Image and video hosting by TinyPic
Jestem wierny temu, czego nauczył mnie tata. Najważniejsza jest rodzina
Weszło Extra

Jestem wierny temu, czego nauczył mnie tata. Najważniejsza jest rodzina

Jako dziecko spał z piłką. Na podwórku stał na sępa, a bramkarzem został, bo nie lubił biegać. Bartek Białkowski jako szesnastolatek miał oferty z Borussii Dortmund, Valencii. Poszedł do Górnika Zabrze, gdzie juniorzy głodowali, a jemu kanapki robiła dyrektorka w szkole. Za co dostał opieprz od Michała Probierza: Jak to się stało, że podczas zgrupowania juniorów wylądował na noc w policyjnej celi? Dlaczego odrzucił oferty Interu Mediolan i Liverpoolu, dlaczego nie przebił się w Southampton? Po co Ricky Lambert zakładał na siebie koc? Jakie ideały zaszczepili mu rodzice i co jest dla niego w życiu najważniejsze? Zapraszamy.

***

Pochodziłem z rodziny mundurowej – dziadek był pułkownikiem, tata też, mama została kapitanem straży pożarnej. Byliśmy bardzo rodzinni, na każdy weekend jeździliśmy do dziadków czy cioci, po domu potrafiło kręcić się nawet dwadzieścia osób. Rodzice stworzyli szczęśliwy, spokojny dom, za co mogłem odwdzięczać się tylko byciem posłusznym chłopakiem. Jeśli wpadałem w kłopoty, to najczęściej… przez przypadek. Za dzieciaka mama zostawiła mnie przy boisku pod opieką starszego kolegi z podwórka. Wkrótce mama wygląda przez okno, a mnie nie ma. Zawędrowałem samodzielnie gdzieś aż na bagna. Nie wiem jak, ale trafiłem w miejsce, gdzie zrobiłbym kilka kroków dalej i mogło mnie nie być. Innym razem mama posłała mnie po lody do sklepu pod blokiem. Ja, maluch, miałem zakodowane, że jak lody, to te z budki, na które chodzimy po kościele. Tam jednak szło się dwa kilometry. Nie było mnie pół godziny, godzinę, dwie… szukali mnie wszędzie. W końcu mama znalazła mnie siedzącego na takim wielkim kamieniu, przygnębionego, z pustym koszykiem wiklinowym, bez lodów oczywiście. W szkole też nie sprawiałem problemów, uczyłem się dobrze, ale jak każdy miałem swoją bójkę. Raczej mnie nie zaczepiano, bo szybko wyrosłem, ale kiedyś stanąłem w obronie kolegi z klasy. Chłopak, który zaatakował mojego kolegę, rzucił mi wyzwanie – solo za szkołą. Dostałem jeden cios, oddałem mu potężnego kopa, zaczął się zwijać. Co ciekawe później byliśmy bardzo dobrymi kolegami.

Byłeś zachęcany przez rodzinę, żeby też pójść kiedyś w kamasze?

Tata w Braniewie był czołgistą. Zabrał mnie kiedyś do czołgu, pokazał jak to wszystko wygląda. Ja, mały chłopak, oglądający pasjami z tatą „Czterech pancernych”, byłem tym zafascynowany. Mam nawet zdjęcie w hełmie czołgisty. Czasem tata przynosił też wojskowe gadżety, choćby pistolet – oczywiście nie naładowany. Kiedyś mamie przyniósł gaz łzawiący, by miała do ochrony. Ja ten gaz znalazłem i psiknąłem. Nikomu nic się nie stało, ale dostałem zasłużoną burę od rodziców. Dzięki tacie poznałem trochę wojskowego życia i pewnie gdybym nie został piłkarzem, byłbym żołnierzem. Ale prawda jest taka, że rodzice nigdy nie robili nacisków. Widzieli, że żaden prezent nie sprawi mi większej frajdy niż korkotrampki czy rękawice. Ja nawet spałem z piłką! Jak nie grałem na podwórku, to w domu ze stołu robiłem bramkę, siatkę z koca, a futbolówkę z papieru klejonego taśmą. Futbol zawsze był moją miłością, rodzice to rozumieli i wspierali mnie. Tata przychodził na moje mecze. Zawoził na zgrupowania.  Byli od początku w tej mojej przygodzie.

Zawsze chciałeś być bramkarzem?

Nie. Graliśmy na bocznym boisku Olimpii Elbląg, przez jego środek przechodziła ścieżka. Często znakomita akcja była przerywana przez panią idącą z pieskiem. Ja na podwórku stałem na sępa. Byłem najwyższy, najsilniejszy, potrafiłem każdego przepchnąć, więc tylko krzyczałem, żeby mi dograli i strzelałem. Do obrony nie wracałem nigdy (śmiech). Do Olimpii zgłosiłem się na bramkę, bo nie lubiłem biegać. Fatalny był ze mnie długodystansowiec, więc kombinowałem, że na bramce mnie do tego zaganiać nie będą. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że treningi bramkarskie potrafią być cięższe od jakiegoś tam biegania. Polubiłem bramkę, pomagało to, że w młodszych rocznikach czasem byłem większy od niej. Moim idolem stał się Gabor Kiraly – nawet nie wiem czemu, ale te jego dresy zapadały w pamięć. Swoją drogą, debiutowałem w Southampton przeciwko Crystal Palace i po przeciwnej stronie stał właśnie Gabor w tych swoich gaciach.

W pierwszej drużynie trzecioligowej Olimpii broniłeś już jako piętnastolatek.

Nie stresowałem się. Wszedłem, zrobiłem to, co musiałem i tak to się potoczyło. Byłem duży, bo zawsze miałem tendencje do tycia, ale zarazem bardzo sprawny. Szpagat nie stanowił dla mnie problemu. Robiłem błyskawiczne pady, umiałem zebrać się do dolnych piłek. Dużo umiejętności wyciągnąłem z innych sportów, bo w szkole trenowałem każdy sport, jaki się dało. Z koszykówki mam chwyt, z siatkówki skoczność, z judo zwinność i technikę padu. Trenowałem też sprinty, które przydają się bramkarzowi, a siłę wyrabiałem podczas rzutu kulą. Na pewno duża też zasługa trenera Fedoruka, bo to on na mnie postawił, on zostawał po treningach ze mną i synem Adrianem. Byłem samoukiem, do tego trener Fedoruk szlifował mnie jak umiał, wykorzystując to, co kiedyś podpatrzył u innych trenerów w Legii czy Amice. Specjalisty od bramkarzy w Olimpii nie było.

Jak cię przyjęła szatnia starych chłopów?

Ogólnie bardzo dobrze. Do teraz mam kontakt z niektórymi chłopakami. Może dwie, trzy osoby patrzyły na mnie nieprzychylnym okiem, bo też miałem taki układ z prezesem, że dostawałem 800 zł. Niektórzy mając rodziny na utrzymaniu zarabiali 400. Zdaję sobie sprawę, że to nie było do końca fair wobec nich, ale co ja mogłem zrobić? Dawali, to brałem. Wprost mi nikt nic nie powiedział, były tylko jakieś pretensje pod nosem.

Osiem stówek to sporo jak na piętnastolatka. Nie zaszumiało ci w głowie?

Nie. Wierz mi: ja wtedy praktycznie w ogóle nie chodziłem na imprezy. Póki byłem w Elblągu, nie imprezowałem wcale. Totalnie zafiksowałem się na punkcie piłki. Wiedziałem ile muszę poświęcić i ile przede mną wyrzeczeń, żeby coś w tej piłce osiągnąć.

To na co szła ta kasa?

Zabrałem dziewczynę do kina, kupiłem jakąś pizze, ciuch dla siebie. To też nie było tak, że co miesiąc dostawałem osiem stów, bo wiadomo jak funkcjonowała polska piłka w tamtych czasach. Trzecia liga, nie miałem nawet podpisanego kontraktu. Te osiem stówek, mniej więcej co dwa miesiące, było dobrą wolą prezesa.

Czemu wkrótce wybrałeś akurat Zabrze? Podobno byłeś już jedną nogą w Legii, której kibicujesz.

Miałem podpisany kontrakt z Legią, monitorował moje przenosiny trener Adam Fedoruk. Po meczu bodajże z Gwardią spotkaliśmy się z Januszem Olędzkim i dograliśmy umowę. Z tym, że to było zanim Jarek Kołakowski się mną zajął. Gdy się z nim związałem, uświadomiłem sobie, że nie mam szans na grę w Legii, za mocny był tam Artur Boruc. Jarek Kołakowski przedstawił mi opcję Górnika Zabrze, gdzie w kontrakcie miałbym zagwarantowane granie. Umowa była skomplikowana, kwota odstępnego malała o dziesięć procent za każdy rozegrany mój mecz… generalnie jeśli Górnik chciał na mnie w przyszłości zarobić, musiał dać mi grać.  Dla mnie niesamowicie korzystna sytuacja. Szesnaście lat, pewne granie w Ekstraklasie. W Legii nie robili mi problemów, ale do Górnika poszedłem może aż za pewny. W pierwszej drużynie w Zabrzu było wtedy mnóstwo doświadczonych zawodników: Piotrek Lech w bramce, Michał Probierz, Krzysiu Bukalski, Kaziu Moskal. Mając szesnaście lat udzieliłem paru wywiadów, w których przekonywałem, że jestem gotowy na Ekstraklasę. Ci bardziej doświadczeni czytając to mogli uznać, że jestem arogancki. Przychodzi gówniarz, zbyt pewny siebie, trzeba go utemperować.

Tak działa szatnia.

To jest potrzebne. Pamiętam jedną pogadankę z Michałem Probierzem. Byliśmy na wyjeździe w hotelu. Trener Wleciałowski kazał mi i jeszcze jednemu koledze, żebyśmy przekazali reszcie drużyny, że śniadanie będzie następnego dnia pół godziny później. Nie zrobiliśmy tego. Zapomniałem, myślałem, że on to zrobi. Wstaję rano, schodzę o dziewiątej, a tam siedzą starsi zawodnicy i czekają od pół godziny. Michał Probierz opierdolił mnie wtedy strasznie, nie wiedziałem gdzie jestem i jak się nazywam. Ale należało mi się, miałem powierzone zadanie, którego nie zrealizowałem. Michał był opiekunem młodszych zawodników, często dawał dobre rady. Kiedyś budzik nie zadzwonił mi przed wyjazdem na mecz za trenera Liczki. Jak zjawiłem się w klubie, trener powiedział, że nie jadę. Byłem załamany. Łzy w oczach. Przez taką głupotę przepadł mi mecz w pierwszym składzie. Michał Probierz wziął mnie na bok, powiedział, żebym wyciągnąć z tego lekcję, nie przejmował się, pracował ciężko. A teraz żebym wsiadał i jechał z nimi, nawet posiedzieć na trybunach.

Mieszkałeś w Zabrzu, daleko od domu, to często trudny moment dla juniora, można się pogubić.

Połączenia wówczas były słabe, jechało się 9-10 godzin. Mieszkałem sam, zarabiałem 1200 złotych na rękę, klub nie płacił regularnie. Czasami nie mieliśmy za co zjeść. Pisałem do rodziców, żeby wysłali mi pieniądze na jedzenie, ale przelewy szły wtedy dwa, trzy dni. Mama raz zadzwoniła do dyrektorki, powiedziała jaka jest sytuacja – dyrektorka potrafiła mi przynosić kanapki do szkoły. Stołowałem się też sporadycznie u kolegi z drużyny, który był wychowankiem Górnika. Jadałem u niego kolacje. To był standard, wszyscy chłopcy mieli problemy finansowe, szczególnie ci młodsi. Któregoś razu Górnik robił kolację dla obcokrajowców w klubie. Oni zazwyczaj jadali w ten sposób, my, młodzi z Polski, nie mieliśmy takiej możliwości. Poszliśmy do prezesa Koźmińskiego powiedzieć, że nie mamy za co jeść i czy nie moglibyśmy zjeść razem z obcokrajowcami na Górniku. Zgodził się i później było łatwiej.

Żałujesz, że poszedłeś wtedy do Górnika?

Nie żałuję, bo poznałem fantastycznych ludzi. Miałem choćby bardzo dobry kontrakt z Piotrem Lechem, z którym byłem w pokoju. Szósta rano, budzę się, cały pokój zadymiony, nic nie widzę. To Piotrek siedzi i pali sobie papieroska z rana. Albo innym razem trafiliśmy do hotelu, gdzie było jedno duże łóżko, a także takie siedzenie jak w przedziale. Nie wiedziałem czy mogę spać z Piotrkiem Lechem, położyłem się więc na tej ławeczce, Piotrek zasnął wcześniej ode mnie. O szóstej zbudził mnie głosem jak na peronie: tututu, pociąg osobowy dojeżdża do stacji! Zbudziłem się wygnieciony na tej ławeczce, Piotrek zaczął się śmiać. Później nie robiliśmy jaj, jak było jedno łóżko, spaliśmy razem. Takie czasy.

Czytałem, że gdy miałeś szesnaście lat, interesowały się tobą Valencia, Hertha, Inter. Coś było na rzeczy?

Grając w Elblągu była opcja z Valencii. Ludzie z Borussii Dortmund dzwonili do rodziców. Tych klubów w tamtym okresie było multum, ale na tamtą chwilę stwierdziliśmy z rodzicami, że lepiej jak zostanę w Polsce i pogram w Ekstraklasie. Będąc w Górniku prezes Marek Koźmiński przedstawił mi ofertę z Interu Mediolan. Czteroletni kontrakt, tylko podpisać, z tym, że wiązałoby się to z podpisaniem umowy z włoskim menadżerem. Odrzuciłem ją, bo dałem się wcześniej omamić dwóm menadżerom, którzy kręcili się wokół młodzieżowej kadry. Nakłonili mnie, żebym podpisał z nimi umowę, to załatwią mi topowy klub w Anglii – Man Utd lub Arsenal, ta półka. Byłem zafiksowany na Premier League, uwielbiałem tamten futbol, cały pokój miałem w plakatach graczy Czerwonych Diabłów i angielskiej reprezentacji. Uwierzyłem im na słowo. Oczywiście okazało się to ogromnym błędem, bo mając konkretną ofertę z Interu Mediolan trzeba było robić wszystko, żeby tam trafić.

W czerwcu odszedłem z Górnika Zabrze i czekałem na ruch moich menadżerów. Okej, jestem wolny, gdzie kontrakt? Tłumaczyli, że załatwiają. Pewnego dni odbieram telefon – propozycja testów w Wigan. Mówię okej, nie jest to Man Utd ani Arsenal, ale jednak Premier League. Trenowałem tydzień, pokazałem się ze świetnej strony, ale nie podpisali ze mną umowy. Gary Walsh, trener bramkarzy, parę lat później mówił mi, że poszło o kwestie finansowe. Chcieli za mnie zbyt dużo pieniędzy. W połowie sierpnia pojechałem do Glasgow Rangers na takich samych zasadach i z takim samym zakończeniem. Wkrótce siedziałem w domu.  Byłem rok w rok wybierany najbardziej utalentowanym młodym bramkarzem w Polsce, reprezentowałem kraj, a tymczasem we wrześniu biegałem po parku i chodziłem kopać na podwórko. W końcu zadzwonili do mnie mówiąc, że maja propozycję ze Sturmu Graz, ale nie do pierwszej drużyny, tylko do U18. Powiedziałem: panowie, to się staje niedorzeczne. Jestem sfrustrowany. Musimy rozwiązać kontrakt, nie godzę się kompletnie na to, co się dzieje. Obiecywaliście Man Utd, Arsenal, a kończę w juniorach Sturmu Graz, z całym szacunkiem dla tej drużyny. Chyba też zauważyli, że nic z tego nie będzie, rozwiązaliśmy umowę. Zadzwoniłem do byłego menadżera, Jarka Kołakowskiego, który miał dla mnie dwie opcje. Dwumiesięczny staż w Hearts albo Lech Poznań, gdzie trenerem był Czesiu Michniewicz, który znał mnie jeszcze z Elbląga, gdzie czasem pomagał trenerowi Fedorukowi. Czesiu mówił, żebym przyjeżdżał, że śmiało i zaoferują mi kontrakt, ale to było świeżo po aferze na kadrze. Kilku chłopaków, w tym ja, siedziało na dołku. Potrzebowałem odciąć się od tego i wyjechałem.

Możesz opowiedzieć jak to się stało, że wylądowałeś wtedy na dołku?

Wyszliśmy prawie całą drużyną na piwo podczas zgrupowania w Poznaniu. Część wyszła z baru przede mną, ale gdy ja się zebrałem, usłyszałem – tylko nie uciekaj. Policja zaraz będzie. Patrzę, a tu trzy radiowozy. Przed posterunkiem policji miała miejsce jakaś przepychanka, ktoś zaczepił któregoś z kadrowiczów, od słowa do słowa i poszło. Ja w tym nie brałem udziału, ale skuli mnie w kajdanki, zawieźli na posterunek, wsadzili do celi. Modliłem się tylko, żeby nas wypuścili przed śniadaniem, czyli przed 8-9 rano, to może wrócimy i nikt się nie zorientuje.

Abstrakcja. Nic nie zrobiłeś, a tu paka.

Wyszedłem po ciszy nocnej, czyli złamałem regulamin, zawiniłem. W celi znalazłem się z dwoma innymi facetami – łysi, wytatuowani. Czułem się jak w „Symetrii”. Gdy zapytali „za co”, odpowiedziałem jak w filmie: niewinny. Dość szybko zasnąłem, jeden ze współlokatorów rano aż się zdziwił: nie wiem młody jak ty mogłeś  tu przespać całą noc. Odparłem, że też nie wiem, ale chyba tak mnie to wszystko przerosło, że chciałem jak najszybciej zasnąć, żeby nie myśleć o całej sytuacji. O 12 odebrał nas kierownik drużyny i wiedzieliśmy, że mamy przechlapane. Wlepili nam półroczne zawieszenie. Stwierdziliśmy z Jarkiem, ze przeczekam to wszystko za granicą, potrenuję z dala od zgiełku, wyjadę do Edynburga.

Tam przechwyciło się Southampton.

Trenerem Hearts był George Burley, trenerem bramkarzy Malcolm Webster, który notabene prowadzi mnie teraz w Ipswich. Pokazałem się z bardzo dobrej strony. Burley wziął mnie na stronę i powiedział: nic nie podpisuj. Niedługo będziemy mieli dla ciebie lepszą opcję w Anglii. Posłuchałem. Wróciłem do Polski na święta, po paru dniach odbieram telefon od Jarka: Burley trenerem Southampton. Chce mnie od ręki.

Ale to nie był ani Inter, ani Man Utd, ani Arsenal.

Tylko spadkowicz z Premier League, ale wreszcie miałem spokój. Nie musiałem się martwić o swoją przyszłość, miałem dobry klub ze świetną bazą treningową. Byli tu Polacy, Tomek Hajto i Kamil Kosowski, którzy pomagali mi się zaadaptować, przywozili mnie na treningi, zabierali na kolacje, za co bardzo im dziękuję. Poza tym, ja tam od razu grałem. Ledwo się pojawiłem, a dowiedziałem się, że gram najbliższy mecz. Zagrałem świetnie, na zero z tyłu, miałem super wejście. Po dwóch miesiącach zerwałem więzadła, ale wtedy pojawiła się propozycja z Liverpoolu. Southampton ją odrzuciło. Raptem po paru moich tygodniach w Anglii, zaproponowali mi nowy, lepszy kontrakt. Stwierdziłem, że zostanę, dojdę do siebie po kontuzji i wrócę do składu.

Wkrótce jechałeś na mistrzostwa świata do Kanady w roli kapitana reprezentacji.

W Southampton grałem w pierwszym składzie, a moje zawieszenie się skończyło. Zadzwonił trener Globisz: co było to było, dalej na ciebie liczę, jesteś ważną postacią mojego zespołu i chcę, żebyś jak najszybciej wrócił. Mistrzostwa Europy w Polsce ominęły mnie przez wspomnianą kontuzję, ale wyleczyłem się, grałem w Championship, trener Globisz zabrał mnie do Kanady. Ten turniej to jedno z najpiękniejszych piłkarskich wspomnień mojej kariery. Otoczka, przygotowania… dla nas to wielka impreza. Leo Beenhakker praktycznie cały czas był z nami. Podpowiadał, czasem brał udział w treningach, prowadził rozmowy motywacyjne po kolacji. Chłopaków w wieku 19-20 lat często długie odprawy nudzą, mimowolnie zerka się na zegarek lub przez okno. Tutaj zupełnie inaczej. Każdy się skupiał, słuchał, uczył jak się odpowiednio mentalnie przygotować do meczów, jak wyczyścić głowę. Wychodziliśmy pozytywnie naładowani przez Leo, zmotywowani i to też miało swoje przełożenie na boisko. Nazywano nas jednym z najsłabszych roczników, a pokazaliśmy się z dobrej strony.

Raczej z dobrej, skoro ograliście Brazylię.

Strzał Grześka to praktycznie nasza jedyna sytuacja bramkowa, ale udało się dowieźć do końca. Kapitalne, bo przecież 70 minut graliśmy w dziesiątkę. Miałem trochę roboty, trzeba było zatrzymać choćby Pato. Ale najbardziej pamiętam atmosferę na trybunach. Z czterdziestu tysięcy ludzi moim zdaniem więcej niż połowa to byli Polonusi. Czuliśmy się jak u siebie. Prezes Listkiewicz obiecał premie po pokonaniu Canarinhos, słowa dotrzymał, po turnieju dostaliśmy bonusowe przelewy.

A potem zejście na ziemię z USA.

Złapali nas niemiłosiernie. Każda akcja kończyła się golem. Nie mogliśmy upilnować Freddy’ego  Adu, który był moją zmorą. Dwa mecze przeciwko niemu grałem, a strzelił mi sześć bramek. Poza MŚ w Kanadzie jeszcze kiedyś we Francji na turnieju. Ja miałem 15 lat, on 12, a robił co chciał.

Masz do siebie pretensje o USA? Byłeś bramkarzem, który puścił sześć goli i kapitanem, który nie potrafił pozbierać drużyny do kupy.

Wiadomo, że bramkarz czuje się okropnie, gdy dostaje sześć bramek. Skupiałem się jednak na następnym meczu, od którego zależało wyjście z grupy. Nieskromnie powiem, że w dużej mierze dzięki mnie awansowaliśmy dalej. Czułem się świetnie, zapomniałem o Adu, udało się. Argentyna była poza zasięgiem, ale nawet z nimi powalczyliśmy, sam fakt, że prowadziliśmy po golu Dawida. Siła rażenia Argentyny wtedy jednak nas przerastała.

Jak patrzyłeś na tamten zespół, komu wróżyłeś największą karierę?

Myślałem, że Dawid Janczyk osiągnie najwięcej. Mówiło się o nim w kontekście wielu europejskich klubów, wybrał Rosję za ogromne pieniądze. Miałem z nim świetny kontakt, często byliśmy razem w pokoju, trzymaliśmy się czy na tej kadrze czy u trenera Zamilskiego. Dzwoniliśmy do siebie często, niestety w pewnym momencie kontakt się urwał. To był normalny, fajny chłopak i nigdy bym nie podejrzewał, że Moskwa tak go wciągnie. Nic na to nie wskazywało. Samotność w Rosji chyba mu za bardzo doskwierała, nie mógł wytrzymać i popłynął. Kibicowałem mu za każdym razem, gdy zapowiadał powrót, niestety teraz chyba znowu nie powiodło się w Sandecji.  Wielka szkoda, że tak to się potoczyło.

Ty po mistrzostwach wróciłeś do klubu, ale wkrótce zmieniło się wszystko.

Wróciłem z Kanady. Miałem tydzień wolnego czasu, reszta drużyny od dawna trenowała. Zacząłem jednak jako pierwszy bramkarz, tylko, że dostałem czwórkę od Crystal Palace, z czego trzy bramki były moje. Po prostu nie mój dzień, tak się czasem zdarza. Trafiłem na ławkę i podnosiłem się z niej już bardzo sporadycznie.

Więcej minut rozegrałeś w pierwszym sezonie, niż przez kilka kolejnych lat.

Kto mógł przewidzieć, że moje losy tak się potoczą? Że Kelvin Davis złapie taką formę, że przez trzy, cztery lata będzie nie do ruszenia, że będą go wybierać do jedenastek sezonu? Cóż ja mogłem.

Nie miałeś innych opcji?

Były, praktycznie co okienko. Mogłem pójść na wypożyczenie do League One, League Two albo wrócić do Polski. Byłem bliski Wisły Kraków za Macieja Skorży, Alan Pardew się zgodził, wszystko ustalone. Dziesięć minut później Pardew przyszedł do mnie i mówi: mam złą wiadomość. Nie możesz iść do Krakowa, bo stamtąd nie możemy cię w każdej chwili wezwać. I znowu siedziałem w Southampton.

Zasiedziałeś się.

Trzeba było iść i grać, ale ja też niepotrzebnie obawiałem się co ludzie w Polsce powiedzą. Poszedł do League One, przepadł, nie poradził sobie. Naprawdę się tym przejmowałem. Czasem blokował mnie klub. Kiedy chciał mnie Roy Keane w Ipswich – 2009 rok – wtedy Soton nie chciało mnie puścić. Zagrałem czasem w pucharach, jak choćby z Man Utd, ale impas trwał.

Co zdecydowało, że wreszcie wyrwałeś się z Southampton?

2012 rok, sezon, w którym awansowaliśmy do Premier League. Nigel Adkins wziął mnie do siebie w połowie sezonu i powiedział, że dadzą mi nowy kontrakt. Ale skończył się rok, mieliśmy awans, trener powiedział mi: musisz iść gdzieś grać. Ja uważałem tak samo. Iść gdziekolwiek, byle tylko grać. Nasiedziałem się na ławce dość. To był ostatni dzwonek, by jeszcze pracować na swoje nazwisko.

Zanim zamkniemy etap Southampton, małe wspominki kadrowe. Zacznijmy od Garetha Bale’a.

Wszedł do drużyny jako piętnastolatek, zaczynał jako lewy obrońca. Na treningu robił takie rzeczy, że szczęka opadała. Grając jedenastu na jedenastu trening, z lewej obrony potrafił przejść całe boisko z piłką i strzelić gola, po drodze dryblując pięciu, sześciu. Jego rzuty wolne… fenomen. Już w debiucie z Derby na wyjeździe tak strzelił. Przy tym niesamowicie skromny chłopak, który spokojnie trenował, robił swoje, ciężko pracował. Każdy wiedział, że to kwestia czasu, kiedy pójdzie dalej.

Adam Lallana?

Niesamowity wzrost formy. Pamiętam, że ja byłem w pierwszym zespole, on gdzieś tam trenował na uboczu, wypożyczano go. Nie wyróżniał się wcale. W pewnym momencie zaczął grać z braku latu. Klub się sypał, odeszło kilku znaczących zawodników, wzrosła rola wychowanków – musieli grać. Za ich sprawą klub zaczał iść do góry. Lallana był tego najlepszym dowodem, z każdym meczem czuł się coraz lepiej. Pamiętam, że każdy nabierał się na jeden jego zwód – zacinał piłkę piętą na Cruyffa. Do dziś widzę, że z powodzeniem to stosuje. Trzy razy potrafi nawinąć obrońcę w jednej sytuacji.

Ricky Lambert?

Przychodził do nas z Bristol Rovers za milion funtów. Nigdy wcześniej nie grał na poziomie Championship. W pierwszym meczu strzelił dwa gole. Oglądając to z ławki powiedziałem do kolegi – patrz, to będzie nasz zawodnik sezonu. Tak też się stało. Strzelał mnóstwo goli, umiał bardzo wiele – od uderzenia głową, po woleje, rzuty wolne z kilkudziesięciu metrów. Poza boiskiem pamiętam, że nie przywiązywał wagi do ubioru. Kiedyś przyszedł w koszuli flanelowej w kratę, która wyglądała jak koc. Chłopaki rozłożyli ją na środku szatni, postawili na tym talerze, sztućce, zrobili piknik. Albo jak po sezonie byliśmy w Marbelii na tygodniowym wypadzie samych zawodników. Na pierwszą noc Ricky wyszedł w hawajskiej koszuli. Zdarli to z niego i wrzucili do basenu. Wyjeżdżając siódmego dnia koszula dalej pływała w tym basenie.

Ciebie skusiło Notts County. Klub zasłużony, ale na pewno nie rewelacyjny.

Na pewno nie było szału. Southampton miało jedną z najlepszych baz w Anglii, a w Notts trenowaliśmy na boisku jakiejś szkoły, gdzie jak tylko popadało, robiło się straszne błoto. Potem umorusany wsiadałeś do auta i jechałeś do klubu pod prysznic. Ale ja tam nie szedłem dla wygód, tylko żeby grać. Wiedziałem, że tu będę pod obserwacją skautów innych drużyn i to przeważyło. Miałem opcje powrotu do Polski, ale czułem, że lepiej zostać w Anglii. Łatwiej z League One trafić do Championship niż z Ekstrakalsy. Z drugiej strony, jak nie poradziłbym sobie w League One, to już ciężko byłoby mi odejść na sensowny poziom. Byłem jednak pozytywnie nastawiony i od samego początku robiłem wszystko, żeby wrócić przynajmniej na poziom Championship.

W Notts udała się wam wielka ucieczka.

To był drugi sezon, ja już pierwszy miałem dobry, kiedy walczyliśmy o awans. W drugim przyszedł Shaun Derry, twardy gosć, wychowanek Notts, który jeszcze kilka dni przed objęciem nas grał mecz w QPR. Przed nim dostawaliśmy w czapę cały rok. Szorowaliśmy dno. Wielu już było pogodzonych z tym, że spadniemy. Shaun to jednak walczak, obudził szatnię. Trenowaliśmy bardzo ciężko, przed każdym treningiem brał wszystkich na dwunastominutowy bieg swoim tempem. Dla mnie jego tempo to był sprint! Jeszcze nie zaczęślimy treningu, a niektórzy padali. To jednak poskutkowało, bo na koniec sezonu mieliśmy dużo sił. W drugim sezonie, mimo porażek, nikt nie miał do mnie pretensji, a na finiszu, zawsze wtedy, gdy drużyna mnie potrzebowała, stawałem na wysokości zadania.

Nie deprecjonujmy twojej roli. Tylko ciebie fani podrzucali po ostatnim meczu.

Obrona grała super, strzelaliśmy fajne bramki… Byłem lubiany przez kibiców, szanowany, może dlatego mnie podrzucali. Po utrzymaniu impreza trwała do szóstej rano. Już w autobusie zatrzymaliśmy się po prowiant, zaczęliśmy się bawić. Potem na miasto, świętował każdy pub. Przed ostatnim meczem zadzwonił do mnie Malcolm Webster, powiedział, że chce mnie w Ipswich. W Notts nie robili problemów, miałem najwyższy kontrakt w klubie, szukali oszczędności. Za mnie mogli ściągnąć dwóch graczy z pola.

Myślałeś, że do Ipswich idziesz zostać pierwszym?

Nie. Wiedziałem, że idę jako drugi, bo pierwszy ma mocną pozycję. Ale wierzyłem, że szansa się pojawiło, czy to w pucharze czy przez kontuzje, bo taka jest piłka. W Ipswich zmieniłem mentalność. Pobyt w Southampton mnie rozleniwił. Często myślałem – oj dobra, i tak nie zagram, mogę sobie pozwolić na dodatkowe piwko. Mogę iść zjeść hamburgera, mogę zamówić pizzę. Tutaj przygotowywałem się do każdego meczu tak, jakbym miał grać. To zaprocentowało tym, że gdy wskoczyłem do bramki, nie oddałem miejsca.

Czyli masz do siebie pretensje, że nie wyszło w Southampton. Mogłeś zrobić tam więcej.

Na pewno tak. Myślałem, że sukces przyjdzie za darmo. W klubie powtarzali, że we mnie wierzę, ale ja tym się zadowalałem i nie robiłem nic, by swoją pozycję zmienić. Nie zrozum mnie źle – gdy był trening, ciężko pracowałem. Ale poza nim czasami się podjadało jakieś chipsy czy coś tam… w pewnym momencie ważyłem 98 kg. Dzisiaj ważę 85. Nie można się też dać zwariować, bo nawet w klubie jemy pizzę po meczu, ale po prostu się pilnuję. Mam dietę, uważam na to, co jem.

W Ipswich w drugim sezonie dotknęła cię osobista tragedia.

Grałem świetnie, ale przed meczem z Preston dostałem telefon od mamy, że z tatą jest kiepsko i muszę lecieć do Polski. Poszedłem do trenera i powiedziałem, że lecę. Trener znał sytuację, wiedział, że mój tata choruje na złośliwy nowotwór. Puścił mniej już wcześniej: na trzy dni przed meczem play-off o Premier League z Norwich poleciałem do Polski, bo tata miał zawał. Na drugi dzień tata powiedział, żebym wracał i zagrał swój mecz.

Za drugim razem mama zadzwoniła w piątek wieczorem, nie mogłem od razu złapać samolotu. Wziąłem taksówkę to Ipswich, o ósmej miałem lot. Modliłem się, żeby tata dotrwał. Gdy byłem na lotnisku, tata jeszcze mi powiedział, żebym się pospieszył. Obiecałem, że będę najszybciej jak tylko mogę. Przyjechałem do szpitala. Cała rodzina wyszła, zostawiła mnie samego z tatą. Zamieniliśmy dwa, trzy zdania. Powiedział mi, żebym dbał o rodzinę i że mnie bardzo kocha. Powiedział, że we mnie wierzy i żebym był szczęśliwy, ja i moja rodzina. Potem zapadł w śpiączkę. W niedzielę o 11 odszedł. To był bardzo ciężki moment dla mnie, bo z tatą zawsze byłem bardzo zżyty. Wierzę, że jest w lepszym miejscu i patrzy na nas z góry.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że czujesz jego wsparcie na boisku.

Wróciłem do Anglii po pogrzebie, bronił drugi bramkarz. Mówiłem trenerowi, że jestem gotowy, ale chyba widział, że gotowy nie jestem. Płakałem wtedy co noc, nie mogłem sobie poradzić. Ten bramkarz świetnie bronił, nie dawał podstaw, żeby go zdjąć, ale złapał w styczniu kontuzję. Wskoczyłem ja do gry i czułem się w takim gazie, że broniłem praktycznie wszystko. Zagrałem 16 meczów, a zostałem wybrany piłkarzem roku przez kibiców, sponsorów, kolegów z drużyny. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale za każdym razem na boisku czułem obecność taty. Czułem, że mi pomaga.

Dla mnie najważniejsze, że pozostaję wierny temu, co mi zaszczepił za młodu i co mi potem przypomniał. Rodzina jest najważniejsza. Pamiętam jak żona mnie wspierała w najtrudniejszych chwilach, dziękuję jej za to, jest wspaniała. Mam dwójkę wspaniałych dzieci, które bardzo kocham. Jeśli miałbym zmieniać klub, gdzieś iść, tak jak miałem ofertę z Chin, to po pierwsze myślałbym: czy to jest dobre dla mojej rodziny? Tak samo zastanawiam się: czy wrócę do Polski, gdy skończę karierę? Moje dzieciaki w domu mówią tylko po polsku, ale poza tym wychowały się w Anglii. To pytania o dobro mojej rodziny są tymi, które najczęściej sobie zadaję, a nie to, czy zagram w Premier League, choć oczywiście ona pozostaje marzeniem.

Rozmawiał Leszek Milewski

Napisz do autora

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Kanapowy Janusz
Karabakh Agdam

Kolejny w stylizacji Sułtana Stulejmana…

fioot

to dziecko z lewej to chyba jakiegos mariusza ktory spierdolil do uk przed wymiarem sprawiedliwosci

Kanapowy Janusz
Karabakh Agdam

Syn bohatera z avataru Janisa Biodro – bardzo podobny.

Kunta Kinte
Wybrzeże Klatki Schodowej

„To był drugi sezon, ja już pierwszy miałem dobry, kiedy walczyliśmy o awans. W drugim przyszedł Shaun Derry”… „Przed nim dostawaliśmy w czapę cały rok. Szorowaliśmy dno”…
Ktoś może mi to wytłumaczyć…?!

fioot

moze przyszedl w polowie sezonu(wskazywaloby na to zdanie o tym, ze tydzien wczesinej gral mecz)

Kunta Kinte
Wybrzeże Klatki Schodowej

Jeśli rok szorowali dno, to nie mogli równocześnie walczyć o awans…?!

fioot

no to pol roku, pewnie skrot myslowy.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY