Ramirez. Nowe porządki. Jaka jest Wisła po hiszpańskim liftingu?
Weszło

Ramirez. Nowe porządki. Jaka jest Wisła po hiszpańskim liftingu?

Zmiana trenera na kompletnego anonima z Hiszpanii. Zagadkowe transfery. Wymiana dużej części kadry i stworzenie w szatni prawdziwej wieży Babel. Gdyby ktoś po zakończeniu przerwy zimowej powiedział, że Wisła wygra 4 z 6 meczów po tak znaczącym trzęsieniu ziemi, byłby z pewnością uznany za niepoprawnego optymistę. Tymczasem fakty są takie, że gdyby dziś dzielić punkty, Biała Gwiazda zajmowałaby swoje szóste miejsce ze stratą zaledwie pięciu „oczek” do podium. Jaka zmiana dokonała się więc od momentu, gdy szkoleniowcem został Kiko i czy Wisła pod jego wodzą zdążyła już sobie wypracować unikalną tożsamość?

Najważniejszą zmianą względem Wisły z jesieni – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – jest to, że Biała Gwiazda… po prostu wygrywa. – Nawet mecze, które tak jak ten z Wisłą Płock w pewnym momencie mocno się nie układają, jest w stanie obrócić na swoją korzyść. Tego wcześniej brakowało. Jak już przegrywała, ciężko jej było się podnieść z kolan. A teraz zawsze gra do końca – komentuje ekspert NC+, były wiślak Kamil Kosowski.

Oczywiście to aspekt zdecydowanie najistotniejszy, ale i nie jedyna zmiana, jaką w Wiśle na swoją modłę wprowadził Kiko Ramirez. Wskazówką odnośnie tego, jaką Wisłę Hiszpan chciałby oglądać w kolejnych spotkaniach, mógł był choćby fragment rozmowy na naszych łamach, w którym charakteryzuje jeden ze swoich zimowych nabytków, Pola Lloncha. – Pol odzwierciedla moją filozofię. Pracowaliśmy razem w Segunda B, w L’Hospitalet. Lubię piłkarzy, którzy w meczach potrafią grać tak jak na treningach. Zawsze na pełnej intensywności, nigdy nie daje za wygraną. Podobają mi się tacy gracze.

Tej intensywności szczególnie brakowało Wiśle we wcześniejszej części sezonu zaraz po zmianie stron. Teraz potrzebuje mniej czasu, by dobrze wejść w drugą połowę, wcześniej wychodziła z tunelu jak na ścięcie. Pierwszy kwadrans drugiej części meczu był czasem, gdy rywale mogli sobie bezkarnie pohasać po połowie Wisły. W tym okresie meczu Biała Gwiazda strzeliła bowiem tylko jedną bramkę, tracąc aż sześć (bilans -5). Po przyjściu Ramireza bilans między 46 a 60 minutą to +1 (1 gol strzelony, 0 straconych).

Intensywność, o której wspominał Ramirez, przejawia się również w ostrej grze, często na granicy faulu. Co za tym idzie – mecze jego zespołu są jednymi z najbardziej obfitujących w przewinienia w lidze. Przez sędziów spotkań zespołu z Reymonta odgwizdanych zostało ich już w tym roku 236 – 110 dla rywali, 126 dla Wisły – a więc średnio o ponad 12 więcej niż jesienią. Zmieniły się jednak proporcje, bo dziś to wiślacy są faulowani częściej.

Poprawę widać też w innym aspekcie. Dziś Wisła wygląda znacznie lepiej, gdy trzeba bronić przy rzucie wolnym czy rożnym.

Jesienią: 13 goli straconych ze stałych fragmentów gry (raz na 138 minut)
Wiosną: 2 gole stracone (raz na 270 minut)

Z drugiej strony stałe fragmenty to również aspekt, za który można Kiko wrzucić kamyczek do ogródka. Bo o ile jego zespół widocznie lepiej broni, o tyle atakuje nadal bardzo słabo. Jesienią mniej bramek strzelonych po zagraniach ze stojącej piłki miała tylko Lechia (7 przy 8 Wisły), wiosną cały czas czekamy na gola Białej Gwiazdy zdobytego w ten właśnie sposób. Bo bramek Małeckiego z Koroną i Jagiellonią, strzelonych już po wybiciu piłki poza obręb pola karnego po stałych fragmentach czy dobitki własnego karnego Brożka nie liczymy.

Mimo że stałe fragmenty to nadal nie jest tajna broń, którą znajdziemy na honorowym miejscu zbrojowni przy Reymonta, „nowa Wisła” ma inne sposoby na strzelanie bramek. Tych zdobyła już 10, tracąc z kolei zaledwie 6, co jest poprawą zarówno w ataku (średnio 1,67 gola na mecz wiosną vs. 1,5 jesienią), jak i w obronie (1 gol stracony na mecz wiosną vs. aż 1,75 jesienią), a to, co może imponować, to łatwość, z jaką pomocnicy Wisły są w stanie kierować przecinające szyki obronne zagrania do wybiegającego 1 na 1 z bramkarzem zawodnika. Że potrafi to Małecki, Mączyński czy Boguski – to wiedzieliśmy bardzo dobrze. Ale że zabójcze zagrania zaprezentują wiosną już rozgrywający rundę życia Petar Brlek (2 gole, 1 asysta, 1 kluczowe podanie w 5 meczach) czy coraz częściej próbujący nie tylko wykańczać, ale też kreować Paweł Brożek? To spore zaskoczenie.

wisła

Inną bolączkę Wisły akcentuje z kolei Kosowski: – Jak dla mnie jedynym problemem jest w tym momencie to, że Wisłę od wielu lat ciągną cały czas ci sami piłkarze. Może teraz mamy Petara Brleka, który dołączył do grona czterech-pięciu wiodących zawodników, grających przy Reymonta od lat. Moim zdaniem cały czas brakuje mocniejszych jakościowo piłkarzy, którzy zdjęliby część tej odpowiedzialności. Nowi są uzupełnieniami, ale nie piłkarzami przerastającymi wiślaków. Mamy Pola Lloncha, ale nie wydaje mi się, żeby był dużo lepszy od Alana Urygi, reprezentanta naszej młodzieżówki. Videmont to też niezłe uzupełnienie, ale nie jest lepszym piłkarzem od Patryka Małeckiego. Ale realia finansowe w Wiśle są dziś takie, a nie inne, więc trzeba powiedzieć, że przy ograniczonych możliwościach, i tak jest dobrze.

I faktycznie – Kosowski ma rację, jeśli chodzi o wiodące postaci, bo poza wspomnianym Brlekiem cały czas nie widać na horyzoncie nikogo, kto mógłby nieco odciążyć Boguskiego, Małeckiego czy Brożka. Wiosną każdy z nich miał jak zwykle spory procentowy udział w dorobku bramkowym Wisły:

– Małecki uczestniczył w 30% akcji bramkowych (2 gole, 1 KP)
– Boguski w 20% (1 gol, 1 asysta)
– Brożek w 40% (2 gole, 1 asysta, 1 KP)

Trzeba jednak przyznać, że przy Ramirezie błyszczą nie tylko ci trzej. Tak naprawdę całkiem spora grupa piłkarzy weszła wiosną na wyższy poziom. Maciej Sadlok grał na tyle dobrze, że doczekał się powołania do reprezentacji na mecz z Czarnogórą. Tomasz Cywka został przez Ramireza wskrzeszony i wynaleziony na pozycji nowoczesnego prawego obrońcy. Łukasz Załuska złapał pewność, której wcześniej zdecydowanie mu brakowało. Ba, według naszych ocen nie ma w Wiśle regularnie grającego u Ramireza zawodnika, który za jesień miałby wyższą średnią niż za wiosnę:

Łukasz Załuska 4,73 -> 5,83 (+1,10)
Maciej Sadlok 4,78 -> 5,50 (+0,72)
Arkadiusz Głowacki 5,08 -> 5,67 (+0,59)
Petar Brlek 4,33 -> 4,80 (+0,47)
Krzysztof Mączyński 4,65 -> 5,00 (+0,35)
Rafał Boguski 4,65 -> 4,83 (+0,18)
Patryk Małecki 5,26 -> 5,60 (+0,34)
Tomasz Cywka 4,60 -> 5,33 (+0,73)
Paweł Brożek 4,38 -> 4,80 (+0,42)
Zdenek Ondrasek 4,83 -> 5,50 (+0,67)
Mateusz Zachara 4,15 -> 4,25 (+0,10)

Doszło do tego, że Wisła właściwie nie odczuła odejścia Denisa Popovicia, dotąd zawodnika z największą liczbą podań nie tylko w ekipie Białej Gwiazdy, ale i w całej ekstraklasie. Że zamiast płakać po Richardzie Guzmicsu i Bobanie Joviciu, udało się poskładać defensywę pozwalającą rywalom na znacznie mniej niż dotąd, a przede wszystkim – dopuszczającą do straty znacznie mniejszej liczby goli niż dotychczas. Że zamiast pałętać się w dole tabeli pomiędzy zespołami, które w większości nie mogą się pochwalić choćby w małym procencie osiągnięciami, jakie pamięta z nie tak dawnych lat większość kibiców Wisły, wreszcie rozpycha się łokciami w górnej połówce tabeli. Gdzie już tylko jeden punkt straty do Zagłębia dzieli Białą Gwiazdę od znalezienia się jedynie za plecami czwórki, która już jakiś czas temu na dobre oderwała się od reszty peletonu.

Czy wobec tego można już teraz mówić o stworzeniu nowego, „ramirezowego” stylu Wisły? – Jeszcze tego nie widzę. Dla mnie jedyną drużyną w Polsce, o której można mówić, że ma swój określony styl jest Lech Poznań. Który jutro gra zresztą na Wiśle, więc będziemy mieli świetną okazję zweryfikować, czy powinniśmy nadal mówić o stylu Bjelicy, pod którego adres można kierować póki co same superlatywy, czy może czas zacząć faktycznie rozmawiać o stylu Ramireza.

SP