Advertisement

Image and video hosting by TinyPic
Nie trzeba mieć talentu Maradony, żeby coś w piłce osiągnąć
Weszło Extra

Nie trzeba mieć talentu Maradony, żeby coś w piłce osiągnąć

Patryk Lipski jest dowodem tego, jak zmienia się polski futbol. Jeden z naszych największych talentów nigdy nie wypił nawet kropli alkoholu. W szkole zawsze miał czerwony pasek i gdyby nie piłka, zostałby matematykiem. Zamiast wypasionej fury – Opel Astra 2 po mamie. Współpracuje z dietetykiem, który przygotowuje zawodników MMA. Ma sesje z trenerem mentalnym, pisze pracę licencjacką, lubi gry planszowe. Zostaje po treningach, chodzi na dodatkowe zajęcia z przygotowania fizycznego, uczy się języków. Analizuje swoje mecze w InStacie. Uwielbia Diego Maradonę, ligę hiszpańską, hip-hop, graffiti i oczywiście swoją dziewczynę Żanetę. Zapraszamy.

***

Diego Maradona czy Bartek Ława?

Jednak Diego.

Wiesz dlaczego pytam.

Obaj byli moimi idolami. Bartek – gwiazda Pogoni, na której mecze chodziłem. Jak ja nie był zbyt mocny fizycznie, ale imponował techniką. Widać, że ma wielką pasję do piłki – mógłby już zakończyć karierę, ale dalej gra w okręgówce. Nawet byłem na jego meczu, gdy grała Vineta Wolin z Chemikiem Police. Sprawia wrażenie fajnego człowieka, pozostał sobą. Nawet jak grał w Pogoni w Ekstraklasie, to w tygodniu umawiał się z kolegami  na siatkonogę czy mecz.

Ława to idol naturalny – wyróżniający się gracz z okolicy. Ale Diego brzmi trochę od czapy, bo nie miałeś gdzie go oglądać. Urodziłeś się w 1994 – on wtedy w zasadzie kończył karierę.

Gdy miałem około dziesięć lat, wujek pokazał mi filmik z Maradoną. To była jego rozgrzewka przed meczem z Bayernem. Wszyscy ćwiczą, a Diego po prostu bawi się piłką do piosenki „Live Is Life”. Zafascynował mnie i zacząłem przetrząsać Internet. Oglądałem jak żongluje piłką golfową, jak strzela bramki, widziałem urywki starych meczów, choćby Napoli – Juventus. Nie każdy pamięta, ale w defensywie Diego też często pracował. Miał takie przyspieszenie, że z łatwością odbierał piłkę. Filmiki z Maradoną służyły mi nie raz jako motywacja przed meczem. Potem tak się wciągnąłem, że przeczytałem o nim dwie książki. Obejrzałem też film Kusturicy o Diego. Świetny. Utkwiło mi, jak stał z Kusturicą na stadionie Partizana i odtwarzał swojego gola sprzed lat. Pokazywał jak przelobował kiedyś bramkarza, jak wyszedł bramkarz i kiedy zdecydował się na podcinkę… ile w tym było pasji, autentycznej miłości do futbolu! Widać, że jakby tylko mógł, to wciąż grałby w piłkę. Lubiłem Ronaldo, Ronaldinho, ale nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia jeśli chodzi o kontrolę piłki. Cristiano jest maszyną, ale u Maradony widać czysty talent.

To nie do końca modelowy idol, bo poza boiskiem delikatnie mówiąc wzorem sportowca nie był.

Postać bardzo złożona, wielki wirtuoz, ale miał przeżycia. Można zadać pytanie: czy jakby tak się prowadził, dałby radę we współczesnej piłce? Myślę, że nie. Ale jednak, jego talent, czysty talent, bił po oczach. To był pierwszy zachwyt, natomiast na pewno Diego nie był jedynym moim idolem. Bardzo lubię Real Madryt i cenię nie tylko Cristiano, ale też tych zawodników, którzy ciężką pracą doszli do sukcesu. Wiem, że nie mam nawet w dziesięciu procentach takiego talentu jak Maradona, ale wiem też, że nie trzeba talentu Maradony żeby coś w piłce osiągnąć.

Na Real załapałeś się w pewnie w czasach Galacticos.

Tak. Miałem dziesięć lat, tam grała cała ta słynna paczka – Beckham, Zidane, Roberto Carlos, Figo. Najbardziej z nich ceniłem jednak Gutiego.

Czyli znowu kogoś, kto pogrzebał swoją karierę poza boiskiem.

Wiem, że nie był stuprocentowym profesjonalistą. Na pewno gdyby ciężej pracował, mógłby osiągnąć więcej. Ale Guti jednym podaniem potrafił wszystkich zaskoczyć. Do tej pory oglądam filmiki z jego asystami. Naprawdę, aż ciężko sobie czasem wyobrazić co miał w głowie. Podanie do Benzemy piętą, choć wychodził sam na sam z bramkarzem. Czysty talent.

Widać, że w czasach, gdy atletyczność z roku na rok zyskuje na znaczeniu, wciąż wierzysz w polot, błyskotliwość.

Atletyczność i przygotowanie fizyczne – bez tego nie ma szans we współczesnej piłce. To podstawa. Ale potem zaczyna się mecz i wszyscy zachwycają się jednym technicznym zagraniem. Nie da się  wygrywać bez przygotowania i siły, ale czasami jedno dotknięcie piłki robi wielką różnicę. Czasami myślę jednak, że może byłbym lepszym zawodnikiem, gdybym urodził się dwadzieścia lat wcześniej. Wtedy piłkarze mieli więcej miejsca i czasu. Tomasz Ćwiąkała ostatnio wrzucił na Twitterze, że Pele miał cztery sekundy na podjęcie decyzji, Maradona dwie, Messi jedną. Oglądając mecz Barcy z PSG zwróciłem uwagę ile ofensywni zawodnicy mieli miejsca, może metr kwadratowy, może mniej  i musieli coś wymyśleć.

Ekstraklasa jeszcze jakby zatrzymała się w czasie. Zawodnicy wyjeżdżający do zachodnich lig często mówią, że tam piłka jest szybsza. U nas jest tego miejsca trochę więcej i techniczni piłkarze mają trochę więcej pola do popisu. Rozmawiałem z Filipem Starzyńskim i też mówił: pierwsza różnica po wyjeździe na zachód jest taka, że masz mniej czasu na boisku. Do tego się jednak w Polsce nie przygotujesz, bo wciąż jesteś w tym samym środowisku. Jak masz się nauczyć grać szybciej, skoro w praktyce ten czas wciąż masz? Tam nawet na treningach możesz się tego nauczyć. Filip nie grał w Belgii wiele, ale wrócił i znalazł się w znakomitej formie. Czasami postęp można zrobić tylko wyjeżdżając, rzucając się na głęboką wodę. Nie dowiesz się, czy sobie poradzisz, dopóki się nie sprawdzisz

Da się wypracować błyskotliwość?

Nad wszystkim da się pracować, choć to akurat często określane jest jako błysk geniuszu, coś wrodzonego. Na pewno bardziej wymierna jest praca nad elementami fizycznymi.

A moim zdaniem oglądając Maradonę czy Gutiego, właśnie pracujesz nad błyskotliwością, bo widzisz jak można się zachować nieszablonowo, jak można wybrnąć z trudnej sytuacji. Spytałem, bo jestem ciekaw czy to tak zaplanowałeś, czy wyszło samo.

Samo, nie myślałem o tym. Ale też współpracuję z trenerem mentalnym i trochę z innej strony zaczynam patrzeć na piłkę. Dzień przed meczem wizualizuję sobie jak ten mecz może wyglądać. Wyobrażam sobie swoje dobre zagrania. Strzały, podania, dryblingi. Trzeba się mocno skoncentrować, a potem je zobaczyć. Efekt jest taki, że jak ci się to przydarzy na boisku, to tak jak byś już był w tej sytuacji i jesteś pewniejszy. Czytałem, że największe postacie sportu tak robią i wierzę, że to pomaga. Nie zawsze wyjdzie, ale jeśli pomoże chociaż w pięciu procentach, to warto.

Kiedyś ci się to sprawdziło jeden do jednego?

Na Legii. Nawet mówiłem dzień wcześniej Pawłowi Oleksemu, że strzelę z wolnego. Oczywiście to nie jest tak, że zawsze się sprawdza. Ale choćby Connor McGregor, którego filmiki motywacyjne oglądam, powiedział, że jeśli w coś mocno wierzysz i jeszcze powiesz to światu, na pewno się spełni. I rzeczywiście: on zawsze jest pewny siebie na konferencjach, opowiada na nich jak pokona przeciwnika, a później tak robi.

W wywiadzie dla EkstraStats powiedziałeś „czasem trzeba wmówić sobie, że jest dobrze”.

W tym tygodniu bolał mnie mięsień, dopiero dzisiaj zrobiłem jeden trening z drużyną (rozmawialiśmy w czwartek – przyp. red.). Jeśli wychodząc na Lechię myślałbym, że może jednak nie jestem gotowy, bo nie trenowałem normalnie, to te decyzje mogłyby być różne, a występ pewnie słaby. Nigdy nie ma idealnych warunków, nigdy nie jesteśmy w stu procentach przygotowani. Jest taka historyjka o dwóch alpinistach. Jeden chciał wejść na górę, ale cały czas myślał, że jeszcze nie jest gotowy, więc nie próbował. Drugi myślał, że jest gotowy, wszedł na tysięczny metr, ale wtedy okazało się, że wyżej nie wejdzie. Musiał zejść. Zdobył jednak doświadczenie i w kolejnych próbach wchodził wyżej i wyżej. Ten co myślał, że ciągle musi coś poprawić, żeby w ogóle zacząć, został u podnóża gór.

Podobno nawet postawą ciała pracujesz nad mentalnością.

To każdy sam może sprawdzić: stań patrząc w ziemię i mając klatkę piersiową zapadniętą, a stań mając głowę wysoko i wypiętą klatkę. To jest metoda na wyzwolenie większej pewności siebie. Czytałem, że to nawet ma podparcie biologiczne: przy poprawnej postawie, pewne hormony wydzielają się do mózgu i pozytywnie na ciebie wpływają.

Sporo tych lektur u ciebie.

To czasem nie z książek, ale z Internetu. Ważne, żeby Facebook służył nie tylko do przeglądania niepotrzebnych informacji. Mam polubione profile dotyczące diety czy treningu mentalnego. Ale nie chciałbym tego wyolbrzymiać: na pewno jest wiele osób, które więcej czytają w tych tematach ode mnie. Niemniej staram się cały czas pogłębiać swoją wiedzę.

Podobno interesujesz się dietetyką.

Interesuję się, ale moja wiedza nie jest jeszcze na tyle dobra, żeby komuś ustalać dietę. Dlatego od roku współpracuję z dietetykiem Jackiem Feldmanem, którzy przygotowuje zawodników MMA. Na podstawi badań krwi ustalał mi dietę i suplementację.

Czujesz różnicę?

Tak, czuję. Wyniki badań też się polepszyły. Mam lepsze samopoczucie, a w ciągu dnia nie mam spadków energetycznych. Wcześniej też przykładałem wagę do odżywiania, ale nie było to profesjonalne. Dzięki Jackowi wszedłem na jeszcze wyższy poziom.

To trochę postęp od czasu, gdy przyjechałeś do Chorzowa, nie umiejąc gotować.

W Szczecinie miałem wszystko podstawione pod nos, jeśli można tak powiedzieć. Mama przygotowywała posiłki. Jadąc do Chorzowa sam musiałem o siebie zadbać. Ten wyjazd był dobry z tego powodu, że usamodzielniłem się, zmężniałem. Nie wiem jak by to się potoczyło, gdybym został w Szczecinie.

Na początku zdarzały się zupki chińskie?

Nie. Mieliśmy obiad zapewniony w klubie. A poza tym… może nie były to jakieś wykwintne dania, ale jajecznicę umiałem zrobić. Potem się powoli doszkalałem.

Nie miałeś wtedy myśli: kurczę, jestem sam, jestem młody, zarabiam pieniądze. Trzeba by ruszyć w miasto.

Nie miałem nigdy takich myśli. Mama zostawiła mi decyzję, czy chcę jechać do Chorzowa czy zostać, bo wiedziała, że nie będę szalał. Oczywiście, zdarzało się, że pewnie w Szczecinie poszedłbym z samego rana do szkoły, a w Chorzowie wolałem dłużej pospać, ale na tym się kończyło. Wiem jak to potrafi wyglądać w innych klubach, ale ja od początku wiedziałem co chcę osiągnąć. Zdarzało się, że chłopaki szli na imprezę i próbowali mnie wyciągnąć, ale ja zostawałem w mieszkaniu.

Nie chciałeś wyjść? Impreza w weekend to nie koniec świata.

Nie chciałem. Wiedziałem, że mi to zaszkodzi. Nawet kilka godzin zarwane w nocy to później obciążenie dla organizmu i człowiek potrzebuje kilku dni, żeby w pełni dojść do siebie. Nie byłem nigdy na żadnej imprezie w klubie. Może po zakończeniu kariery nadrobię (śmiech).

Alkohol?

Nigdy.

Nawet przy szczególnych okazjach?

W życiu nie wypiłem nawet kropli.

Nawet piwa nie spróbowałeś?

Nie. Nie mam w rodzinie żadnych doświadczeń, że ktoś pił i dlatego nie chcę, ale po prostu myślałem, że to mi może zaszkodzić i odmawiałem. Potem koledzy już nie namawiali, tylko podziwiali moją postawę. Nie wiem, może też to nadrobię po skończeniu kariery? (śmiech). Po prostu nigdy mnie do tego nie ciągnęło i tak już pozostanie. Mama tak mnie wychowała. Zawsze kładła nacisk, żebym się dobrze uczył w szkole, żebym był w porządku w stosunku do innych. Chodziłem do szkoły salezjańskiej w Szczecinie, trenerzy Salosu Szczecin również przekazywali nam fajne wartości.

Twój trener z Salosu powiedział w wywiadzie: „Nie przypominam sobie sytuacji, żeby Patryk powiedział, że czegoś nie da się zrobić”.

Też sobie nie przypominam.

Jakby kazał ci stanąć na jednej ręce, tydzień byś o to walczył?

Nie wiem dokładnie jaki był kontekst tej wypowiedzi, ale zawsze byłem bardzo zdeterminowany i nie cierpiałem przegrywać. Jak coś mi nie wyszło, to próbowałem tak długo, aż wyszło.

Twój trener wspominał też, że raz, gdy nie podyktował faulu na tobie, wyszedłeś z treningu z płaczem, a po dziesięciu minutach wróciłeś dwa razy bardziej zdeterminowany.

Nienawidziłem przegrywać. Jak zaczynałem przygodę w Salosie, to każdą porażkę mocno przeżywałem. Często płakałem na meczach. Pamiętam byliśmy na turnieju halowym w Gdańsku. W półfinale z Lechią przegrywaliśmy 0:1, zostało 17 sekund do końca. Byłem już zapłakany. Tam można było brać czas, trener wziął, ja płakałem w przerwie. Wygraliśmy 2:1. Widziałem film o Cristiano i wiem, że też tak reagował. Nawet po finale Euro 2004 płakał, choć dziś pewnie już by tak nie zareagował. Nie wiem w którym momencie przestałem płakać na meczach, ale może ten wyjazd do Chorzowa wiele zmienił.

Gdybyś miał to kontynuować, w Chorzowie początkowo byś się odwodnił.

Jak zlikwidowali Młodą Ekstraklasę, poszedłem do trzecioligowych rezerw Ruchu. Czułem, że robię się coraz lepszy, widziałem też, że schodzili z pierwszego zespołu piłkarze i nie ma między nami aż takiej różnicy. Choć rzeczywiście, ta pierwsza osiemnastka zdawała się bardzo daleko. Tak naprawdę choć grałem we wszystkich meczach trzeciej ligi, tak w Ekstraklasie zaliczyłem tylko minutę z Jagiellonią.

Kopnąłeś wtedy piłkę?

Tak. Dwa razy. Dwa celne podania. To był mój pierwszy raz na ławce, od razu zadebiutowałem. Pewnie dzięki temu, że był taki dobry wynik – 5:2 w 90 minucie. sędzia doliczył trzy minuty i modliłem się o przerwę w meczu, żebym tylko mógł zadebiutować. Trzy dni później graliśmy w rezerwach, strzeliłem gola. Ale potem przez pół roku nie było mnie nawet na ławce.

Nie był to moment frustracji? Liznąłeś Ekstraklasy, a potem nic.

To mi dało więcej motywacji. Tak zawsze reagowałem – nie obrażałem się ,tylko myślałem, że widocznie muszę jeszcze więcej pracować. Miałem trzech trenerów w Ruchu, dopiero trener Fornallik dał mi szansę, ale do pozostałych, Zielińskiego i Kociana, nie mam pretensji. Po prostu wiem, że grali wtedy bardzo dobrzy zawodnicy. Łukasz Surma, Bartłomiej Babiarz, Filip Starzyński – to świetny środek pomocy. Wkrótce dostałem szansę w Ekstraklasie wchodząc za Maćka Iwańskiego z ławki, a potem grałem już całe mecze.

Dużo nauczyłeś się od Łukasza Surmy?

Wciąż jestem pod wielkim wrażeniem jego gry. W ogóle nie widać, że w tym roku kończy czterdzieści lat. Może nie jest najszybszy, ale w większości przypadków samym ustawieniem i tak sprawia, że jest szybciej od przeciwnika przy piłce. Naprawdę ciężko mu zabrać piłkę na treningu. Moim zdaniem jeszcze może parę lat pograć na wysokim poziomie. Bez niego gra Ruchu wyglądałaby gorzej. Oprócz tego jest skromnym, spokojnym człowiekiem. Rozegrał tyle meczów w Ekstraklasie, a zachowuj się normalnie. Siedzę obok niego w szatni Kiedyś mogłem tylko marzyć, że będę grał z takimi zawodnikami jak Maciej Iwański lub Łukasz Surma. Wiem, że Maciej nie ma chyba w środowisku najlepszej opinii, ale to świetny piłkarz i bardzo fajny człowiek.

Jakie rady Łukasza szczególnie zapadły ci w pamięć?

Zwraca uwagę na szczegóły. Żeby zawsze przyjmować piłkę w ruchu, nawet, jak nikogo nie ma wokół. Gdy stoisz, przeciwnik nie musi się ruszać, nic nie zmienia, a tak wymuszasz zmianę układu defensywnego przeciwnika. Łukasz zawsze jak dostaje piłkę od bocznego obrońcy, to jest bokiem do gry, ale nie zamyka się do boiska… Jego ustawienie jest wzorowe. Bardzo dużo się od niego uczę.

Alkoholu nie lubisz, ale masz nałóg. Futbol. Ponoć mega się interesujesz.

Czasami dziewczyna ma o to pretensje, że często siedzę na telefonie. Rzeczywiście, notorycznie w weekend sprawdzam wyniki, ligi, nawet te niższe…

Kto jest liderem na Cyprze?

APOEL Nikozja. Śledzę jak radzą sobie moi byli koledzy, patrzę jak idzie Polakom za granicą. Patrzę teraz przykładowo, czy Westerlo, z którego wypożyczony do Ruchu jest Eduards Visnaokvs utrzyma się w lidze. Często interesuję się drużynami, z którymi miałem styczność. Z Servette Genewa graliśmy zimą sparing. W tym roku wygrali wszystkie mecze w drugiej lidze, a zawodnik, który strzelił nam gola – wygraliśmy 2:1 – ma po trzech pierwszych meczach sześć bramek. W Belgii byłem kiedyś w Lierse u wujka. Liderują belgijskiej drugiej lidze. I tak przegrywam jednak w wiedzy z Kubą Arakiem, z którym jestem w pokoju po odejściu Kamila Mazka. Kuba to totalny maniak. Wie nawet w której minucie kto strzelił.

Łukasz Skorupski podobno jak szedł do Romy, to poza Tottim nie kojarzył nikogo.

Jakbym szedł do zagranicznego klubu, to najpierw prześwietliłbym linię pomocy. Komu się kiedy kończy kontrakt i tak dalej (śmiech).

Ale chyba nie tylko sprawdzasz wyniki.

Najczęściej oglądam ligę hiszpańską, ale oczywiście też Ekstraklasę. La Liga jest jednak najlepsza.

Kiedyś powiedziałeś, że lubisz Hiszpanię. Jako kraj, czy jako ligę, w której czujesz, że byś się odnalazł?

Super kraj, przez ostatnie półtora roku byłem tam cztery razy. Fajni ludzie, super pogoda. Jeśli chodzi o ligę, to wiem, że aktualnie ciężko byłoby mi tam grać, ale La Liga pozostaje moim marzeniem i celem. Nie zawsze z Ekstraklasy trafia się od razu do Hiszpanii, ale mam nadzieję, że pewnego dnia tam trafię.

Uczysz się hiszpańskiego, prawda?

Tak, mam lekcje przez Skype z Hiszpanem. Angielski znam bardzo dobrze, to podstawa w dzisiejszych czasach, trochę kojarzę tez niemiecki, bo jak jesteś ze Szczecina, to trudno go ciut nie znać. Jeździliśmy do Niemiec na zakupy, bywałem też u cioci, poza tym mieliśmy go w szkole. Znam podstawy, ale wiem, że prawdziwa nauka odbywa się, gdy już gdzieś trafisz. Masz dobre chęci, to po paru miesiącach możesz mówić dobrze. Nie można siedzieć w szatni z boku i nic nie mówić. Mam doświadczenie z szatni Ruchu, mieliśmy takiego zawodnika… kurczę, no widzisz, nawet nie pamiętam jak się nazywał.

Jesteś mocno autokrytyczny?

Po pierwsze, wiem, że nie ma co się przejmować ani krytyką, ani pochwałami. W tym roku z Cracovią przegraliśmy 0:1 i od razu widziałem co się dzieje w Internecie. Jak Lipski wykonuje stałe fragmenty gry? Czy nie ma nikogo lepszego? Tydzień później strzeliłem gola z Legią i nagle same pochwały, że świetnie ułożona noga, że znakomite rzuty wolne. Piłka nożna to taki sport, że co tydzień trzeba udowadniać, że jest się dobrym. Trzeba robić swoje – za chwilę jest trening, kolejny mecz, tym się trzeba zająć. Oczywiście swoje błędy zauważam, trener wysyła mi na maila wszystkie moje zagrania meczowe, które analizuję. Mam też po każdym meczu swoje statystyki z InStata i zwracam na nie uwagę.

Czytałem ciekawą teorię na temat dostępności zaawansowanych statystyk. Piłkarz, widząc, że kuleje w procencie dokładności podań, może nawet podświadomie wybierać bezpieczniejsze zagrania, żeby mieć lepsze wyniki. A sami wiemy, że statystyki mogą kłamać.

To możliwe. Ale ja wiem, że muszę podejmować ryzyko na swojej pozycji. Wolę raz na trzy razy podać celnie otwierająca piłkę, niż trzy razy zagrać bezpiecznie do tyłu. Natomiast widzę dzięki InStatowi czarno na białym co muszę poprawić. Na przykład jeśli chodzi o pojedynki w powietrzu, to mam statystyki mam bardzo słabe.

Jak często zostajesz po treningach?

W okresie zimowym, gdzie trenowaliśmy na sztucznej trawie, na boisku niezbyt długo. Ale chodziłem na siłownię. Teraz bierzemy bramkarza i zostajemy oddawać strzały czy ćwiczyć dośrodkowania, kończenie  akcji. Można powiedzieć, że w Ruchu mamy naprawdę ambitnych zawodników, bo to nie jest jedna czy dwie osoby, ale kiedy trening się kończy, to jeszcze duża grupa zostaje co najmniej pół godziny. Czasem trener sam nam już każe schodzić, bo czym bliżej do meczu, tym bardziej chce, żebyśmy się oszczędzali, byli świeżsi. Ale na początku tygodnia dodatkowy trening to standard.

Pracujesz też podobno dodatkowo nad przygotowaniem fizycznym.

Mieliśmy tutaj trenera od przygotowania fizycznego, Leszka Dyję. Przeszedł do GKS Katowice, ale cały czas w kilku chłopaków z Ruchu jeździmy do niego na dodatkowe treningi. To bardzo dobry specjalista. Czuję różnicę, widać też efekty w badaniach.

Podobno lubisz pospać.

Zawsze dużo spałem, byłem śpiochem. Jak w Salosie wracaliśmy z obozu w nocy, to potrafiłem spać piętnaście godzin po powrocie.

Trafiłeś idealny zawód. W wielu branżach miałbyś problem, a tutaj śpisz długo – brawo, profesjonalista, o to chodzi!

Tak. Kiedyś często spóźniałem sie na lekcje poranne, a w piłce okazało się, że plusem może być taka regeneracja. Niektórzy potrzebują mniej czasu na spanie, niektórzy więcej. Ja jestem z tych co potrzebują więcej.

To taki wzorowy w szkole nie byłeś, jak się spóźniałeś.

Ale zawsze nadrabiałem braki. Też jakoś specjalnie długo nie musiałem się uczyć, ścisłe przedmioty mi służyły.

Jaką miałeś średnią?

 Zawsze miałem czerwony pasek. Przez podstawówkę, gimnazjum, liceum. Czasem miałem nawet ponad 5.0. Na maturze też mi dobrze poszło. Z angielskiego pisemnego 96%, z ustnego 100%. Z polskiego ustnego 100%, z pisemnego 66%. Z matematyki 96%, z rozszerzonej 66%… Czyli w sumie nie wiem czy tak dobrze ta rozszerzona, bo ja naprawdę bardzo lubiłem matematykę. Z liczeniem nie miałem problemu. Matma pociągała mnie, to był mój ulubiony przedmiot, z przyjemnością robiłem prace domowe – trochę jak zabawa przy rozwiązywaniu zagadki. Na początku myślałem nawet, żeby iść na studia związane z matematyką. Ale później widząc ile czasu zajmują trening, wiedziałem, że raczej nie dam rady tego połączyć. Poszedłem na AWF, gdzie tych nieobecności może być więcej, bo mam indywidualny tok zajęć.

Jak idzie z licencjatem? Ciekawy temat: „Szybkość w piłce nożnej”.

Średnio. Dopiero zaczynam i nie wiem jak to będzie, bo w czerwcu są młodzieżowej mistrzostwa Europy, gdzie mam nadzieję pojadę. Może być ciężko to obronić, właśnie jestem na etapie nadrabiania zaległości z semestru piątego. Kiedy mieliśmy sesję, byłem na obozie przygotowawczym z Ruchem. Chodzę indywidualnie do wykładowców zaliczać, sporo czasu potrzeba, żeby ponarabiać zaległości.

Masz już koncepcję licencjatu?

Mogą mi pomóc badania i testy szybkościowe, które wykonujemy w Ruchu. Myślę, że zwrócę się do trenera Leszka Dyji, który ma bazę naszych wyników. Nie wiem, może wykorzystam Miłosza Przybeckiego, który jest z nas najszybszy – Miłosz to naprawdę ciekawy przypadek.

Kim byś był, gdyby nie piłka?

Trudno mi sobie wyobrazić siebie bez piłki. Ale może nauczycielem matematyki?

Powiedziałeś, że z liczeniem nie masz problemu. Dla piłkarza przydatna umiejętność w  kontekście zarobków, inwestycji.

Na razie to liczenie nie jest trudne. Nie spływa tych pieniędzy co rusz z innego źródła. Tak się czasami zastanawiamy w szatni: jak liczą swoje pieniądze zawodnicy Barcelony? Dzisiaj czytałem, że za przejście PSG zarobili 400 tysięcy euro. A przecież jeszcze premie meczowe, pensja, kontrakty reklamowe… Tam już wchodzi trudniejsza matematyka. Mam nadzieję tak poprowadzić swoją karierę, żeby po 35 roku życia nie martwić się co mam do garnka włożyć. Nie wydaję na głupoty, a na pewno jak coś zarobię, to nie wydam na samochód czy inną rzecz, której wartość szybko spadnie.

Czym dziś jeździsz?

Oplem Astra 2.

Ile ma przebiegu?

150 tysięcy. Odziedziczyłem to auto po mamie. Ona miała je od nowości, zmieniała sobie, później ta Astra stała w Szczecinie, także ja ją przejąłem. Jeżdżę nią tylko po Chorzowie i Katowicach. Do Szczecina do domu nigdy nie jechałem jeszcze samochodem – w dalszą podróż wolę jechać pociągiem. Nie trzeba się stresować, cały czas być skoncentrowanym, można wypocząć, książkę poczytać, przejrzeć Twittera, albo wziąć wagon sypialny i się wyspać. Mam zniżkę studencką, więc te bilety są też całkiem tanie.

Lubisz gry komputerowe?

Nie mam Play Station, nie gram na komputerze. Gramy z dziewczyną w gry planszowe – w „Splendor”, „Dixit”, teraz na święta dostałem grę w „Walka o stołki”. Lubimy też karcianki. W „Uno” chociażby gramy. Zz Kamilem Mazkiem z kolei w warcaby i szachy na kurniku.

Dobry w szachy jesteś?

Nie. Jak patrzę na mistrzostwa świata, czy jak czytałem u was wywiad z szachistą, to naprawdę byłem pod wrażeniem, że oni ileś ruchów do przodu planują. Wielkie umysły. Nasze gry polegają raczej na tym, że kto popełni większy błąd, ten wygra.

Wspomniałeś o swojej dziewczynie. Zgadzasz się z opinią, że za dobrą karierą często stoi dobra kobieta?

Tak. Słuchając historii, gdzie żony wykorzystywały swoich mężów-piłkarzy, na pewno zgadzam się z tym. Łukasz Surma grając pięćsetny mecz w Ekstraklasie powiedział, że za tym sukcesem stoi jego żona i rodzina, bo dzięki nim może się skupić tylko na grze w piłkę, nie musi się martwić o sprawy pozaboiskowe. Idąc na trening martwiąc się, , np. sprawą rozwodową, nie da sie skupić. Ja mam to szczęście, że trafiła mi się super dziewczyna i czuję jej wsparcie. Nawet jak zagram słaby mecz, to Żaneta i tak mówi, że jestem najlepszy (śmiech). Nie mieszkamy razem, bo Żaneta studiuje prawo w Toruniu. Cieszę się, nie chce być, jak to się mówi, „WAGS”. Na pewno nie jest tak, że liczy tylko na mój sukces, tylko kreuje też swój. To też w niej cenię, bo wybrała ciężką drogę – jest spod Wrocławia, studiuje w Toruniu, co tydzień wraca do domu albo czasami przyjeżdża do mnie.

To nie widujecie się za często.

Nie, co dwa tygodnie na weekend. W czasie wakacji nadrabiamy.

Jak urodziła się twoja pasja do graffiti?

Pasja to może za wielkie słowo, raczej hobby. Kiedyś poszedłem w Szczecinie z wujkiem, który od dłuższego czasu robi piękne graffiti. Na tyle mi się spodobało, że chciałem jeszcze raz, a potem kolejny i kolejny… W Chorzowie robiłem już swoje grafy.

Jakie?

Nie są to obrazki, tylko napis „Kawior”. Moja ksywka sprzed lat. Miałem może dziesięć lat, byliśmy na obozie z Salosem, nie chciałem jeść, bo byłem niejadkiem. Trener powiedział, że nie jem, bo mama w domu mi kawior daje. Tak zostało w Szczecinie, choć w Chorzowie ksywka zanikła. Ale na murach zostało „Kawior”.

Dużo masz grafów w Chorzowie?

Myślę, że z sześć.

Nie boisz się, że po tym wywiadzie przyjdzie ci mandat za wandalizm?

Myślę, że nie ma się czego bać. Nie niszczę nowych budynków, umieszczam graffiti na obiektach opuszczonych, które już się nie przydadzą. Nie jestem w tym zbyt dobry, ale raz zrobiłem na walentynki „Żaneta” na murze. Teraz jak jest zimno raczej nie ma z takich wypadków graficiarskich przyjemności, ale jak jest ciepło i mam wolny czas, to fajnie tak wyjść. Choć przyznam, że teraz miałem dłuższą przerwę. Może gdy zrobi się cieplej znów spróbuję swoich sił.

Wielu graczy na przedmeczowy rytuał wybiera słuchanie muzyki. Ty też tak masz?

Nie jestem zawodnikiem, który krzyczy, mobilizuje kolegów. Tak, raczej koncentruję się w ciszy, słucham swojej muzyki. Przed meczem najczęściej Sobota – Trzy korony.

 Hip-hopu słuchasz od lat.

Od  początku słuchałem Soboty, Slums Attack, JWP z Warszawy, związane zresztą z subkulturą graffiti. Zacząłem słuchać, potem zacząłem kupować pierwsze płyty. Spodobało mi się, że mogę nie tylko słuchać na necie, ale też mieć kolekcję płyt. Dzisiaj mam ich ponad pięćdziesiąt. Oczywiście byłem tez na wielu koncertach, pierwszym był OSTR w Szczecinie. Teraz, wiadomo, jest sezon, ale jakby po meczu był jakiś koncert, to myślę, że nic złego. Można posłuchać fajnej muzyki, trochę się odstresować. Myślę, że na tle Europy, polska scena hip-hopowa dobrze się prezentuje. Są artyści, którzy od dwudziestu lat nagrywają, jak OSTR, Peja czy Fokus, ale też jest sporo młodych, nowych wykonawców. Teraz furorę robią Quebonafide i Taco Hemingawy. Fajne jest to, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Hip-hop jest bardzo zróżnicowany. Masz z jednej strony uliczny rap, z drugiej wyszukane teksty, jak choćby Taco. Są narracyjne opowieści Sokoła, są kawałki motywujące, jest Quebo, który podróżuje na świecie i o tym nagrywa. Bardzo mi się podoba to co robi, obserwuję też jego podróże. W Brazylii nagrał kawałek „Luiz Nazario de Lima”, wiem też, że jest fanem Ekstraklasy. OSTR najlepiej trzyma się ze starej gwardii, teraz dostał nagrodę za najwięcej sprzedanych płyt w Polsce, nie tylko jeśli chodzi o rap. Tak jak Peja ma wielu hejterów, tak OSTR każdy szanuje, jego koncerty też są kapitalne, na żywo wypada świetnie. Nie znam go osobiście, ale sprawia wrażenie, że nie odbiło mu mimo sławy.

O czym marzy Patryk Lipski?

Chciałbym grać w lidze hiszpańskiej i kadrze Polski, ale wiem, że trzeba się skupiać na celach bliższych. Jak myślisz o dalekich celach, to potkniesz się o najbliższe. Dlatego celem jest walka o utrzymanie z Ruchem i młodzieżowe Mistrzostwa Europy, a najbliższym dobry mecz z Lechią, potem z Zagłębiem. Chciałbym dobrze wypaść wiosną, a potem zobaczymy, czy nie zmienię klubu.

A twoje marzenia pozaboiskowe?

Być szczęśliwym i zdrowym. Móc podróżować po świecie, zwiedzić jak najwięcej krajów, ciekawych miejsc, wybudować dom i mieć na tyle pieniędzy, żeby się nie martwić.

Rozmawiał Leszek Milewski

Napisz do autora

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

24 komentarzy do "Nie trzeba mieć talentu Maradony, żeby coś w piłce osiągnąć"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jak Co Sobotę: Moshe Ohayon - Remontada W Jaskini Lwa

To w tej lidze jest ktoś, kto ma więcej niż kilka szarych komórek i nie steruje nim wypacykowana idiotka? Szok, czy jak to często piszą tutaj redaktorzy: Szapo Ba. Wypada życzyć powodzenia.

Trollosiewicz

Może jest więcej takich, ale jednak więcej pisze się o tych „bad boyach”.

Krzysztof Jarzyna   ze Szczecina

Lepiej napisać biografię „Orzygany” niż „Wyczytany”.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Prawy_Kacper

Widziałbym go w Lechu ale raczej to się nie uda.

JajoWasz

Mocny ogar. Szacunek

Wonsisko

Mógł by go zaprosić na jakieś zgrupowanie trener Nawałka. Coś czuje że będzie z niego dużo pociechy

Zadi

Mega koleś. Będą z niego ludzie.

Kamil Grocholski

Facet ma zadatki na dużą karierę z takim podejściem. Poukładany, bystry, skromny, ciekawe czy od razu pojdzie za granicę, czy najpierw spokojnie w lepszym klubie z ekstraklasy pogra i pozniej ruszy za granicę.

v. Lynden

Ułożony, rozsądny chłopak. Fajnie, że ma świadomość, że na poziomie życiowym osiągnął już wszystko, co potrzebne mu do samorealizacji – ma szczęśliwą rodzinę i wspaniałą dziewczynę. Te aspekty tworzą warunki do osiągnięcia sukcesu na innych płaszczyznach, w tym zawodowej.

Lead artykułu mówi nam – chłopak nie pije, dzięki czemu może osiągnąć więcej. Zgoda, jest w tym sens, ale jednak rodzi to wiele pytań, nie w kontekście Patryka Lipskiego, ale bardziej w stosunku do całej grupy zawodowej piłkarzy.

Obserwujemy, że co raz więcej zawodników publicznie deklaruje, że są są co raz bardziej asertywni wobec pokus – nie używają alkoholu i narkotyków, nie chodzą do kasyn, nie romansują z dużą liczbą kobiet, ani tym bardziej nie korzystają z usług prostytutek. To kulturowy przełom wobec pokolenia piłkarzy lat 80tych/90tych czy tych z przełomu wieków. Nowe pokolenie piłkarzy jak jeden mąż twierdzi, że podporządkowują swe całe życie piłce nożnej, stawiając na rozwój osobisty i świadome życie. Pytanie ile w tym PRu, a ile prawdy.

A później „przypadkowo” ktoś mija w doskonale znanej mu klatce jednej z kamienic w centrum Stolicy czołowego zawodnika Mistrza Polski i ten ktoś myśli – ciekawe czy przyszedł po to samo co ja. Ewentualnie, ktoś publikuje kompromitujący materiał ze snapchata, gdzie młody i obiecujący zawodnik afiszuje się z alkoholem bądź tajemniczymi pigułkami.

Oczywiście, czarne owce są w każdym środowisku. Jednak tak sobie myślę, że po prostu zawodnicy zdają sobie też co raz częściej sprawę, że pewne rzeczy warto trzymać wyłącznie dla siebie, zwłaszcza, jeśli są one mroczne/stanowią temat tabu/mogą wpłynąć destrukcyjnie na wizerunek.

Zawodnicy zyskali też świadomość, z kim lub w czyim otoczeniu można pozwolić sobie na poluzowanie obyczajów, a z kim nie. I w tym względzie to nowe pokolenie też różni od tego poprzedniego, że nie pcha się na afisz z łatkami typu „jestem królem życia całej Warszawy”.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

v. Lynden

Osobę Roberta Lewandowskiego można z powodzeniem przedstawiać jako role-modela wszystkim grupom społecznym. Chłopak, który pomimo poważnych perypetii (śmierć ojca, kontuzja, odrzucenie przez Legię) nie poddawał się. Dzięki swej zawziętości, ambicji i potrzebie samorozwoju doszedł chyba nawet dalej, niż się on sam spodziewał. Przy tym jest bardzo normalny, wywodzi się z dobrej rodziny z klasy średniej, a problemy, które napotkał też są takie „nasze”, przecież każdy z nas w swoim otoczeniu spotyka takie zawirowania jak poważne choroby, śmierć bliskich czy wydarzenia mogące wpłynąć na resztę życia (np. kontuzja uniemożliwiająca wykonywanie zawodu).

Ten PR oparty o tę normalność w wypadku RL sprawdza się do tego stopnia, że opinia publiczna nie pamięta już o wyrwach w jego życiorysie (domniemane „przymierzanie ubrań” wraz z kilkoma kobietami i kolegami w trakcie zgrupowania reprezentacji w Poznaniu kilka lat temu). Kolejnym wymiarem tej „normalności wizerunkowej” jest powszechne celebrowanie informacji o narodzinach dziecka RL i AL. Wszystkie media podawały tę informację jako istotną, a odbiór społeczny zdarzenia był rzecz jasna jednoznacznie pozytywny. To niemal przełom kopernikański w zakresie kształtowania wizerunku piłkarzy nad Wisłą – przypominacie sobie aby kiedykolwiek wcześniej publicznie egzaltowano fakt narodzin potomka któregokolwiek z istotnych piłkarzy reprezentacji?

Historia RL pozwala myśleć, że każdy z nas może w pozytywnym tego słowa znaczeniu stać się lepszymi niż w rzeczywistości jesteśmy. Wszak RL jest tak doskonały, że spokojnie można mówić o nim w kategoriach współczesnej wersji nadczłowieka. Poza RL za naczelnych reprezentantów tej kategorii można uznać też CR7 czy wśród kobiet Lindsey Vonn.

To dobrze, że jest taki RL czy Krychowiak, Milik czy w wymiarze ligowym Lipski. Takie postaci mogą uchodzić za wzór godny do naśladowania, za wzór, który mogą przedstawiać swoim podopiecznym trenerzy grup młodzieżowych.

Ważne jednak, aby trenerzy zachowywali równowagę w przygotowaniu mentalnym zawodników, aby nie lansowali przed swoimi zawodnikami bezwzględnie wizji „możecie wszysto, świat stoi przed wami otworem, jeśli tylko tego bardzo chcecie i skupicie się na swoich priorytetach”. To przygotowanie mentalne bardzo często jest oparte na uproszczeniach, wyczytanych przez trenerów w „poradnikach” rozwoju osobistego, a które w wypadku niepowodzenia mogą rodzić negatywne konsekwencje dla niektórych zawodników.

Np. młody talent dotychczas przekonany o swej wartości i notorycznie ją potwierdzający, zrywa więzadła krzyżowe. W duszy chłopak jest typem wrażliwca, dla którego bardzo ważne jest poczucie wspierania go przez otoczenie. Niestety, kontuza powoduje, że musi na jakiś czas zrezygnować ze swojego dotychczasowego życia (np. atmosfera szatni, duża liczba przychylnie nastawionych znajomych). Część znajomych odwraca się od chłopaka, bo ten zwyczajnie w świecie wypadł z obiegu. Wskutek tego wydarzenia popada w depresję i staje się cieniem samego siebie, przestaje wychodzić z domu i rezygnuje z wykonywania zawodu. Albo w gorszej wersji – wpada w złe towarzystwo i idzie wraz z nim w tzw. długą.

Innymi słowy – w przygotowaniu mentalnym ważna jest równowaga, gdzie trener powinien zwracać też uwagę na to, że każdy z zawodników jest człowiekiem, który jest obdarzony innymi cechami charakteru. Potrzebne jest więc metodyczne podejście i tutaj za świetny przykład uchodzić może Jacek Magiera, który wielokrotnie podkreślał, że kładzie nacisk na osobiste podejście do każdego zawodnika.

Jesteśmy więc świadkami przeobrażeń kulturowo-społecznych na wielu płaszczyznach. Pokolenie, którego jestem przedstawicielem, tj. ludzi urodzonych w latach 80tych częściowo jeszcze tkwi w okowach starych stosunków społecznych. I tutaj posłużę się komunałem – sądzę, że dopiero pokolenie naszych dzieci będzie (co też nie jest pewne) mogło w pełni powiedzieć, że jest przedstawicielami nowego ładu społeczno-kulturowego (globalnego).

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

v. Lynden

Mam pytanie – jak wiele (może być procentowo) ludzi w Twoim otoczeniu właściwie definiuje cele? Czy nie jest jednak tak, że dla większości w wieku ca. 35-40 lat wożenie się bryką, ładna chata, dobre ciuchy, zapewnienie dobrej szkoły dziecku, kilka kochanek jest szczytem, a zarazem sufitem? Ilu z nich marzy o tym by być kimś znaczących w dziedzinach, którymi się zajmują?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

FC Bazuka Bolencin

Wszystko weryfikuje boisko. Już po paru minutach można ocenić kto się sportowo prowadzi i na poważnie traktuje swoją karierę a kto sobie tylko kopie bo ma szczęście że ma na tyle dużo talentu że jeszcze może nim zamaskować brak profesjonalnego podejścia.
Teraz w dobie rozwiniętej techniki zresztą o wiele łatwiej przyłapać delikwenta na gorącym uczynku. I wtedy bajeczki że taki Kapustka (mógłby zdecydowanie pozazdrościć niewiele starszemu Lipskiemu ogarnięcia i ogłady) poszedł do knajpy w Krakowie napić się wody mineralnej a dziwnym trafem wyszedł z obitą buźką, już się nie sprzedają na korzyść pseudo-zawodników.

cobytu

To w zasadzie symptomatyczne, ze wielkie wrazenie robi pilkarz prowadzacy swoja edukacje w prawie NORMALNY sposob.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

FC Bazuka Bolencin

Ja trochę nie w temacie, ale chciałem uzyskać rzetelną opinię na temat tej książeczki co mniej-więcej w połowie wywiadu jest reklama (Piłkarska Furia. Podróż przez hiszpański futbol), czy warto?
Bo na polskim rynku ciężko dostać dobrą książkę o hiszpańskiej piłce. Jest tylko pełno cukierkowego badziewia o gwiazdeczkach dwóch „jedynie słusznych hiszpańskich frakcji”, a mnie takie coś ani ziębi ani grzeje.
Także jakby ktoś przeczytał i mógłby ocenić to byłbym wdzięczny.

np jlw

Lipski ma ślub córki, a z Tobą Siara….

Wacław Grzdyl

Typowy polski talent, czyli dupy nie urywa, ale może coś z niego będzie. Trochę mi przypomina Radka Majewskiego sprzed dekady. Z niego akurat nic nie było. Pamiętajmy, że on jest w wieku Zielińskiego, a ile ich na dzień dzisiejszy dzieli, nie ma sensu nawet dyskutować. Jedyna nadzieja, w tym, że piłkarze na polskim podwórku rozwijają się później.

Foki mają wyjebane

Za grzeczny

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY