Image and video hosting by TinyPic
Wolę derby gminy niż derby Madrytu. Co mnie interesuje jakiś Madryt?
Weszło Extra

Wolę derby gminy niż derby Madrytu. Co mnie interesuje jakiś Madryt?

Jeśli sądzisz, że oglądanie meczów Górnika Łęczna czy Chojniczanki Chojnice to hipsterskie zajęcie, musisz spotkać Zuzę Walczak i zobaczyć, jak bardzo jesteś mainstreamowy. Autorka bloga Weź mnie na mecz spędza weekendy jeżdżąc na Moto-Jelcz Oława, Spartę Paczków czy inne kluby z ósmej ligi mistrzów. Potrafi przejechać 300 kilometrów tylko po to, by zobaczyć derby gminy. W tamtym roku łącznie zaliczyła 63 spotkania, ale jej pasja na jeżdżeniu się nie kończy. Grała w piłkę w klubie, sędziowała, trenowała dzieciaki, pracowała na wolontariacie w ekstraklasowych klubach, zajmowała się futbolem naukowo, a obecnie pracuje przy sponsoringu sportowym. Dlaczego mecz Kłobuka z Żaglem może być ciekawszy niż derby Madrytu? Czy Belgrad staje się powoli komercją? Dlaczego Dynamo nie jest najlepszym klubie w Dreźnie? Gdzie rodzice popełnili błąd? Zapraszam na wywiad z polską groundhopperką, Zuzą Walczak. 

Jesteś piękną, młodą kobietą, możesz robić w wolnym czasie tysiąc normalnych rzeczy, a ty tydzień w tydzień jeździsz po jakichś Baranówkach czy innych B-klasach i oglądasz mecze. Co poszło nie tak?

Na tych, którzy znają mnie od lat nie robi to wrażenia. To nie tak, że ja sobie nagle ubzdurałam, że będę jeździć na mecze. Piłka nożna towarzyszyła mi od kiedy pamiętam. Grałam w nią, sędziowałam mecze, pracowałam na wolontariacie w ekstraklasowych klubach, trenowałam dzieci, teraz też pracuję w piłce. Znajomi zawsze uważali, że jestem popieprzona. Rodzice się już przyzwyczaili, ale obstawiam, że woleliby mieć jednak normalną córkę. Ratuje mnie to, że poza moim skrzywieniem na punkcie piłki ogólnie w życiu radzę sobie całkiem nieźle. Mam pracę, normalną edukację, rodzice nie ma się do czego przyczepić i nie mogą powiedzieć „weź się w garść”. Zawsze mnie bawi, jak wracam z jakiejś Baranówki i mama pyta o to, kto wygrał. Przecież nawet nie zna tych drużyn!

– Mamo, nie interesuje cię to!
– A właśnie, że interesuje!
– No to Baranówka.
– Baranówka? No to bardzo dobrze!

Czuję jednak, że w głębi duszy rodzice myślą sobie: gdzie popełniliśmy błąd?

A gdzie popełnili?

Chyba mi na wszystko pozwalali. Mogłam sama za siebie podejmować decyzje. Zawsze przynosiłam czerwone paski, na studiach miałam stypendia z dwóch źródeł, a jednocześnie potrafiłam spędzać czas na luzie, imprezować, poznawać nowych ludzi. Chyba są zadowoleni, bo całe życie mówiłam, że chcę pracować w sporcie i mi sie udało. Wielu mówiło „Ty? Bez znajomości? Z Gałązczyc, które mają 300 osób?” Jakoś sobie jednak poradziłam. Wielu mówi teraz „tobie to się udało”. No, z nieba mi spadło. Ciągle robiłam jakieś wolontariaty, skończyłam dwa kierunki studiów, inwestowałam w siebie. No i weekendami jeżdżę na mecze. W ogóle widzę taką tendencję, że ludzie zaczynają chodzić na te niższe ligi i się tego nie wstydzą, a dawniej słyszeli „to nie możesz iść na Śląsk Wrocław?!”. Dostaję wiele zdjęć z meczów od znajomych, po których bym się tego w ogóle nie spodziewała. Duża zasługa Radka z Kartoflisk, który fajnie rozpowszechnił ten styl życia. Ludzie mają przesyt komercji, a niższe ligi są od niej totalnie wolne. Staram się być ambasadorką tych niższych lig, dlatego na swoim blogu nigdy nie piszę negatywnie, bo na podstawie mojego wpisu ktoś może sobie wyrobić o jakimś klubie opinię. Po co? Coś mogło mi się nie podobać, ale to mógł być przecież incydent. Wolę akcentować to, co jest fajne.

Czasami mam tak, że jadę na jakąś wioskę i jestem przekonana, że nic się nie wydarzy i nie będzie o czym napisać. No dobra, ale pojadę. Bez entuzjazmu pojechałam na przykład do Paczkowa na okręgówkę. Jestem na meczu, patrzę… koszulki piłkarzy jakieś dziwnie znajome. Przyglądam się a tam orzeł na piersi. Przecież to są stroje reprezentacji! Co jest grane? Reprezentacja w Paczkowie?

Nawałka aż tak by zaskoczył?!

Przysiadłam się do dwóch starszych panów i pytam:

– Przepraszam, panowie, mam takie głupie pytanie. Dlaczego wasza drużyna gra w strojach reprezentacji?
– A faktycznie! Zdzichu musiał załatwić, bo jest blisko z PZPN-em.

Dodałam o tych koszulkach wpis i za jakiś czas na Facebooku odezwał się do mnie kierownik drużyny z podziękowaniami, że komuś w ogóle chciało się przyjechać do Paczkowa i jeszcze o tym napisać. Następnym razem jak przyjadę mam dać znać i mnie oprowadzi po budynku klubowym. Potwierdził wersję, że stroje są od PZPN, więc wyjaśniłam to w artykule. Na Twitterze ludzie potem zaczęli mi pisać, że jest więcej takich drużyn, które grają w strojach reprezentacji. To niesamowite – jedziesz na beznadziejny mecz a coś cię zaskakuje do tego stopnia, że wracasz do domu i zaczynasz czytać historię klubu z Paczkowa! Mieli tam na przykład wychowanka – Józefa Kurzeję, który grał w piłkę później zawodowo w Górniku Zabrze i równolegle studiował medycynę. Łączył funkcję piłkarza i lekarza drużyny, teraz mieszka w Niemczech i jest ordynatorem jakiegoś szpitala. Prawdopodobnie jest jedynym piłkarzem w historii polskiej piłki, który występując na boisku, był jednocześnie lekarzem klubowym. Takie niesamowite historię poznaję dzięki okręgówce.

zuza1

Masz tak, że jedziesz na mecz i potem nie masz o czym napisać?

Chyba nie. Bywa, że mam czas się przygotować przed wyjazdem i wtedy jest łatwiej. Zawsze jestem zawiedziona, gdy jadę na mecz do ogarniętej grupy kibiców, a na miejscu okazuje się, że nie ma oprawy. Niedawno byłam w Baranówce pod Krakowem. Wszyscy pisali do mnie „przyjedź, Zuza, fajny mecz będzie”. Zrobiłam te 300 kilometrów, kręcę się po meczu, trochę nuda. Pytam kibica, kiedy ta oprawa.

– Wiesz co… Nie będzie, chłopakom się nie chciało.

I to jest dla mnie największy niedosyt. Chociaż tyle, że w tym klubie są bardzo serdeczni ludzie i mają świetnego prezesa. W przerwie piwko, po meczu mieliśmy pana, który się nami zajmował, zapewnił kolejne piwka, pizzę, jakieś inne jedzenie. Zostaliśmy dobrze ugoszczeni, ale przyjechałam po coś innego. Nie napiszę relacji, bo nie ma z czego.

Baranówka to generalnie twój ulubiony klub.

Tak, jak za pierwszym razem tam pojechałam, to byłam w szoku. Trafiłam na kapitalny mecz – derby gminy, w których obie drużyny, niezależnie od wyniku, awansowały do B-klasy. Podobno rok wcześniej było tak, że ostatni mecz też był decydujący o awansie, sala była naszykowana na bankiet, ale na boisku przegrali i awansu nie było. Bawili się na smutno. Ale jak przyjechaliśmy to była pirotechnika, doping, oprawa. Po meczu zaprosili nas na salę, a tam pieczona sarna, schabowy, ziemniaki, coś niesamowitego (śmiech).

Mają gest w C-klasie!

Mają, a teraz nie było nawet dopingu.

Często zdarzają się takie melanże?

Jak jadę gdzieś daleko i wiem, że zostaję w tej miejscowości na noc, faktycznie zostaję na piwku z lokalnymi kibicami. Zawsze dążę do tego, by poznać kogoś nowego, a przy piwie się rozmawia najlepiej. Czasem to melanż, czasem pięć piw.

To taki mały melanż.

Zależy jak dla kogo (śmiech). Żartuję oczywiście. Mnie nie kręci pojechanie do innego kraju, zabranie ze sobą dziesięciu znajomych i jeżdżenie z nimi. Jak gdziekolwiek jadę też w niepiłkarskie miejsca – chociaż teraz już tak nie jeżdżę, zawsze szukam czegoś piłkarskiego – to przecież nie robię tyle kilometrów po to, by siedzieć w gronie Polaków. Lubię sama podróżować, bo jestem skazana na osoby stamtąd. Poznaję ludzi, kulturę. To chyba lepsze niż oglądanie zabytków. Jeszcze będzie w życiu czas, by to wszystko pozwiedzać. Zazwyczaj mam krótkie wypady. W Belgradzie byłam na przykład tylko 24 godziny. Jakbym miała wstać rano by zobaczyć zabytkowy kościół, to nie bardzo. Wolałam spotkać się z Radkiem z Kartoflisk w legendarnym Paunie. Niestety, już zamknęli tę knajpę. Serb, u którego spałam, w ogóle nie wiedział o tej knajpie. Jak tam weszliśmy był zaskoczony:

– Tak ci zależało by iść do takiej speluny?!

Jak poznaliśmy chłopaków z Polski, to już poczuł klimat i uznał, że zaprosi tu Serbów.

Derby Belgradu to najważniejszy cel groundhopperów? Mówi się, że jak się zobaczy derby Belgradu, nic już nie będzie w stanie cię zaskoczyć.

Intensywne jeżdżenie na meczu zaczęłam właśnie od Belgradu. Źle wystartowałam w takim razie. U nas stadiony są szalenie nowoczesne, w Serbii – totalny oldschool. Często mają bieżnię, u nas już tego praktycznie nie ma. Czujesz klimat. Na trybunach możesz sobie pozwolić na dużo więcej. Jesteś pewien, że będzie się działo. Ogólnie miałam tak, że o 16 przyleciałam samolotem, a o 17 już był mecz. Celnik nie mógł uwierzyć, że przyleciałam specjalnie na debry.

– To nie można iść na mecz w Warszawie?

Wysiadam z taksówki – tu helikopter, tu wojsko, tu straż. Cały mecz przestałam w przejściu z policjantem w kasku. Na bilecie niby masz jakieś miejsce, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Nienawiść między klubami jest tam większa niż w Polsce. Dużo osób mówiło, że te na których byłam były akurat słabe. A czy to numer jeden? Nie wiem, zależy od skali. Pod względem ultrasów – tak. Pod względem poziomu sportowego – nie wiem, nie patrzyłam.

Nie zrobiły się z tego turystyczne derby?

Właśnie chciałam o tym powiedzieć, że te mecze tracą swój urok, bo strasznie dużo osób z zewnątrz na nie jeździ. Nawet jak przejeżdżałam obok stadionu Cvernej Zvezdy, widziałam na murze napis „fuck off tourists”. Są zmęczeni tym, że to się stało komercją. Miałam obok siebie na meczu typowych turystów, którzy pół meczu spędzili na smartfonie robiąc selfie. Ludzie chcą często odhaczyć ten stadion.

Mecze w Anglii teraz tak podobno wyglądają.

Dwadzieścia lat temu było jeszcze normalnie, ale zwiększyli ceny biletów, nastąpiła tam wymiana publiczności i jest jak jest. Ludzi z klasy średniej nie stać na karnet na cały rok.

9

Co oprócz Belgradu znajduje się w twojej w czołówce?

Ciężko tak ocenić. Zależy, jakie wybierzemy kryterium. Fajny klub widziałam w Dreźnie.

Dynamo?

Nie, nie (śmiech). SpVgg Dresden-Löbtau, malutki klubik z ósmej ligi. Generalnie jeżdżąc po meczach wyszukuję noclegu przez couchsufring. Możesz spać u kogoś za darmo – no dobra, za wódkę czy piwo, taka waluta – i raz, że wychodzi to taniej, dwa – masz od razu kontakt z ludźmi z danego kraju. Napisałam na couchsurfingu, że będę chciała iść w Dreźnie na mecz z Hansą i będę potrzebować noclegu i pomocy z biletem, ewentualnie oprowadzenia po piłkarskich miejscach. Odezwał się do mnie taki Włoch, Mirko.

– Zuza, ja cię przenocuję, zobaczysz sobie to Dynamo, ale na drugi dzień idziemy na mecz mojej drużyny. Zgoda?

Zgoda. Młyn składał się z sześciu osób, wszyscy w szalikach, flagi. Na fladze mają Sashę Grey, bo uważają, że ona jest fajna. Tłumaczyli mi, że kobiety w Dreźnie są bardzo niezależne, chłodne wobec mężczyzn i chodzą w ogóle w jakichś kurtkach, które dla nich nie są w ogóle kobiece. No i ta Sasha…

Chyba w kurtkach nie chodzi.

To na pewno. Chciała zostać aktorką porno – została. Chciała zostać pisarką – została. Dopięła swego. W sumie w kontekście Sashy Grey nie brzmi to najlepiej. Tak czy inaczej wpasowuje się w ten obraz niezależnej kobiety z Drezna. Oni w tym swoim kilkuosobowym młynie mają ludzi z wielu krajów. Jest Mirko, Włoch, gość z Luksemburga, Białorusini, Czesi, dwóch Polaków. Mega mieszanka. Wymyślili sobie kiedyś przy piwie, że będą im kibicować, bo nie mieli tu żadnego swojego klubu. Dynamo? To takie oczywiste. Obczaili, że obok nich jest właśnie Löbtau, obok stadionu był pub, co też było dodatkowym atutem. Pojechali na pierwszy wyjazd i zaczęli dopingować. Piłkarze się na nich patrzą: o co chodzi?! Jacyś Włosi nas dopingują?! A to klub, który nie ma kibiców, a co dopiero takich, którzy by coś śpiewali. Tak się to rozkręciło. Teraz przychodzi do nich zbijać piątki prezes, trener, zawodnicy. Mają niemieckie przyśpiewki, ale ciągle robią błędy. Niemcy upominają ich, że źle śpiewają, ale oni nic nie zmieniają, taka ich międzynarodowa tożsamość. To jest w tym wszystkim fajne – jedziesz na jakiś mecz na zasadzie „no dobra, przejadę się, skoro już jestem” i się zaskakujesz. Samo Dynamo było spoko, bo zawsze fajnie zobaczyć pełny stadion na trzeciej lidze.

SONY DSC

A propos Drezna słyszałem, że scena kibicowska jest tam bardzo podobna do polskiej i w ogóle oni są bardzo zafascynowani polskimi kibicami. Raczej spotkasz tam Sebę, a nie Helmuta.

Taka prawda, bardzo są zajarani Polską i lubią sobie czasem przyjechać do nas na jakiś mecz. Co ciekawe lubią mocne ekipy w niższych ligach, które kiedyś coś znaczyły, a teraz nie są na topie. Pytali mnie o kluby w stylu Polonia Przemyśl czy Moto-Jelcz Oława. Wszystko wiedzą o zgodach i układach. „A ci są z tymi dalej?”. Poszliśmy po meczu w takie miejsce, gdzie się zbierają i piją piwo. Byli tacy typowi kibice z młyna. Na początek stałam jak taka sierota, za bardzo nie chcę się też wychylać, bo w takich środowiskach musisz zdobyć zaufanie. Dopiero ktoś do mnie zagadał. W takich przypadkach dobrze powiedzieć, że było się w Belgradzie na meczu, to akurat była wtedy świeża sprawa. Po tym widzą, że ktoś ma pojęcie. Jak słyszą, że ktoś jest dziennikarzem czy blogerem, to się boją. Nie wiedzą, czy chce napisać coś pozytywnego czy kontrowersyjnego.

Dobre, teraz będę mówił w takich sytuacjach, że byłem niedawno w Belgradzie.

Poczytaj sobie najpierw na moim blogu o meczu, żebyś wiedział co mówić.

W sumie już wiem. Powiem, że widziałem napis „fuck off tourists”.

Zaczęliśmy gadać, dopytywali o Polskę, jakiś gość poszedł po ultrasowskie magazyny. „Patrz, na 53 stronie nasza oprawa sprzed trzech miesięcy”. Później złapaliśmy się z węgierskimi kibicami i piliśmy piwko. W Niemczech to jest piękne, że możesz pić w miejscach publicznych.

W Lipsku po drodze z dworca na stadion są stoiska z piwem.

W Dreźnie to samo, ludzie pili przed stadionem.

Co w Polsce poza Baranówką?

Mam sentyment do stadionu Ruchu Chorzów.

Fatalnie się ogląda mecze w TV, gdy Ruch gra u siebie.

A kogo to interesuje? Kto ogląda mecze w telewizji?!

Ty w ogóle tego nie robisz?

Zdarza mi się, ale wolę w towarzystwie. Rzadko mam tak, że włączam mecz i się relaksuję, o ile w ogóle można się relaksować przy meczu Ekstraklasy.

Na tle Baranówki to przecież wielka piłka!

Proszę mi tu nie obrażać niższych lig. Faktycznie, dla zwykłego człowieka stadion Ruchu jest paskudny, niewygodny, przestarzały. Dla mnie to stadion, który ma coś w sobie, ten oldschool, którego nie ma na nowych obiektach. Zaprosili mnie tam do sektora VIP. Różnica pomiędzy VIP a normalnym sektorem polega na tym, że masz zadaszenie, poduszki na krzesłach i bigos w przerwie. Lubię takie klimaty. Teoretycznie powinno być ekskluzywnie, a jest swojsko, wiejsko. Byłam tam z dwoma Niemcami, którzy przyjechali specjalnie po to, by pójść na mecz Ruchu i GKS-u.

Gdzie w Polsce jest największy koniec świata?

O swojej miejscowości mam mówić? Boiska w niższych ligach są wszędzie porównywalne – krzywe murawy, krzywe linie. Zawsze się zastanawiam, z czego to wynika. Pan, który je malował był już nietrzeźwy?

Albo jeszcze nic nie wypił i miał delirkę.

Jedno z dwóch. Na ogół jestem zaskoczona, gdy na B-klasie jest super boisko, ale raczej to rzadkość. W mojej rodzinnej miejscowości jest fajny folklor, mamy blaszane szatnie. Nie wiem, czy ktokolwiek tam się przebiera. Sędzia chyba w aucie to robi. Z drugiej strony – mieszkańcy są dumni, że mają te dwie szatnie. Grali w A-klasie i chyba musieli je zrobić. Największy problem był wtedy z trenerem. Oni generalnie nie mieli żadnego trenera, a w A-klasie musieli go mieć, to jeszcze ten musiał posiadać uprawnienia. Okazało się, że ma je we wsi tylko wuefista. Dogadali się, żeby tylko przyjeżdżał na mecze. Problem był taki, że on zapominał o tych meczach i przez to były kary. Szybko wróciliśmy do B-klasy.

W Polsce takim miejscem jak Belgrad dla groundhopperów jest Chrząstawa?

Nie wiem. Ja uważam, że takich Chrząstaw jest sporo, przynajmniej pięćdziesiąt. Nie mam parcia na Chrząstawę. Może dlatego, że stała się modna? Fajnie odkrywać swoje miejsca.

Chrząstawa czy derby Madrytu? Przy założeniu, że czasowo i finansowo wychodzi na jedno.

Ale się tej Chrząstawy uczepiłeś.

To inny klub tego pokroju, może być na Mazurach.

Akurat na Mazurach w tej rundzie mam w planach mecz Kłobuk Mikołajki – Żagiel Piecki. Ale ogólnie zależy, jaki mecz. Na pierwszy lepszy bym nie pojechała. Ale jak byłyby to derby gminy – wolałabym derby gminy. Co mnie interesuje jakiś Madryt? 80% tych ludzi przyjdzie, by tylko zobaczyć mecz. Jedziesz tam jak turysta. Nie mówię, że nigdy nie pojadę na taki mecz, czasem mi się zdarza obejrzeć coś mainstreamowego, bo lubię różnorodność. Wiesz co? Jeśli oprócz derbów Madrytu miałabym tam nagranego kogoś na oprowadzanie i trzy mecze w niższych ligach, to w sumie mogłabym jechać. Tak w ogóle kolega z Hiszpanii, który ma polskie pochodzenie, robił ostatnio reportaż o turystach stadionowych. Poprosił mnie o jakieś zdjęcia, więc wysłałam mu ze 20 i na czołówce pod artykułem znalazło zdjęcie B-klasowej Baranówki. Podesłałam to ludziom z klubu, oni zaczęli wrzucać u siebie na fanpage, że „Baranówka słynna nawet w Hiszpanii”. W takich momentach widzisz, że to dla nich dużo znaczy. Czasami warto napisać o takiej Baranówce, z czego sto osób będzie wdzięcznych niż napisać setny tekst o Legii Warszawa.

Miałem podobnie. Kiedyś napisałem w relacji LIVE, że jakaś drużyna gra jak Zryw Skroniów, bo to była pierwsza absurdalna nazwa klubu, jaka przyszła mi do głowy. W knajpie zaczepił mnie kiedyś gość: co to ma znaczyć, co wy o naszym Zrywie piszecie?!

Widzisz jak trzeba uważać? Dlatego ja zawsze piszę pozytywnie. To środowisko jest ogólnie sceptyczne, ciężko zdobyć zaufanie. W Namysłowie chłopaki mnie już znają i wołają przed meczem, mówią, w której minucie będzie oprawa, bym się dobrze ustawiła. Ostatnio w Kluczborku koleżanka dała mi aparat i wpuściła do młyna, bym robiła fotki. Kibice z Kluczborka to trochę Nieciecza. Mają dobre intencje, ale nie mają tradycji i kogoś kumatego, kto powie im jakie są zasady. Tam jeden stoi z szaliczkiem, drugi z piwkiem, trzeci krzyczy. Chaos. Zrobiłam kilka zdjęć z tyłu i co, teraz mam podejść z przodu i ich fotografować? Trochę słabo, pomyślą sobie, że jestem z policji albo coś. Nie wyglądam jak fotograf, bo reszta fotografów została na murawie. Trochę dziwnie. Stoję i myślę, a naprzeciwko mnie stoi taki koks, największy na całym stadionie.

– A ty co, Zuza, tak tyłem do nas?

Skojarzyłam sobie, że to kibic z Namysłowa. Pogadaliśmy dziesięć minut i pomyślałam sobie, że teraz już mam prawo robić zdjęcia. Zdobyłam akceptację. Nie dziwię się, po akcjach różnych z policją też bym się bała, gdyby ktoś obcy podchodził pode mnie i robił mi zdjęcia. Często w ogóle mnie mają za policję.

Tak?

Głównie na małych wioskach. Nie znają mnie, chodzę z aparatem i dopytuję o kibiców albo wychowanków. Policja, no bo kto? Zawsze pytają też czy jestem z Wyborczej albo z TVN-u. Na takich wioskach na ogół jest ciekawostką każdy, kogo nie znają.

Siadasz zwykle blisko fanatyków?

Zależy od meczu. Gdy idę na duży stadion, staram się wybrać tak sektor, by dobrze widzieć młyn. Jak wiem, że obie ekipy są mocne, siadam po środku, by widzieć jedną i drugą. Na meczu muszę dużo rzeczy połączyć. Zrobić zdjęcia, poznać ludzi, obejrzeć oprawy. Ciężka robota! Zagranicą ratuje mnie jakikolwiek bilet, cieszę się, że w ogóle mogę wejść na mecz. Na niższych ligach z kolei zwykle sobie chodzę po całym stadionie.

17820490_10202957515935346_788060466_o

Jak ty w ogóle planujesz te wyjazdy? Dobierasz mecze według jakiegoś klucza?

Zależy. Mam na liście kilka drużyn i czekam, aż się trafi jakiś dobry mecz z ich udziałem. Teraz przeprowadziłam się do Wrocławia i staram się szukać meczów lokalnie. Ostatnio pojechałam do Środy Śląskiej, bo pasował mi pociąg i spodobał mi się stadion. Na miejscu okazało się, że mecz jednak rozgrywany jest na innym boisku. W dodatku na meczu cały czas stała koło mnie straż, a miałam piwko w torebce i nie miałam jak się napić. W dużej mierze bazuję też na poleceniach. Ludzie zapraszają mnie na mecz. Dostaję wiadomość „wpadnij na Ognisko Przeworno” czy coś, ale to dla mnie żadna informacja. Jak gdzieś jadę, to chcę, by to był najważniejszy mecz w sezonie, zawsze proszę o jakiś szczególny mecz. Ktoś wysyła informację o derbach powiatu i festynie – świetnie, zapisuję to.

Dużo osób do ciebie pisze? Tytułem bloga prowokujesz do tego.

Nie wiem, ile to jest dużo. Tak średnio mam pięć propozycji na tydzień.

Sporo. Miesięcznie 20 zaproszeń i tylko cztery weekendy.

Mam do siebie ogromy żal, że nie jestem w stanie robić tego jakbym to chciała, przede wszystkim by relacje na blogu były pełne. Dużo osób robi tak, że „byłem na meczu tu i tu, taki był wynik, a takie składy”. Ja często bagatelizuję aspekt piłkarski. Lepiej napisać o zaangażowanym prezesie, kibicach. Kiedyś opisałam w relacji wspomnienie historycznego meczu. Historycznego lokalnie, bo spotkanie było rozegrane w 1993 roku w Namysłowie, a do tej pory kibice pamiętają jak dopingowali swoich w Pucharze z Legią, nawet Wojciech Kowalczyk pisał o tym meczu w swojej książce. Dla Legii był to mecz jak każdy inny a oni wciąż to pamiętają i to jest w takich miejscach kapitalne.

W tamtym roku zaliczyłaś 63 meczów. To dużo czy mało?

Myślę, że mało. Niektóre miesiące mam wyjęte z jeżdżenia, w tamtym roku sporo weekendów spędziłam na organizacji eventów piłkarskich z pracy. Czasem jednak udawało mi się urwać w przerwie. Chciałam wejść na przykład we Włocławku na stadion, ale nie wpuścili mnie nawet na pięć minut. Powiedzieli, że istnieje zagrożenie antyterrorystyczne i kazali wypełniać wniosek. Taki obiekt we Włocławku to – myślę – naprawdę mógłby być poważny cel dla terrorystów. Nie narzucam sobie presji statystyk. Jak mam ciężki tydzień to odpuszczam. Robię to przecież dla siebie, jeśli zacznę działać na siłę, przestanę czerpać z tego satysfakcję. Czasem mam beznadziejny tydzień i chcę odpuszczać, a jadę i się z tego bardzo cieszę, mimo że nic nie wypocznę. Rok temu mieszkałam jeszcze w moich rodzinnych Gałązczycach, więc miałam czasem tak, że wróciłam z meczu z Katowic do Wrocławia o pierwszej w nocy, a najbliższy pociąg miałam o piątej. Ale nie mam tak, że w tym roku muszę przebić poprzedni. Koledzy mają minimum sto, wygląda to okazalej.

Widzisz u groundhopperów, że idą na wynik, nabijanie statystyk?

Jest to dosyć popularne. Ja też prowadzę statystyki. Zapisuję datę, kto z kim i gdzie oraz wynik. Na koniec tamtego roku policzyłam też kilometry. W tym roku chciałam też wprowadzić wskaźnik wypitego piwa, ale nie wiedziałam, jak potraktować piwo okołomeczowe, czyli to przed meczem i po meczu. Poza tym moja mama czyta bloga, więc to nie byłoby dobre. Wiadomo, fajnie powiedzieć na koniec roku, że zobaczyło się 200 meczów, ale nie o to chodzi. Dla mnie najważniejsze jest poznawanie ludzi. Miałam raz wypad do Oławy, gdy zaliczyłam trzy mecze w jeden dzień, ale to raczej wyjątek. Nie byłam zadowolona po takiej sobocie, bo nie poznałam prawie nikogo. Zagranicą fajnie obejrzeć jak najwięcej, do Oławy mogę jechać sobie w ten weekend na Moto-Jelcz, za tydzień na Rzemieślnik, a za dwa na Minkowice Oławskie. Zamiast statystyk zawsze staram się czegoś fajnego doszukać. Fajnie jest spotkać kogoś, kto jest z jakimś klubem od 20 lat, opowie historie, pokaże ci szatnię, budynek klubowy. Totalnie obskurny, a dla nich to wow. Są dumni, że sami to zbudowali albo zdobyli dotację. Dzięki temu mam szersze spojrzenie na piłkę. Najpierw grałam w piłkę, potem sędziowałam, byłam wolontariuszem, trochę obserwowałam kluby od środka… Szalenie podoba mi się, że mogę patrzeć na piłkę z tylu perspektyw.

ig

Pamiętasz swój pierwszy mecz?

Mój brat grał w piłkę, zabierał mnie na swoje mecze, trochę jeździłam jako mała dziewczynka po lokalnych stadionach. Moim pierwszym poważnym meczem była Odra Opole – Arka Nowa Sól. Było 1:1 i łysy pan dostał czerwoną kartkę, tyle pamiętam. Zaczęłam dość późno, miałam 15-16 lat. Na podwórku graliśmy w piłkę, nie było nic innego do roboty. Później zapisałam się do klubu Rolnik Biedrzychowice. Moje koleżanki odnoszą teraz fajne sukcesy. Szybko zdałam sobie sprawę, że nie mam talentu. Trener zawsze mówił do mnie:

– Walczak! No nazwisko zobowiązuje!

W wielkim skrócie: miałam być walczakiem też na boisku. Byłam środkowym obrońcą. Nie miałam wielkich umiejętności, ale byłam na tyle rozsądna, że umiałam ocenić swoje szanse i w porę zająć się nauką.

Zajęłaś się sędziowaniem. Szkoła życia?

To najlepsze określenie. Ubzdurałam sobie, że skoro już nie gram, zostanę sędzią. A to było dziesięć lat temu, sędziujące kobiety były totalną abstrakcją. Niewiele się zastanawiając napisałam maila do opolskiego ZPN-u, że pasjonuję się piłką, zakończyłam „karierę” i czy jest w ogóle taka możliwość, bym sędziowała. Oddzwonił do mnie pan Tomek, że przeczytał list na forum związku, wszyscy byli na tak. Miałam tylko popytać, czy ktoś jeszcze by nie chciał sędziował, wtedy zorganizują nam kurs. Ostatecznie byłam ja i trzech kolegów. Kurs był fikcją. Dostaliśmy książkę i mieliśmy ją czytać, prowadzący tylko opowiadał anegdoty i głupie teksty.

– Wiecie, kiedy jest karny? – pyta.
– Wtedy, kiedy piłkarz jest faulowany w polu karnym! – mówi pierwszy kolega.
– Wtedy, gdy jest niedozwolona ręka w polu karnym! – mówi drugi.
– Karny jest wtedy, moi drodzy, kiedy sędzia zagwiżdże karnego.

Tak wyglądał ten kurs.

Jak rozumiem, czułaś się po nim fachowcem.

Oczywiście. Trudno odmówić prowadzącemu racji – rzeczywiście wtedy jest karny, gdy zagwiżdże sędzia! Prawdziwi eksperci. Innym razem pyta jednego z kumpli:

– A ty ile potrafisz wypić?
– Nie, nie, ja raczej stronię od alkoholu.
– Co? To co ty tu w ogóle robisz? Jakim ty będziesz sędzią jak nie pijesz?

Mówił to z pełną powagą, nie że dla jaj. Klimat był śmieszny. Teraz obstawiam, ze dziewczyny mają ciężko na meczach. Pewnie robią im zdjęcia, wyszukują na Facebooku. Bardzo mi się podobało na linii, zawsze zabierali mnie na A-klasę, gdy wiedzieli, że nie będzie obserwatora. Były spotkania, na których dostawaliśmy delegacje. Dostawałam je i mówiłam kolegom, jaki mecz.

– Ty tam? Serio?
– No tak.
– Przecież oni tam się zawsze napierdalają. Czemu ciebie tam biorą?

Pewnie chcieli, by była tam kobieta i łagodziła obyczaje. I faktycznie – jechaliśmy na te mecze i nic się nie działo. Tak generalnie było sporo niefajnych sytuacji. Jako nastolatka byłam raczej zamkniętą osobą, a sędziowanie dało mi to, że wiele rzeczy po mnie spływa.

Na linii byłaś najbardziej narażona na lożę szyderców.

Ale to skrajne sytuacje. Z nimi jest jak z hejterami w internecie – są mądrzy, gdy ich nie widzisz, bo jesteś do nich plecami. Co im odpowiesz? Poza tym nie chcesz się odrywać od pracy, więc nie zwracasz na to uwagi. Nigdy nikt nie podbił do mnie bezpośrednio. Wielu mówiło „weź przestań, kobieta”. Facetów potrafią gonić, bić, chyba mają ciężej niż kobiety.

Łatwiej sędziować kobiecie, bo piłkarze podchodzą na zasadzie „nie kłóć się, daj spokój” czy trudniej, bo skoro baba to się nie zna?

Czasami łatwiej, czasami nie. Jak trafisz na idiotę to będzie podważał każdą twoją decyzję, tym bardziej, że ma dodatkowy argument.

Bo się nie znasz, wiadomo.

Tak, mam stać w kuchni przy garach. Raz miałam takiego, który podważał wszystko. Wezwałam w końcu kolegę sędziego głównego i powiedziałam jak jest, a ten dał mu żółtą kartkę i ostatnie ostrzeżenie. Do końca meczu był spokój. Z drugiej strony są osoby, które odpuszczają, gdy jest kobieta. Największym problemem w tych niższych ligach generalnie są emocje. Ludzie powinni podchodzić do tego z dystansem. Nie walczą o nic, nikt im nie płaci, nie mają nic do stracenia, a oni zamiast traktować to jak relaks, ciągle się wkurzają. Później z tego zrezygnowałam, są lepsze zajęcia w weekend niż jeżdżenie po meczach i sędziowanie. Wolę jeździć po meczach i pić w spokoju piwo.

Popijawy sędziów z piłkarzami też się podobno zdarzały.

Pamiętam jedną. Pojechaliśmy do Ścinawy, mała wioska, więc zakładałam, że nie będzie dużo ludzi. Wtedy bardzo się stresowałam, gdy było dużo widzów. Zajeżdżamy a tam festyn z okazji dnia dziecka. Po meczu prezes przegranej drużyny przyszedł do nas i powiedział, że nie ma żadnych zastrzeżeń, co jest największym ukłonem dla twojej pracy i docenieniem, a na niższych ligach zdarza się niezwykle rzadko. Jak się przegrało, to na ogół wina sędziego. Bo przecież nie tego, że pół zespołu było pijane?! Gospodarze zaprosili nas do budynku klubowego na świętowanie. Mój serdeczny kolega bardzo nie chciał zostać:

– Ja to kierowca… – mówił.

Uśmiecham się, bo jakiś czas temu przeczytałam notkę, że został zawieszony w prawach sędziego. Okazało się, że sędziował mecz pod wpływem. A taki był asertywny!

Złamał się, ile można odmawiać.

Drugi tak delikatnie pił, bo żona i trzeba wracać do domu, ja z kolei pozwoliłam się ugościć. Sympatycznie było.

By nie było za mało – pracowałaś jeszcze jako trenerka dzieci.

To był ogólnie europejski wolontariat. W 2011 roku był taki projekt skierowany do dzieciaków z biednych środowisk, by zająć im czas na wakacje, by nie szły w patologię. Trafiłam do Lwowa na dwa miesiące. Nic na tym nie zarabiałam, przygoda. To było przed Euro, wszystko rozkopane, krowy na drogach. Inny świat. Chodziliśmy na boisko 5 razy w tygodniu na 3-4 godziny. Było takie trochę obskurne, przez środek boiska przechodziła ścieżka, ludzie chodzili tamtędy z siatkami. Można było wymyślać tym dzieciakom jakieś zajęcia – gimnastykę, cokolwiek. Ja niestety mogłam zaoferować tylko piłkę. Grałam z nimi przez cały czas. Dawało mi to taką dziecinną radość, że mogę zrobić coś dobrego. Dużo zresztą rozmawiałam z tymi dzieciakami. Ich marzeniem była praca w Polsce jako sprzątacz. Dawało to do myślenia.

Jaki planujesz temat doktoratu?

Mam zamiar napisać o CSR, czyli społecznej odpowiedzialności biznesu, ale w kontekście klubów piłkarskich. Korporacje obierają szerszą strategię, by angażować się społecznie. To wynika z przekonania, że firma nie jest tylko do zarabiania, a ma też dbać o swoich pracowników, otoczenie, środowisko. Coraz więcej firm się w to angażuje. Na zachodzie jest to bardziej rozwinięte, u nas ogranicza się to do spontanicznych akcji charytatywnych, nikt nie ma na to żadnego pomysłu. Dlaczego kluby nie wychowują dzieciaków, czyli swoich – było nie było – klientów? GKS Katowice to bardzo fajny przykład. Mają ultrasowską grupę dziewczyn i one opiekują się dzieciakami, robią dla nich osobny młyn.

Lech Poznań też potrafi zaprosić sporą liczbę dzieciaków.

Na ogół jest tak, że gdy pierwszy mecz ci się spodoba, to jest już twój klub do końca życia. Tak jakbyś miał klienta sklepu, który przyjdzie do ciebie raz i już nigdy więcej nie pójdzie do Biedronki. Nie byłabym pewnie kibicem Liverpoolu za małolata, gdybym nie kupiła sobie przez przypadek ich koszulki. Na bazarze równie dobrze mogła mi się spodobać jakaś inna. Kluby chodzą po szkołach i przedszkolach, ale nie mają na to pomysłu. Ostatnio byłam na konferencji, na której kobieta z Anglii mówiła, że u nich w klubach gdy dziecko idzie pierwszy raz na mecz, dostaje specjalny certyfikat. Robią otoczkę wokół tego, że to specjalny dzień, tak to powinno funkcjonować. Ten doktorat to tylko kwestia ambicji i pretekst, by zajmować się piłką jeszcze bardziej. Pamiętam jak pisałam licencjat o problemie chuligaństwa. Mogłam napisać 50 stron, wyszło mi ponad 130. Obejrzałam przy tym masę filmów, czytałam książki. Robiłam sobie przyjemność, a potrafiłam usprawiedliwić się przed sobą „nie no, to do licencjatu, muszę”.

Zajmujesz się piłką zawodowo, naukowo, zajawkowo. Nie masz czasem dość?

Nie mam. Zewsząd mnie ona otacza i nie mam czasu na nic innego. Książki też zwykle czytam o sporcie. Ale nie mam dość. Kiedyś przyjdzie czas i będzie chciała założyć rodzinę, mieć syna i zabrać go na mecz. Póki co nie mam jednak nic lepszego do roboty, więc jeżdżę na mecze.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

fot. wezmnienamecz.pl

KOMENTARZE (41)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

fioot

komentarz edytowany

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Pan Wiesio
(L)egia

Co mnie interesuje jakaś Barcelona?!

WalterWhite

tylko barcelona je*ac real !

Pan Wiesio
(L)egia

Stano? To znowu Ty?

WalterWhite

Panie Wiesiu prosze sie nie kompromitowac

michal kotowski

Bardzo lubię Twoje rozmówki, ale co mnie interesuje baba gadająca o piłce? 😉

eneene5

Dużo gadania, a później kierunkowskaz w prawo, kierownica w lewo i dzwon.

Tulismanore
Jagiellonia

komentarz edytowany

Giovanni

Brawo Zuza! wiedziałem że w końcu trafisz na łamy Weszło! 😉 może w końcu piwko w staromiejskiej? 😉

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

thementalist
Legia Warszawa

Ciekawy wywiad. Ważne że ona robi to co lubi. Jeden woli obejrzeć Baranówkę, inny Koronę, a jeszcze inny Everton. Grunt, by każdy był zadowolony.

Zastanawiam się czy sędzia abstynent ma szansę zaistnieć.

Kulturalny Komentator

Ma szanse zaistnieć… jako ciekawostka. 😉

me_how

Pytanie tylko, czy to już nie jest tani lans. Moim zdaniem to nie jest pasja do piłki nożnej, tylko obsesja na punkcie poznawania nowych ludzi i miejsc. „Miałam raz wypad do Oławy, gdy zaliczyłam trzy mecze w jeden dzień, ale to raczej wyjątek. Nie byłam zadowolona po takiej sobocie, bo nie poznałam prawie nikogo.” No faktycznie, dramat. Dobrze, że nie skoczyła z mostu…

Weszlacki Komentator

Fajny wywiad z ciekawym człowiekiem.
Chciałem tylko zerknąć i zostawić na potem, ale wciągnął mnie i przeczytałem od deski do deski.

pep

Trochę to śmieszne, że ubrano to w jakies ramy, nazwy (groundhopping). Osobiście od kilkunastu lat bywam na różnych meczach niższych lig czy to w kraju czy zagranicą i dopiero od Kartoflisk dowiedziałem się, że to się jakoś nazywa :). Ale spoko.
Z innej beczki: z klimatycznych „stadionów” polecam Nelsona Polańczyk (warto też poczytać skąd nazwa) i LKS Gałkówek, bo blisko mojego domu, a stadion przy samym lesie.

Przemyslaw

W Polańczyku na wakacjach byłem, stadion (no, boisko) widziałem :) Fajnie położony.

PhoenixLk

fajny wywiad z ciekawą osobą;)

Kusi mnie, by pojechać do Baranówki;)

Moshe Ohayon
Legia Warszawa

Jutuberzy, atencjuszki, odechciewa się czytać niektórych. Nie idź w tę stronę Kuba.

FC Bazuka Bolencin

Pozazdrościć, zwłaszcza w czasach gdy wielu gościom w jej wieku nie chce się nawet na mecz w ich wiosce iść tylko wolą Manchestery włączyć w tv. Po tym jakie ma hobby to aż dziwię się że to kobieta. Ja w weekend bardzo lubię się wybrać na „okręgówkę” albo a-klasę, ale jechać nawet 150km na mecz tej ligi to bym chyba nie potrafił. Szacuneczek!
P.S. A swoją drogą to ciekawe czy na takich wioskach znajdują się tacy co przychodzą na jakiś mecz powiedzmy b-klasy nie dla samego meczu a dla Zuzy albo tej panny Bojar co sędziuje mecze w niższych ligach w okręgu krakowskim? hehe

Janko Buszewska
Jadwiżański KS

Jakaś ciekawa tendencja… coraz dłuższe artykuły-rzeki, które sie czyta pulgodziny z bulemglowy… tzn. sie nie czyta, ino przelatuje kólkiem do dołu, bo zycie się ma jedno…

PRT

Pawełka nie ma, to co tu czytać?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Janko Buszewska
Jadwiżański KS

Ty raczej jestes… BACKWARD!

me_how

„Fatalnie się ogląda mecze w TV, gdy Ruch gra u siebie.

A kogo to interesuje? Kto ogląda mecze w telewizji?!”

Hmm… Jakieś kilkaset tysięcy osób?

bastion79
KS Milan

Krzysiek tego tytułu nie lubi. Derby Hiszpani zwane derbami świata są najlepsze i jedynie pasujące dla konesera najlepszej jakości.

Trollosiewicz

Nie to, że się czepiam tej pani, nie spoko, jest zapotrzebowanie niech robi ten biznes, spoko. Tylko można zaobserwować taką tendencję ostatnio, że pojawiają się kobiety w pewnych środowiskach, gdzie ich jest mało i moim zdaniem próbują w ten sposób zdobyć atencję. A media podchwytują, bo powiedzmy buźka ładna. Taki odwrócony mizoginizm 😉 Tak jak z tą sędzią co to sędziuje gdzieś w B-Klasie, zaprosili ją do programu, bo jest kobietą.

czornidlo

Karolina akurat się nigdzie nie pcha. Ktoś ją gdzieś podpatrzył, ktoś zaobserwował na instagramie i poszło. Z resztą się zgodzę, bo faktycznie się takie dziewczyny jakby wpycha, ale czy to aż tak źle? Fajnie jak laska interesuje się czymś niestandardowym w porównaniu do reszty przedstawicielek swojej płci

Trollosiewicz

Fajnie, tylko ciekawe i w tym prawdziwej pasji, a ile kalkulacji.

Moshe Ohayon
Legia Warszawa

komentarz edytowany

czornidlo

Tak. Na pewno kalkulowała, że sędziując w B-klasie po zadupiach ktoś będzie ją chciał do TV wlepić.

Kunta Kinte

Wywiad mnie nie interesuje… Kliknąłem ze wzdlędu na tytuł… Też nie kumam jak ktos z Gdańska, Katowic czy Warszawy może podniecać się derbami Madrytu(Barcelony również)…?!

rrrado

O matko, każdy lubi coś innego… Dziewczyna wcale nie lubi piłki tylko kibiców i sprawy związane z kibicowaniem, sama pisze, że była w Belgradzie ale meczu wcale nie oglądała, dla mnie to niepojęte. Ja tam lubię piłkę, a sprawy kibicowania szczerze mówiąc średnio mnie interesują, czy jakiś tam jeden typ lubi drugiego albo nienawidzi, czy ktoś odpalił racę albo coś namazał na murze. Jakbym miał jeździć po tych wszystkich wsiach i oglądać tą kopaninę to bym się pociął… owszem, swoje i po okręgówkach wyjeździłem ale wielkiej radości z tego nigdy nie miałem ani też nie interesowało mnie nigdy co tam jakaś grupa pijaczków spod lokalnego sklepu krzyczy. Ja lubię oglądać piękną piłkę, lubię jak grają prawdziwi kozacy, może to chore ale zwykle przez 90 minut nie odrywam wzroku od murawy, ciekawi mnie wszystko co tam się dzieje. Dla mnie zobaczyć jak np. Higuain pakował mega-gola na Łazienkowskiej to było coś i pamiętam to bardziej niż oprawy z meczu. To było coś pięknego, prawdziwa sztuka w wykonaniu artysty. Wiem, że to teraz jest wielce trendy, te Belgrady itp., ale sorry, wolę już uciułać z mozołem te parę groszy i te 2-3 razy na rok pojechać na jakiś Juventus. Włochy z resztą lubię najbardziej bo tam ludzie są zwariowani, spotykasz ludzi, którzy mają kompletnego fioła na punkcie piłki, np. gadaliśmy ostatnio z barmanką, która przez pół godziny omawiała rolę „registy” w ostatnio modnym ustawieniu 3-5-2…. Ja tam wolę takie klimaty niż gadanie kto komu przyjebał ostatnio butelką albo pożal się Boże „selfie z Belgradu”. Ja tam wolę derby Madrytu niż gminy…

Hala Madryt
Reprezentacja Królestwa Hiszpanii

komętarz edytowany

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

tennis-agnieszka-radwanska-australian-open_3406817
15 sierpnia, 21:54