeszłością w Bundeslidze po to, aby dał jej jakość z przodu. No i w poprzednim sezonie dawał. Jednak w tym trafił do siatki tylko raz, podobnie jak Krasić – w lipcu zeszłego roku. Od 23 meczów czeka na gola.

– Ale on nie gra na szpicy – napisał mi czytelnik. Rakels też nie grał na szpicy, a w dwa sezony załadował 26 sztuk.

Czasami mam wrażenie, że niektórzy zapominają, że wyniki meczów nie są losowane, tylko są ewidentną pochodną formy piłkarzy. I jeśli Lechia nie wygrywa na wyjazdach to TAKŻE dlatego, że Krasić nie może trafić w bramkę. Jeśli Cracovia tuła się na dnie tabeli to TAKŻE dlatego, że Jendrisek od 23 meczów nie zdobył gola.

Rzecz jasna są w lidze piłkarze, od których nie ma sensu wymagać zdobywania goli, bo to akurat w ogóle nie należy do ich zadań – kimś takim jest np. Alan Uryga, który żadnej bramki w karierze nie zdobył i to się może już nie zmienić. Natomiast warto zwracać uwagę na zawodników ofensywnych, którzy czekają na gola naprawdę długo. Oprócz Krasicia, Możdżenia i Jendriska, są to…

Nika Dzalamidze – 34 mecze. Dodam od razu, że czeka też na pierwszy w tym sezonie strzał w bramkę, do tej pory sześć prób i sześć razy obok.
Łukasz Madej – 28 meczów.
Roman Gergel – 27 meczów.
Kamil Mazek – 26 meczów.

Dziwi zwłaszcza Gergel, który w tamtym sezonie potrafił zdobyć 10 bramek i wydawało się, że nogę ma – jak na nasze warunki – w miarę ułożoną. Dzalamidze też w ramach przyzwoitości mógłby chociaż raz wcelować w ten zajebiście wielki obszar między słupkami i poprzeczką. Niechby nawet bramkarz obronił. Ale niech wceluje.

*

Jedną z największych sensacji tego sezonu może być wypadnięcie Zagłębia Lubin z górnej ósemki. Przypominam, że to pierwszy potencjalny mistrz Polski w rozgrywkach 2016/17. Po czterech kolejkach, kiedy lubinianie zdobyli 10 punktów, nie brakowało osób, które twierdziły – „Miedziowi” powalczą o tytuł. Cóż, zdecydowanie nie powalczą. Za to być może będą bronić się przed spadkiem.

Cztery porażki z rzędu – fakt.
Jeden punkt w ostatnich siedmiu meczach – fakt.

Nie wnikam w przyczyny, jestem zbyt daleko, by je w sposób rzetelny ocenić. Natomiast chciałem zwrócić uwagę na jedno duże medialne przekłamanie. Zagłębie Lubin w oczach wielu osób jest nie tylko klubem notującym dobre wyniki (nieprawda), ale też klubem, który w sposób zdecydowany stawia na młodych (nieprawda). Średnia wieku podstawowej jedenastki w meczu z Wisłą wyniosła 28,5. Zaledwie jeden piłkarz – Jarosław Kubicki – miał mniej niż 25 lat, natomiast czterech zawodników miało 30 lat lub więcej.

(przy okazji – Kubicki w tym sezonie 15 razy próbował zdobyć gola strzałem z dystansu i raz trafił w bramkę, nie mylić z trafieniem do bramki; te statystyki naszych ligowców są druzgocące)

Nie twierdzę, że to jakiś wielki problem, lecz twierdzę, że postrzeganie Zagłębia jako klubu, który odważnie stawia na młodych Polaków przynajmniej w ostatnim czasie jest nieprawdziwe. Ani młodzi, ani Polacy. W podstawowej jedenastce było teraz pięciu obcokrajowców. W Europie znajdziemy zespoły, które faktycznie stawiają na nowe pokolenie. Na przykład taka Atalanta Bergamo, rewelacja tego sezonu Serie A, w ostatnim meczu (remis 1:1 z Romą na wyjeździe) wystawiła piłkarzy w wieku: 22, 26, 22, 31, 23, 22, 25, 20, 23, 21, 28 (średnia: 23,9).

*

Słyszę coraz częściej o jakimś „efekcie Smudy”. Podobno Górnik Łęczna lepiej gra, a gdy kontruję, że wyniki wcale nie są lepsze, to słyszę, że „lepiej się to ogląda”. OK, nie kłócę się, to kwestia gustu.

Chciałem natomiast niektórym uzmysłowić, że Franciszek Smuda nie objął zespołu, który dramatycznie odstawał od poziomu ekstraklasy. Oczywiście, objął beznadziejny zespół, to prawda, ale po kolei…

Smuda pojawił się w Łęcznej po 19. kolejce ekstraklasy, czyli za nami było znacznie więcej niż połowa sezonu zasadniczego. Górnik trzymał się peletonu – miał punkt przewagi nad ostatnim Ruchem Chorzów, dwa punkty straty do bezpiecznej lokaty i pięć punktów straty do dziewiątej w tabeli Korony Kielce. Punktował nędznie – 0,94 punktu na mecz.

Co się stało po zatrudnieniu Smudy?

Otóż Górnik nie jest już przedostatni, tylko ostatni. Nad Ruchem nie ma punktu przewagi, tylko trzy straty (w obu wyliczeniach odjęte punkty). Do bezpiecznej lokaty traci nie dwa, tylko trzy oczka, a do dziewiątego miejsca w tabeli Górnik nie ma już pięciu punktów straty, tylko jedenaście.

Nie powiecie mi, że na taki efekt liczono, zatrudniając tego trenera.

Nikt już nawet nie pamięta, kto był poprzednim szkoleniowcem Łęcznej – Andrzej Rybarski, nie poznalibyście go w tramwaju. Sporo osób natomiast mówi o jakimś efekcie Smudy, co jest niedorzeczne.

Górnik przed Smudą zdobywał 0,94 punktu na mecz.
Górnik za Smudy zdobywa 0,90 punktu na mecz.

Górnik przed Smudą strzelał 1,10 bramki na mecz.
Górnik za Smudy strzela 1,20 bramki na mecz.

Górnik przed Smudą tracił 1,52 bramki na mecz.
Górnik za Smudy traci 2,2 bramki na mecz.

To by było tyle jeśli chodzi o „efekt”. Jeśli ktoś docenić, że Górnik gra „inaczej” – proszę, niech docenia, chociaż niektórzy się zachowują, jakby przed erą „Franza” ten zespół nie był w stanie zdobyć gola. Ale tak czy siak – nie jest to „inaczej”, którego oczekiwano. Jestem przekonany, że gdyby jasnowidz powiedział działaczom „zatrudnijcie Smudę, a będziecie zdobywali 0,90 punktu na mecz i na kolejkę przed końcem sezonu zasadniczego będziecie zajmować ostatnie miejsce”, to raczej poszukaliby kogoś innego.

I przy okazji: nie twierdzę, że Górnik Łęczna na pewno spadnie, tak jak wcale nie było przesądzone, że spadłby, gdyby dalej prowadził go Andrzej Rybarski.