Dziadek, ojciec, teraz on. Marcos Alonso wychodzi z cienia
Anglia

Dziadek, ojciec, teraz on. Marcos Alonso wychodzi z cienia

Eden Hazard, Diego Costa czy N’Golo Kante – nazwiska tych piłkarzy są wymieniane jednym tchem przez kibiców Chelsea jako najważniejsze w drodze po tytuł mistrzowski. W wielkanocne popołudnie przed The Blues jedno z ostatnich najtrudniejszych wyzwań – mecz na Old Trafford z Manchesterem United. Fani liczą z pewnością na popisy największych gwiazd, jednak z dobrej strony musi pokazać się również ktoś, o kogo przed sezonem mogli jeszcze pytać „kim Ty, do cholery, jesteś?”. 23 miliony funtów wydane na Marcosa Alonso w ostatnim dniu okna transferowego wydawały się inwestycją w pośpiechu, jednak teraz nikt nie ma wątpliwości, że Chelsea trafiła się prawdziwa okazja.

28 grudnia 1990 w Madrycie rodzi się młody chłopiec, Marcos Alonso Mendoza, któremu już od najmłodszych lat pisane było, że zostanie piłkarzem z najwyższej półki. Obecność dziadka – legendy Realu Madryt(Marcos Alonso Imaz) oraz ojca, który przechodząc z Atletico do Barcelony stał się na kilka tygodni najdroższym hiszpańskim zawodnikiem(Marcos Alonso Pena) musiała odcisnąć swoje piętno. Najmłodszy z klanu, aby dojść na najwyższy poziom musiał jednak kilka razy upaść – mimo, że wielkiego świata liznął już na samym początku w szkółce Realu Madryt. Jako wnuk Marquitosa – członka legendarnego składu z lat 50., który zdobył pięć Pucharów Europy – miał dosyć wysoko postawioną poprzeczkę. Przy pierwszym podejściu ją strącił, ale na Stamford Bridge mogą się tylko cieszyć, że kilka lat temu nie poznano się na nim w ojczyźnie.

– Mój dziadek mówił mi tylko o Realu Madryt. Opowiadał mi bardzo wiele rzeczy, a karierę miał przecież bardzo bogatą. Cała rodzina była dziś na trybunach, wszyscy byli bardzo zadowoleni, ale najbardziej oczywiście ja. Niełatwo jest trenować w klubie takim jak Real, gracze Castilli długo czekają, aby zagrać choćby kilka chwil. Dla mnie to piękna historia – mówił pełen entuzjazmu Marcos po tym, jak 4 kwietnia 2010 roku w 90. minucie zmieniając Gonzalo Higuaina w meczu przeciwko Racingowi Santander zadebiutował w pierwszym zespole Królewskich. W zespole z El Sardinero swoje kariery rozpoczynali zarówno słynni ojciec, jak i dziadek, ale teraz występ przeciwko tej drużynie był dla ich potomka jaskółką, która nie uczyniła wiosny. Po zakończeniu sezonu na stanowisku trenera Manuela Pellegriniego zmienił Jose Mourinho, co oznaczało kolejną transferową ofensywę i odstawienie na boczny tor młodych zawodników. Zniechęcony brakiem perspektyw na rozwój Alonso ruszył więc w nieznane i za niewiele ponad dwa miliony funtów trafił do Boltonu Wanderers. Jak sam przyznał nie musiał jednak aż tak bardzo zmieniać klimatu. – Mogłem przejść do Benfiki. Czułem jednak, że jestem im potrzebny jedynie jako część rozliczenia za transfer Angela Di Marii. W Boltonie zaimponowało mi to, że oglądali mnie w rezerwach, wiedzieli o mnie dużo i zabiegali o transfer od dłuższego czasu. Gdybym został w Realu, mógłbym tkwić w drużynie Castilli na lata. Tam są zawsze duże oczekiwania, przez co młodzi piłkarze są skazani na brak gry. Liczę, że tutaj dostanę wystarczającą liczbę minut – stwierdził Alonso chwilę po podpisaniu kontraktu w północno-zachodniej Anglii.

1

Dziś próżno szukać Boltonu nawet wśród zespołów grających w Championship, ale wtedy była to drużyna, która pozwoliła młodemu przybyszowi z Hiszpanii zadebiutować w Premier League. Jedną z jej największych gwiazd był stoper Gary Cahill, który dzisiaj wraz z Alonso stanowi o sile Chelsea. – Widać było, że ma wielki talent. Był wysoki i silny, ale również dobry technicznie. Mieszkaliśmy blisko siebie i mogę powiedzieć, że prywatnie również dobrze przystosował się do życia na Wyspach. Miał papiery na spore granie – wspominał klubowego kolegę po latach reprezentant Anglii. Przez pierwsze dwa lata Alonso zmagał się jednak z kontuzjami łąkotki i kostki, więc zdołał zaliczyć zaledwie dziewięć występów i zdobyć jednego gola.

Angielscy kibice nie mogli podziwiać zbyt wielu jego przebojowych rajdów, czego nie można powiedzieć o hiszpańskich przechodniach, którzy 2 maja 2011 roku o 7:30 znajdowali się przy madryckiej ulicy Sinesio Delgado. Niestety, nie chodziło o poranną przebieżkę, na jaką wybrał się przy okazji odwiedzania znajomych w rodzinnym mieście, a o coś znacznie poważniejszego. Rozpędzone auto prowadzone przez będącego pod wpływem alkoholu 20-latka uderzyło w mur nieopodal Santiago Bernabeu. W samochodzie oprócz kierowcy znajdowały się cztery osoby, a jedna z nich – młoda dziewczyna – doznała poważnego urazu głowy i zmarła pół godziny po przewiezieniu do szpitala. Wśród pasażerów był również inny wychowanek Realu, Jaime Navarro. Alonso cudem uniknął aresztu, sprawa ciągnęła się niezwykle długo i dopiero w lutym 2016 roku wydano wyrok: 61 tysięcy euro grzywny oraz trzy lata i cztery miesiące bez prawa jazdy. De facto obrońca dostał jednak jedynie po kieszeni, gdyż okres kary zaczęto liczyć od momentu spowodowania wypadku. Szybko wrócił też do grania w piłkę, bo niecałe cztery miesiące po incydencie wystąpił w meczu Pucharu Ligi z Macclesfield. Nie obyło się bez kontrowersji. – To przykre, że taki klub jak Bolton nie jest w stanie zatrzymać piłkarza poza boiskiem, dopóki sytuacja się nie wyjaśni – mówił Phil Peak, ojciec dwóch synów, którzy zginęli kilka lat wcześniej w wypadku samochodowym spowodowanym przez jadącego również na podwójnym gazie bramkarza Plymouth Luke’a McCormicka. Nie był to zbyt dobry okres w życiu Marcosa, który na koniec sezonu spadł z Boltonem z Premier League i jego kariera stanęła na poważnym zakręcie.

Tym razem Alonso poszedł jednak w ślady słynnego rodaka Fernando o tym samym nazwisku i z dużą gracją pokonał kolejne przeszkody. Na zapleczu Premier League trafił pod skrzydła menedżera Dougiego Freedmana, który mocno postawił na młodego Hiszpana. Fani Boltonu wreszcie przestali traktować jego przeszłość w Realu jako powód do kpin, gdyż Alonso swoją postawą coraz częściej dawał do zrozumienia, że nauka w słynnej La Fabrica nie poszła w las. W Championship zaliczył znakomity sezon – zagrał w 26 meczach i strzelił 4 gole. Był kluczową postacią drużyny, która zajęła siódme miejsce i była blisko walki w barażach o Premier League. Fani wybrali go piłkarzem sezonu w głosowaniu dla lokalnej gazety, a dzięki dobrym występom mógł choć na chwilę zapomnieć o traumatycznych przeżyciach z Madrytu.

Upływający wraz z końcem sezonu 2012/13 kontrakt wychowanka Realu stał się łakomym kąskiem dla klubów mających trochę wyższe ambicje niż szybki powrót do Premier League. Mimo prób działaczy Boltonu, Alonso nie przedłużył umowy. Klub z Macron Stadium nie zarobił na swoim najlepszym zawodniku ani jednego funta. – Naszą rolą jest aby promować takich zawodników jak Marcos. Oczywiście, bardzo żałuję, że nie zostanie z nami, ale nie mogę blokować jego marzeń – mówił wtedy Dougie Freedmann. Ostatecznie Hiszpan trafił do Fiorentiny, a więc klubu, gdzie presja i oczekiwania były zdecydowanie bardziej zbliżone do tych, które mógł zapamiętać z Madrytu. Początek przygody w Serie A nie był jednak zbyt udany – o miejsce w składzie młodzian musiał rywalizować z bardzo doświadczonym Manuelem Pasqualem. Nic więc dziwnego, że ich pierwsze starcie wyglądało jak, cytując klasyka, pojedynek ekspresu z osobowym. Alonso przez pierwsze pół roku regularnie grał jedynie w fazie grupowej Ligi Europy, a w lidze dostał szansę jedynie trzykrotnie, więc do Anglii wrócił bardzo szybko. Już po sześciu miesiącach trafił na wypożyczenie do Sunderlandu, którego tradycyjnie czekała mordercza walka o utrzymanie w Premier League. Teraz Alonso miał jednak odegrać znacznie większą rolę niż wtedy, gdy w Boltonie pojawiał się na boisku od wielkiego dzwonu.

W Sunderlandzie liczono, że rozwiąże problemy z lewą obroną po tym, jak niewypałem okazał się transfer Andrei Dosseny. Już jego debiut w nowym klubie, gdy otrzymał nagrodę piłkarza meczu w półfinale Pucharu Ligi przeciwko Manchesterowi United pokazał, że do drużyny Czarnych Kotów trafił piłkarz nietuzinkowy. – Jestem bardzo szczęśliwy, bo gdy przychodzisz do nowego klubu, pierwszy mecz jest zawsze bardzo ważny. Musisz zrobić dobre wrażenie, a jemu się to udało. Grał niezwykle pewnie i poradził sobie rywalizując z takim piłkarzem jak Antonio Valencia. Dzisiaj pokazał na co go stać i na pewno mu to pomoże – nie mógł się nachwalić menedżer Gus Poyet. Ekipa ze Stadium of Light wygrała 2:1 i na rewanż jechała z dużymi nadziejami na awans do finału. Alonso pojawił się na Old Trafford jako trzeci przedstawiciel swojej generacji: jego dziadek grał tutaj w 1957 roku, a ojciec w 1984. Oni przyjeżdżali jako piłkarze Realu i Barcelony, a najmłodszy z klanu piłkarzy reprezentując barwy dużo słabszego Sunderlandu – nie przeszkodziło mu to jednak znów rozegrać dobrego meczu. Słynnych rywali ostatecznie pogrążył w serii rzutów karnych wykorzystując jedenastkę jako jeden z zaledwie trzech graczy. Na szczęście dla niego, dwóch z nich było po stronie Sunderlandu, co oznaczało pierwszy finał dla tego klubu od 1992 roku.

– Ten środowy wieczór był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Kiedy trzy tygodnie temu rozmawiałem z moimi przyjaciółmi z Hiszpanii o moim przejściu tutaj, pytali: „Dlaczego idziesz do Sunderlandu? Tam będziesz walczył o utrzymanie, a przecież grasz w Fiorentinie, klubie zdecydowanie lepszym.” Jestem jednak pewien, że kiedy zadzwonię do nich jutro powiedzą: „Sunderland? Wow, co za drużyna!” – nie ukrywał entuzjazmu Alonso. Piękny sen Czarnych Kotów zakończył się na Wembley, gdzie w finale za mocny okazał się Manchester City. Takiego wejścia do zespołu Hiszpan nie zanotował jednak nigdy wcześniej. – Zapamiętam ten dzień na zawsze. Przegraliśmy, ale nasi fani byli niesamowici. Zaprezentowali się znacznie lepiej niż kibice City. Spędziłem w Sunderlandzie sześć wspaniałych miesięcy i zawsze będę tu wracał z uśmiechem twarzy – wspominał kilka miesięcy temu, gdy razem z Chelsea przyjechał na Stadium of Light. Wraz z ekipą Poyeta brał udział w cudownej ucieczce zakończonej utrzymaniem w lidze, przez pół roku zagrał w szesnastu ligowych meczach. Sunderland chciał zostawić Hiszpana u siebie, jednak inne plany miał już na niego Vincenzo Montella w macierzystym klubie. Kariera Alonso zaczynała nabierać rumieńców.

26-latek w końcu wypłynął na szersze wody i na wysokim poziomie zaczął pokazywać atuty znane z Boltonu i Sunderlandu. Dał się poznać jako przebojowy obrońca, a ceniono go jeszcze bardziej z tego powodu, że grał po lewej stronie, a nie od dziś wiadomo, że ta pozycja to towar deficytowy w większości klubów świata. Coraz starszy Pasqual nie wytrzymywał konkurencji, a Alonso cały czas był skupiony na rozwoju. – Grając w Realu nie musisz zbytnio koncentrować się na obronie, gdyż jest to klub, który we krwi ma atakowanie i dominowanie nad rywalem. W Madrycie nie nauczyłem się więc zbyt dużo na temat defensywy. We Włoszech sytuacja była inna. Serie A to bardzo trudna i wyrównana liga, gdzie większość drużyn czeka na to, co zrobi rywal. Czułem się tam jak na uniwersytecie gry obronnej, dużo rozwinąłem się również taktycznie i psychicznie – przyznawał Alonso, który w marcu 2015 roku zdobył swojego pierwszego gola w fioletowych barwach. Zadanie nie należało do najtrudniejszych, gdyż po błędzie bramkarza Romy Łukasza Skorupskiego wystarczyło tylko zapakować piłkę do pustej bramki. Dobra postawa całej drużyny pozwoliła Fiorentinie wygrać na Stadio Olimpico aż 3:0. Ekipa Alonso awansowała wtedy do ćwierćfinału Ligi Europy ostatecznie kończąc swoją przygodę na porażce w dwumeczu 0:5 z Sevillą w półfinale tych rozgrywek. Pomalutku tworzył się gracz, którym już niedługo zainteresują się największe kluby Europy. Na razie, po pierwszym pełnym sezonie w Fiorentinie zgłosiło się Norwich, które chciało zapłacić dwa miliony funtów. Powiedzieć o tej propozycji, że była niedorzeczna, to tak, jakby zjeść jajko w śniadanie wielkanocne. Oczywista oczywistość.

3

Alonso – rzecz jasna – został więc w Toskanii, gdzie doszło do zmiany menedżera. Montellę zastąpił Paulo Sousa i to okazał się punkt zwrotny w kontekście tego, w jakim miejscu widzimy dzisiaj 26-latka na boisku. – W ostatnim sezonie zacząłem grać na lewym wahadle, gdyż nowy trener stosował taktykę 3-5-2. Musisz wtedy biegać o wiele więcej, bo atakujesz jak skrzydłowy, a bronisz jak obrońca. Masz do spełnienia dwie role – oceniał Hiszpan, dla którego nowe miejsce na boisku okazało się tym, gdzie jeszcze bardziej mógł wykorzystać swoje walory. W ostatnim sezonie zdobył najwięcej punktów do klasyfikacji kanadyjskiej(trzy gole, cztery asysty) ze wszystkich obrońców Serie A. Stwarzał również kolegom mnóstwo okazji.

Swój temperament ujawniał jednak nie tylko w ofensywnych poczynaniach na boku boiska, ale również podczas świętowania zdobytych bramek. Niewiele brakowało, a doprowadziłby do sporego konfliktu na trybunach. – Strzeliłem bramkę przeciwko Torino, z którym kibice Fiorentiny od około 40 lat są zaprzyjaźnieni. Świętowałem jego zdobycie wykonując gest torreadora, co nie spodobało się turyńczykom – uznali, że ich prowokuję. Ja chciałem w ten sposób tylko wspomnieć mojego kolegę Joaquina, który często cieszył się w ten sposób, a przed sezonem opuścił klub. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że mogłem popełnić gafę – mówił Alonso w sierpniu 2015 roku.

Ostatni sezon był zdecydowanie najlepszym w wykonaniu 26-latka, o którym coraz częściej zaczęto mówić nawet w kontekście gry w reprezentacji. Alonso nie mógł jednak zagrozić pozycji Jordiego Alby, wyżej Vicente del Bosque cenił również Cesara Azpilicuetę. Nadal jego jedynym kontaktem z koszulką narodową były trzy występy w reprezentacji U-19 jeszcze za czasów gry w Realu Madryt. Alonso występował wtedy w drużynie z Davidem De Geą, Thiago Alcantarą czy Sergio Canalesem i razem z nimi wystąpił na EURO U-19 na Ukrainie. Po dobrym sezonie powołanie również nie przyszło, więc musiał się zadowolić zainteresowaniem takich klubów jak Barcelona. Ostatecznie postawił jednak na Chelsea prowadzoną przez Antonio Conte.

Do klubu ze Stamford Bridge trafił kilka godzin przed zamknięciem okienka. W starym klubie w sierpniu zdążył jeszcze zagrać przeciwko Chievo i Juventusowi. Kosztował 23 miliony funtów czyli około 11 milionów mniej niż wracający do Chelsea tego samego dnia David Luiz. – Rzeczywiście toczyłem rozmowy z Barceloną, ale nie miałem w planach opuszczać Fiorentiny. Zacząłem się zastanawiać dopiero, jak zgłosiła się Chelsea. Od czasów mojej gry w Boltonie, The Blues byli jednym z moich ulubionych klubów. Cieszę się, że tu jestem – takimi wypowiedziami próbował wkupić się w łaski kibiców, którzy nie byli do końca przekonani do tego transferu. W nowych barwach zadebiutował w meczu Pucharu Ligi z Leicester, a cztery dni później wszedł z ławki na 36 minut w przegranym meczu z Arsenalem. To właśnie wtedy Antonio Conte podjął kluczową decyzję dla losów całego sezonu. Włoch zaczął stosować system 3-4-3, co stanowiło nieco zmodyfikowaną wersję dobrze znanego Hiszpanowi 3-5-2. Dzięki temu Alonso od razu wskoczył do wyjściowej jedenastki, a Chelsea z nim w składzie wygrała trzynaście kolejnych spotkań w lidze. On sam zaczął być postrzegany przez kibiców jako nowy Ashley Cole, który pozwoli zapomnieć o nieudanych występach w poprzednich latach Filipe Luisa czy Baby Rahmana. Conte stworzył potwora, którego Alonso stał się tak samo integralną częścią jak znacznie bardziej znani zawodnicy.

Popisem był zwłaszcza ostatni mecz przeciwko Bournemouth. 26-latek ustalił wynik spotkania na 3-1 uderzeniem z rzutu wolnego, którego nie powstydziliby się nawet Edson i Leszek Pisz. To było jego piąte trafienie w tym sezonie, co sprawia, że plecy Hiszpana ogląda choćby najdroższy piłkarz świata Paul Pogba. Jeśli chodzi o obrońców – skuteczniejsi są tylko Gareth McAuley z WBA oraz James Milner z Liverpoolu, który jednak cały dorobek zawdzięcza bezbłędnemu wykonywaniu jedenastek. W tym roku mniej bramek od niego zdobył także główny goleador The Blues Diego Costa. – W poprzednich meczach, gdy wykonywałem rzut wolny dwukrotnie trafiałem w słupek. Kiedy teraz wziąłem piłkę każdy żartował: „Marcos, proszę, jeden centymetr w lewo.” Tym razem się udało i byłem niezwykle szczęśliwy, bo ta bramka pozwoliła nam na spokojną końcówkę – przyznawał po meczu Alonso, który cieszy się w drużynie coraz większym zaufaniem. Świadczy o tym sam fakt, że coraz częściej bierze się za wykonywanie wolnych oraz to, że przeciwko Wisienkom Eden Hazard właśnie do niego kierował najwięcej podań. 26-latka mocno chwalił również Antonio Conte, którego drużynę czeka już dziś znacznie trudniejszy sprawdzian.

– Każdy mecz jest teraz dla nas jak finał, potrzebujemy punktów, aby zapewnić sobie tytuł. Do tej pory wygraliśmy dwa razy z Manchesterem, ale przez to ten pojedynek będzie dla nas trudniejszy. Oni zrobią wszystko, aby nas pokonać, a my musimy odpowiedzieć tym samym – dla bojowo nastawionego Alonso powrót na Old Trafford będzie przywołaniem miłych wspomnień z gry w Sunderlandzie. Wtedy jednak twarz Hiszpana dopiero zaczynała być rozpoznawalna na tym balu, a dzisiaj kręcą się koło niego najpiękniejsze dziewczyny. Oby tylko z żadną nie zrobił tego, co kilka lat temu w Madrycie. Na tym poziomie różnica między chwałą a przepaścią jest minimalna, a Alonso cały czas musi udowadniać klasę. Jeszcze kilka dobrych występów i być może spełni marzenia ojca oraz zmarłego dziadka – tak jak oni zagra w reprezentacji. Julen Lopetegui, choć na ostatnie zgrupowanie znów go nie powołał, tym razem coraz trudniej odpędzał się od pytań o wyróżniającego się 26-latka. Ostatnio gruchnęło również kilka plotek o zainteresowaniu Realu Madryt. Przy dzisiejszym telefonie z Hiszpanii od rodziny, wraz z życzeniami wielkanocnymi, nie ma wątpliwości, że ojciec mógł powiedzieć do słuchawki: Marcos, muy bien!

Wojciech Piela