Szamoobrona
Młodym piłkarzom brakuje szacunku. Są niepisane reguły, których nie wolno łamać
Weszło Extra

Młodym piłkarzom brakuje szacunku. Są niepisane reguły, których nie wolno łamać

Bywają piłkarze, którym wiele rzeczy przychodzi łatwo, bo mają naturalny talent i już na starcie zyskują handicap względem pozostałych. Jednak są też przykłady rzemieślników, ludzi, którzy ciężką harówą dotarli do najwyższego poziomu na jaki było ich stać. Kimś takim jest z pewnością Dariusz Ulanowski – legenda Arki Gdynia, piłkarz mający najwięcej występów w żółto-niebieskiej koszulce (ponad 400), obecnie drugi trener rezerw zespołu. By zagrać w ekstraklasie przeszedł wyboistą drogę – był w wojsku, łączył pracę w stoczni z futbolem, co dziś wydaje się kompletnie abstrakcyjne, a wtedy prawdziwe. I przede wszystkim był cierpliwy – zadebiutował w ekstraklasie w wieku 34 lat. Zapraszamy na rozmowę.

Wierzy pan w talent?

Wierzę w talent poparty ciężką pracą.

Jeśli mowa o ciężkiej pracy, to pan miał jej podwójnie dużo – łączył pan pracę w stoczni z grą w Arce.

To była trzecia liga, Arkę prowadził wówczas trener Stachura. To mnie motywowało – że jeszcze muszę pracować w stoczni, a nie zarabiać tylko na piłce. Później, po jakimś czasie się okazało, że ten charakter doprowadził mnie do tego, że z piłki mogłem wyżyć.

Co pan tam robił?

Przede wszystkim to – mówiąc ogólnie – budowałem statki. Jednak, żeby je zbudować, to trzeba wejść 60 schodków z kablami spawalniczymi na plecach, by móc w ogóle zacząć spawać i ja to właśnie wnosiłem. Ciężko pracowałem, łączyłem jedno z drugim, bo była taka potrzeba, urodził się syn,  a w Arce kokosów się nie zarabiało.

Wielu arkowców wtedy pracowało?

Większość tak, ale była też część studentów, na utrzymaniu rodziców. Treningi odbywały się popołudniami, więc najpierw praca potem trening. Stocznia była wtedy w bardzo dobrej kondycji finansowej i pracowali tam  ludzie z różnych środowisk. Nie było łatwo, ale dawałem sobie z nimi radę. To rzeczywiście wyrabiało charakter, byłem świeżym pracownikiem, a wykonywałem najcięższą pracę. Nie poddawałem się i jakoś mnie to ukształtowało.

Jakie to środowiska? Konflikty z piłkarzami Bałtyku?

Nie, nie. Pamiętam, że był pan Zbyszek Nowacki, który grał w Bałtyku, wcześniej w Arce, i jak były rozgrywki między działami to myśmy na siebie grali, na przykład w siatkonogę i nie było jakichś złych sytuacji. Tak więc jeśli chodzi o to, to nie. Tam po prostu pracowali różni ludzie, ale to zostawmy, to jest ciężki temat. 

W tamtych czasach te etaty często były udawane, ale z tego co pan mówi, to tutaj akurat harówa.

Początki były trudne, o piątej trzeba było wstać, na szóstą do pracy, kartę odbić i odmeldować się na dziale. I tak dzień w dzień od 6:00 do 14:00. Później to się zmieniło, dzięki panu Tadeuszowi Krukowi i panu Bartkowiakowi, którzy przenieśli mnie do działu transportu. Dostałem taryfę ulgową, jeździłem wózkiem akumulatorowym i rozwoziłem towar. To znaczy, towar w cudzysłowie, bo to były blachy czy podzespoły do budowy statku.

A jak ta stocznia się wreszcie skończyła?

To było w 2002 roku, zostałem najpopularniejszym piłkarzem na Wybrzeżu. Klub nie chciał dopuścić do tego, bym pracował  w stoczni. Zaproponowano mi kontrakt, a że ja też o niego zabiegałem, więc się dogadaliśmy.

To ciekawe, bo zawsze najpopularniejsi wydają się napastnicy czy pomocnicy.

Najprościej można powiedzieć, że kibice zagłosowali. Miałem dobry okres, to była druga liga i mimo tego, że grałem jako defensywny pomocnik to strzeliłem siedem bramek.

Mówi pan, że kierował wózkiem akumulatorowym – trudniej było prowadzić go, czy czołg w wojsku?

Widzę, że jesteście przygotowani! Wózkiem łatwiej, ale przyjemniej czołgiem. Jak byliśmy na poligonie, to nie trzeba było szukać dróżki, tylko jechało się prosto i zawsze się tym czołgiem dojechało do celu.

Jak udało się panu pogodzić wojsko z piłką?

Nie było łatwo bo do przysięgi trzeba było być skoszarowanym w jednostce, więc o treningach i meczach nie było mowy. Grałem w Tęczy Nowa Wieś Lęborska, miałem 19 lat, a to był klub, który rywalizował z Pogonią Lębork. Tam była grupka takich działaczy, którzy mieli swoje biznesy i załatwili tak, że mogłem wychodzić na przepustki w asyście kaprala i uczestniczyć w meczach ligowych.

Jakim przeżyciem było to wojsko?

Bardzo ciężko było się przestawić na taki wojskowy rygor. Powiem szczerze, że nie było łatwo. Akurat w naszej kompani była tak zwana „fala” no i czasami człowiek odczuł to na własnej skórze. Nie mogę wam powiedzieć szczegółów, to nie jest do druku.

To dobrze, bo my jesteśmy w internecie i nie będziemy tego drukować.

Jak ktoś nie poczuł tego… Pierwsze pół roku to była szkółka, tam się uczyliśmy obsługi czołgu, jak go prowadzić, zmieniać gąsienice i tego typu rzeczy. I na tej szkółce, po godzinie 15:00 nikogo z oficerów na kompani już nie było, tylko starsi żołnierze i młodzi dyżurni, więc można sobie wyobrazić, co się działo. Starzy umieli dobrać się do młodego.

Mając to w pamięci, jest pan za obowiązkowym wojskiem również dzisiaj?

Wiecie, każdy chciał sobie załatwić, żeby nie iść do wojska – mi się udało załatwić, że zostanę w Słupsku zamiast jechać do Chorzowa, gdzie pierwotnie miałem przydział. Natomiast Słupsk od Potęgowa dzieli z 30 kilometrów.  Ja bym nie chciał iść do wojska z przymusu, gdyby to było dobrowolne, to bym nie poszedł. Aczkolwiek wiem, że niektórym pobyt tam by dobrze zrobił.

Piłkarzom?

Ogólnie, młodzieży. 

A młodzi piłkarze mają za lekko dzisiaj?

Za bardzo się pieści tych chłopaków, ale z drugiej strony, jeśli chcesz takiego chłopaka ściągnąć do klubu , to musisz mu coś zaproponować. Uważam, że to powinno być bardziej wypośrodkowane.

Pana wejście do szatni różniło się od tego, które mieli młodsi po panu?

Tak, różniło się. Pamiętam, że jak jak wchodziłem do szatni Arki, byli zawodnicy, którzy grali w kadrach w swoich kategoriach wiekowych. Byłem nowym i w miarę młodym chłopakiem, więc jak coś trzeba było zrobić, to robiłem to. Teraz powtarzam tym, którzy wchodzą do szatni pierwszego zespołu, że przede wszystkim ważny jest szacunek, nikt nie może im zwracać uwagi, sami muszą wiedzieć, że trzeba zadbać o sprzęt i inne tego typu rzeczy. Jak młody zawodnik wchodzi do szatni pierwszego zespołu, to nie mówi „cześć Sobi” do Krzysztofa Sobieraja, tylko dzień dobry. Trzeba to przejść.

Brakuje szacunku?

Brakuje. Nie wiem, czy to się zmieni, bo dzisiejsza młodzież myśli, że im wszystko wolno. A tak nie jest, są pewne niepisane reguły, których nie wolno łamać.

Zdarzało się panu kogoś opieprzyć, jeszcze jako zawodnik?

Tak, zdarzało się. Ale to było bardziej w formie wytłumaczenia, a nie zdołowania chłopaka. To skutkowało.

17092058_1247783965275372_76373067_n

A jak pan w ogóle trafił do Arki?

Pierwszy raz przyjechałem do Gdyni w 1993 roku z kolegą, Mariuszem Kalamaszkiem i się nie załapaliśmy. Trener  Dziubiński powiedział jednak, że na pewno odezwą się po roku. Tak też rzeczywiście się stało i wtedy już zostałem.

Nie miał pan obaw, że to sytuacja z cyklu – „oddzwonimy, ale ja nie mam telefonu”?

Nie, nie myślałem tak o tym, ale telefonu nie miałem, bo wtedy nie było komórek. Zadzwonili na stacjonarny.

Dobrze, że chociaż był pan w domu.

Nie było mnie! Siostra mnie poinformowała i pojechałem na następny dzień.

Miał pan wątpliwości, czy uda się zadebiutować w ekstraklasie?

Nie miałem żadnych. Aczkolwiek długo musiałem czekać na swój  debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej. Pamiętam ten mecz z Amicą Wronki zakończony remisem 1:1, bramka stracona w ostatniej minucie, miałem wtedy 34 lata. Inni mieli krótszą drogę do debiutu w ekstraklasie. Teraz są zresztą takie czasy, że jak ktoś kopnie dwa razy prosto piłkę, to zgłaszają się „menedżerowie” i mówią, że załatwią co trzeba. Wtedy trzeba było ciężko pracować, pokazywać się na treningach i meczach. A i tak bez pewności, że jakiś klub się zgłosi.

Jak pan wspomina pierwsze dni w Gdyni?

Bardzo miło. Zajął się wtedy mną II trener Arki, Grzegorz Witt. Oprowadzał  mnie po pamiętnym Hotelu Lazurowym a także pokazywał „uroki Gdyni”.

Potęgowo, z którego pan pochodzi, to mała wieś?

Tak, to mała miejscowość, kto może to wyjeżdża, bo nie ma tam właściwie nic. Niektórzy zostali, pozakładali rodziny i tam pracują, ale większość moich kolegów wyemigrowała za granicę…

Wchodząc do szatni Arki miał pan wątpliwości co do swoich umiejętności? Spotkał pan tam choćby Nicińskiego, czyli bardzo dobrego piłkarza.

Respekt miałem, ale na boisku robiłem to, co potrafię najlepiej, nie bałem się.

W Arce był pan bardzo długo, ale obok tych dobrych chwil, był też te niezbyt przyjemne, czyli choćby wątek korupcyjny.

Trudny temat. Większość chłopaków poodchodziła do innych klubów, z nielicznych zostałem ja, Łukasz Kowalski i jeszcze paru. Jakkolwiek spojrzeć, to my graliśmy w klubie korupcyjnym, ci co odeszli, już w innych. Na nas trochę ta zła sława spadła. Niestety, tak to się potoczyło, najgorsze, że wszystko to działo się przy naszej nieświadomości, a niektórzy czerpali profity.

A nie miał pan wrażenia po czasie, że uczestniczy w teatrze? Grał pan w meczach, które nieraz były ustawiane przez sędziów.

Teraz tak można pomyśleć, ale nie czułem się aktorem.

Nie wracały w takim razie po czasie niektóre sytuacje, nad którymi się pan potem zastanawiał, czy nie były ustawione?

Nie przypominam sobie żadnej, po której przeszłoby mi przez myśl, że „to mogło być wydrukowane”. Najgorsze było to, gdy koniec końców dowiedzieliśmy się prawdy.

Arka dostała wtedy najbardziej po dupie.

To prawda, inne kluby dostały łagodniejsze kary, ale trzeba było to wziąć na siebie i jakoś z tym sobie radzić.

Z trudnych tematów zostaje jeszcze jeden, pieniądze…

Domyślam się, czekam (śmiech).

… które klub zalegał piłkarzom po awansie.

Jako najstarsi zawodnicy razem z Grześkiem Nicińskim poszliśmy do ówczesnego prezesa i chcieliśmy się dogadać, ale nie wyszło. Sprawa potoczyła się więc jak się potoczyła. Po pierwszej rozprawie spotkałem się z prezesem i porozmawialiśmy na temat tej sytuacji. Dopiero wtedy doszliśmy do porozumienia.

Nie było oporów, żeby jako wieloletni arkowiec sądzić się z klubem?

Były i to wielkie. Co ważne, mimo awansu nie domagaliśmy się pieniędzy za promocję do Ekstraklasy. Domagaliśmy się jedynie premii za wygrane mecze, w których graliśmy. W pierwszych spotkaniach za Stawowego nie grałem, byłem 16-17 zawodnikiem. W momencie gdy zmienił się trener, pozostawało dziewięć meczów do końca ligi. Trener Jończyk postawił wówczas na Nicińskiego i Ulanowskiego. W tych dziewięciu starciach siedem razy wygraliśmy i dwa razy zremisowaliśmy. To dało nam przepustkę do Ekstraklasy. Domagałem się premii tylko za te siedem zwycięstw.

Swoją drogą, chyba nie za bardzo pasował pan Stawowemu do koncepcji.

Najprawdopodobniej tak. Dla mnie to temat zamknięty. Było jak było, rozstaliśmy się w zgodzie.

ulanowski

A jak to było, że przy 171 centymetrach wzrostu został pan stoperem?

Jestem bardzo skoczny (śmiech). To pozycja bardzo zbliżona do defensywnego pomocnika. Wzrost stanowił jedyną przeszkodę, ale jakoś mi szło. Nadrabiałem ustawianiem się. Na środku obrony nie walczysz przecież tylko o górne piłki. Sporą część meczu walczysz  jeden na jeden.

Tomasz Jarzębowski mówił, że pod koniec kariery grał na środku obrony, bo to w przypadku starszego zawodnika mniej obciążające dla organizmu.

Zgadzam się z tym. Plus duże doświadczenie – to bardzo pomaga.

Czuje się pan piłkarsko spełniony?

Zawsze można więcej wycisnąć (śmiech). Może gdyby moje losy jakoś inaczej się potoczyły, zaszedłbym dalej. Tak czy inaczej, jestem zadowolony z tego, co mam i co zrobiłem w Arce.

Zbierając to wszystko do kupy, stocznię, wojsko… Wiele więcej chyba nie dało się zrobić. Pretensji raczej pan do siebie mieć nie może.

Moja droga rzeczywiście była bardzo wyboista. Niestety, nie miałem takiej sielanki, jak mają teraz młodzi zawodnicy. Teraz dwa razy wystarczy prosto kopnąć piłkę, a kluby już ustawiają się w kolejce. U mnie było inaczej.

Dziś w końcu może się pan zaś w spokoju zająć trenerką. Nikt już pana nie wysyła siłą na przedwczesną emeryturę, jak wówczas gdy był pan jeszcze zawodnikiem.

Najważniejsze, że cały czas jestem związany z Arką. Robię to, co lubię i co sprawia mi to przyjemność. Cieszę się, że mogę tu kontynuować pracę, w innym charakterze, ale zawsze z piłką. Nie będę się wypowiadał o tych trenerach co mnie zsyłali na te emerytury, ale zawsze było tak, że ci którzy to robili, długo się nie utrzymywali. Przychodzili następni, dostawałem szansę i jakoś to dobrze wyglądało, bo te moje występy doprowadzały do przedłużania kontraktów. Zawsze miałem poczucie, że jeszcze czas na emeryturę nie nadszedł.

A jaki był pana sekret długowieczności? Bezglutenowa dieta?

Jak to mówią, dobre paliwo lałem (śmiech). Nie mam żadnego sekretu na długowieczność. Jedynie dużo snu, to najlepsza regeneracja.

U pana jako trenera najważniejsza jest dyscyplina?

Lubię dyscyplinę, nie daję sobie wchodzić na głowę. Mamy chłopaków 18-19 lat, ale prowadzę też rocznik 2001, czyli 16-latków, którzy mają jeszcze różne dziwne pomysły, tysiąc myśli na minutę.  Dyscyplina w takich przypadkach jest kluczowa.

Mecze z Wigrami będą najważniejszymi w trakcie pana pobytu w Arce?

Jesteśmy tak blisko, że ten finał jest na wyciągnięcie ręki. Klub, zawodnicy i trenerzy zrobią wszystko, żeby zagrać na Narodowym. Drabinka bardzo fajnie się ułożyła i szkoda byłoby z tego nie skorzystać. Z Wigrami będzie bardzo ciężkie spotkanie, ale wierzę, że to my zagramy w finale.

Rozmawiali Paweł Paczul i Janusz Banasiński

KOMENTARZE (18)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Quotsa

Arka Gdynia
Protoplasta – (1929) KS Gdynia -> (1937) rozwiązany
• I. (5.07.1934) Koło Sportowe przy Urzędzie Morskim i Administracji Portowej -> KS Kotwica Gdynia -> (styczeń 1946) odrodzenie po IIWŚ – KS Kotwica Gdynia -> (30.08.1946) ZKS Kotwica Gdynia -> (1947) KS Morski Gdynia [fuzja ZKS Kotwica + KS Portowiec + KS Marynarz] -> (1949) ZKS Związkowiec Gdynia [fuzja KS Morski + KS Czyn] -> (9.02.1951) KS Kolejarz Gdynia [zmiana „pionu”] -> (2.04.1952) Koło Sportowe Kolejarz przy Zarządzie Portu Gdynia -> (28.10.1955) KS Doker Gdynia -> (20.03.1957) RKS [Robotniczy KS] Doker Gdynia
• II. (13.06.1946) Rybacki KS MIR [Morski Instytut Rybacki] Gdynia -> (czerwiec 1949) KS Spójnia Gdynia [fuzja RKS MIR + KS Gastronomia + Spółdzielczy KS] -> (1950) ZS Spójnia-Wybrzeże Gdynia [mecze rozgrywano w Gdańsku] -> (1951) klub został rozwiązany, a zawodnicy przeniesieni do KS Kolejarz Gdynia
• III. (wiosna 1952) z KS Kolejarz Gdynia wyodrębniło się Koło sportowe Kolejarz „Arka” Gdynia -> (1955) RKS [Rybacki KS] Arka Gdynia -> (?) wchłonięcie KS Ogniwo -> (1958) wchłonięcie KS Budowlani -> (1.01.1964) wchłonięcie KS Dalmor -> (8.03.1964) MZKS [Morski Związkowy Klub Sportowy] Gdynia [fuzja RKS Arka + RKS Doker] -> (9.05.1972) MZKS Arka Gdynia -> (18.09.1991) HTM [Harmon-Tomas-Maraton] Arka Gdynia -> (1998) MGKS [Morski Gdyński KS] Arka Gdynia
• Barwy: niebiesko-białe -> (1972) żółto-niebieskie

Lewacki Wywrotowiec
Arsenal F.C.

comment image

YanuszYoyko
Drużyna-A

Ciężka historia

JJHarrison

„Niestety, nie miałem takiej sielanki, jak mają teraz młodzi zawodnicy. Teraz dwa razy wystarczy prosto kopnąć piłkę, a kluby już ustawiają się w kolejce. U mnie było inaczej.”

„Teraz są zresztą takie czasy, że jak ktoś kopnie dwa razy prosto piłkę, to zgłaszają się „menedżerowie” i mówią, że załatwią co trzeba. Wtedy trzeba było ciężko pracować, pokazywać się na treningach i meczach. A i tak bez pewności, że jakiś klub się zgłosi.”

Mhm, na pewno. Jeżeli gość grał praktycznie całe życie w Arce, klubie z dużego miasta, a nie jakiejś zapyziałej wiochy na Podlasiu, a w ekstraklasie zadebiutował dopiero w wieku 34 lat, to po prostu był chujowym piłkarzem i wyładowywanie frustracji na obecnej zepsutej młodzieży tylko to potwierdza.

Jeszcze te wspominki o szacunku. Oczywiście szacunek wobec starszych osób jest potrzebny i jest oznaką dobrego wychowania, ale nie da się między wierszami nie przeczytać, że tu chodzi o służalczość i poddaństwo wobec „starszyzny” – w polskiej piłce to również domena starych grzybów o przeciętnych umiejętnościach, którzy frustrację wyładowują na młodzieży. Całe szczęście, że niektórzy nie dają się tłamsić, na przykład Boniek, czy Lewandowski, a kariery robią mimo to, ku wielkiemu bólowi dupy przeciętnych kopaczy przeciętnych klubów.

Lolcislaw

To, że tyle lat grał w Arce niekoniecznie oznacza, że był cienki jak sik pająka na grę w dawnej pierwszej lidze. Akurat miałem przyjemność (tak, przyjemność) oglądania go w akcji przez wiele lat na żywo i uważam, że miał wystarczające umiejętności, aby zadebiutować znacznie wcześniej i grać na niezłym poziomie w Ekstraklasie. Jak jest wspomniane w tekście – łączył pracę z treningami, przeprowadził się, założył rodzinę, czuł się po prostu dobrze w tym miejscu, dlatego jeżeli nawet ktoś się o niego upominał to niespieszno mu było uciekać w kraj.
Waleczny, ambitny grajek, z niezłą techniką użytkową i dobrym pierdolnięciem z dystansu.

Warka

Dosadnie napisane, ale prawdziwe. Piłkarze starej daty nie kumają, że bycie zawodowcem nijak się ma do podlizywania starszyźnie, a od zajmowania się sprzętem treningowym są w klubie odpowiednie osoby. Czemu młody chłopak nie ma powiedzieć „Cześć” do kolegi z szatni przy jednoczesnym zwróceniu się do niego ksywką używaną przez wszystkich w klubie?Oczywiście przytoczony tu Pan Piłkarz Sobieraj powinien być szanowany – wszak grywał w tak renomowanych klubach jak Lubrzanka Kajetanów czy Tłoki Gorzyce, a jego szczytowym osiągnięciem w karierze jest tkwienie w Arce od przeszło dekady (zakładam, że nie poszedł w międzyczasie do silniejszego klubu zupełnym przypadkiem bądź odmawiał takiego ruchu z miłości do barw).

Lelumpolelum

Też odniosłem przykre wrażenie, że facetowi chodzi o noszenie tobołów za starymi lujami i pytanie się o zgodę na szczanie. Te czasy minęły, podobno, i bardzo dobrze.

Jakub
Ekstraklasa

„Teraz powtarzam tym, którzy wchodzą do szatni pierwszego zespołu, że przede wszystkim ważny jest szacunek, nikt nie może im zwracać uwagi, sami muszą wiedzieć, że trzeba zadbać o sprzęt i inne tego typu rzeczy. Jak młody zawodnik wchodzi do szatni pierwszego zespołu, to nie mówi „cześć Sobi” do Krzysztofa Sobieraja, tylko dzień dobry. Trzeba to przejść.”

Japierdole i ten koleś jest w klubie na stanowisku trenerskim i uczy młodzież hierarchii, bo przecież to najważniejsze w zespole to to kto komu ma sprzęt nosić. Litości.

fioot

po czesci racja, ale widac, ze nie wiesz, jak dzisiaj sie zachowuja 16latkowie

Kunta Kinte

Najlepsze jest to o szacunku mówią ludzie, którzy kupczyli meczami(mam na myśli całe ówczesne środowisko)…

Juventino

I takie ograniczone mozgi sa trenerami 16-latkow? Frustrat jakis, ktory musi sie wyzyc na mlodych za to, ze mu nie wyszlo

wojsal

Nie Zbyszek Nowicki, tylko Zbyszek Nowacki. Napastnik Bałtyku, Arki, chyba Legii.

HarryCallahan

Typ debiutował w ekstraklapie w wieku 34 lat i będzie wyznaczał kto może mówić „cześć” a kto „dzień dobry”, albo będzie kazał nosić za sobą toboły młodziakowi, choćby ten przewyższał go poziomem gry kilkukrotnie. Szacunek to jedno, ale poniżanie młodych zawodników i jakieś śmieszne hierarchie nie mające nic wspólnego z umiejętnościami piłkarskimi sprawiły, że w Polsce do teraz o 24-latku niektórzy mówią „młody, perspektywiczny”. Taki 16-letni Messi nie miałby życia w szatni tego parodysty.

bastion79
KS Milan

Nieźle. Powiedzieć pan albo dzień dobry to poniżanie. Ma rację, w dupie się przewraca.

HarryCallahan

Czego nie rozumiesz gamoniu? PONIŻANIE i ŚMIESZNE HIERARCHIE. Nakazywanie, aby do kurwa kolegi z drużyny mówić „dzień dobry” to akurat ta druga kategoria, idioto. Tak trudno zrozumieć? Finał jest jednak taki jak pisałem, debilu: żaden młody i zdolny chłopak nie miałby szans się przebić w takiej szatni, pełnej twardogłowych pseudo-piłkarzyn, dla których sufitem jest debiut w e-klasie w wieku 34 lat.

bastion79
KS Milan

W drużynie nie wszyscy są kolegami. Są tacy którzy przygotowują się do matury, inny chce poruchać tylko nie wie jak kondoma wkładać a kolejny nie wie ile osób na chrzciny trzeciego dziecka zaprosić. Powiedzenie dzień dobry czy pan, nie ruinuje kariery. Ktoś głupot ci naopowiadał.

Black_Kaban

Kolejny piłkarz, który „nic nie widział, nic nie słyszał”. Wychodzi na to, ze ta cała afera korupcyjna to tylko Fryzjer i Wdowczyk i w ogóle dęta historia.

Termalica Hooligans

Wdowczyk też podobno przez przypadek tylko przechodził obok zakładu fryzjera i go zgarneli. Wychodzi że tylko Fryzjer ustawiał mecze, a całą afere rozdmuchały media

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Szamoobrona