Image and video hosting by TinyPic
W każdej szatni jest dwudziestu skurwysynków, z których każdy chce dla siebie jak najlepiej
Weszło Extra

W każdej szatni jest dwudziestu skurwysynków, z których każdy chce dla siebie jak najlepiej

Był uważany za supertalent, do Łodzi przyjeżdżał jako następca Bońka. Wiesław Wraga został członkiem  wielkiego Widzewa lat osiemdziesiątych, który potrafił zbić Liverpool i zameldować się w półfinale pucharu Europy. Nam opowiada o kulisach tamtych wielkich meczów, o absurdalnych realiach piłki PRL, o wizycie u Jana Pawła II, Johnny’m Strzeleckim, który zgubił czołg. Jak służba zdrowia lat osiemdziesiątych pogrzebała jego karierę? Dlaczego Austriacy oferowali mu za transfer żonę? Dlaczego transfer Dziekana do Łodzi zrujnował życie Jerzego Wijasa? Jak to się stało, że Widzew, pogromca Liverpoolu, pod koniec lat osiemdziesiątych spadł z ligi? Kto podkopał korzenie widzewskiego charakteru? Zapraszamy.

***

W moich czasach nie było internetu i trzystu kanałów telewizyjnych, więc przede wszystkim biegało się po boisku. Miałem kochanych rodziców, którzy kupowali mi dwie piłki w roku – jedną na wiosnę, drugą na jesień. Jedyny w okolicy miałem futbolówkę, więc jak nie szedłem grać, to nie grał nikt. Bardzo dużo ćwiczyłem też ze starszym bratem, który uczył mnie, żeby nie być sobkiem na boisku. Idziemy we dwóch na bramkarza? Jak nie podałem, szedłem sam, dostawałem kuksańca. Świętej pamięci siostrę odwiedzałem w Piekarach Śląskich. Podczas wakacji grało się tu bite dwa i pół miesiąca, od rana do nocy. Pewnego razu szwagier zabrał mnie na Stadion Śląski. Zbiegłem z korony na murawę, zerwałem źdźbło trawy i powiedziałem do szwagra: Włodek, zobaczysz, ja tu jeszcze kiedyś zagram! Obietnicę zrealizowałem, choć nie z kadrą. Na Śląskim zagrałem w lidze z GKS-em Katowice.

Do klubu zapisałem się dosyć późno, choć podczas mistrzostw szkół w Stargardzie Szczecińskim zawsze zostawałem królem strzelców. Poszedłem na trening, myślałem, że tu to dopiero będzie granie! A nas czterdziestu i biegamy wokół boiska. Powiedziałem, że pieprzę taki trening, wolałem kopać z kumplami na boisku. Ale wkrótce trafiłem na ekstra trenera, Edka Kaczmarka. On mnie wciągnął. To, w jaki sposób facet prowadził swoje zeszyty… wszystko miał zapisane.

Co zapisywał w zeszytach?

Ja panu pokażę. (Pan Wiesław wychodzi do pokoju, wraca z leciwym zeszytem – przyp. LM.). Trzeba ostrożnie do tego podchodzić, ma swoje lata… O, tu godziny zajęć, tu dane graczy, tu bramki. Tu rozrysowane treningi. Charakterystyka zawodników, Wraga, plusy: gra bez piłki. Indywidualne krycie w polu karnym. Technika użytkowa. Odwaga, walka, zaangażowanie. Minusy: indywidualizm. Gadulstwo! A tutaj wpisywał noty. Każdemu wystawiał za mecz, a jeszcze opatrywał cenzurką. Wraga: słaby mecz. Słabsza gra bez piłki. Zbyt często idzie na indywidualny atak.

Czyli czasem sobek się jednak włączał.

Tak. Ale jakby ktoś uważnie przejrzał zapiski Edka, to widać, jak się zmieniałem. Tu Błękitni – Świt. 3:0. Wraga: praca, praca.

Z wykrzyknikiem.

Dobra gra bez piłki. Nie potrafił uwolnić się od krycia, słabiej niż zwykle. Z Edkiem – po latach przeszliśmy na ty – często się nie zgadzałem. Byłem na niego bardzo zły za to, jak wystawiał noty. Wychodziłem na mecz, strzelałem trzy bramki, byłem najlepszy, a dostawałem „6”, kto inny „8”. Lata później wreszcie mi wytłumaczył: słuchaj Wiesiek, tamten dostał „8”, bo to była maks jego wszelkich możliwości gry w piłkę. Ty strzeliłem hattricka, ale według mnie to i tak było daleko od tego, co ty mogłeś zrobić.

Działanie motywujące.

Ale też denerwujące. Ile razy wszyscy szli do domu, a Edek kazał zostać mi, bramkarzowi i dwóm obrońcom. Grałem sam na nich, miałem jeszcze ze trzydzieści powtórzeń. Innym razem wszyscy już w szatni, a ja ćwiczę wrzutę. Mnie to denerwowało, człowiek nie rozumiał: oni już poszli się kąpać, a ja jeszcze biegam. Za jakie grzechy?

Po latach to zaprocentowało.

Mieliśmy u Edka taką grupę, z której wielu chłopaków później przeszło do seniorów Stargardu. Ja swój pierwszy mecz w seniorach zagrałem nie mając nawet piętnastu lat. Potrzebna była zgoda OZPN, żebym ja, taki młody, mógł zagrać w okręgówce. Wygraliśmy 7:0, a ja strzeliłem swoją pierwszą bramkę.

I jak pan się fizycznie odnalazł pośród okręgówkowych toporów?

Nie bałem się. Zawsze byłem mały, zwykle najmniejszy na boisku i zawsze jakoś sobie radziłem. Mając siedemnaście lat zostałem najlepszym strzelcem trzeciej ligi. Weszliśmy z Błękitnymi do drugiej ligi. „Przegląd Sportowy” wyliczył, że mamy najwyższą drużynę w Polsce, średnia wzrostu – 185 centymetrów. Dwóch nas było tylko małych, ja i taki Jasiu, ale mieliśmy jak widać ochronę. Zresztą, o czym my mówimy, skoro każdy z naszych bramkarzy miał po dwa metry. Z drugiej ligi spadliśmy, bo byliśmy za słabi organizacyjnie. Piłkarsko dawaliśmy radę, ale rąbali nas tam jak chcieli.

Beniaminek nie znał układów.

Pierwszy raz druga liga w Stargardzie, przeciwko nam drużyny z pierwszoligową przeszłością – Piast, Odra Opole, GKS Katowice. Pojechali z nami troszeczkę. Pamiętam mecz na Piaście Gliwice, sędzia narąbany, zionęło od niego wódą. Przegraliśmy 0:1. Po meczu go podpytuję, a on na mnie wrzeszczy: co ty mi gówniarzu będziesz tutaj! Nie znałem jeszcze realiów, a sędziowie mogli wtedy wszystko, nie oszukujmy się. Jak chcieli ustawić mecz, to ustawili. Zero telewizji, tych meczów nawet porządnie nie opisywano… Byli bezkarni.

Nie było to dla pana szokiem? Młody piłkarz to zawsze jednak do pewnego stopnia idealista, a tu od razu napotkał pan brudną stronę futbolu.

Człowiekowi było przykro, że ktoś mu psuje ciężką, uczciwą robotę. Ale przecież dzisiaj też sędzia potrafi popsuć pracę piłkarza. To co sędziowie potrafią wyprawiać w Premier League czy La Liga – w głowie nie mieści. Nie insynuuję korupcji, ale ordynarne błędy tak samo są chorobą. Pan widział mecz, w którym napastnik zrobił rękę, a sędzia gwizdnął rzut karny? Paranoja.

Miał pan z polskiego piekiełka odskocznię w postaci meczów kadry młodzieżowej.

Pierwszy wyjazd zagraniczny mieliśmy do Lwowa pociągiem. Okna zabite. Pozakręcane. Z Warszawy do Przemyśla, a stamtąd dalej na wschód. Pierwszy lot samolotem – na ekstra turniej do Cannes. Lecieliśmy z Warszawy do Paryża, z Paryża do Nicei. Dla nas, siedemnastolatków, to był inny świat. Kwiecień, w Polsce święta wielkanocne, a my pod palmami. Każdy sklep to Pewex. Graliśmy mecze o 21 przy sztucznych światłach. Otwarcie turnieju w pałacu festiwalowym, tam jakiś hrabia, któremu wszyscy się kłaniali…

Była okazja zasmakować życia na lazurowym wybrzeżu?

Nie. Niektórzy mają mylne wrażenie o tego typu wyjazdach. Ktoś mi mówi – ty to Wiesiek zwiedziłeś kupę świata. No, w wielu miejscach byłem, z tym, że jeździłem tam do pracy, a nie na wycieczkę. Owszem, byłem w Fatimie. Widziałem miasto Azteków w Meksyku. Raz polecieliśmy do Uzbekistanu i miło to wspominam. Ale najczęściej widziałem lotniska, hotele, stadiony. Niektórzy nie zdają sobie sprawy jakie to było męczące. Czwarta rano we wtorek, dymamy z Łodzi na Okęcie, potem lot. Wieczorem trening na miejscu, w środę mecz. Jak się udało dwie godziny znaleźć, żeby kupić coś dziewczynie, żonie, dzieciom, to maksimum. Jak byliśmy w Liverpoolu, to tyle się udało, że przewieźli nas trochę dłuższą trasą autokarem po mieście, żebyśmy zobaczyli pomnik Beatlesów. W czwartek powrót do Polski, piątek rozruch, w sobotę autobus i wyjazd na przykład do Szczecina. Mecz się kończy o 20, my w autobus i cała noc jazdy. Nie było czasu na zwiedzanie, nie mówiąc o balangach, dziewczynach.

Takie stereotypy krążą o polskich piłkarzach pana czasów – umieli grać, umieli się bawić.

W każdej grupie, gdzie jest większa liczba osób, są różne charaktery. W piłkarskiej szatni jest dwudziestu chłopów, a każdy taki skurwysynek, który chce dla siebie jak najlepiej. Będzie załatwiał pod siebie, kombinował, że on jest najmądrzejszy, najlepszy. Znajdą się więc i tacy, którzy gdzieś pójdą, coś nabroją – to normalne, że nie wszyscy będą święci. W kościele też mamy takich, co są święci i takich, co z dupami jeżdżą.

Podobno gdy lecieliście na młodzieżowe mistrzostwa świata do Meksyku, pewien działacz powiedział, że wstyd taką drużynę wysyłać.

Nie wiem który to powiedział, Zientara czy inny działacz, ale tak się stało podczas pożegnania w Warszawie. Powiedziano, że z taką reprezentacją to wstyd jechać. Polecieliśmy z Holandii jednym jumbo-jetem w pięć reprezentacji z Europy, z Amsterdamu do Meksyku.

Była okazja poznać rywali.

Była. Najbardziej na nas Ruscy filowali. Dumni chodzili, butni tacy. Chcieli uchodzić za kozaków.

Graliście na nich podczas mistrzostw Europy.

Przegraliśmy mecz o brąz, 1:3, ja strzeliłem bramkę. W Meksyku pierwszy mecz graliśmy z Wybrzeżem Kości Słoniowej.

Afrykańska piłka jeszcze raczkowała.

Tak, tylko my zalecieliśmy dwa dni przed meczem, a oni tam siedzieli od miesiąca na zgrupowaniu. To nie tak, że na frajera przyjechali. Grali sparingi, bili się.

Bili się?

Z nimi różne rzeczy były. Przed meczem siedzimy w szatni, nagle słyszymy tam tamy. Co jest grane? Patrzymy, a tam długi tunel, ciemno tak, że im na początku same oczy tylko widać. W końcu się wyłaniają, idą z bębnami. Grają. Tańczą. Co jest grane?! Tylko, że my ich ciach, ciach. Do przerwy było chyba 5:0. Wygraliśmy 7:2, ale w drugiej połowie każdy z nas starał się jak najkrócej piłkę trzymać. Nie było żartów, można było mieć nogi przy samych jajkach upieprzone. Wielkie chłopy, zwinne – takie bambuski. Strach grać. Myśmy ich pyknęli 7:2, ale w naszej grupie były jeszcze USA i Urugwaj. WKS przegrał z Urugwajem 0:1, kończyli w dziewiątkę. Z USA 1:1, tez w dziewiątkę. Nikt ich nie pociągnął jak my na dzień dobry.

Meksyk jako kraj intrygował?

Miejsca, gdzie złoto kapało, sąsiadowały z miejscami, gdzie takiego syfu i biedy wcześniej nie widziałem. Tu pałace, złote klamki, tam domy z dykty, blachy, a na skrzyżowaniach ludzie, którzy ogniem ziali… Nam mówili, żeby nie wychodzić nigdzie samemu, bo można nie wrócić. Nie ryzykowaliśmy, poza tym mieliśmy trochę swobody w hotelu. Bo jak jest fajna atmosfera i się wygrywa, to można na pewne rzeczy sobie pozwolić.

Drugi mecz graliśmy z Urugwajem na bardzo dużej wysokości. Do przerwy 1:1, graliśmy jak równy z równym. Ale na drugą połowę jakby nam prąd odcięło. Oni przyzwyczajeni do takiego rozrzedzonego powietrza, my nie, więc pojechali z nami 3:1. Mecz z USA na koniec fazy grupowej był jedynym, podczas którego mieliśmy doping.

Polonia zjechała?

Skąd. Meksykanie nam kibicowali. Biały to jest gringo, którego nienawidzą. Ale Amerykanin to jeszcze bardziej gringo od nas, więc wtedy byli za nami. We wszystkich innych meczach woleli naszych rywali. Klaskali Urugwajowi, Korei, WKS, każdy lepszy od białego – czy skośnooki, czy czarny. Jedyny z nas, który miał kibiców… no dobrze, kibicki, to Bolek Błaszczyk z Lechii Gdańsk. Bolek miał białe włosy. Nawet nie blond, ale jeszcze jaśniejsze, takie jaśniutkie. Dla nich wyglądał jak jakieś bóstwo. Dupy przychodziły go macać za te włosy! Branie miał takie, że głowa mała.

Zagraliście na Estadio Azteca, stutysięczniku.

Półfinał z Argentyną. Azteca może pomieścić 110 tysięcy kibiców, na naszym meczu było może 40, 50 tysięcy. Pięćdziesiąt tysięcy ludzi na stadionie, a ten wyglądał jak pusty! Z Argentyną powinniśmy wygrać, sam miałem dwie setki. Z Korea o brąz medal wygraliśmy 2:1 po dogrywce. Po meczu każdy zadowolony, idziemy do autokaru pod stadionem. Tam tłum ludzi, który otacza nas i normalnie ludzie zaczynają nam wyciągać rzeczy z toreb, zrywać z nas ciuchy, buty. Jakoś udało nam się wejść do autobusu, a wtedy ci Meksykanie zaczęli kamieniami ładować w nasz autobus. Szyby wybili wszystkie. Położyliśmy się pod siedzeniami, oni zaczęli bujać tym autobusem. Myśleliśmy, że nas zabiją.

Dlaczego tak robili?

Bo gringo byliśmy! Ktoś zaintonował hymn. Leżeliśmy, oni trzęśli autobusem, a my zaczęliśmy „śpiewać jeszcze Polska nie zginęła”.

Jak modlitwa.

Tak. Baliśmy się, że stamtąd nie wyjedziemy. Później pokazała się policja, rozpędzili pałami to towarzystwo. Kierowca nie miał przedniej szyby, ale dał gaz, rura, i żeśmy uciekli. Tu człowiek szczęśliwy, że medal do kraju zawiezie, a nagle coś takiego. Rano polecieliśmy na finał, Azteca tym razem pełne i nic dziwnego – Brazylia grała z Argentyną. Juan Antonio Samaranch wręczył medale, a potem ceremonia zakończenia. Wchodzą dziewczyny ubrane po meksykańsku, w rękach trzymają balony. Puszczają je i stadion wypełniają chmary balonów. A wtedy jakiś pajac odpalił fajerwerki. Nie poczekał aż balony na dobre odfruną, tylko, idiota, odpalił. Balony zaczęły wybuchać, płonąć. Płonąca guma spadała na dziewczyny, im płonęły włosy, ubrania, nawet skóra… Wyobraża sobie pan siedzieć tam i oglądać coś takiego? Zaczęli to gasić, ale nie byli w stanie. Niektóre z tych dziewczyn mogły zostać oszpecone do końca życia. Coś strasznego.

O TYM OPOWIADAŁ WRAGA

W Meksyku miał miejsce jeden z niewielu przypadków, gdzie faktycznie dostaliśmy trochę czasu wolnego. Ostatni mecz graliśmy w sobotę, samolot powrotny mieliśmy w środę – to dawało trzy dni dla siebie. Można było coś zobaczyć, ja pojechałem obejrzeć miasto Azteków. Wspólnie z Józkiem Wandzikiem – ja byłem kapitanem, on zastępcą – poszliśmy do trenera Broniszewskiego. Pyta nas: czego chcecie? Trenerze, umówmy się, że będziemy spotykać się na posiłkach. Potrzebowaliśmy wytchnienia, łącznie z obozem w Holandii spędziliśmy już trzydzieści pięć dni na wyjeździe, psychicznie byliśmy wypompowani. Wróciliśmy do Polski w dobrych humorach, ale najbardziej chciało mi się śmiać, gdy zobaczyłem co stało się z rzeczami, które zostawiliśmy w siedzibie PZPN. Zapakowali nasze torby do jakiejś piwnicy, którą zalało. Zostawiłem tam np. angielską kurtkę ze skóry, która kosztowała mnie 150 dolarów. Przyjeżdżamy do związku, zaglądamy do piwnicy, otwieram torbę, a tam grzyb. Prawie wszyscy mieli to samo. Mówię do tych wszystkich działaczy PZPN:

–  Kurna, i co teraz?

– Wiesiek, są zyski, to są i straty.

– Gorzej, jak te straty przewyższają zyski.

Za mistrzostwa świata, za trzecie miejsce, zarobiłem 105 dolarów. Nawet kurtka mi się nie zwróciła, śmieszne. Jak byłem z młodzieżówką w Portugalii za trzy dni pobytu dostaliśmy po cztery i pół dolara. Takie pieniądze, takie czasy. Ale wiadomo – nie dlatego się grało. Kadra to wyróżnienie i duma. Dla mnie fakt, że ja, chłopak ze Stargardu, wyprowadzam reprezentację Polski jako kapitan na środek Estadio Azteca, a potem grają mi Mazurka Dąbrowskiego… tego nie da się przeliczyć na pieniądze. Nie da się. Mecz eliminacji w 82’ rozegrany ze Szwecją w Stargardzie? Największa możliwa sprawa. Sześć tysięcy ludzi na trybunach, w tym rodzice, przyjaciele, koleżanki, koledzy, nauczyciele. A ja wyprowadzam reprezentację Polski jako kapitan i wygrywamy 2:1! Co za przeżycie. Czysta duma i łzy w oczach. Jak ktoś z kadrowiczów powie, że tego nie odczuwa, to kłamie. Kłamie!

Do legend polskiej piłki przeszło, jak prosto z promu wracającego z ME próbowały pana przechwycić Lech i Widzew.

Już wcześniej przyjeżdżali do mnie do Stargardu. Wracam z treningu, wchodzę, a mama mówi: gości masz. Za stołem działacze dwóch drużyn, nawet nie było jak rozmawiać. Tyle, że się najedli i napili, bo mama zawsze ugościła kawą, herbatą, zrobiła kanapki, głodnego nikogo nie wypuściła. Najlepszym numerem było, jak Widzew przyjechał na mój podgląd. Mieliśmy mecz z Bielskiem u siebie. Z Łodzi wyjechali trenerzy Westfal i świętej pamięci Tąder – Sobolewski ich wysłał, żeby zobaczyli Wragę, bo do tej pory Widzew tylko czytał o mnie w gazetach. Wyczytali, że Błękitni grają mecz o 13:30, wsiedli w samochód. Przyjeżdżają, okazuje się, że graliśmy jednak o 11. Na stadionie zastali gospodarza, jak siatki zdejmował.

– Panie, mecz ma być, o co chodzi?

– Jaki mecz, jak skończył się.

– Jak to skończył się?

– No jak. 2:0 Błękitni wygrali.

– A Wraga jak grał?

– nie no, dobrze. Dwie bramki strzelił.

Najlepszy na boisku! No bo co mieli powiedzieć, że zrobili tysiąc kilometrów, żeby u mnie w domu coś zjeść? Poza tym wtedy istniała jeszcze opcja Pogoni Szczecin.

Naturalny kierunek niemalże, klub z regionu.

Naturalny, gdyby Pogoń normalnie postępowała. Myślała, że jak jestem ze Stargardu, tak blisko, to można lachę wyłożyć, nic nie zrobić, a i tak tam trafię. Tymczasem chciałem dobrze dla klubu, który mnie wychował, a Widzew najbardziej rozmawiał z klubem.

Jak ostatecznie wyglądało przechwycenie?

Wracaliśmy z ME promem. Schodzę z promu i idę z torbami – na jednym ramieniu dwie, na drugim też dwie. Przechodzę za odprawę, a tu ktoś mi zabiera dwie torby, kto inny z drugiej strony to samo. Mówię: hola hola? Co jest? Dzień dobry, Lech Poznań się kłania. A wy? Dzień dobry, Widzew.  Zaraz, połóżcie te torby, muszę się zastanowić. Widzew zrobił taki numer, że zanim przyjechał do Gdańska, to najpierw pojechał do Stargardu po mojego prezesa. On mówi: Wiesiek, zrobisz jak będziesz chciał, rozmawiałem z twoimi rodzicami, powiedzieli, że decyzja należy do ciebie. Powiem ci jednak, że najlepsze warunki daje nam Widzew. Wróciłem się i pytam: którzy z Widzewa? Brać torby. Zamiast z Gdańska do Stargardu, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy prosto do Łodzi. Podpisałem umowę i dopiero pojechałem do domu, ale już jako piłkarz Widzewa.

Dobry przykład sprytu Sobolewskiego.

Tak. To nie były czasy, że sam pieniądz rządził, trzeba było kombinować.

Ale Widzew miał po Bońku twardą walutę.

To jedno. Ile kasy wziął Stargard nie wiem, ale wiem, że załatwili sobie rzeczy. Telewizor kolorowy do klubu. Częścią rozliczenia za Bońka był obóz w Turynie, z którego przywieźliśmy pełno sprzętu Adidasa. Błękitni Stargard wkrótce byli najlepiej ubraną drużyną trzecioligową w Polsce. Widzew rozegrał też mecz w Stargardzie, zatrzymując się tam w drodze na mecz Intertoto. Jeśli chodzi o takie sprawy, Widzew wyprzedzał resztę. Pogoń po fakcie próbowała walczyć, zrobiło się nieprzyjemnie – w Szczecinie zatrzymali mój paszport, nie mogłem jechać na Intertoto do Niemiec i Szwajcarii, bo paszport zatrzymano w centralnym ośrodku sportu. Działali mi na złość, w prasie lokalnej pisano o jakiejś niby „Aferze Wragi”. We wszystko zaangażowały się władze Szczecina, zrobił się dym, bo nie mogli uwierzyć, że chłopak stąd idzie do Widzewa, 440 km od domu, a nie do Pogoni, do której ma rzut beretem. Ale Pogoń chciała mnie za friko.

Jak pana przyjęła szatnia Widzewa?

Wszedłem do szatni, w której na dzień dobry znajdowało się pół reprezentacji Polski. Chłopaki jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii. Boniek. Żmuda. Młynarz. Smolar. Ja, dziewiętnastolatek, siadając obok nich myślałem: nie tak dawno oglądałem ich w telewizji, a teraz trzeba się będzie z nimi szarpać. Na początku przyjęli mnie ze rezerwą. Ale chłopaki widzieli, że jestem do grania, to mnie zaakceptowali. Dobrze to ujął Józek Młynarczyk w filmie „O krok od pucharu”, gdzie powiedział o mnie: jak go pierwszy raz zobaczyłem, to taki z metra cięty, maluch, wchodzi do szatni. Ale później jak zobaczyłem go na boisku, to się do niego przekonałem. Zobaczyli, że gość zapieprza za nich, gra, strzela bramki… no to niech gra! Wiadomo, że razem idziemy do kasy. Dobrze grasz, pomagasz zarobić. W to nam graj!

Przed chwilą spadek z II ligi, a teraz puchary. Niezły przeskok. Choć na początek rozgrzewka na Malcie.

Na Malcie miało się odbyć otwarcie pierwszego stadionu z trawiastym boiskiem. Tam nigdy nie pada, więc lata całe mieli z tym problem. Ale jedziemy busikiem, a tu oberwanie chmury. Deszcz tak zaczął napierdalać, że lało się nam na głowy w środku w tym busie. Dbali o tę murawę  tygodniami, chuchali na nią i dmuchali, ale wtedy po jednym wieczorze ją przemieliło. Nie zostało z niej nic. Ja takiej burzy w życiu nie widziałem. Gdy wyszedłem na balkon w hotelu i zaczęły bić błyskawice, zrobiło się niebiesko. Coś pięknego.

Rapid już miał więcej z wyzwania piłkarskiego.

Rapid wtedy to był mocną drużyną, nie to co dzisiaj. Krankl, Panenka… Inny układ sił. Rewanż przejdzie do historii. Po piętnastu minutach 3:0, a potem wszystko nieustannie się zmieniało. Żałuję do dzisiaj, że z piłką nie wbiegłem do bramki, mój gol stałby się jeszcze ładniejszy. Okiwałem, strzeliłem – okej. Ale byłoby jeszcze ciekawiej.

A po Rapidzie już wielki Liverpool. Bodaj najlepsza drużyna w historii „The Reds”.

Od dziecka marzyłem żeby zagrać w Anglii. Pokazywali czasem w telewizji urywki meczów z Anglii, mnie porywała tamta atmosfera i tamte stadiony. Mecze Widzewa z Manchesterami miały unikalną otoczkę. Ale jak na złość, rozegrałem kilkadziesiąt meczów w reprezentacjach juniorskich, ale z Anglią – nigdy! Ówczesny Liverpool był obok Juve najlepszą drużyna świata. Zapotrzebowanie na bilety sięgało dwustu tysięcy głów. W klubie zastanawiali się, czy nie zagrać na Śląskim. Mówiono o specjalnych pociągach, które zawiozłyby kibiców, a potem odwiozły. W końcu Sobol uderzył pięścią w stół – my jesteśmy z Łodzi, gramy w Łodzi! Musiałem załatwiać bilety rodzinie i przyjaciołom ze Stargardu. Więcej i więcej, coraz więcej… załatwiałem, a wciąż słyszałem hasło: albo załatwisz, albo więcej nie pokazuj się w Stargardzie.

W końcu załatwił pan sześćset. Poszedł szeroko.

Do dziś nikt nie wie ilu wtedy przyszło widzów. Drukowali bilety aż nie zacięła się drukarka. Ludzie siadali na słupach, na hałdach śniegu. Gdzie się dało.

Wcześniej mieliście zgrupowanie we Włoszech.

Johnny River Strzelecki nam organizował.

Johnny, który ponoć kiedyś zgubił czołg.

Tak mówili. Zajmował się produkcjami filmowymi i zgubił czołg. Przyjechał kiedyś do Sali Kongresowej balet rosyjski. Nikt nie chciał na to iść, a przecież nie może być tak, że na rosyjskim zespole w Warszawie nie ma kompletu. Johnny zaczął obdzwaniać domy starców, stowarzyszenia głuchych, niewidomych. Tamci tańczą, skaczą, dają z siebie wszystko, wreszcie kończą. Czekają na brawa. Ale patrzą po trybunach, a tam niewidomi napierdalają lachami o ziemię. Nam Johnny zorganizował obóz. Graliśmy z włoskimi drużynami z niższych lig. Raz powiedział: będę wam płacił sto dolarów za każdą bramkę z czterdziestu metrów. Śp. Krzysiu Surlit już z połówki napieprzał, skoro  były pieniądze do zarobienia.

Śmiesznie te mecze musiały wyglądać. Tamci grają, a wy zamiast akcji bomby z połowy.

Oni nie wiedzieli o co chodzi. Johnny chciał się z tego wycofać, ale zapomniał, że Krzysiu już się nastawił. Złapał go, zaczął podduszać, także Johnny musiał kasę wyjąć. Nie graliśmy z jakimiś frajerami, ogórkami najgorszego sortu, tylko, że my mieliśmy taką drużynę, że mogliśmy się z nimi bawić. Wygrywaliśmy np. 10:1. Jedną zawsze trzeba dać strzelić, żeby to ładnie wyglądało – niech mają. Johnny kiedyś zawiózł nas na gigantyczną dyskotekę, nawet telewizja włoska transmitowała, jak nas na scenie przedstawiali. Okazało się, że wszyscy z nas grają w jakichś reprezentacjach. Johnny każdego gdzieś zapisał: to juniorska, to olimpijska, to młodzieżówka, to pierwsza… Pewnego dnia wypalił, że załatwi wizytę u papieża. Nie no, gada głupoty, znowu coś wymyślił. Ale potem pobudka rano o 4. Wstajemy. Jedziemy do Watykanu. Nie byliśmy pięknie poubierani – jeden miał dresy z kadry, Smolar jakieś niebieskie Adidasy, ktoś czerwone. Ale pojechaliśmy. To było przeżycie wielkie. Taka drużyna to dwudziestu skurwysynków, każdy cwaniaczek. Ale przy tym człowieku każdy się malutki zrobił. Dostaliśmy na pamiątkę po różańcu i breloczku. Różaniec dałem mamie, zabrała go ze sobą do grobu. Tata dostał brelok. Sobie zostawiłem zdjęcie. Byliśmy też u komunii wszyscy.

Pana pogłaskał nawet po głowie, a potem pan – najmniejszy na boisku – strzelił głową gola.

Tak wyszło. Pogłaskał mnie i powiedział: taki mały, a już w piłkę gra. Śmiałem się później – szkoda, że mnie za nogę nie złapał, może bym drugą strzelił?

Podobno Zdzisław Rozborski powiedział po meczu, że gdyby pan nie trafił tej główki, to by pana zabił.

Bo Zdzisiek z tyłu nabiegał i się szykował na woleja. Ale gdzie by uderzył, nie wiadomo. Może na dworzec Łódź Kaliska? Mi wyszło akurat. Nie wiem, może robiłbym tak tysiąc razy, a więcej by nie wyszło.

Pan się śmiał, że Andrzej Grębosz pierwszy raz w życiu celnie wrzucił.

Bo on lewą nie umie nawet wsiadać do tramwaju. Wyszła akcja, która zdarzyła się trzydzieści pięć lat temu, a do dzisiaj wszyscy ją pamiętają. W rewanżu przegraliśmy 3:2, choć nie musieliśmy. Jak prowadziliśmy 2:1, to się trochę bawiliśmy, bo wiedzieliśmy, że nie odrobią. Mieliśmy tak dobrą drużynę, a Liverpool grał typową angielską piłkę. Do boku, wrzuta – i tak w kółko. Bazowali w wielkim stopniu na walce, ale trafili na drużynę, która w walce była jeszcze lepsza od nich. Był taki moment, że dostałem w czoło piłką z metra, z woleja. Światło mi zgasiło, nie wiedziałem co się dzieje, ale potem się otrzepałem, gramy dalej. Do walki dokładaliśmy fantazję w ataku. To co się działo po meczu to coś pięknego. Na Anfield zgotowali nam owację, niewiele ekip może to o sobie powiedzieć. Tłoczek i Smolar dostali kaski policyjne. Jak żeśmy wracali, to podczas lądowania znajdowałem się w kabinie pilota. Na Okęciu czekało na nas kilkuset kibiców z Łodzi. Gdy przyjechaliśmy o trzeciej w nocy pod stadion, czekało kilka tysięcy. Wynieśli nas na rękach z autobusu. A zauważył pan, że żaden angielski klub nigdy w Łodzi nie strzelił gola? Nawet Man Utd na ŁKS-ie.

11046882_1060721257275128_1636238478510201690_n

Juventus był do zrobienia?

Mam w swoich zbiorach kartkę ze składami, którą dostają dziennikarze. W składzie Juve wyszło dziewięciu reprezentantów Włoch plus Boniek i Platini. Pierwszą bramkę strzelili na farcie, bo odbiła się od Andrzeja Grębosza, ale co tu dużo gadać – byli lepsi. Kontrolowali wynik, nie ma co kitować. Byli poza zasięgiem. Może jakbyśmy trafili HSV lub Sociedad? Nie wiadomo. Chociaż Juve i tak nie wygrało finału.

I tak witały pana kwiaty na klamce.

Można było dać ludziom trochę radochy, żeby sobie chociaż ten dobry mecz obejrzeli. Na naszych meczach pucharowych ulice wyludniały się jak podczas meczów kadry na mundialach, czy pucharowych bojów Górnika i Legii. Oglądała to cała Polska.

Ponoć nawet Jaruzelski wam gratulował.

Był tu, na Widzewie, ale chyba tylko Krzyśka Kamińskiego zastał, bo myśmy byli na jakimś meczu. Firma elektroniczna Diora, która robiła sprzęt grający, sama napisała do Widzewa, że za te mecz, załatwią każdemu wieżę grającą. Nie za darmo, ale tego nie można było nigdzie kupić – wszystko szło na zachód. Zapraszano nas też na różne mecze okolicznościowe. Na przykład byliśmy w Ćmielowie, a Ćmielów wiadomo z czego słynie – z fajansów. Pojechaliśmy, wygraliśmy 10:1, a każdy dostał komplet do kawy na dwanaście osób. Normalnie bym takiego nie mógł kupić. Gdzieś mecz przekładał się na rolki tapety, gdzie indziej na pozłacane talerze. Cyrk objazdowy, ale nam pasowało – lepiej sobie pograć, niż po lesie biegać. Klub zyskiwał, my też, a ludzie się cieszyli, że przyjechał Widzew.

Zdarzały się też wizyty w zakładach karnych.

Byłem w Ignacewie za Konstantynowem. Zakład karny dla niepełnoletnich. Wychowawcy mówili mi: panie Wieśku, tu jest przekrój wszystkiego, co możliwe. Są tacy, co trafili za duperele, ale są też mordercy i gwałciciele. Najpierw miałem opowiedzieć o sobie, a potem pytania zadawali skazani. Pierwsze pytanie: gdzie pan mieszka. Drugie pytanie: jakim samochodem pan jeździ. Trzecie pytanie: ile pan zarabia. Trzy pytania na wyczucie frajera, którego można później zrobić.

Nieźli agenci.

Nigdy nie odmawiałem spotkań. Nawet teraz nigdy nie odmawiam, zawsze pojadę, jak kibice zaproszą. To jest przyjemna sprawa, ale mijają dziesiątki lat i tych, którzy osobiście pamiętają ówczesny Widzew, jest coraz mniej. Z jednej strony to przykre, bo niektórzy mienią się wielkimi kibicami Widzewa czy innej drużyny, a nie znają historii swojego klubu. W zasadzie nic o nim nie wiedzą. Przychodzą, krzyczą: ten chuj, tamten coś, a nie wiedzą nic. Poza tym co ja opowiem? Że dostawałem półtora dolara za mecz w Portugalii, albo że mogłem kupić wieżę grającą? Powiedzą mi: panie, idź sobie do sklepu i kup!

Spotkałem się z opinią, że byliście królami życia.

To zdecydowanie za mocne słowo. Zarabiało się pieniądze, które wystarczały na lepsze życie. Lepsze życie, czyli: przyjechałem ze Stargardu i miałem wynajmowane mieszkanie. Potrzebowałem je umeblować: kanapa, dywan, meblościanka, telewizor, pralka. Moje lepsze życie polegało na tym, że mogłem te rzeczy kupić. Mogłem zrobić to, co dziś może zrobić każdy. Dzwonili z klubu do Domusu, a potem jechałem porozmawiać z dyrektorem i miałem możliwość wydania zarobionych pieniędzy na meble. Jeśli chodzi o zarobki, to zmorą była dewaluacja. W lutym 82′ mój tata wylosował w zakładzie pracy talon na telewizor marki Jowisz. Zapłacił za niego 40 tysięcy. Ja w czerwcu w Łodzi kupiłem taki sam za 85 tysięcy. Podpisywałeś kontrakt na jakieś tam zadowalające cię warunki, a za chwilę się okazywało, że to gówno nie pieniądz. Takie czasy. Autami jakimi jeździliśmy? Stare fiaty, Polonezy. Pierwszy, który lepszym autem przyjechał, był Darek Dziekanowski, który kupił sobie Renault 9. Śmialiśmy się z niego, bo jak nią przyjechał, miał jeszcze folię na siedzeniach. Ale zawodnik sprzedany za takie pieniądze powinien móc sobie Porsche kupić. Niemniej wtedy, dla kogoś w moim wieku, umeblowane mieszkanie i Dacia to było coś. Ale ilu z byłych piłkarzy, naprawdę świetnych, w jakikolwiek sposób ustawiło się dalej w życiu z pieniędzy podniesionych z boiska? Boniek i kto jeszcze? Nawet świętej pamięci Smolar już nie. Za dwa mecze z Liverpoolem dostałem 144 tysiące ówczesnych złotych, za Dacię zapłaciłem 610 tysięcy. Najważniejsze, czyli talon, dostałem dopiero w listopadzie.

Ciekawe, że z jednej strony byliście w półfinale Pucharu Europy, a z drugiej strony nie potrafiliście wygrać ligi.

Wszyscy myśleli, że jak puknęliśmy Liverpool, to jak przyjedzie Bałtyk – pierwszy rywal po LFC –  wygramy 10:0. A tu nagle przegrywamy 0:2, 1:3, 3:3, ogółem wielki bój. Drużyny inaczej do nas podchodziły, sprężały się wyjątkowo. Natomiast ciekawe, że kibice rywali potrafili witać nas brawami. Na pewno też cieszyli się skarbnicy. Wiedzieli, że jak przyjedzie Widzew, to będzie komplet na stadionie. Na Lechu padł rekord frekwencji, którego nie pobiją przez następne pięćdziesiąt lat. Ludzie siedzieli tuż obok boiska – tak blisko, że sędzia nie chciał zaczynać meczu. Róg wrzucałem z kroku, nie mogłem robić rozbiegu. Prawie mnie za nogę łapali.

Pan powiedział w książce „Wielki Widzew”, że jakby Sobolewski kiwnął palcem, to Widzew byłby wtedy cztery razy z rzędu mistrzem.

Wystarczyła lekka podpórka w jednym, dwóch meczach. Nie ma co się oszukiwać, istniał wtedy piłkarski poker. Ale prezesowi Sobolewskiemu chodziło przede wszystkim o puchary, one były absolutnym priorytetem, a do nich nie trzeba było zdobywać mistrza. Poza tym po latach myślę, że klub w przypadku mistrzostwa musiałby więcej wydać na premię. To mogło być postrzegane jako niepotrzebne wydatki, nie przybliżające do realizacji głównego celu – dobrych występów pucharowych.

Gdybyście taki wynik zrobili dziś, zachodnie kluby rozkupiłyby was na pniu.

Jak rozmawiamy z kolegami, to często pada hasło – za wcześnie żeśmy się urodzili. Wtedy były hamulce. Limit wieku chociażby – puszczali za granicę dopiero, gdy miałeś trzydzieści lat. W grę wchodziła ewentualnie ucieczka, ale jak uciekłeś, to był twój koniec. Traciłeś kontakt z rodziną, ją też narażałeś. W Austrii, po meczach z LASK Linz, przyjechali i zapytali: powiedzcie ile chcecie kasy za Wragę, tyle damy. W klubie powiedzieli, że jestem za młody, no to wyszli z inną ofertą – ślub! Wtedy musieliby mnie puścić. Ślub oczywiście lipny, po pewnym czasie rozwód… znaczy nie wiem czy lipny, bo nie wiadomo jaki by się trafił towar. Kasę dawali więcej niż dobrą, ale to nie było dla mnie.

Powiedział pan, że w życiu nie widział takiego chamstwa, jak na Sparcie Praga.

Bydło. Wyzywali nas cały czas. Kibiców z Polski chcieli pozabijać. Tak kochały się kraje demoludów. Czesi nie zapomnieli, żeśmy kiedyś ich trochę najechali. Niektórzy mówią o stanie wojennym, że to zbrodnia. A niech pomyślą co by się stało, gdyby stanu wojennego nie było, a tacy Czesi by tu przyszli. Oni już czekali. Tak samo Ruscy i NRD-owcy. Inna by była śpiewka. Na Sparcie mieliśmy dwie setki Dziekana przy 0:0, powinniśmy to wygrać. Ale skończyło sie na 0:3. Nie ma co ukrywać – rozczarowanie.

Rok później feralne mecze z Gladbach.

Miałem czterdzieści stopni gorączki, ale lekarze powiedzieli: graj, nic ci nie będzie! Po tym co mi się stało, inaczej podchodzono do temperatury zawodników. Przede mną pewnie tysiąc grało w nawet gorszym stanie, tylko żadnemu nie przydarzyło się to, co mnie. Zagrałem ekstra mecz, potem dalej normalnie trenowałem, niby wszystko okej. Ale w 1985 dostałem powołanie do pierwszej reprezentacji na tournee po Meksyku. Podczas rutynowych badań myśleli, że maszyna się zepsuła, tak wariowała. Okazało się, że mam problemy z sercem. Dostałem zakaz uprawiania sportu. Znajdowałem w idealnym momencie swojej kariery, miałem dwadzieścia dwa lata, byłem w gazie i wiem, że pojechałbym, na mundial. Zamiast tego musiałem wrócić w piątek do Łodzi, w sobotę potańczyłem na Balu Mistrzów Sportu, a w poniedziałek trafiłem do szpitala. Zostałem tam na trzy miesiące.

Z nudów liczył pan tabletki.

Zjadłem ich kilka tysięcy. Później leczono mnie sterydami. Coś strasznego. Młody człowiek, który całą karierę ma przed sobą, nagle dostaje młotem w głowę i nie wie co dalej. Tu już nawet nie chodziło o sport, tylko czy ja nie wywinę orła. Wpadłem w depresję, dostawałem tabletki na uspokojenie. Wychodząc ze szpitala przytyłem 18 kg.  Taki byłem napuchnięty, że sąsiad mnie nie poznał na klatce schodowej. Żeby dojść do siebie potrzebowałem półtora roku, ale choćby mecze z LASK Linz pokazały, że wciąż to miałem.

Wcześniej podobno Sobolewski chciał pana zostawić na lodzie.

Mieliśmy ostrą rozmowę. Potrzebowałem wtedy wsparcia, a chciano się na mnie wypiąć. Rozumiałem, że mogłem nie wrócić do grania, a klub wiecznie by mnie nie trzymał, umówiliśmy się więc na pewną datę: do tego i tego dnia mi pomagacie, a jak nie dam rady, kończymy. To był obijający moment. Nie wiedziałem co dalej. Mam wykształcenie technika-mechanika, ale w zawodzie nigdy nie pracowałem.

Gdyby nie kazano panu grać z czterdziestoma stopniami gorączki, co by się zmieniło w pana życiu?

Zagrałbym w pucharach, pojechał na MŚ, tam pograł, wyjechał do mocnego klubu zagranicznego, zarobił przyzwoite pieniądze. Miał inne życie. Ale po tych wszystkich latach doszedłem do wniosku, że widocznie tak miało być. To nie jest tak, że zostałem wyleczony, do dzisiaj mam kłopoty z sercem, jeden rozrusznik mi już wymieniali. Ale pogodziłem się. Wielu, którzy byli dużo zdrowsi ode mnie już nie żyje. Cieszę się z tego, co jest. Teraz oczkiem w głowie jest wnusio. Dał nowy zastrzyk energii. Mój komandosik. Takie ruchy ma, że wszyscy mówią: będzie zasuwał jak ty! Zobaczymy.

Miał pan też problemy zdrowotne ze względu na ospę. Podobno dawali panu dziesięć procent na przeżycie.

Złapałem ospę od córek. Nie przechodziłem jej w młodości i mnie załatwiła. Byłem cały wysypany w krostach, a przede wszystkim rzuciło mi się na osłabiony miesień sercowy. W przeciągu roku trzy razy lądowałem w szpitalu. Za trzecim razem wigilię spędzałem na R-ce pod monitorami. Kogo dało się wypisać na święta, to wypisali, zostali tylko ci, co byli do odstrzału – w tym ja. Profesor Żebrowski, który mnie leczył i któremu wiele zawdzięczam, przyznał mi później, ze dawał mi dziesięć procent szans na przeżycie świąt. Ale powalczyłem. Do dzisiaj walczę i nie narzekam.

Czy wielki Widzew zaczął się psuć od Dziekana?

Nie od Dziekana, tylko od decyzji, by Dziekana sprowadzić. Był warszawiakiem, marzył o Legii, to trzeba było dać mu iść do Legii! A przez to, że przyszedł Dziekan, zniszczono Jurka Wijasa, wspaniałego piłkarza. Jurek przed Widzewem grał w GKS Katowice, skąd Legia w życiu by go nie wzięła – górników nie brało się do wojska. Zawód-piłkarz nie istniał, Jurek miał etat górniczy.

Standard wtedy.

Nie do końca prawda. W roku, gdy trafiłem do Widzewa, zaczęły obowiązywać stypendia sportowe i ja tak byłem rozliczany, na czym wychodziłem średnio. W klubach wojskowych, górniczych i milicyjnych, zatrudniano na etatach. Jurek bał się wojska, ale miał obiecane od Sobolewskiego, że na pewno nikt go nie weźmie. Tylko dlatego zgodził się na Widzew. Gdyby nie Dziekan, wpływów Sobola by starczyło, ale przez Dziekana zrodziła zemsta Legii i układów. Zniszczyli chłopaka, który zrobiłby międzynarodową karierę. Jurek ukrywał się u mnie w domu, przywoziłem mu jedzenie, ale ile tak można? Wiecznie się nie da. Wpieprzyli go do jednostki karnej. Dogadał się na tyle, że pozwolili mu chodzić na treningi w B-klasie, ale pojawił się artykuł w PS, że ktoś wyraził na to w wojsku zgodę i znowu go docisnęli, zakaz wychodzenia miał.

Samego Dziekana jak pan wspomina?

Dziekana poznałem jeszcze w czasach juniorskich reprezentacji. Cwaniaczek. Chłopaczek ze stolycy. Chciał grać w stolicy, trzeba było tam zostać! Chciał wszystkich ustawiać. Może myślał, że będzie drugim Bońkiem, wszystkich ustawi? Ale tutaj byli ludzie uznani, szanowani bardziej niż on. Nie mógł zostać członkiem grupy, ale sam tak wybrał! Może jakby wzięło się kogoś słabszego, ale bardziej pasującego charakterologicznie? Dziekan był dobrym zawodnikiem, ale miał też warszawkę za sobą. Prasa kreowała go, niosła – taka jest prawda. Może i czuł się samotnie, ale w szatni nikt nie musi się kochać, żeby były wyniki. Otwieram Internet: zadyma w Arsenalu. Prawie się pobili. To się zdarza, ale można tego typu sprawy rozwiązać w swoim gronie, a nie pluć we własne gniazdo. Darek sam po latach przyznał, że tamten wywiad był niepotrzebny. Ale zaznaczam: nie chcę robić żadnej sensacji. Nie miałem z Dziekanem problemu jak do nas przyszedł. Dziś gdy się widujemy to też normalnie rozmawiamy, jak kumple z boiska.

Z trenerem Lenczykiem problem pan już jednak miał.

Dla mnie trener Lenczyk jest dziwacznym człowiekiem. Widzew słynął z charakteru, walki, nie odpuszczania, on przyszedł i już młodego nie można było kopnąć. Nie mówię, że specjalnie, ale w treningu podczas przepychanki. Wtedy zaczęło sie ucinanie korzeni widzewskiego charakteru. Zaburzył naturalną hierarchię szatni. Gdzie nie szedł, zawsze na początku uderzał w tych, którzy coś w szatni znaczyli – w Widzewie zaczął ode mnie. Przecież sam siebie nie zrobiłem kapitanem, drużyna mnie wybrała. Bez słowa mnie z tego stanowiska zdegradował. Wybrał kilku ludzi, którzy mogli wszystko, w dodatku którym więcej płacił, bo to Lenczyk dzielił pieniędzmi, np. premiami. Myśmy go zresztą z Widzewa zwolnili.

W jaki sposób?

Spotkaliśmy się z prezesami i powiedzieliśmy, że nie chcemy  tym panem współpracować. Na koniec mu powiedziałem: wie pan, że dwa i pół roku pan tu był, a ja raz dostałem pełną premię? Odpowiedział mi „ty znowu coś wymyślasz”. To mówię: chodźmy na dół. Na dole pani Kolasińska, która księgową Widzewa jest od stu lat, rozwieje wątpliwości. Nawet za mecz z Motorem, który wygraliśmy 4:1, gdzie strzeliłem bramkę, a dwie zrobiłem, dostałem połowę premii jego pupilków.

Tomasz Łapiński powiedział, że nikt nie nadaje na takich samych falach co trener Lenczyk.

 Podczas obozu w Wiśle narysował na tablicy talerz, a potem zaznaczył gdzie powinno się kłaść widelec, gdzie nóż… Tak jakby miał do czynienia z prostakami, chłopkami. Jakby pan sprawdził gdzie Lenczyk pracował, to wszędzie po nim została spalona ziemia. Dziwaczny człowiek. Znajdzie pan osoby, które będą go chwalić, ja nawet wiem jakie: te, które tańczyły i skakały jak zagrał, bo za to miały większe pieniądze i lepszą pozycję w szatni.

Widzew, do którego pan przychodził, bił europejskie potęgi. Widzew, z którego pan odchodził, spadał z ligi.

Spadek to wielki błąd trenerów, przede wszystkim tych, którzy nas przygotowywali do sezonu. Skład mieliśmy na mistrza Polski, ale byliśmy zajechani przez śp. Pawła Kowalskiego i Marka Wozińskiego. Wyglądaliśmy przy innych zespołach jakby się ścigało Porsche z Syrenką. Wszyscy wokół nas biegali, wyprzedzali nas jak odrzutowce. Coś strasznego, niewyobrażalnego –  chcesz coś zrobić, a nie możesz. Wiem, że powinienem być od rywala szybszy i lepszy piłkarsko, a on mnie obiega i robi co chce. Dla mnie to jest nieporozumienie, że  w piłce są tacy ludzie, jak np. pan Woziński.

Tomek Łapiński opowiadał, że kiedyś trener Woziński zabrał was na biegi po lesie, zgubił się i mało nie padliście ze zmęczenia.

Zgubił się, dwie godziny później z wywieszonymi językami wpadliśmy na obiad.  Ja miałem taki fart, że trafiłem na niego w Widzewie, a jak wróciłem z Finlandii, zatrudnili go w Ślęży. Gdy uciekłem przed nim z Wrocławia do Radomska, wkrótce on tam trafił. Wtedy powiedziałem Tadziowi Dąbrowskiego: Tadziu, jak ty go bierzesz na trenera, ja kończę karierę. I ty Tadziu, zwolnisz go najpóźniej po trzech meczach. Załóżmy się o kolację w najlepszej knajpie. Woziński wyleciał po jednym meczu, przegranym 0:5. W Ślęzy było to samo, choć mieliśmy skład na awans do pierwszej ligi.

Wtedy Ślęza była w tabeli wyżej niż Śląsk.

Zaplecze tworzyli ludzie z pieniędzmi, mieliśmy paczkę na awans. Mówiłem Wozińskiemu: panie trenerze, niech pan odpuści, bo jesteśmy zajechani. Odpowiadał: jesteście zajechani, bo wam się kurwa trenować nie chce! A potem było to samo co w Widzewie. Biegali wokół nas, robili co chcieli, awans poszedł się dymać. Nienormalny facet. Niech zwieńczeniem będzie, że on teraz pracuje chyba w SMS-ie. W zeszłym roku były wyboru na prezesa łódzkiego OZPN. Wygrał pan Kaźmierczak, ale Woziński też zgłosił swoją kandydaturę. Wie pan ile dostał głosów?

Nie wiem. Zero?

Jeden. Sam na siebie zagłosował. Kabaret. Ja mu powiedziałem co o nim myślę i on jak mnie widzi, to bokiem obchodzi. Przecież to było w moim interesie, żebyśmy wygrywali. Jak będę w łeb dostawał, to w życiu złotówki nie zobaczę.

Po co był panu wyjazd do Skandynawii?

Miałem wyjechać na chwilę, a potem przejść do lepszej ligi, w zamyśle – belgijskiej lub holenderskiej. Ktoś mnie jednak oszukał i zostałem w Finlandii. To zmarnowane trzy lata. Finansowo w Polsce miałbym te same warunki, a może lepsze, bo czasy się zmieniły. Fiński futbol kompletnie nie dla mnie, bo to siła razy ramię. Parę meczów zagrałem, trochę bramek strzeliłem, ale miło tego okresu nie wspominam.

Jak pan się odnalazł po zakończeniu kariery?

Zawsze jest ciężko, bo człowiek musi przestać robić to, co robił najlepiej. Jeszcze pół biedy, gdy coś się odłożyło i można zainwestować. Ale ja nic nie zarobiłem, bo gdzie? Handlowałem na Ptaku, miałem stoiska z dobrej jakości dżinsem. Szło to dobrze, ale później nasze władze wymyśliły wizy dla Rosjan i nagle wszystko się skończyło. Brat miał ubojnię indyków w szczecińskim, zacząłem z nim współpracę. Do dziś mam niedużą hurtownię z mięsem z indyka. To nie są jakieś rarytasy, ale nie można narzekać. Spokojnie z żoną żyjemy, dwie córki wychowaliśmy, dziś są dorosłymi kobietami, a jedna mi wnusia dała.

Swego czasu trenował pan młodzież.

Siedem lat pracowałem w Pabianicach, ale miałem już dość. Odszedłem przez głupotę rodziców. Myśleli, że ich dzieciaki nie wiadomo jakie kariery zrobią. Pozapisywali chłopców do SMS-u, do ŁKS-u. Tłumaczyłem – poczekajcie. Mamy dobry zespół, mamy swoją zgraną grupę. Zobaczcie – przecież z ŁKS-em, Widzewem i SMS-em gramy jak równy z równym. Ale dali te dzieci do Łodzi, poginęły, przepadły.

Był pan jedną z osób, które reaktywowały Widzew po Cacku.

Byłem jednym z tych, którzy podpisywali dokumenty, aby to powstało. Ale według mnie zbyt dużo wokół Widzewa osób opornych na słuchanie. Panu Ferdzynowi, już byłemu prezesowi, przedstawiliśmy swego czasu plan jakby to mogło działać. Niech trafią do Widzewa byli widzewiacy, niech powstanie widzewski Widzew, w którym większość trenerów to byli piłkarze. Ci ludzie tylko to zobaczyli i powiedzieli: na pewno tak nie będzie. Zaczęli robić po swojemu, mija półtora roku i pana Ferdzyna, a także wielu innych co działali przy Widzewie, już nie ma. Podobno zostały po nich tylko długi – czy to prawda, nie wiem. Dla mnie to chora sytuacja, że Tomek Łapiński pomaga w Aleksandrowie, Andriej Michalczuk w Głownie, inni jeszcze gdzieś tam, zamiast budować Widzew. Z obecnymi włodarzami też chciałbym porozmawiać, aby Widzew był widzewski. My, byli piłkarze, możemy pomagać w różny sposób. Ci młodzi ludzie na pewno są lepsi od nas jeśli chodzi o stronę biznesową, ale jeśli chodzi o sprawy piłkarskie, to zjedliśmy na nich zęby. Coś tam wiemy i możemy pomóc.

Może boją się, że panowie zdobędą wpływy w klubie.

Być może, z tym, że my nie chcemy przejmować żadnych wpływów. Chcemy, żeby ten klub był na swoim miejscu, a ostatnie półtora roku były w dużej mierze zmarnowane. Chwała obecnym mniejszym sponsorom, że pomagają, ale żeby zrobić tu dużą piłkę, potrzebny jest duży sponsor (rozmawiamy przed wejściem Murapolu w Widzew – przyp. red.). Mam nadzieję, że rozgłos związany z karnetami i nowym stadionem pomoże takiego pozyskać. Tylko niech to będzie sponsor mądry, nie taki jak Cacek, który chciał być najmądrzejszy na świecie, a który odzywał się tylko, jak miał jakiś interes do nas. Jak interesu nie było, to mówił – niepotrzebne stare dziady. Chciałbym szczerze porozmawiać z nowymi władzami na temat współpracy. Wierzę w obudowanie klubu byłymi widzewiakami, którzy będą szkolić nowy narybek. Kto lepiej zaszczepi widzewskie ideały i charakter? Chcemy tego dla wspólnego dobra, a nie dla widzimisię. Albo niech powiedzą nam wprost – nie chcemy was stare dziady, to też byłoby uczciwe. Byleby potem nie szastali naszym wizerunkiem, niech nie korzystają z tego, co my wypracowaliśmy do klubu, bo to przykre. Jest wielu chłopaków, którzy mają swoje lata i zasługują na szacunek. Niektórych nie stać na karnety, wejściówki. Ale mogą pomóc, choćby usiąść z młodymi, opowiedzieć o historii Widzewa. Pamiętam jak oglądałem Euro w Polsce wspólnie ze Zdzisiem Kostrzewińskim. Patrzę, a on płacze. Zdzisiu, co ty robisz? Wiesiek, jak ja im zazdroszczę tych stadionów, na których grają. Taki Zdzisiu, który przeszedł z Widzewem od trzeciej ligi do pierwszej w latach siedemdziesiątych, nie mógłby teraz opowiedzieć czegoś ciekawego, inspirującego kibicom? Na pewno dałoby się to zorganizować tak, by zarówno Zdzisiu coś z tego miał, jak i inni. Jak ja mam treningi, to widzę, że ojciec młodego wyciąga telefon, bierze łebka i coś mu pokazuje. Za chwilę przybiega ten mały: a ja pana widziałem! Tata mi w Internecie pokazał! Trenuję sześciolatków. Zawsze się śmieję: wiecie, czemu ja was trenuję? Dlatego, że jestem od was wyższy. Nie mógłbym być waszym trenerem, gdybyście to wy byli wyżsi ode mnie.

Wiąże pan nadzieje z nowym stadionem?

Tak. Gdyby stadiony na Widzewie i ŁKS-ie powstały dziesięć lat temu, kluby nie znalazłyby się nigdy w takim położeniu.

A co by się stało, gdyby stadion Widzewa nie powstał?

To nic by tu nie było. Zaoraliby i zrobili pole.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (27)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Kulturalny Komentator

Wyśmienita rozmowa. Wydałbym 100zł aby usiąść sobie z kawusią obok rozmawiających Panów.

Kiedy czytam takie wspomnienia gwiazd poprzednich epok zawsze uderza mnie ten schemat, że pieniędzy z gry za granicą nie było. A przecież wychodziły, trafiając nie do tych kieszeni, których powinny. Wykurwiście-w-chuj-frustrujące – pozostaje czar wspomnień i „orzełek” na piersi.

dad56

Pierdolony socjalizm i PRL, zmarnował życie tysiącom sportowców i milionom ludzi. Pamiętam tamte mecze z Liverpoolem i strzał Wragi z głowy za pola karnego. Miałem wtedy z dwadzieścia lat i nie miałem pojęcia o kulisach tego burdelu. Dopiero po studiach jak zacząłem pracować uwidoczniło się to całe badziewie i złodziejski bandytyzm układów w PRL. Ciekawe, że te mendy dziś są prezesami banków, spółdzielni w samorządach i nadal okradają obywateli(no większość z nich odeszła do piekła) Ciekawe są te historie i to prawdziwy cud, że osiągaliśmy takie dobre wynik w sporcie przy takiej złodziejskiej bandzie prominentów.

jakibic

Za pewne taki był socjalizm i PRL. Ale z drugiej strony, w każdym z wywiadów jest wzmianka, że nie grali ( z początku ) dla pieniędzy. Widzew to jest przykład piłkarzy, którzy mieli CHARAKTER. Chyba czwartkowe treningi były takie, że kto „przeżył” ten grał w weekend. Nie wiem, czy dzisiaj w lidze jest taka drużyna (zgrana, z charakterem itd.). Pieniądz jednak psuje. Jestem ciekawy, czy większe (zdecydowanie większe) pieniądze w tedy, nie spowodowałby innej mentalności. Podobna sytuacja z Kadrą MŚ’74. A co do tych mend, to sami jesteśmy sobie wini, że ich nie odsunięto od wszelkiego „koryta”. No cóż, chyba dalej maja przyzwolenie społeczne na to co robią. Nie chcę wkraczać w politykę, ale każdy ma swoje zdanie na ten temat.

emperor

Ale w tym wywiadzie nawet Wraga mówi, że on by w Polsce 80./90 zarabiał tyle samo, co w tej Finlandii. Ok, jakby poszedł do Bundesligi, to by się mógł ustawić na całe życie, ale czy mógłby iść do tej Bundesligi?

Ci prominenci to była tylko górka całego systemu.

I akurat piłkarze byli w nim jednymi z najmniej poszkodowanych. I się nie mówi, ale sukcesy lat 72-82 to imho także wynik relatywnie dużej kasy krążącej w polskiej piłce (i na kwestie organizacyjne i na pensje). Prawdopodobnie polski piłkarz żył wtedy na poziomie najbardziej zbliżonym do życia piłkarza w Anglii, Włoszech czy nawet Niemczech. I wielokrotnie lepiej niż rodacy, czego akurat wielu zachodnich piłkarzy nie może powiedzieć.

Marek Wawrzynowski kiedyś zrobił artykuł o piłkarzach angielskich z Wembley. To nie były największe gwiazdy angielskiej piłki, czasy między MS 66 a dominacją Anglików w pucharach, ale umówmy się – reprezentanci Anglii, uczestnicy MS, gwiazdy ligi. I spora cześć z nich była spłukana tuż po zakończeniu gry, prowadzili później biedasklepy, byli listonoszami, niektórzy dorabiali jako byłe gwiazdy.

Pewnie w największych klubach świata, Juve, Realach, Bayernach można się już było w 70. ustawić na całe życie, ale tak naprawdę to ówczesne zarobki w wielu klubach zagranicznych wrażenie robiły po przeliczeniu dolarów czy marek na dobra osiągalne w Polsce. A tu byłą podwójna ekonomia i jej „logika”.

Hodowca Cebuli

Fantastyczny wywiad. Czytałem z zapartym tchem.
Żywię głęboką nadzieję, że Widzew znów będzie wielki. Są kawałkiem historii, tej lepszej historii polskiej piłki. Za to należy im się szacunek. Wielcy muszą wrócić na swoje miejsce.

Jak Co Szabat: Moshe Ohayon - Prywatnie Kolega Herberta Dicka
Legia Warszawa

Świetna robota. Winszuję.

FC Bazuka Bolencin

I ani słowa nie ma o łóżkowych wybrykach i jak to po meczach 20 dziewczyn w łóżku na niego czekało?
A, zapomniałem że to Wraga a nie Zarzeczny albo Wójo.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

PanAnatol

Ten „wymiatacz” będąc napastnikiem strzelił przez osiem sezonów w Widzewie 12 bramek w lidze. W najlepszym sezonie strzelił 4 bramki, z reguły strzelał jedną. Także tego

Frenk

Chuja wiesz to sie nie wypowiadaj

zdyrman

dobrze mu dowaliles – bedzie sie debil na fakty powolywac!

wierny

Wywiad jak zwykle świetny, tylko dwie uwagi. Grębosz ma na imię Andrzej, a nie Adam (Adaś) . Natomiast fabryka porcelany jest w Ćmielowie, a nie w Trzmielowie. Poza tym palce lizać!

Pyton Windykator

Wydaje się być dobrym człowiekiem. Nawet jak na widzewiaka.

fronda

Byłem na tym meczu z Widzewem jak o dzieciak.Faktycznie ludzie siedzieli wokół boiska na trawie.Pamiętam jak Józek Adamiec dał w mordę Dziekanowi.
Ciekay wywiad.Może z Mirkiem Okońskim byście zrobili.

FC Bazuka Bolencin

Kiedyś, ok. 6-7 lat temu czytałem ciekawy wywiad na kilka stron A4 w jakimś kolorowym miesięczniku („Futbol” ?) z „Lulusiem”, człowiekiem który z różnych względów, parafrazując, przeszedł drogę od milionera do pucybuta. Postać dla ludzi z innej części Polski kompletnie anonimowa a w Poznaniu znana doskonale. Dobrze się czyta takie wywiady. Kibic który mało „liznął” tamtych czasów nabiera wyobrażenia jak się rozgrywki wtedy toczyły.

fioot

tu tez byl z nim wywia przeciez

FC Bazuka Bolencin

Albo przeoczyłem, albo mnie tu jeszcze nie było.

fioot

no byl i to calkiem niedawno, tez leszka

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Frenk

A kto przesrał swoje mozliwosc ?.Wyobraz sobie ze Wraga nic nie przesrał. Im wiecej pierdolisz tym gorzej .Tak myśle

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Frenk

O lulusiu mozna co nieco na youtoube zobaczyc

zdyrman

zastanawiam sie czy za jakies 10-15 lat ktos nie wpadnie na pomysl zrobienia wywiadu z „najbardziej utytulowanym pilkarzem Legii w calej jej historii”

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

fioot

te wywiady niby ciekawe, ale w sumie w kazdym to samo.

Porucznik Borewicz
Wyobraź sobie, że jestem piłkarzem...

Bardzo fajny artykuł, z tym że jeśli chodzi o porcelanę to raczej był to Ćmielów a nie Trzmielów :)

Glazox

„Na Lechu padł rekord frekwencji, którego nie pobiją przez następne pięćdziesiąt lat.”

Byłem na tym meczu, siedziałem na trawie za bramką od otwartej strony podkowy. Faktycznie był to rekord starego stadionu na Bułgarskiej, Tak na ok ze 40 tys.ludzi było, ale prawdziwy rekord Lecha był w roku 1972 na stadionie im 22 lipca, gdzie Lech grał wtedy mecze. W spotkaniu z Zawiszą o awans do I ligi przyszło 60 tys. widzów. W ’72 roku jeszcze kilka meczów miało podobną frekwencję, więc niech Sz. P. Wraga się tak nie spina w tym temacie.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY