Mistrzowskie Legie ostatnich lat? Ta z wiosny nie wytrzymuje porównania
Weszło

Mistrzowskie Legie ostatnich lat? Ta z wiosny nie wytrzymuje porównania

W obecnym dziesięcioleciu warszawska Legia triumfowała w lidze trzykrotnie, pod batutą trzech różnych trenerów. W sezonie, w którym wreszcie pod naporem warszawiaków padły bramy Ligi Mistrzów, czwarty tytuł dziesięciolecia dla niektórych był jedynie formalnością. Jednak legioniści zdążyli już samodzielnie rzucić sobie pod nogi dość kłód, by ten akurat cel postawić pod dużym znakiem zapytania.

I gdy przyjrzeć się kształtowi mistrzowskich Legii z ostatnich lat, wątpliwości zdają się tylko pogłębiać. Przede wszystkim Legia w żadnym z trzech poprzednich sezonów wieńczonych najwyższym stopniem ligowego podium nie musiała w analogicznym momencie sezonu lidera gonić. Za każdym razem sama dumnie piastowała ten tytuł. Rok temu, a także za czasów Jana Urbana i mistrzostwa 2012/13, po trzech wiosennych kolejkach ich przewaga nad liderem grupy pościgowej wynosiła dwa „oczka”, za Henninga Berga w sezonie 13/14 – aż pięć punktów.

Dziś strata wynosi aż siedem „oczek”, a między Legią a liderem z Gdańska są jeszcze przecież dwa kolejne zespoły, które niechybnie staną na drodze drużyny ze stolicy po ligowy tron. Szczególnie, że Lech i Lechia zasygnalizowały już, że tak jak Legia wciąż nie potrafi wrzucić wyższego biegu, tak one już dawno jadą na „piątce”, ustawiły stałą prędkość i mkną przed siebie. Póki co bez większych przeszkód.

Problem tkwi także w zmianach, do jakich w Legii doszło zimą. Nie ma co skreślać Necida, twierdzić że Jędrzejczyk już zawsze prezentować będzie bardzo słabą formę z meczu z Niecieczą, a Chukwu czy Nagy nie zaczną grać i strzelać, ale póki co zimę trzeba w Warszawie rozliczyć na ogromny minus. Zmiana na prawej obronie? Póki co z fatalnym skutkiem. Zmiana w ataku? Tu póki co szkoda w ogóle strzępić języka i ścierać literki z klawiatury.

Tymczasem we wspomnianych mistrzowskich sezonach, zimą Legia zawsze dokonywała przynajmniej jednego transferu, który śmiało można było określić mianem game changera. Raz był to rozpędzony snajper zza miedzy (Dwaliszwili), raz wielki talent ze Słowacji (Duda), który z Radoviciem stworzył tandem, jakiego w naszej lidze próżno było wtedy szukać, ostatnio z kolei – trio Borysiuk-Jędrzejczyk-Hlousek.

Co za tym idzie – Legia zwykle znacznie lepiej też spisywała się, gdy wystrzelił pistolet startowy. Za Czerczesowa zaliczyła na początku wiosny prawdziwy sprint – trzy mecze, trzy wygrane, 8:1 w bramkach. Za Berga – również, choć przed metą skórkę od banana położyli kibice, którzy serię dwóch wygranych zakończyli walkowerem dla Jagiellonii za pamiętne wydarzenia z Łazienkowskiej. Jedyny pozytywny punkt odniesienia dla Legii Magiery, to ta Jana Urbana z sezonu 2012/13, która również zaczęła od pełnej gamy wyników – wygranej, remisu i porażki. Wtedy jednak zimę spędzała na ciepłym fotelu lidera, z czterema punktami przewagi nad Lechem, który również nie zaczął z kopyta, teraz – musiała wygrywać już od momentu, gdy powiedziała na stadionie Arki Gdynia „dzień dobry”.

Taki obrót wydarzeń sprawia, że dziś na Legii ciąży presja wprost niewyobrażalna. Porażka w Lubinie będzie oznaczać nawet nie tyle, że przynajmniej jedna z drużyn z czołówki znów odjedzie (Lech gra z Lechią, więc siłą rzeczy któraś z drużyn zapunktuje), ale że do czwartej pozycji okupowanej przez Legię zbliży się na niebezpieczną odległość dwóch „oczek” Zagłębie. A przecież przed końcem sezonu zasadniczego legioniści wybiorą się jeszcze do Gdańska i Poznania.

Cgy8ayH

fot. FotoPyK