Image and video hosting by TinyPic
Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Wczoraj Krzysztof Stanowski zaprosił nas wszystkich do zabawy na 90-lecie polskiej ligi. Staż mam co prawda dość skromny – w latach dziewięćdziesiątych byłem na trzech meczach a potem dzielnie zaprawiałem się oglądając II ligę – jednak spróbuję zmierzyć się z zaproponowanym formatem. Droga ligo – 1000 lat!

Pierwszy mecz na trybunach: Od debiutu na stadionie w 1994 roku na pucharowym meczu z FC Porto minęły cztery lata. Jakimś cudem okazało się, że klub, na którego grę zawsze tata narzekał, teraz pędzi po mistrzostwo, po drodze kasując między innymi ukochany zespół chrzestnego, co zdecydowanie wyostrzało atmosferę rodzinnych obiadów i kolacji. Na szczęście znając wrażliwość i wciąż niewielką tolerancję na porażki u ośmioletniego Kubusia tata nie ciągał mnie na żadne emocjonujące dramaty – na trybuny wybraliśmy się dopiero, gdy wszystko było już jasne. Jesteśmy mistrzem Polski, po raz drugi w historii, przede wszystkim zaś – zdetronizowaliśmy takich i owakich z drugiej strony miasta.

„Mistrzostwo wróciło do Łodzi” – jak żartowali ełkaesiacy, wytykając że dwa kolejne tytuły Widzewa świętowano najintensywniej w nieco mniejszych miejscowościach w całym województwie.

Ligowy debiut w roli kibica zaliczyłem więc od razu w meczu, po którym rozpoczęła się koronacja mistrzów Polski sezonu 1997/98, piłkarzy ŁKS-u Łódź. Pamiętam to wszystko zdecydowanie dokładniej, niż tę pierwszą wizytę przy al. Unii 2 przy okazji meczu z Porto. Rywalem był Lech, który walczył o utrzymanie i bardzo potrzebował trzech punktów. Tata uczulał mnie, że liga jest skonstruowana w taki sposób, że skoro oni punktów bardzo potrzebują, a my punktów już mamy absolutnie wystarczająco, to prawdopodobnie przegramy. Temperatura spotkania była więc taka, że Mirosław Trzeciak przerzucał sobie piłkę nad rywalami w stylu wczesnego Ronaldinho. Krzyknąłem wtedy – tata, patrz, twój zwód! – bo do tej pory tego typu cuda widziałem tylko w wykonaniu ojca na działce. Dalej są już tylko obrazki – złoty puchar nad głową Rafała Niżnika, który z kolei siedział na barkach… Tomasza Lenarta? Chyba tak, chyba to był Lenart. Łysy Wieszczycki, czarnoskóry Carbone – tych rozpoznawałem z daleka. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że kilka lat później po meczu juniorów Lenart będzie komplementował moje zaangażowanie, a jeszcze kolejnych parę wiosen dalej „Wieszczu” pochwali moje teksty – chyba uznałbym, że już więcej w życiu nie osiągnę.

Oczywiście przegraliśmy 0:2. Oczywiście nie udało mi się przybić piątki z piłkarzami, ludzi było zatrzęsienie. Oczywiście odliczałem już godziny do kolejnego meczu. Oczywiście oszalałem ze szczęścia, jak tata obwieścił że idziemy na mecz eliminacji Ligi Mistrzów z Manchesterem United.

Najgorszy mecz: Bez wątpienia przegrane 1:3 derby z Widzewem. To chyba już na zawsze pozostanie cierń gdzieś głęboko w sercu, bo tego dnia przegraliśmy na wszystkich możliwych frontach. Przed meczem policja przeprowadziła widzewiaków wzdłuż Galery, co oczywiście musiało się skończyć dymem. Na naszych sektorach kilka godzin przed meczem była garstka ludzi, więc łupem gości padła cała meczowa oprawa. Goście dostali – jak to w dobrych czasach łódzkich derbów bywało – cały łuk, jakieś 3 tysiące miejsc.

W wyniku przedmeczowych szarpanin już od pierwszego gwizdka atmosfera była żałosna. Potem doszedł tragiczny wynik. Wreszcie desperacka próba odbicia jakichś szalików, by ten dzień nie był tak kompletnie przegrany. Skończyło się gazowaniem i pałowaniem Galery. Najgorsze były właśnie te ostatnie minuty, gdy Galera milczała, starając się dojść do siebie po starciu z policją. Piłkarze już tylko bezradnie czekali na gwizdek. A Widzew się bawił. „Ooo, łódzki Widzew ole!” – ich wtedy chyba jeszcze dość nowa przyśpiewka, nie mam wątpliwości, nigdy nie wyszła im głośniej i lepiej.

Porażkę na murawie da się przeżyć, jeśli na trybunach się wygrywa. Gdy na obu polach „dzień konia” ma największy rywal – zostają szklanki w oczach. Na szczęście jak to w derbowym mieście – karta dość szybko się odwróciła.

Najlepszy mecz: I co ciekawe – wcale nie derby. Oczywiście, i 2:0 z Widzewem na własnym stadionie dwa lata po tej kompromitacji, i 1:0 po bramce Mięciela, po którym noc trwała jakieś dwa tygodnie to wielkie przeżycia. Ale najbardziej pamiętam dwa mecze z Cracovią. Pierwszy, wyłącznie ze względów kibicowskich, to starcie jakoś na początku XXI wieku, gdy na stadionie odpalono ze 300 rac, podświetlając całą koronę i pierwsze rzędy. Na boisku chyba było 0:0, ale wynik był wówczas dla mnie sprawą absolutnie nieistotną. Liczyły się tylko te świecidełka, które z czasem stały się dla mnie czymś więcej niż kawałkiem meczowej oprawy.

Ale miało być o najlepszym meczu. I znów Cracovia. Walczymy o utrzymanie w Ekstraklasie, podobnie jak oni. Mecz na naszym stadionie, zimno, jakoś początek rundy. Po dwudziestu minutach jest 0:2 i – jak to ełkaesiak – jestem przygotowany, że sportowo to tu raczej furory nie zrobimy. Okazuje się, że jesteśmy w stanie dojść na 2:2, gola strzelił Świerczewski, drugiego dorzucił Radzius. Po chwili jednak, w momencie, gdy znów zaczynałem wierzyć – gong. Nowak na 3:2. Podcięcie skrzydeł. Pomyślałem nawet wówczas – jakie to typowo łódzkie. Rozbudzić nadzieję, dać wiarę, skasować. Po skasowaniu – raz jeszcze omamić wielkimi wizjami, pokazać, że da się wstać z kolan. I pach, znowu zdzielić wiosłem po głowie.

Tym razem jednak Bóg był z nami. Ta końcówka to coś, czego nigdy nie zapomnę. Ten rajd Bogusława Wyparły wzdłuż Galery to widok, który z przyjemnością pokażę wnukom. Zazwyczaj reagowałem na wydarzenia boiskowe w sposób dość stonowany, wychodząc z założenia, że pewnie i tak przegramy, więc lepiej zachować dystans. Wtedy nie było dystansu. Zbiłem piątki chyba z połową trybuny, a potem wpadłem na siatkę.

Osobno muszę wyróżnić mecz już z III ligi, pożegnanie Galery. Nigdy nie bawiłem się na trybunach lepiej.

Najbardziej nielubiany piłkarz: Rafał Pawlak. Przejście z ŁKS-u do Widzewa samo w sobie jest niemal niewybaczalne, przejście z ŁKS-u do Widzewa połączone z wypowiedziami o ukochanym klubie i lepszej stronie miasta jest już totalnym przegięciem.

Najbardziej lubiany piłkarz: Marek Saganowski, bezapelacyjnie, do samego końca. Sam nie wiem, skąd to się tak naprawdę wzięło. Po latach skłaniam się ku teorii, że to wypadkowa wielkiej miłości do ŁKS-u i niemal równie gorącego uczucia do kreskówki „Kapitan Hawk”. Tsubasa Ozora grał z dziesiątką, więc naturalnym wyborem idola było postawienie na tego z „dychą” w ŁKS-ie. A że akurat w dodatku moja mama uczyła go w liceum?

Najszczęśliwszym dzieckiem świata byłem na pewno na tej jednej lekcji, gdy mama zabrała mnie ze sobą do szkoły i pozwoliła usiąść w ławce z Markiem. Pomógł mi rozwiązać krzyżówkę z „Piłki Nożnej” i chyba podpisał dwa zdjęcia. Jedną z kartkówek do dzisiaj trzymam w szafie, licząc, że mimo wszystko „Sagan” jeszcze wróci kiedyś do swojego łódzkiego domu.

Czysto piłkarsko potężne wrażenie robił na mnie… Tomasz Hajto. Tak, w okresie, gdy ŁKS walczył o utrzymanie, tak, w okresie, gdy sporo mówiło się o łódzkiej dyskotece „Cabaret” jako najczęściej używanym przez drużynę obiekcie treningowym. Ale Hajto… Widać było, że to jest ktoś z innej ligi, innego świata. Jak drużynie nie szło, to w 80. minucie szedł na atak, chyba że akurat dorzucał piłkę w pole karne gdzieś z prawego skrzydła. Wyciągnięta koszulka, ostre wejścia, temperowanie wszystkich młodych, i w zespole, i u rywali. To musiało imponować, tym bardziej, że Hajto przecież miał u nas dorabiać do emerytury. Dla mnie stał się twarzą naprawdę fajnej bandy, która może i nie błyszczała profesjonalizmem, ale wyjeździła na dupach wysokie miejsce w lidze.

Miejsce później utracone przy zielonym stoliku.

Największa niespodzianka: Na smutno. Przyśpiewka neonazistowska na jednym z moich pierwszych wyjazdów, na Legię do Warszawy. Dziękowałem później Bogu, że na trybuny trafiłem w momencie, gdy ta ekipa się z nich wycofywała, albo przynajmniej chowała swoją symbolikę do szafy.

Najgorsza frekwencja: Mecz Pucharu Ekstraklasy w środku tygodnia, w śniegu, z Legią Warszawa, albo raczej rezerwami Legii Warszawa. Z jednej strony to był żenujący mecz – właściwie chyba wszyscy przybyli tam za karę, od piłkarzy, przez sędziów, działaczy, aż po kibiców. Pewnie siedzielibyśmy w te kilka stów w kompletnej ciszy przez 90 minut, gdyby nie uratował nas… Bartłomiej Grzelak.

Tak, Bartłomiej Grzelak wlał w zmarznięte serca sporo radości – jako były ełkaesiak i widzewiak aktualnie w barwach Legii stanowił nielichą ciekawostkę i wymarzony cel do wszelkiej maści przyśpiewek. Zaczęło się od klasycznego festiwalu prymitywnych bluzgów o tym jaki zawód wykonuje i jak ma na imię. Mecz trwa jednak 90 minut. Płynnie przeszliśmy od prostackiego „ty kurwo” do melodyjnego: „Goździkowa przypomina: Grzelak kawał skurwysyna”. Później trener Legii postanowił Grzelaka zdjąć z boiska, co kibice skwitowali rzeczowym: „wpuśćcie Grzelaka, bo zaraz będzie tu draka”.

Nie dam głowy, ale tam chyba też pierwszy raz usłyszałem podmianę słów w pieśni:

„Deszcze niespokojne potargały sad
A my na tej wojnie ładnych parę lat
Do domu wrócimy, w piecu napalimy
Nakarmimy GRZELAKA!”

Największa sportowa różnica między ligą 20 lat temu i dzisiaj: Wtedy ŁKS grał w Ekstraklasie, no a teraz nie gra.

Największa niesportowa różnica między ligą 20 lat temu i dzisiaj: Wtedy, to znaczy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, byłem totalnie zakopany we wszystkich możliwych skarbach kibica, „Hat-trickach”, dodatkach do „Przeglądu Sportowego” i tak dalej. Znałem wszystkie składy, wszystkich zawodników, wiedziałem, kto gra na jakiej pozycji, a czasem też jakim jeździ samochodem. Kiedyś do naszego domu wpadł kumpel taty z wojska, ojciec mnie zachwalał, że wymienię bez pudła dowolną jedenastkę z I ligi. Wujek więc strzelił: Zabrze.

Agafon, Kuźba, Prasnal, Lekki, Probierz… Chyba wymieniłem z piętnastu. Co ciekawe – nie znałem w ogóle wyników, jakoś nie chciało mi się czekać, aż strona 211 w Telegazecie się wyświetli, z „Expressu Ilustrowanego” wiedziałem, jak i z kim zagrał ŁKS, resztę kojarzyłem bardzo wybiórczo.

Dwadzieścia lat później wyniki znam wszystkie, piłkarzy już nieco mniej.

Przyśpiewka, która zapadła w pamięć: „Czarna dupa, żółte cyce – to GKS Katowice”, „Wasze matki golą klatki” oraz sytuacyjna riposta z meczu z Wisłą. Wtedy na ŁKS-ie bardzo popularna stała się przyśpiewka: „kto nie skacze jest z Widzewa”. Cześć ekip przyjeżdżając do Łodzi i słysząc te słowa dołączała do podskoków. Wiślacy z kolei poczekali, aż skończymy i zaśpiewali – oczywiście nie skacząc – „kto nie skacze jest za Wisłą”. ŁKS odkrzyknął przyśpiewką popularną, ale zazwyczaj używaną w innym kontekście i pod innym adresem. Riposta, nawiązująca do rodowodu Wisły, brzmiała: „mi-li-cyjna pro-wo-kacja”.

Piłkarze, którzy kojarzą mi się z konkretnymi drużynami: Tak jak wczoraj wyznaczył Stan – po dwóch od mojego debiutu w 1998 roku, pierwsze skojarzenia.

Ruch Chorzów – Mariusz Śrutwa, Łukasz Surma
Widzew Łódź – Rafał Pawlak, Marek Citko
Polonia Warszawa – Emmanuel Olisadebe, Adrian Mierzejewski (puchar Weszło…)
Lech Poznań – Piotr Reiss, Manuel Arboleda
Petrochemia Płock – Vahan Geworgyan, Sławomir Peszko
Pogoń Szczecin – Olgierd Moskalewicz, Maciej Stolarczyk
Wisła Kraków – Maciej Żurawski, Grzegorz Niciński
GKS Katowice – Jan Furtok, Janusz Jojko
Zagłębie Lubin – Manuel Arboleda, Wojciech Łobodziński
Stomil Olsztyn – śp. Jacek Płuciennik, Sylwester Czereszewski
Hutnik Kraków – Michał Pazdan, Piotr Tomasik (no co?!)
Górnik Zabrze – Jacek Wiśniewski, Mieczysław Agafon
GKS Bełchatów – Jacek Berensztajn, Radosław Matusiak
ŁKS Łódź – Grzegorz Krysiak, Marek Saganowski
Raków Częstochowa – Grzegorz Skwara, Tomasz Foszmańczyk
Śląsk Wrocław – Sebastian Mila, Cristian Diaz
Amica Wronki – Grzegorz Król, Grzegorz Szamotulski
Odra Wodzisław – Jan Woś i jeszcze raz Jan Woś
KSZO Ostrowiec Świętokrzyski – Piotr Stokowiec, Damian Nawrocik
Groclin Grodzisk Wielkopolski – Andrzej Niedzielan, Radek Mynar
Ruch Radzionków – Marian Janoszka i jeszcze raz Marian Janoszka!
RKS Radomsko – Igor Sypniewski, Adam Matysek
Szczakowianka Jaworzno – Ryszard Czerwiec, Krzysztof Przytuła
Świt Nowy Dwór Mazowiecki – Jewhen Radionow, Sebastian Szerszeń (nie szukajcie w pamięci, historia najnowsza, 3-ligowi rywale ŁKS-u)
Cracovia – Maciej Cabaj, Piotr Giza
Arka Gdynia – Olgierd Moskalewicz, Piotr Kuklis
Korona Kielce – Maciej Korzym, Grzegorz Piechna
Legia Warszawa – Kenneth Zeigbo, Jacek Zieliński
Górnik Łęczna – Sławomir Nazaruk, Veljko Nikitović
Polonia Bytom – Jacek Trzeciak, Marcin Brosz
Jagiellonia Białystok – Kamil Grosicki, Bartłomiej Drągowski
Lechia Gdańsk – Mateusz Bąk, Jarosław Bieniuk
Bruk-Bet Nieciecza – Bartłomiej Babiarz, Guilherme
Piast Gliwice – Jarosław Kaszowski, Kamil Vacek
Podbeskidzie Bielsko-Biała – Ladislav Rybansky, Richard Zajac
Zawisza Bydgoszcz – Michał Masłowski, Jakub Wójcicki

Najbardziej irytujący sędzia: Zbigniew Rutkowski, który potem zgubił z nazwiska parę literek. Szerzej pod „największy przekręt”.

Najbardziej charakterystyczny trener: No Janusz Wójcik, bezapelacyjnie. Miał tak naprawdę trzy życia: najpierw jeszcze jako uznany trener-selekcjoner, potem jako zjawisko, które dziś określilibyśmy mianem mema. W mojej świadomości trwał jako człowiek, który stwierdził, że „tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić” a następnie rozsmarował Fabiniaka za odbicia rodem z siatkówki. Trzecie życie otrzymał zaś na Weszło, gdy zaczęliśmy pisać jego podszywki. Uważam, że „Zaginione fragmenty biografii Wójcika” do przeczytania TUTAJ to jest najlepszy tekst ubiegłego roku, ale i na naszej „Wielkiej Gali Weszło” zaliczył przyzwoity występ.

Melina w porcie zastawiona czarną betą. Dwóch gości przed wejściem, podchodzę – jeden nie chce mnie wpuścić. Kurwica mnie łapie, już chcę mu dźwignię założyć, ale drugi mnie poznaje – ty, Grisza, to jest Janusz Wójcik, drugi najlepszy trener w sporcie obok Phila Jacksona! Tym porównaniem do jakiejś miernoty tak mnie wkurwia, że dźwignię zakładam obu i wchodzę.

Wewnątrz siwo od dymu, butelka na butelce, szachowa plansza na planszy. Wystarczy, że spojrzę i wiem kto tu jest najlepszy – jeden typ gra ze sobą w nóż, pije bimber prosto z gąsiora, na dokładkę jara dwa cygara jednocześnie. Podchodzę i mówię, że go pokonam. On w śmiech.

– Ty myślisz, że ja gram z byle kim?

Ja mu wyciągam na to plakat ze sobą z rosyjskiego Bravo Sportu.

– To ładne, ale ze mną nie zagra byle gołodupiec.

Mówię mu, żeby wyjrzał przez okno, bo zaparkowałem mu przed chawirą najnowszą łódź podwodną rosyjskiej marynarki wojennej. Może być, że jak przegram, to jest jego. Co do moich kwalifikacji, to niech za nie służy fakt, że łódź rąbnąłem, przypłynąłem nią sam i to na cyku.

Zgoda mówi, ja na to, że gram białymi. I skoro więcej wnoszę do zakładu, to chcę grać w szachy albańskie: po każdym ruchu seta i liść na twarz. Oni w śmiech – grają tylko w tą wersję.

Tak się śmiejecie? Wujo zaraz was urządzi. Zobaczymy zaraz frajery kto ma grubszą kiełbasę.

Graliśmy trzy dni i trzy noce. Nie dlatego, że nie mogłem wygrać wcześniej, tylko chciałem się z nim zabawić. Po co drugim liściu spadał z krzesła. Raz poleciał pod ścianę i zbił akordeon. Bawiło mnie to. Wreszcie popatrzyłem na tę nalaną mordę, miał dosyć, zlitowałem się i dałem mata pionami. Rzuciłem na ladę pięćsetkę z eurobiznesu za drinki, wyszedłem do łodzi i odpłynąłem szukać lepszej imprezy.

Później się dowiedziałem, że to był ten komputer, co wygrał z Kasparowem.

Największy przekręt: Kujawiak Włocławek na wyjeździe. Zacytuję 90minut.pl.

W 64. minucie przy wyniku 1-0 spotkanie zostało przerwane z powodu burd wywołanych przez kibiców gości oraz zastraszania arbitra przez piłkarzy ŁKS-u.

23 kwietnia 2005, 13:00 – Włocławek
Kujawiak Włocławek 1-0 Łódzki KS
Tomasz Bekas 63

czerwone kartki: Paweł Golański (43. minuta, za dwie żółte, ŁKS), Robert Sierant (55. minuta, za dwie żółte, ŁKS), Igor Sypniewski (62. minuta, za dwie żółte, ŁKS), Rafał Niżnik (64. minuta, ŁKS).

sędziował: Zbigniew Rutkowski (Poznań).

Na szczęście znam ten mecz tylko z opowieści naocznych świadków, bo chyba wyrzuciłbym telewizor przez okno. Oczywiście spotkanie znalazło się na słynnej liście Dominika Panka z bloga „Piłkarska Mafia”.

Nieistotne zdarzenie, które pamiętam po latach: Odbicie flagi GKS-u Bełchatów przez jednego z piłkarzy, czerwona kartka Arboledy za zetknięcie się czołami z Ensarem Arifoviciem (Ensar upadł tak realistycznie, że aż mnie to zabolało). Do tego Adrian Mierzejewski wręczający worek bilonu przedstawicielom Weszło przy pierwszym Pucharze Weszło i cały, ale to naprawdę cały, co do milimetra, niezależnie od trybuny, stadion w Bytomiu zajebany łuskami od słonecznika. Wybaczcie, inaczej się tego określić nie da.

Moja jedenastka 23 lat: Problem polega na tym, że pierwsze kilka lat interesowałem się tylko nazwiskami, potem wyłączenie trybunami a dopiero od paru lat – trybunami, nazwiskami i grą, jaką prezentują te nazwiska. Dlatego o wiele uczciwiej będzie podać jedenastkę ulubionych, najbardziej charakterystycznych, czy po prostu: najważniejszych dla mnie piłkarzy.

Bodzio W. – Jacek Wiśniewski, Grzegorz Krysiak, Tomasz Hajto – Łukasz Madej, Mladen Kascelan, Sebastian Mila, Karol Linetty, Robert Kolendowicz- Marek Saganowski, Maciej Korzym.

KOMENTARZE (38)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fioot

red is bad!!!

Giovanni

Spoko że Kałużny Ci się z Koroną kojarzy jak nigdy tam nie grał:P Grał w jagielloni, barwy mogą zmylić;)

Jak Co Sobotę: Moshe Ohayon - To Ja Pobiłem Pasquato Na Parkingu
Legia Warszawa

Kurwa, znowu nic o…a nie, zaraz, zaraz.. 😉

Fajne wspomnienia, taki Hajto to się człowiek napatrzył na jemu podobnych w niższych ligach za gnoja. Zawsze jest taki patus co się go młodzi boją i ustawia sobie wszystkich.

pep

Fajnie było powspominać, dzięki :).
Ja jeszcze pamiętam dobrze mecz ŁKS-Legia z 19.08.2006 kiedy to wygraliśmy 2:1. Ale, co wazniejsze, prezentowaliśmy się nadzwyczaj dobrze na tle tak mocnego rywala.
W sumie to Legia nawet bramki nie strzeliła, bo jedno trafienie wywiozła po samobóju Hajty.

me_how

Ale że Sibika na Mundial… tzn do zestawienia nie wzięli

mierek

Goście dostali – jak to w dobrych czasach łódzkich derbów bywało – cały łuk, jakieś 3 tysiące miejsc.

he he he he he……..
zenada jak mozna pisac takie glupoty piszac w ogolnopolskim i w teorii obiektywnym portalu. 3 tysiace nas wtedy bylo, dobre :)

stelaq

Po raz kolejny udowodniłeś, że kibice ŁKSu to zwierzęta

Marian Rzezaczka

Kubuś co ty w ogóle bredzisz, mistrzostwo Widzewa świętowali w mniejszych miejscowościach?Mistrzostwo Widzewa świętowała połowa Polski! Bo tylu kibiców wówczas miał Widzew i w sumie dalej tylu ma. Zrozum to w końcu, że ŁKS był, jest i dalej będzie tylko tłem dla Widzewa, Widzew zawsze będzie lepszy, co pokazuje np to ilu mają kibiców w Polsce (ty z kolegami dalej sobie wmawiaj że są to wsie itp) a są to duże miasta, w sumie to w każdym mieście Widzew ma kibiców. Druga sprawa że nawet w tej lidze przenno-buraczanej w której grają obydwa Łódzkie kluby, to Widzew ma dużo więcej sponsorów i pchają się do niego poważne firmy, wy z to rozdajecie sami sobie karnety, a i tak nie możecie zapełnić tej jednej trybuny. Przykład stadionu pokazuje kto jest w jakim miejscu, Widzew z nowoczesnym i pełnym stadionem, a ŁKS z jedną trybuna w połowie pustą…

kane87

Amen.

leftt

W 1997 roku jako kibic Lecha sam świętowałem mistrzostwo Widzewa. Takich meczów się nie zapomina. Legia już otwierała szampana…

np jlw

Dlaczego mnie to nie dziwi? :) co wy byście bidule bez tej Legii zrobili? Nie byłoby chyba sensu na tego Lecha chodzic.

leftt

Ojojoj… W niedzielę Lech gra z Legią. I odpuszczam. Będą w tym roku ważniejsze mecze.

fronda

Najważniejszy piłkarz Saganowski?To tak jakby w Poznaniu wybrano judasza Bereszyńskiego.

Pan Wiesio
(L)egia

Czy to prawda, że pojawia się w wielu piosenkach to stwierdzenie o B. Bereszyńskim?

Jak Co Sobotę: Moshe Ohayon - To Ja Pobiłem Pasquato Na Parkingu
Legia Warszawa

Jakiś tam pseudo-raper nagrał o nim cały kawałek. Beka jak oni tam płaczą zawsze (m.in. po Hamalainenie) zamiast jak ludzie nawrzucać parę kurew na meczu i spokój. Ale przecież to cywilizowani ludzie, nie to co Azjaci c’nie? ;DD

Pan Wiesio
(L)egia

Hehehe prawda, a Cierzniakowi się upiekło, no ale to już inne miasto.

Robotnick

A kibice Espanyolu po zdobyciu Pucharu Króla w 2000 r. mówili między sobą, że Puchar w końcu wrócił do Barcelony, bo wcześniejsze triumfy lokalnego rywala świętowane były głównie w mniejszych aglomeracjach Katalonii.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Pan Wiesio
(L)egia

Red is bed! Pamiętaj, że ŁKS nie dorasta do pięt Widzewowi.

Grzesiek_K

Fajnie czyta się tego typu wspominki. Zapraszam do zapoznania się z moją ulubioną/najbardziej charakterystyczną jedenastką Ekstraklasy:

Majdan-Walburg,Węgrzyn,Stolarczyk-Frączczak,Dźwigała, Chifon,Pokładowski,Moskalewicz-Dymowski,Napoleoni

Gorzowiak

Ciekawe te wspominki, ale z jakiegoś względu w podsumowaniu ostatnich 23 lat pomijana jest drużyna Górnika Polkowice. http://www.90minut.pl/liga/0/liga632.html . Jednosezonowiec, kometa, meteor. Zwał jak zwał. Nic nie wnieśli do ligi, bardzo dobrze że ich nie ma, ale żeby odrazu wykreślać i wymazywać. Choć chyba ciężko byłoby wskazać kogokolwiek z tej drużyny a co dopiero dwóch grajków.

lostintrain

Kujawiak Włocławek 1-0 Łódzki KS

?????

To miały być wspominki o Ekstraklasie

lostintrain

Jakub Olkiewicz chyba nie zrozumiałeś przesłania. Stano pisał o rozgrywkach Ekstraklasy a Ty wymieniasz Eliminacje LM, mecz z FC Porto, Puchar Ekstraklasy i PP

Gdyby Stano to uwzględnił tak jak Ty napisałby na pewno o dwumeczu z IFK Geteoborg i meczach w Lidze Mistrzów, Meczu z Panathinaikosem w P. UEFA itd

granio1

Kuba się trochę zagalopował z tym” zatrzęsieniem ludzi” w ostatniej kolejce 97/98 Łks Lech . Było max 7 no może 8 tys .

DivyathFyr
Iskra Samoklęski Duże

ja to tak tutaj zostawie :)

szczesny
lapinski zielinski ratajczyk
cantoro
uche citko pisz kosowski
ljuboja frankowski

WhiteStarPower

Kuba „rodowodu Wisly”???? Od kiedy to klub zostal zalozony w 1949? Moze dziennikarz powinien sprawdzic w PWN znaczenie slowa rodowod albo w artykule nie powtarzac slangu z trybun min pasiastych dam

Chyba ze celowy pocisk to zrozumiem ale i wkurwie 😀

danny_trejo

Ach ten elkaesiacki mit o Widzewie w mniejszych miasteczkach. :-))) Wszak na LKS nie ma rodowitych z Piotrkowa, Wloclawka czy Konstantynowa :-))

A na tych wspomnianych 54 derbach na luku RTSu bylo ponad 6 tys, nie 3. I zabawa byla wspaniala, trzeba przyznac, poczytaj Kuba, jak to wygladalo naprawde:

6 lat od pamiętnych derbów, czyli Wspomnień Czar!

A realia sa takie, ze jednej trybuny na niecale 6 tysi nie dajecie rady zapelnic nawet bedac liderem i glownym kandydatem do awansu (poza oczywiscie meczem derbowym, co pokazuje kogo lodzianie chca ogladac na boisku). O pelnym 18 tysieczniku Widzewa (4 miejsce w lidze) na meczu otwarcia chyba pisac nie trzeba…

Piwer

Najpierw było ponoć 8 tysięcy jak pojawiało się w propagandowym jazgocie. Co ciekawe na meczu liczba widzów została określona na 15 tyś, a wy w zaparte twierdziliście, że było was więcej i ŁKS był w mniejszości. Zajmowaliście jeden cały łuk a nikt ani nic nie mogło was przekonać że równie nabite Galera i Trybuna (oraz częściowo zapełniony przeciwległy łuk) miały jednak większą pojemność i było tam więcej ludzi. Po pewnym czasie zeszliście ‚łaskawie’ na 6.5 tyś, a niektóre źródła opisały nawet ‚prawie 5 tysięcy’, wersja ta nie uzyskała jednak poklasku i zostało na 6.5 tyś (brzmi dumniej)

To tak gwoli wspomnień, bo nie zamierzam rozgrzebywać tej dyskusji, tylko odwołać się do widzewskiej matematyki apropos tamtego meczu.

Odnośnie realiów. To trybuna ŁKS ma niewiele ponad 5 tyś miejsc z czego obecnie dopuszczone do użytkowania jest 4120 miejsc.
Śmiem twierdzić, że na spotkaniu z Huraganem Wołomin był komplet, bo szwagrowi biletu już nie sprzedano, twierdząc że się skończyły (czyli zapełniamy?). Później podana liczba to 3,8 tyś osób (czy nie zapełniamy?)
Cały stadion daje większe możliwości. Możliwości, których aktualnie ŁKS nie ma by pogodzić pikników, seniorów, młodzież, fanatyków i VIPy. Stąd frekwencja oscyluje w okoliczch kompletu.
A jako że jest to jedna trybuna, to rozwiązanie dla mniej wygodne dla przekroju kibiców jaki się pojawia, bo wybacza ale koło seniorów ŁKS czy rodziny z dziećmi niekoniecznie chcą siedzieć w okolicach młyna. Stąd nie każdy bywa na meczu regularnie.
W ogóle wykorzystywanie argumentu i porównywnie że wy macie stadion a u nas tylko trybuna jest dość śmieszne, bo w zasadzie to próbujecie się wywyższyć tym, że więcej udało wam się od miasta wyżebrać.

danny_trejo

Bylo nas 6 tys, nikt nie mowil o 8, moze jacys fantasci. Oficjalna liczba widzow na tym meczu to bylo 12 tys,, choc 90minut.pl podaje 14..

A wasza trybuna ma 5700 miejsc i nigdy nie byla zapelniona, poza festynem na otwarciu i derbami w tym sezonie. Nie wykluczam., ze jakby dobudowali wam kolejna trybune, to zdarzylyby sie mecze z frekwencja powycej 5 tys na atrakcyjnych rywalach, ale sam wiesz, ze to mniej wiecej wasz gorny pulap i nie ma co fantazjowac.

Piwer

1). 8 tyś było w felietonach opublikowanych po derbach – tak jak mówiłem, później liczby zostały zmniejszone.

2). Widzę, że podtrzymujesz tezę, że na jednym tylko łuku weszło więcej/tyle samo osób, co na dwóch pełnych trybunach i częściowo zapełnionym łuku. Ilość widzów wg ‚Waszych’ mediów:
WidzewToMy: 17,5 tyś
DerbyŁodzi 14 tyś
Dziennik Łódzki 12 tyś
Oczywiście wybierasz najbardziej wygodne dla siebie dane. Czyli kibiców Widzewa jak najwięcej a kibiców ŁKS jak najmniej. Przy okazji ‚oficjalna’ ilość kibiców w DŁ oparta była na maksymalnej dopuszczalnej pojemności.

3). Trybuna ma faktycznie 5700 miejsc i zapełniona była w takiej ilości tylko na festynie. To fakt (wygodny dla Ciebie)
A dlaczego? Ponieważ na festynie nie było sektoru buforowego (830 miejsc) oraz zamknięcia skrajnego sektora na wniosek policji. (750 miejsc)
W rzeczywistości trybuna ma pojemność 4,1 tyś.
Były już 4 spotkania na które zabrakło biletów ale frekwencja podawana nie wskazywała na komplet.

4). Odnośnie stwierdzeń o pułapach ‚naszych/waszych’ to proszę, nie bądź śmieszny.
Porównaj sobie frekwencje na spotkaniach obu klubów przez ostatnią dekadę, to wyjdzie Ci różnica może rzędu 10%. Stąd nie popadaj sam w fantastykę propoagandową.
Już ŁKS wymierał, Pół Polski to był Widzew, dzieliła nas różnica skali, czy sufit był podłogą a koniec końców w żadnej materii różnicy widać nie było – niezależnie czy to były aspekty sportowe, kibicowskie czy chuligańskie.

Koniec dyskusji z mojej strony

danny_trejo

Ale ja nie pisalem nigdzie, ze naszych bylo wiecej na tamtych derbach od LKSu, pisalem tylko, ze 3 tys podane w tekscie Kuby to bzdura i tyle, bo bylo 2 razy wiecej… A jak naprawde uwaznie przesledzisz sobie frekwencje z ostatniej dekady, z uwzglednieniem Byczyny czy Milionowej, bo to nie byly stadiony, ani nawet ich namiastki, to roznicy wyjdzie blizej 30%, nie 10. To o tej fantastyce, Macie mniej kibicow i co do tego nie ma watpliwosci. Wiadomo, ze historycznie jest to zwiazane z brakiem sukcesow sportowych LKS (poza Ptakowym mistrzostwem, ale to byl wybryk wiadomo jak zakonczony). Natomiast nie odmawiam tu wiernej ekipy ultrasow, w miare sprawnej chuliganki, chodzi po prostu o to, ze nigdy (czytaj w najblizszej przewidywalnej przyszlosci) nie bedziecie miec 15 tys karnetow czy 18 tys kibicow na stadionie. Jak sprzedacie ich kiedys chociaz 1/3 tego, co Widzew, chetnie wroce do rozmowy..

Ex

Jakubie O. – Cabaj to Marcin, a nie Maciej :)

asdwa

Pamiętam że Galera podawała o Krysiaku chyba tak „Grzegorz Nasz chuligan” :)

Seweryn

Kuba, pewnie nie wiesz, ale na G. Śląsku niemal wszystkie stadiony w dniu meczu są ‚zajebane’ siemkami (tak się u nas mówi na palony słonecznik) :))). Taka lokalna tradycja. Od lat. Pamiętam swój pierwszy mecz w 1985 (z Błękitnymi Kielce) – na trybunie wszyscy, absolutnie wszyscy wokół mnie dłubali słonecznika :))).
pozdrawiam z Bytomia

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY