Advertisement

Image and video hosting by TinyPic
Gniotłem puszkę po napoju wyobrażając sobie, że tak samo zmiażdżę swoim przeciwników. Zadziałało
Inne sporty

Gniotłem puszkę po napoju wyobrażając sobie, że tak samo zmiażdżę swoim przeciwników. Zadziałało

Kiedy umawialiśmy się na ten wywiad zapytał nas, co chcemy od niego wyciągnąć. Odpowiedzieliśmy, że historie, których jeszcze nie opowiedział. Przyznał, że jest ich sporo. Bo jego słynny rekord Polski na 200 metrów z 1999 r. z Sevilli to tak naprawdę tylko mignięcie, skrawek życia, chociaż najważniejszy. W długiej, szczerej i słodko-gorzkiej rozmowie z Weszło opowiada, jak wyglądało jego dzieciństwo, dlaczego lubił opieprzać się na treningach, skąd brały się u niego tak odjechane pomysły jak skok zimą na główkę do strumyka, dlaczego słucha muzyki metalowej, czy też o tym, że jego pamiętny rekord nauczył go inaczej patrzeć na ludzi. – Po rekordzie zaczęło się przede wszystkim klepanie po plecach. Wszyscy stali się oczywiście rodzicem sukcesu, matką, ojcem, zależy kto jaką miał płeć. Mówili „Marcin, super, wiedzieliśmy, że ci się uda”, a wcześniej prawie wszyscy kopali mnie w tyłek – opowiada Marcin Urbaś. Zapraszamy.

***

Jestem chłopakiem z krakowskiej Nowej Huty. Z dzieciństwa najbardziej pamiętam to, że połowa tych osiedli dopiero powstawała, dlatego wszędzie dookoła było mnóstwo budów. Z kuzynami bardzo chętnie się po nich szwendaliśmy. Przeskakiwaliśmy przez kraty, wchodziliśmy do budynków, które były jeszcze szkieletorami i stamtąd lubiliśmy oglądać, jak zmienia się panorama Krakowa. Fajne czasy. Oczywiście ścigali nas po tych budowach różni stróże, ale tak szczęśliwie się układało, że nigdy mnie nie złapali. Być może uciekałem szybciej niż inni? Zawsze wymyślałem jakieś dziwne rzeczy. Do tego stopnia, że któregoś razu weszliśmy nawet na budowę kościoła. Musieliśmy uciekać przed proboszczem, który podczas pościgu zdążył nawet zdzielić latarką po głowie mojego kuzyna, Maćka.

Czyli był z pana niezły rozrabiaka. 

Działo się, ale moje dzieciństwo było pewnie typowe dla tamtych czasów. Pieniędzmi w różnych podwórkowych zabawach były albo kamienie, albo liście, jeździliśmy na rowerach jak na taksówkach. Mało tego, mieliśmy nawet wydzielone trasy taksówkarskie i wiedzieliśmy, ile kamieni kosztował przejazd z jednego miejsca do drugiego. Moje roczniki tak właśnie się bawiły, dlatego w tych tematach funkcjonowałem pewnie mocno standardowo. Ale były też rzeczy niestandardowe. Może jakimś super łobuzem nie byłem, ale też nie mogę powiedzieć, że byłem dzieckiem niekombinującym. Zawsze musiałem wymyślić coś, czego inni koledzy by nie wymyślili. Cóż, byłem niezwykle kreatywny. Ale wychodzę z takiego założenia, że normalni ludzie nie robią później nienormalnych wyników w sporcie. A ja w pewnym sensie do końca nie byłem normalny, moje zachowania i pomysły były nietuzinkowe.

Kiedy padała komuna, miał pan 13 lat. Obchodziło to pana wtedy w ogóle? 

Pamiętam jak przemykaliśmy w czasie stanu wojennego przez Plac Centralny unikając milicji i zamieszek. Strasznie śmierdziało gazem łzawiącym, czuję to do dzisiaj. Później, w 1989 r., oczywiście docierało do mnie, co się stało. Rodzice cieszyli się, mówili „no nareszcie wolność”. Oboje byli solidarnościowcami i przez lata musieli się ze swoimi poglądami ukrywać, żeby nikt nie posadził ich za to do więzienia. Takie były realia. Sam natomiast byłem wtedy już dosyć mocno sfokusowany na bieganiu, bo zacząłem treningi mając 11 lat. Rzeczy spoza mojego świata średnio mnie wtedy interesowały.

To prawda, że dostał się pan do szkoły podstawowej o profilu sportowym z mocno przeciętnymi rezultatami?

Nie robiłem nie wiadomo jakich wyników. Żeby zostać przyjętym, trzeba było zaliczyć testy biegowe oraz sprawnościowe składające się m.in. z rzutów piłką lekarską. W testach rzutowych faktycznie byłem beznadziejny. W testach sprawnościowych byłem średni, ale nie taki najgorszy, nieco lepszy z kolei w biegowych. Generalnie nadawałem się do tej szkoły, dlatego też mnie przyjęto. Ale na pewno nie było fajerwerków, żeby ktoś pomyślał: „Tak, ten koleś będzie kiedyś biegał na poziomie rekordu Polski”.    

A jednak. Może dlatego, że ma pan mięsień, którego nie ma posiada prawie nikt na świecie.

Rzeczywiście to niezła historia, bo dodatkowy brzusiec mięśnia łydki posiada podobno tylko jeden procent populacji. Co ciekawe, zdiagnozowano go u mnie kiedy byłem zawodnikiem na poziomie europejskim, a więc już dorosłym facetem. Po prostu wyszło to podczas badania USG przy okazji jednego z urazów. Kto wie, może faktycznie miało to wpływ na mocniejszy skurcz i rozkurcz mięśni, a w konsekwencji na wyższe tempo biegu? Nie mam pojęcia. Coś w moim organizmie musiało być jednak takiego, co powodowało, że miałem bardziej spektakularne wyniki niż większość osób, z którymi w tamtych czasach trenowałem. Pamiętam też, że znacznie szybciej niż inni potrafiłem się regenerować. W trakcie kariery miałem wraz z kolegami z klubu badania, które zainicjował i przeprowadził prof. Jerzy Żołądź. Mój organizm podobno zaskakująco szybko regenerował zasoby energetyczne w mięśniach.

Na jednym z portali o bieganiu znalazłem 7-dniową rozpiskę pana dawnych treningów. Muszę przyznać – koszmar.

Podczas obozów trenowało się nawet trzy razy dziennie, czyli dawało to 21 jednostek treningowych tygodniowo, co dla zwykłego polskiego Kowalskiego jest masakrą. Czasami było bardzo ciężko wytrzymać taki tygodniowy reżim, dlatego – powiem wprost – jako młodszy zawodnik często się opierniczałem. Wszyscy trenerzy, którzy ze mną pracowali, mówili, że jak tylko się obrócili, to ja za ich plecami już coś kombinowałem, żeby tylko nie dokończyć ćwiczenia. Byłem taki krnąbrny mniej więcej do wieku juniora, ale na pewnym etapie zrozumiałem, że jak będę tak dalej opieprzał się na treningach, to nigdy nie dojdę do poważnych wyników. Nigdy natomiast nie byłem nadgorliwy i raczej nie robiłem niczego ponad rozpisany plan.

17342234_1344884232224407_837028174_o

„Marcin z jednej strony uwodził dużą błyskotliwością, z drugiej strony zachowywał się w sposób nieobliczalny. Przy tym był nieokiełznany. A to podczas srogiej zimy skoczył do wody, by innym razem w trakcie eliminacji do mistrzostw Polski na 100 i 200 metrów oddać… skok wzwyż. Oto Marcin w całej okazałości! Tylko moja żona bała się, żebym przy nim nie dostał zawału” – to słowa trenera Lecha Salamonowicza. Faktycznie niezły był z pana gagatek.

To i tak zostało dosyć delikatnie opisane. Z tą wodą było tak: pojechaliśmy na obóz zimowy, było jakieś minus 15 stopni i wracając z zajęć natrafiliśmy na strumień. Na oko miał może jakieś 80 cm głębokości, a dodatkowo był jeszcze oblodzony na brzegach. Czyli wskakując do takiej wody można było po pierwsze nabawić się zapalenia płuc, a po drugie kontuzji, bo wody nie było zbyt wiele. No i zacząłem testować trenera, podpuszczać go, że może skoczę. On pewnie nawet nie przyjmował do świadomości, że ja naprawdę mogę to zrobić. Zapytałem, czy mogę skoczyć sobie na główkę. Zaznaczam – na główkę. A trener, pewnie na odczepnego, powiedział: „Marcin, pewnie, a skocz sobie!”. No i skoczyłem. Później wyszedłem z tego strumienia, wszyscy w ciężkim szoku, bo nikt się tego nie spodziewał. Szybko wróciliśmy do hotelu, ale absolutnie nic mi nie było. Nawet się nie przeziębiłem. Z kręgosłupem też nic się nie stało, bo zawsze dobrze brykałem na główkę. Zagłębiłem się w wodę pod odpowiednim kątem, dlatego nawet nie przeszorowałem klatą po dnie.

A jak było z tym skokiem wzwyż?

Ja nawet dokładnie pamiętam tamte zawody. To były kwalifikacje do mistrzostw Polski juniorów młodszych rozgrywane na krakowskim AWF-ie. Biegałem tam 100 i 200 m. Mało tego, pamiętam nawet dokładne wyniki. Dlaczego? Bo początkowo nie dawały mi one kwalifikacji: na 200 m zabrakło mi 0,07 s, a na 100 m 0,02 s. Chociaż ostatecznie – mimo tego – zostałem jednak dopuszczony do mistrzostw. A z tym skokiem to była święta prawda, bo ja zawsze lubiłem skakać, zarówno wzwyż, jak i w dal. Skończyły się już akurat moje zawody, ale widziałem, że trwa konkurs skoków, chłopaki zaliczali już pierwsze wysokości. No więc podszedłem do sędziego z pytaniem, czy też mogę. I skoczyłem. Pamiętam jeszcze nawet, że miałem na nogach stare kolce, dosłownie zero amortyzacji, ale tylko takie były, mawiano na nie Polsporty, albo Wałbrzychy. Minimum na mistrzostwa Polski wynosiło bodajże 185 cm i ja w ogóle… wygrałem te eliminacje. Po prostu od 180 cm już skakałem sam. Wszyscy odpadli, dlatego kazałem powiesić sobie poprzeczkę na 185 cm i skoczyłem to, potem było 190 cm – tak samo. To było ogromne zaskoczenie, bo to było już sporo wyżej, niż miałem wzrostu, a nie trenowałem przecież na poważnie skoku wzwyż. Ale w samych mistrzostwach, chociaż miałem kwalifikacje w skoku wzwyż, już tylko biegałem. W sumie szkoda, niektórzy trenerzy wróżyli mi karierę także w skoku w dal, bo bez treningu skakałem za juniora grubo ponad 7 m, miałem nawet srebrny medal na akademickich mistrzostwach polskich juniorów. Pamiętam, że zdobyłem ten medal, po czym – uwaga – pobiegłem na start 200 m i wygrałem zawody z wynikiem 21.60 s. Byłem szalony.

Kiedyś powiedział pan, że w latach 90. czasy były takie, że pierwsze profesjonalne odżywki zobaczył na oczy dopiero po 20. roku życia, dlatego długo przygotowywał się do startów na przysłowiowym „kotlecie”.

I tutaj nie ma absolutnie żadnego oszustwa – tak było. Ja akurat lubię polską kuchnię, chociaż jednym z wyjątków jest golonka, której nie znoszę do dziś. Tak czy inaczej, kiedy byłem młodszy, jadłem w niesamowitych wręcz ilościach, ale to wynikało z tego, że mój organizm miał na to duże zapotrzebowanie. Na treningach spalało się mnóstwo kalorii, dlatego kolacja z ośmiu kanapek nie była dla mnie żadną sensacją, raczej normą. Zawsze na talerzu była taka spora piramidka, czyli na wieczór sam potrafiłem ogarnąć dwie trzecie chleba. Ale co ciekawe, wcześniej, za dzieciaka, byłem niejadkiem, przez co na tle rówieśników byłem strasznie chudy. W ogóle kończąc podstawówkę byłem też najniższy w klasie mają 169 cm. Ale potem w rok urosłem aż 11 cm i jak widać wszystko sobie odbiłem w postaci szybkiego biegania.

25 sierpnia 1999 r. w Sevilli zapowiadał się jak każdy inny dzień startowy?

Byłem zmęczony, bo dzień wcześniej miałem dwa biegi do zrobienia: eliminacje i ćwierćfinał. Podczas eliminacji, jak to miałem w zwyczaju, nieco się opierniczałem, bardzo mocno odpuszczając sobie ten bieg. Przebiegłem właściwie 120 m, a potem już tylko pilnowałem, żeby przed metą nie wyprzedziło mnie zbyt wielu zawodników. Najważniejszy był awans, a chciałem oszczędzać energię. Ale po południu był ćwierćfinał i wtedy już wypadało coś z siebie dać. Tym bardziej, że nie wylosowałem zbyt szczęśliwego toru. Czyli wracając do poranka 25 sierpnia, byłem porządnie zmęczony, czułem w nogach tamte biegi. No i jeszcze ten skwar, było jak na Saharze. Na szczęście wtedy w Sevilli po raz pierwszy spotkałem się z formą odnowy biologicznej polegającą na tym, że po biegu po prostu wskakiwaliśmy do kubłów z zimną wodą i lodem, co przyspieszało regenerację. Wcześniej nikt tego raczej nie stosował, ale po części wynikało to z tego, że w Sevilli upały były naprawdę kosmiczne. Do tego stopnia, że kiedy wzięto mnie na kontrolę antydopingową, to kompletnie nie mogłem się… wysikać. To trwało, trwało, trwało, przez co wróciłem do hotelu około 1 w nocy. Pamiętam, jak termometr elektroniczny pokazywał tam 29 stopni. O 1 w nocy! Dlatego ten motyw z kubłami był rewelacyjny, naprawdę pomagał. A przed samym półfinałem i rekordem? Wstałem, zjadłem śniadanie, wypiłem kawę, jak to miałem w zwyczaju. I powiem szczerze, nie było żadnej presji. Dla mnie po prostu bieg półfinałowy był biegiem finałowym. Bo założenie było takie, żeby spróbować wejść do finału. Nikt ode mnie więcej nie oczekiwał, bo nie miałem przecież wcześniej żadnych sukcesów. Poza tym to były moje pierwsze mistrzostwa świata na otwartym stadionie i nikt nie wiedział, na co mnie stać. Łącznie ze mną.

Jakoś nakręcał się pan przed tamtym biegiem? Lekkoatleci mają różne patenty.

Tak, gniotłem puszkę 0,33 l po napoju izotonicznym wyobrażając sobie, że tak samo zmiażdżę swoim przeciwników. I jak się później okazało, zadziałało. Ale co ciekawe, tamtą puszkę mam do dzisiaj, trzymam ją jako pamiątkę.     

Pamiętam, że wynik na stadionie podano dużo później niż w telewizji. Szło zwariować?

Weryfikacja długo trwała. Wydawało mi się, że czas stanął w miejscu, ale realnie trwało to pewnie kilka minut. Wiedziałem, że jestem w finale, bo takie rzeczy się po prostu czuje, no ale nie spodziewałem się, że to będzie taki czas. Kiedy zobaczyłem na tablicy 19,84 s. Francisa Obikwelu, to już tylko czekałem na weryfikację zegara i wyświetlenie 20,20 s. trzymając kciuki za wynik szybszy od rekordu Leszka Duneckiego. Dlatego jak pokazał się mój wynik na 19,98 s., to nie mogłem uwierzyć. To była dla mnie kompletna abstrakcja. Wtedy to był szok, ale tak po prawdzie, jak cofnę się o pół roku do sezonu halowego, to dziś jestem w stanie to zrozumieć. W sezonie halowym 1999 na Halowych Mistrzostwach Świata w Maebashi byłem przecież 8. Większość osób nie stawiała na mnie, bo nie analizowała wyników, które wcześniej robiłem. A ten wynik gdzieś czaił się w moim organizmie.

17361059_1344884228891074_1016561011_n

Powtórzenie tego czasu w finale dałoby drugie miejsce za Mauricem Greenem. Co nie zagrało w decydującym biegu?

Wiele rzeczy się na to złożyło, ale wtedy wszyscy mieli gorsze wyniki. Poza jednym Greenem, który w biegu półfinałowym nie „połamał” zdaje się nawet 20 sekund. Po prostu w jego serii tyle wystarczyło na finał. W moim przypadku po rekordzie w półfinale zaczęło się przede wszystkim klepanie po plecach. Wszyscy stali się oczywiście rodzicem sukcesu, matką, ojcem, zależy kto jaką miał płeć. Mówili „Marcin, super, wiedzieliśmy, że ci się uda”, a wcześniej – prawdę mówiąc – prawie wszyscy kopali mnie w tyłek. Stawiało na mnie niewielu trenerów, chociaż mam świadomość, że także przez to, że byłem trudnym zawodnikiem do prowadzenia. Mało kto we mnie wierzył, większość raczej uważała, że z tego Urbasia to nic nie będzie. No i przez to poklepywanie pojawiła się presja, bo nagle okazało się, że mam drugi wynik półfinałów i jest szansa na medal. Gdzie dla białego sprintera to było wtedy niemożliwe. Po prostu nie było zbyt wielu białych, którzy byli w stanie rywalizować z czarnoskórymi. Wcześniej był tylko Pietro Mennea, a potem bardzo długo nikt. Dopiero ja byłem drugi w historii. Było więc ciśnienie. Nawet jeśli o tym nie myślałem, to gdzieś podświadomie czułem, że może i jestem w stanie o ten medal powalczyć. Po drugie, miałem już trzy biegi w nogach, gdzie nie byłem do tego przyzwyczajony, a tym bardziej jeszcze w takiej duchocie. Ostatnia rzecz była już bardzo prozaiczna – popełniłem dosyć duży błąd techniczny przy wyjściu z wirażu, co kosztowało mnie myślę od 0,10 do 0,15 s. No ale na medal nie było co liczyć tak czy siak. Może co najwyżej byłoby to miejsce czwarte, a nie piąte?

To prawda, że w pewnym momencie – patrząc na to, jak dużym echem odbił się pana wynik – trenerzy uznali, że rekord paradoksalnie nieco panu zaszkodził i sugerowali nawet wizytę u psychologa sportowego?

Było coś takiego, ale w zasadzie do 2002 r. do żadnej współpracy z psychologiem nie doszło. Dopiero wtedy – chociaż byłem w bardzo dobrej formie fizycznej – uznałem, że może warto wybrać się do psychologa sportowego, z którym mógłbym pogadać, ale niekoniecznie w formie przesłuchania na kozetce. Chciałem być po prostu lepszy. Wybrałem się do Jana Blecharza – bardzo cenionego psychologa sportowego pracującego m.in. z Adamem Małyszem – i nawiązaliśmy współpracę. Popracowaliśmy i uważam, że w bardzo dużym stopniu to również jemu zawdzięczam moje dwa medale halowych mistrzostw Europy.

Rozmawialiście też o całym szaleństwie medialnym, które po rekordzie Polski zapanowało wokół pana? Media strasznie pana podłapały.

Rozmawialiśmy bardziej o tym, jak zachować spokój i równowagę przed startami. Na czym skupić swoją koncentrację, a o czym nie myśleć. A media? Pewnie byłem dla nich dość ciekawym człowiekiem, bo po pierwsze byłem sprinterem z długimi włosami, których nigdy wcześniej nie było, a po drugie miałem mnóstwo innych zwariowanych pasji. Nie dość, że całkiem szybko biegałem, to jeszcze mogłem pogadać z nimi na inne tematy niż sport. Być może stąd wzięła się tamta cała jazda. Show biznes nie męczył mnie jakoś specjalnie, chociaż faktycznie, kiedy w 2000 r. przechadzałem się ulicą Floriańską w Krakowie, to na palcach jednej ręki można było policzyć osoby, które się za mną nie odwróciły, nie chciały zrobić ze mną zdjęcia czy wziąć autografu. Ale to było fajne. Nie mogę powiedzieć, że mała „sodóweczka” mi nie odbiła, bo każdemu by trochę odbiło. Nagle w oczach wielu Polaków stałem się nawet takim trochę bohaterem, bo walczyłem sam z tymi „czarnymi”. Tak wtedy mówiono. Kurczę, byłem takim Zawiszą Czarnym, który był biały…. Swoją drogą, czemu jak się mówi „czarni” to jest to traktowane rasistowsko? Nie mówi się „białoskórzy”, czy rasa kaukaska, tylko „biali” i nikt się nie obraża…

Taka popularność jarała pana?

Pewnie, ale to nie był też taki boom jak teraz, gdzie jest YouTube, Facebook i popularność jest czasami na kosmicznie przegiętym poziomie. Tego nie można w ogóle porównać do tamtych czasów, bo my mieliśmy tak naprawdę spokój. Nikt nie wypisywał listów, nikt za nami nie jeździł, paparazzi nie robili nam zdjęć. Dzisiaj to wszystko jest trochę naciągane, sztuczne, trafiają się nawet psychofani. Mam wrażenie, że kiedyś ludzie byli bardziej szczerzy, nie było tego całego hejtu jak teraz. Po prostu jak ktoś cię nie lubił, to się raczej nie odzywał i siedział cicho co najwyżej klnąc pod nosem. 

W jednym z wywiadów powiedział pan jednak, że nie zarobił wtedy jakichś wielkich pieniędzy.

Podejrzewam, że w dzisiejszych czasach z takimi wynikami zapewniłbym sobie byt na długi czas. Wtedy oczywiście też zarobiłem całkiem sporo, w pierwszym roku nawet przestraszyłem się tych sum, bo jak na tamte czasu nie były one małe. Bałem się, że to wszystko rozpieprzę, że nic nie odłożę i za chwilę obudzę się z ręką w nocniku. Ale na szczęście rodzice podpowiedzieli mi, że może warto byłoby zainwestować w budowę domu. I faktycznie wszystkie pieniądze pompowałem w budowę, to była moja inwestycja, taki był mój wybór. Dziś pewnie zrobiłbym to nieco inaczej, może kupiłbym kilka mieszkań i miał spokój na lata żyjąc z wynajmu? A jeśli chodzi o dom, odzyskałem włożone tam pieniądze, chociaż nic nie zarobiłem. Dziś mogę więc powiedzieć, że na karierze sportowej dorobiłem się sporego mieszkania i samochodu. Jak na 22 lata treningów to może nie tak wiele, ale z drugiej strony ilu trzydziestoparolatków ma start z mieszkaniem własnościowym i autem nie mając przy tym żadnych kredytów i długów?

Ciężko było kończyć z bieganiem?

Ta decyzja nie była dla mnie łatwa, ale nie jest łatwa dla każdego sportowca. Kiełkowała mi w głowie, ale była też podyktowana nieładnym zachowaniem niektórych osób, które wokół mnie funkcjonowały. M.in. trenera Tadeusza Osika, który – uważam tak do dziś – zachował się wobec mnie nie fair. 

Mówi pan o igrzyskach w Pekinie, które przeszły koło nosa?

Tak. Trener oszukał mnie w tym kontekście, że powiedział mi rzecz, której dzisiaj się wypiera. Chociaż ja nie jestem mu tego w stanie udowodnić, bo to była rozmowa w cztery oczy. Powiedział mi przed finałem mistrzostw Polski w 2008 r., że jeżeli będę przynajmniej wicemistrzem na 200 m, a zwycięzcą tego biegu będzie zawodnik z pierwszej trójki na „setkę”, to mam gwarantowane miejsce jako rezerwowy do sztafety na igrzyska. I ja to spełniłem, a do Pekinu nie pojechałem. Wtedy byłem bardzo zły, ale tak to już jest w sporcie, że nie wszystko jest sprawiedliwe. Żałuję tylko tego, że nie osiągnąłem wymaganego wyniku indywidualnego, bo gdyby tak było, to pojechałbym do Pekinu i nikt nie miałby co do tego wątpliwości.

Wciąż dużo w panu goryczy.

Dziś, po latach, nie mam już pretensji. Chociaż wciąż pamiętam, co trener wtedy mi powiedział. Rozmawiałem z kolegami na ten temat przed finałem i wszyscy byli równie zaskoczeni jak ja.

Jak wyglądały początki sportowej emerytury?

Miałem to szczęście, że wiele rzeczy poszło bardzo płynnie. Karierę oficjalnie zakończyłem w kwietniu 2009 r. i zanim zdążyłem się wokół czegoś nowego zakręcić, to w maju przyszła propozycja udziału w „Tańcu z Gwiazdami”. Pomyślałem: „Może warto spróbować?”. Byłem zresztą pierwszym lekkoatletą, który się na to zgodził. Poszedłem za ciosem, chociaż nie ukrywam, że była to też okazja zarobienia niezłych pieniędzy w stosunkowo krótkim czasie. Treningi do programu zaczęliśmy we wrześniu i w zasadzie przez trzy miesiące siedziałem w Warszawie. Tam zresztą przekonałem się, że trening taneczny to naprawdę ostre zapieprzanie.

W ogóle potrafił pan wcześniej tańczyć?

A skąd, ja generalnie mogę nazwać się drewnem. Mówię to oficjalnie, bo jak byłem młodszy, to podpierałem ściany na szkolnych dyskotekach. To było dla mnie naprawdę duże wyzwanie, bo nie potrafiłem tańczyć ni w ząb. Wiadomo, podstawowe machanie rękami i tupanie nóżką to każdy potrafi, ale tańce standardowe, tańce latynoamerykańskie? A przecież to musiało jeszcze jakoś wyglądać na obrazku w telewizji. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć kroków, ale jakoś bardzo tego nie było widać, bo potrafiłem szybko wejść na odpowiedni akcent i dokończyć układ. Ja to jeszcze pół biedy, ale taki „Diablo” Włodarczyk to zapomniał kiedyś kompletnie choreografii i do końca piosenki tylko chodził za tancerką. Bo co miał zrobić chłopina, skoro tancerka się uwijała i bez niego? Różne rzeczy się tam zdarzały i dla wielu z nas to było bardzo trudne zadanie. Miałem jednak to szczęście, że do pierwszego tańca – walca angielskiego – miałem dużo czasu na przygotowania, to był w zasadzie miesiąc. Jakoś to ogarnąłem, było w porządku, ale potem okazało się, że do drugiego tańca, który wylosowaliśmy, miałem się przygotować – uwaga – w pięć dni. Ja, który nie miałem żadnych podstaw technicznych. To był dopiero cios w głowę. Zmobilizowałem się, dałem radę, ale trening był ciężki. Wydawałoby się, że były sportowiec miał łatwiej, ale przy tańcu uruchamia się inne partie mięśniowe, dlatego bóle wynikające z mikrourazów były u mnie powszechne. Pamiętam, że na jednym z odcinków miałem „otejpowane” ścięgno Achillesa, mięsień czworogłowy, dwugłowy, kręgosłup, a kolana miałem fioletowe. Tak wiec niech nikomu się nie wydaje, że to była łatwizna. Trzeba mieć jednak świadomość, że ten program… nie uczy tańca. On uczy półtora minutowej choreografii, która ma dobrze wyglądać w telewizji.     

W czasie kariery był pan członkiem death metalowego zespołu Sceptic. Nie było myśli, żeby po zakończeniu kariery pójść w muzykę już na pełen etat?

No właśnie nie, czego do dzisiaj żałuję, bo może udałoby się wygospodarować więcej czasu na muzykę? Gdyby przyszła jakakolwiek propozycja, na pewno bym się zaangażował, sam jednak o to dzisiaj nie zabiegam, bo mam inne obowiązki. Natomiast prawda była taka, że sport był moim życiem, a muzyka pasją. I życie było ważniejsze niż pasja. Przez pewien czas byłem oczywiście w stanie fizycznie to pogodzić, ale gdy była jakaś sytuacjach stykowa, zawsze pierwszym wyborem był sport.

Taki układ treningowo-muzyczny musiał być nieźle zakręcony.

Teksty piosenek pisałem na zgrupowaniach, w domu, w podróży. Czasami potrafiłem siedzieć nad jednym tekstem bardzo długo, a czasami sypałem nimi jak z rękawa. Trochę kawałków jednak napisałem, pewnie gdyby to wszystko zliczyć, to spokojnie wyszłoby około pięćdziesiątki. Pisałem dla siebie, dla mojego zespołu, ale też dla innych kapel. Nigdy jednak oczywiście nie mówiłem o sobie, że jestem tekściarzem, tym bardziej, że nigdy nie zarobiłem na tych tekstach nawet złotówki. Po prostu jak ktoś poprosił, to pisałem. Zawsze słuchałem dużo muzyki. Różnej, oczywiście poza disco polo, którego po dziś dzień staram się unikać. Głównie ze względu na to, że zawsze szukałem w muzyce wartości technicznych. Nie obrażając oczywiście disco polo, które w 90 proc. jest proste jak drut. Mam tak, że nawet jak słucham jakiejś formacji metalowej, to nie szukam w niej po prostu czystej sieczki, tylko grania, które wymaga od instrumentalisty wysokich umiejętności. Dopiero taka muzyka może się wkraść w moje łaski. Nie szukam typowych kapeli, które grają na zasadzie „byle szybciej, byle głośniej, byle agresywniej”. Chociaż można powiedzieć, że byłem dość ortodoksyjnym metalowcem, bo ubierałem się na czarno, miałem długie włosy, chodziłem w spodniach gumkach i w pewnym momencie akceptowałem wyłącznie metal.   

Ale kotów chyba pan nie jadł?

Gdzie tam, metalowiec i satanista to dwie różne rzeczy. Poza tym ja byłem death metalowcem, a nie black metalowcem. Ci „black” to rzeczywiście różne rzeczy wyprawiali, z których my się nawet śmialiśmy. Sam w życiu na napisałem nawet jednego tekstu związanego z religią, były one oparte raczej o pewien egzystencjalizm, funkcjonowanie człowieka ogólnie jako rasy. Pisałem też o fantastyce i kosmosie. Kiedyś, na początku popularności death metalu faktycznie było w tekstach dużo o śmierci, ale później to wszystko się przewartościowało.

Pan też przewartościował swoje życie, bo teraz wychowuje dzieci.

Jakiś czas po zakończeniu kariery poznałem się z moim dzisiejszym wspólnikiem Arkadiuszem Mąkiną, który wyszedł z pomysłem działania w piłce nożnej jako szkoleniowcy od motoryki. Później wpadł na pomysł stworzenia Akademii Kreatywnego Futbolu, która będzie szkoliła dzieci zupełnie inaczej, bardziej wszechstronnie łącząc piłkę właśnie z motoryką. Oprócz tego prowadzę również Akademię Lekkoatletyczną Marcina Urbasia w Wielkopolsce. Być może w niedługim czasie rozwinę akademię w innych częściach kraju przy pomocy kolegów z bieżni. Chciałbym moimi działaniami doprowadzić kiedyś innych zawodników na wysoki poziom.

Chciałby pan, żeby ktoś w końcu pobił te 19,98 s.? Bo ten rekord z jednej strony oznacza pana sukces, ale z drugiej kiepsko świadczy o polskim sprincie.

Mój rekord osiągnie już w tym roku pełnoletniość, no chyba, że ktoś wcześniej jakimś cudem zdąży go wymazać. Ale sam dziś nie widzę takiej osoby. Pamiętajmy, że wciąż nikt nie dobił jeszcze nawet do 20,24 s., drugiego najlepszego wyniku Leszka Duneckiego, czyli starego rekordu Polski (padł w 1979 r. – red.). Czyli gdybym ja nie pobiegł tak szybko, to Leszek dalej byłby rekordzistą. Trzymam kciuki za młodych, chociaż ja widzę dwa aspekty związane z tym rekordem. Pierwszy to trochę pycha rekordzisty, bo jednak jako sportowiec chce się, żeby ten wynik przetrwał jak najdłużej. Pracujemy przecież ciężko latami, by być najlepszym. Ja jestem już jednak na takim etapie życia, że naprawdę większą przyjemnością będzie dla mnie możliwość obejrzenia kogoś, kto w końcu poradzi sobie z tym rekordem. Autentycznie czułbym z tego wielką frajdę. Paradoks polega jednak na tym, że kiedy ja już dorosłem do tego, żeby ten rekord komuś oddać, to cholera jasna nie pojawia się nit, kto mógłby się z nim rozprawić. 

ROZMAWIAŁ RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. archiwum prywatne

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Gniotłem puszkę po napoju wyobrażając sobie, że tak samo zmiażdżę swoim przeciwników. Zadziałało"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Sebastian Ro(L)ewski

ostatnia nadzieja białych wraz z Gołotą

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY