Wybieramy największego baranka 2017 roku w polskiej piłce
Weszło

Wybieramy największego baranka 2017 roku w polskiej piłce

Jak co roku przy okazji Wielkanocy postanowiliśmy zastanowić się, który z obecnych lub niedawno pożegnanych ligowców najmocniej zapracował sobie na okolicznościowy tytuł największego baranka. Tym razem mamy dziewięciu kandydatów, a za każdym stoją naprawdę mocne argumenty. Od razu zapraszamy więc do lektury oraz do głosowania:

Aleksandar Prijović

Kiedy tylko pojawił się w naszej lidze, od razu można było odnieść wrażenie, że ma zbyt ciasno zawiązany kucyk. Zaczął od opowiadania jakichś niestworzonych historii o swojej karierze, potem zwyzywał kibica (i jego rodzinę) na Instagramie, następnie ponownie opowiadał banialuki (np. że swoimi radami poprawił u Pazdana timing, dzięki czemu ten dobrze zagrał z Niemcami). Pożegnał się także w swoim stylu. W jednym wywiadzie oświadczył, że:

– Odchodzi do Chin,
– sprawa jest przesądzona,
– myślami już jest w Chinach,
– klamka zapadła,
– Chiny to przyszłość, a on będzie jej częścią.

A w kolejnym powiedział, że to, iż chciał odejść do Chin, to jakieś całkowite nieporozumienie. I to właśnie cały Prijović, za którym naprawdę będziemy tęsknić, i niekoniecznie mamy tu na myśli jego – było nie było – niemałe umiejętności.

Sławomir Peszko

Wyobraźcie sobie, że gracie jeden z najważniejszych meczów w rundzie. Sytuacja zaczyna się układać niekorzystnie, bo w 70. minucie tracicie bramkę, a w 76. minucie tracicie zawodnika. Z tyłu głowy macie także świadomość, że wcześniej obejrzeliście żółtą kartkę. I co robicie? Bo Sławek sieknął przeciwnika łokciem w twarz, co w tych okolicznościach samo w sobie pozwalałoby się bić o tytuł baranka roku. Ale Peszko nie byłby by sobą, gdyby na tym poprzestał. Po meczu wytłumaczył, że – owszem – liczył na drugą żółtą (!), ale na bezpośrednią czerwień już nie. Następnie dodał też, że naprawdę rzadko ogląda czerwone kartki, chociaż w rzeczywistości obejrzał ich w karierze więcej niż Pepe. A przy tym zdziwił się też, że Kędziora zwracał się do niego per debil. Cały Sławek.

Franciszek Smuda

Naczelny dostarczyciel beki, kiedy tylko się odzywa. W ostatnim czasie Franzowi zdarzyło się powiedzieć, że wszystko co zrobił było zajebiste, czy to w Lechu, czy to na Euro 2012, czy nawet w Regensburgu, gdzie przecież z góry było wiadomo, że będzie spadek (a Franiu miał tylko przygotować piłkarzy do sprzedaży). Zdarzyło mu się także oznajmić, że podjął w Górniku harakiri, i że gra tam o spadek. I tak naprawdę nie od dziś wiadomo, że Smuda gada bzdury, a jedyne, co mogłoby uchronić go przed tytułem baranka to wyniki. Niestety, w Łęcznej nie wiedzie mu się najlepiej. Rzecz jasna za jakiś czas najpewniej będzie opowiadał, jakie to cudowne akcje wykonał, i jak to wymyślił na nowo Pitrego czy Sasina. Problem w tym, że w dziesięciu meczach z Franzem drużyna punktuje jeszcze gorzej, niż w dziewiętnastu meczach bez niego. A przecież nowego trenera bierze się chyba po to, żeby było lepiej, prawda? No chyba że, podobnie jak w Regensburgu, w Łęcznej dawno już pogodzono się ze spadkiem i w pracy Franza chodzi jedynie o przygotowanie kilku piłkarzy do sprzedaży…

Jakub Meresiński

Ktoś powie, zaraz zaraz, to nie taki znowu baranek, w końcu wykiwał Cupiała, a i na tej całej zabawie Wisłą mógł nie wyjść stratny (co właśnie sprawdza prokuratura). No ale właśnie, sęk w tym, że Meresińskiemu nie idzie nawet w mataczeniu. Koniec końców mowa tu o człowieku skazanym prawomocnym wyrokiem za posługiwanie się sfałszowanym świadectwem maturalnym. Czyli mamy swoiste dwa w jednym – facet nie ogarnął, jak zdać maturę oraz jak nie wpaść na tym, że tej matury nie zdał. On nawet nie ogarnął, że po kupnie wielkiego klubu warto byłoby zmienić ustawienia prywatności na Facebooku, by ukryć przed światem swoje miłosne przemyślenia na poziomie podpitego gimnazjalisty. I właściwie trudno się dziwić, że ktoś taki nie potrafi skutecznie uniknąć konsekwencji karnych. Lista zarzutów wobec niego jest długa, a opalony Kubuś pomału traci grunt pod nogami – ostatnio przyznał się już do fałszerstwa dokumentów przy kupnie Wisły. I coś nam się wydaje, że akurat on zapłaci całkiem wysoką cenę za bycie barankiem.

Bartłomiej Pawłowski

Piłkarz narzekający na los piłkarza to w naszych warunkach jednak rzadkość. Ale Bartłomiej Pawłowski z pewnością nie należy do tych, którzy z uśmiechem myślą o swojej pracy. I to jeszcze idzie zrozumieć, ale publiczne wypłakiwanie się na łamach prasy już niekoniecznie. Obecność na liście baranków najlepiej niech wytłumaczy więc sam zainteresowany:

Wstaję 7.10-7.15. Przygotowuję się do rozruchu. Biegam pół godziny. Trochę horrendalna pora, bo w Polsce o tej porze zazwyczaj śpię. Trudno się przestawić. Nie jest to zbyt przyjemne, ale taką mamy pracę. (…) Po śniadaniu zaliczam obowiązkową drzemkę. Mniej więcej godzinną. Jestem tak wypruty po tym wczesnym wstawaniu, że nie za bardzo ogarniam, co się dzieje i muszę się położyć.

Steveen Langil

Wielu było w naszej lidze parodystów, ale takiego dawno tu nie oglądaliśmy. Na boisku słynął z tego, że dość szybko się przemieszczał (zazwyczaj bez sensu), i że strasznie mrużył oczy, jakby źle widział (co tłumaczyłoby bieganie bez sensu). Poza boiskiem było jeszcze ciekawiej, bo o zaufanie Jacka Magiery walczył w kłębach dymu i przy suto zastawionym stole, co na żywo transmitował w internecie. Kiedy klub go ukarał, po raz kolejny zrobił dokładnie to samo. A na koniec podsumował, że to, co go spotkało w Polsce, to – a jakże – rasizm.

Czy tobie czasem Steveen sufit na łeb się nie spadł?

Sebastian Dudek

To zawsze trochę przykre, kiedy piłkarz – a w przypadku Seby, bardzo marny piłkarz – zupełnie nie rozumie swojej roli. W przypadku Dudka świadczy o tym reakcja na posadzenie na ławce rezerwowych Zagłębia Sosnowiec, czyli bezpardonowy atak na trenera. Najpierw uderzył w niego w pomeczowym wywiadzie („trener z nami nie rozmawia, nie ma między nami chemii”), a później w szatni, kiedy zwrócił się do niego przyjacielskim zwrotem „frajerom ręki nie podaję”. A komu na koniec jest najbliżej do rzeczonego frajera? Dość napisać, że w konsekwencji Dudka wywalono z kursu trenerskiego UEFA A, a później – chociaż nie od razu, bo najpierw przedłużono z nim kontrakt – wywalono go także z Zagłębia. A wystarczyło po prostu się nie odzywać…

Rafał Grodzicki

Moment, w którym lepiej się nie odzywać, przegapił także Rafał Grodzicki, który po opisaniu przez nas patologicznej sytuacji w Ruchu wypowiedział się następująco:

Gdyby to był inny portal niż „Weszło”, to być może bym się tym przejął. Powiem szczerze, że bardzo mnie to zdziwiło. Ludzie z tamtej strony internetowej mieli tylko i wyłącznie skany dokumentów oraz szczątkowe informacje na temat tej słynnej naszej fundacji. Myślę, że nasi działacze wyjaśnili we wtorek bardzo wiele.

No naprawdę Rafał, fajnie że pokazałeś solidarność z klubem. Szkoda tylko, że chwilę później klub sam przyznał się do kręcenia lodów, a za kolejną chwilę wraz z kolegami nie wyszedłeś na trening, by pokazać światu, jak bardzo źle się dzieje w Ruchu. Innymi słowy, mamy tu najlepszy możliwy przykład na to, jak wychodząc przed szereg można zrobić z siebie głupka.

Miłosz Przybecki

Obecność na liście jest swoistą nagrodą za inteligentne zachowanie pod bramką przeciwnika:

***

No to głosujemy. Do kogo powędruje tytuł największego baranka 2017 roku?


create free polls | comment on this