Image and video hosting by TinyPic
Syzyfowe prace. Oto jak Bayer dopadała klątwa bycia drugim
Blogi i felietony

Syzyfowe prace. Oto jak Bayer dopadała klątwa bycia drugim

Pamiętacie tę scenę z „Nic śmiesznego”, gdy Adaś Miauczyński przeklina swój los rozpieprzając reżyserowi filmu ujęcie? „Ciągle we wszystkim byłem drugi. Na tysiąc pięćset drugi, z polskiego drugi, w nogę drugi, z zielnika drugi…”. I potem: „Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi”. Jeśli więc kluby piłkarskie mogłyby choć na chwilę przemówić własnym głosem, to jest jeden taki, który z pamięci wyrecytowałby tę legendarną formułkę. To Bayer Leverkusen. A w zasadzie… Neverkusen.

Nie ma chyba na świecie drugiego zespołu, który w ostatnich kilkunastu latach potrafiłby w tak spektakularny sposób wywracać się na skórce od banana dosłownie metry przed końcem wyścigu. Oczywiście, zdarzało się, że Schalke przegrywało mistrzostwo w ostatnich sekundach, Gerrard upadał podczas przyjęcia piłki, a Roma Ranieriego przygotowana do świętowania scudetto dostawała w papę od Sampdorii, oczywiście na Olimpico. Gdy kibice tych zespołów przeżywali swoje wielkie dramaty, zazwyczaj opłakiwali jednak jednorazowe fiasko. W Leverkusen natomiast blamaże piętrzyły się w pewnym momencie tak szybko, że można było wpaść w jakąś paranoiczną spiralę smutku. Dziś wylewałeś łzy po sensacyjnie straconym mistrzostwie, jutro to samo, a w kolejnych dniach czekały jeszcze przecież kolejne klęski – w pucharze europejskim i krajowym.

Ciągnie się za tymi biednymi „Aptekarzami” łatka zespołu, który potrafi spartolić nawet najbardziej dogodną sytuację. Przypomina więc Bayer tych wszystkich piłkarzy, których na YouTube obśmiały setki kibiców. Wiecie – pusta bramka, piłka centymetry przed linią bramkową, a oni kopią się w czoło posyłając futbolówkę w sektor D. Nie wzięło się to jednak znikąd, bo jeśli jakiś moment ze swojej historii chcieliby w Leverkusen trwale wymazać, to z pewnością przełom XX. i XXI. wieku. Z jednej strony wspaniały zespół, multum wyśmienitych indywidualności i wielkich osobowości, a z drugiej – klęska, ruina, porażka i permanentny niedosyt.

Czy można wymarzyć sobie lepszy scenariusz przed ostatnią serią gier niż trzy punkty przewagi nad wiceliderem i wyjazd do drużyny, która nie walczy już kompletnie o nic? Pewnie można, fajniejsze byłoby cztery, sześć czy jedenaście „oczek” zapasu, ale jeśli do końca rywalizacja ma trwać, to jest to jedno z najkorzystniejszych rozwiązań. Oczywiście, każdy ma gdzieś z tyłu głowy czarną wizję, która zakłada presję plączącą nogi, niespodziewany dołek, kumulację pecha i pomór w zespole, ale gdy wszystkie okoliczności wskazują na happy-end, to trudno być pesymistą. 33 kolejki mordęgi, 33 kolejki wyszarpywania punktów, więc jedziemy, robimy swoje i zbieramy zasłużone laury.

Jest więc 20 maja 2000 roku. Piękne, słoneczne popołudnie w niewielkim miasteczku Unterhaching w Górnej Bawarii. Tamtego dnia skromny 15-tysięcznik zapełnił się do ostatniego miejsca, bo z jednej strony lokalne SpVgg właśnie kończyło swój sezon spędzony godnie w roli beniaminka, a z drugiej niezwykle prawdopodobne było, że wisienką na torcie będzie konfrontacja z przyszłym mistrzem Niemiec. Było więc i co świętować, i co oglądać, bo przecież na południe wybrała się również duża grupa kibiców z Leverkusen. Tuż przed pierwszym gwizdkiem sytuacja w tabeli wyglądała następująco:

Bez tytułu

O nic nie walczyło więc Unterhaching, a i małe szanse na europejskie puchary miał Werder, który tego dnia musiał mierzyć się w Monachium z Bayernem. Wszystko więc składało się w logiczną całość z perspektywy kibica „Aptekarzy”. Jakości w zespole było aż nadto, bo przecież i doświadczeni Kirstein, Nowotny, Schneider, i młodzi Ballack oraz Ze Roberto, i piekielnie niebezpieczny w szesnastce Oliver Neuville. A przecież na ławce trenerskiej Christoph Daum, objawienie ostatnich lat, facet który mistrzostwo zdobył przed paroma laty ze Stuttgartem i po cichu sposobił się do tego, by przejąć stery kadry. Kolejna patera w dorobku byłaby więc trampoliną sytuującą go w ścisłej czołówce topowych szkoleniowców pewnie nie tylko w Niemczech, ale i na Starym Kontynencie. Bayer tamtego feralnego popołudnia znajdował się więc w idealnym położeniu – przez cały czas mozolnie wspinał się na szczyt i miał go już w zasadzie na wyciągnięcie ręki. Ostatnie stęknięcie, zaciśnięcie zębów, skupienie i uwaga, by nie ześlizgnąć się ze skały. Nic nie zwiastowało katastrofy.

W nogach zawodników umiejętności było dość, ale jednak nie tylko nogi, ale i (a pewnie przede wszystkim) ważna jest głowa.

– Kiedy staliśmy tak na boisku czekając na gwizdek, czuliśmy ciężką atmosferę. Ale nie tylko o samą temperaturę powietrza chodziło. Na twarzach zawodników Bayeru niepokój mieszał się ze strachem. Widać było, że odczuwają potężną tremę, ciśnienie ze strony kibiców. Byliśmy świadomi ich klasy piłkarskiej, ale – jak czas pokazał – był to jeden z tych dni, kiedy presja zjada drużynę. Możesz mieć wspaniałe umiejętności, ale jednocześnie nie potrafić zrobić z nich użytku – wspominał po latach Markus Oberleitner, uczestnik tamtego spotkania, zawodnik gospodarzy.

c

Bayer, z Matyskiem w bramce, przegrał ten mecz w najgorszych możliwych okolicznościach. Zaczęło się pechowo, bo od trafienia samobójczego 23-letniego wówczas Michaela Ballacka. Goście tłukli głową w ścianę, ale kumulująca się w nich presja i sygnały z Monachium (Bayern demolował Werder 3:0 już po… 16 minutach gry) kompletnie ich sparaliżowały. W końcówce gości dobił jeszcze wspomniany Oberleitner i było po zawodach. Wystarczył punkt, głupi punkt z niewalczącym o nic beniaminkiem. Zabrakło choćby i jego. Koniec końców górą byli Bawarczycy – wygrali lepszym stosunkiem bramek.

No tragedia jak w mordę strzelił. Wszystkie dotychczasowe klocki idealnie do siebie pasowały nakładając się na siebie. Maszyna się zazębiała i wystarczyło tylko dać jeszcze ten jeden ostatni krok, przeciąć wstęgę i wbiec na metę. Aż tu nagle krach – wszystko runęło. Kompletny kataklizm, blamaż, stypa, żałoba. Rzeczywiście pechowe to Leverkusen, co?

No właśnie – z tym, że historia dopiero się zaczyna. To, co przeczytaliście, to dopiero początek rollercoastera. Początek ewolucji w „Neverkusen” (w Niemczech znane jako „Vizekusen”). Bayer zdążył dopiero jedynie kupić bilet do wesołego miasteczka i przejść wstępną weryfikację ochroniarza. Do samej kolejki wskoczyć miał bowiem dopiero dwa lata później.

Można na skutek przegranej załamać się zupełnie i wywiesić białą flagę, ale można też wyjść z założenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. W Leverkusen uznali więc, że ta porażka będzie nasieniem zwycięstwa. W kolejnym roku zabrali się mocno do roboty – nieco przebudowali zespół, podrasowali to i owo, wzmocnili go kosztem chwilowych perturbacji i wypadnięcia poza podium. Oczywiście nie pompowali też przesadnie balonika, bo do sezonu 2001/2002 podchodzili ze świeżo zatrudnionym trenerem. Klaus Toppmoeller dopiero co umeblował gabinet przy BayArena na swoją modłę i praktycznie ciężko było powiedzieć, czego się po nim spodziewać. Jego poprzednik, Christoph Daum, wpadł na ćpaniu kokainy, a sam Toppmoeller miał właśnie za sobą dwa nieudane lata. Na przestrzeni kilku miesięcy najpierw zdążył bowiem spuścić do drugiej ligi VfL Bochum, a kilka miesięcy później stracić zatrudnienie w Saabruecken, gdzie popracował raptem kilkanaście tygodni.

Razem z Toppmoellerem do Leverkusen trafiło kilku ciekawych zawodników. Od lewej: Sebescen, Bastuerk, Butt

Razem z Toppmoellerem do Leverkusen trafiło kilku ciekawych zawodników. Od lewej: Sebescen, Bastuerk, Butt

Mógł podobać się impet z jakim „Aptekarze” rozpoczęli sezon 2001/2002, bo po czternastu kolejkach nie mieć na swoim koncie ani jednej porażki i mieć ledwo trzy remisy to start wymarzony. Co więcej – do 1 grudnia, czyli do momentu, gdy z Bremy wrócili z niczym – mocno kozaczyli również na innych frontach. Pierwszą fazę Ligi Mistrzów (a były to jeszcze czasy, gdy 1/4 finału poprzedzały dwukrotnie rozgrywki grupowe) w efektownym stylu zakończyli tylko za plecami Barcelony, a i w Pucharze Niemiec bez problemów rozprawili się z Jahn Regensburg.

Miesiące mijały, a Bayer – choć oczywiście zdarzało mu się od czasu do czasu przegrać – wciąż zaskakiwał. Bundesliga? A proszę bardzo – marzec zakończony z przewagą czterech punktów nad Borussią Dortmund. Puchar Niemiec? Oklep zebrali kolejno: Bochum (2:3), Hannover (1:2), TSV 1860 Monachium (0:3) i FC Koeln (1:3). Champions League i grupa z Deportivo, Arsenalem, Juventusem? Phi! 10 punktów, awans z pierwszego miejsca. Wiosna rozpoczęła się więc bajkowo, a czym bliżej było maja, tym nastroje stawały się coraz weselsze.

Wydawało się, że przy natłoku obowiązków z czegoś będzie trzeba zrezygnować. Udział w finale krajowego pucharu był już przybity, więc do rozstrzygnięcia pozostawała kwestia – Bundesliga czy LM. No i z jednego trudno zrezygnować, i z drugiego. Niby dwa lata wcześniej wygłupili się z tym Unterhaching, wyszło jak wyszło, ale to przecież już 1/4 Ligi Mistrzów. Dwa kroki od wielkiego finału, dwa kroki od szansy na to, by zostać najlepszą drużyną Europy. Tylko głupi by się wycofał.

Na pierwszy ogień Liverpool, a konkretniej – wyjazd na Anfield. Nuda, 0:1 po golu Hyypii. Wynik zdecydowanie z kategorii tych, które można, a nawet powinno się wyciągnąć. W rewanżu za to wolna amerykanka – garda w dół, otwarta przyłbica i ostra wymiana ciosów. Zobaczcie sami.


W ostatni tydzień kwietnia „Aptekarze” wchodzili więc jako półfinalista Ligi Mistrzów i cały czas lider Bundesligi. W Dortmundzie nieco się ociepliło, mimo wiosennej aury były już tylko dwa stopnie na minusie, ale i do końca dwie kolejki. Na drodze do chwały pozostawało więc, w najlepszym przypadku, biorąc pod uwagę wszystkie fronty, sześć spotkań.

23 kwietnia pierwsza z dwóch batalii o awans do finału LM. Bayer jedzie na Old Trafford i wraca z cennym remisem 2:2. Zespół Klausa Toppmoellera wraca do Niemiec, ale o Leverkusen tylko zahacza – odbija bowiem błyskawicznie na Norymbergę, gdzie walczyć ma o utrzymanie pierwszej pozycji. Przegrywa. Wycieńczona szamotaniną w Teatrze Marzeń drużyna wraca bez punktów, a Borussia, po wygranym 4:3 dreszczowcu w Hamburgu wskakuje na pierwsze miejsce. Sytuacja w czubie ulega więc zmianie po raz pierwszy od trzynastej kolejki, kiedy to Leverkusen zasiadło na tronie. Szybko jednak porażka idzie w niepamięć, gdy 1:1 u siebie z United daje przepustkę do walki na Hampden Park.

Bayer Laverkusen's Oliver Neuville

Do końca pozostają więc trzy spotkania. 4 maja – z Herthą o mistrzostwo. 11 maja – z Schalke o Puchar Niemiec. 15 maja – z Realem Madryt o Ligę Mistrzów. Każde potwornie wymagające, ale nawet przy kumulacji pecha trudno było nie oczekiwać choćby jednego triumfu.

Z Herthą nie pykło. To znaczy Bayer swoje zrobił, bo wygrał 2:1, ale i dortmundczycy zrobili swoje. A było piekielnie gorąco. Na 20 minut przed końcem sezonu mistrzem było Leverkusen. Na BayArena widniało dumne 2:0 po dwóch trafieniach Ballacka i niektórzy rysowali pewnie w wyobraźni piękną wizję, w której pomocnik odkupuje w ten sposób swoje winy za samobója z tamtego feralnego popołudnia w Unterhaching. W tym czasie na Westfalenstadion było 1:1, a bliżej trafienia do siatki był Werder. W 71. minucie Razundara Tjikuzu mógł w zasadzie zamknąć sprawę mistrzostwa – w sytuacji oko w oko z Lehmannem trafił jednak w poprzeczkę.

Wcale nie mniej dramaturgii było w finale Pucharu Niemiec, bo choć Bayer prowadził, to ostatecznie zebrał sromotnie. Klątwa trwała w najlepsze, na przestrzeni tygodnia Ballacka z kolegami przerżnęli dublet po który pewnie zmierzali przez dziewięć miesięcy.

Na to, by uratować honor, by przez kolejne tygodnie bez złości móc spojrzeć w lustro, pozostała już tylko jedna szansa. Najpierw – gol Raula. Potem wyrównanie Lucio, a kolejno strzał z gatunku tych, o których naukowcom się nie śniło – fenomenalny wolej Zidane’a. W końcówce kontuzja bramkarza „Królewskich”, 21-letni Casillas w bramce broniący w nieprawdopodobnych sytuacjach. Cios numer trzy. Cios, który rozłożyłby nawet najbardziej wytrawnego boksera. Trzeci gong na przestrzeni 10 dni. Bayer padł na deski. Dokładnie tamtego wieczoru na Hampden Park na dobre urodziło się określenie „Neverkusen”.

bayer-leverkusen-real-madrid-2002_2z8cahyj21la1kh6gky9xc7w3

– Bayer nigdy nic nie wygra, a na decydujące mecze powinien wkładać pieluchy – kpił wówczas Uli Hoeness, ale kpili też inni. „Aptekarze” na przestrzeni dwóch lat przepuścili spektakularnie cztery wielkie szanse. Bo co innego nie wygrać pucharu, gdy odpada się w przedbiegach, gdy za burtę wyrzuconym zostaje się na półmetku. Ale czterokrotnie mieć coś na wyciągnięcie ręki i w taki sposób to spieprzyć?

Zresztą dla paru zawodników nie był to koniec przykrości. Michael Ballack, Bernd Schneider, Carsten Ramelow, Oliver Neuville oraz Hans-Joerg Butt. Co łączy te nazwiska oprócz faktu, że wszyscy grali w Bayerze i wszyscy zostali naznaczeni syndromem bycia drugim? Dokładnie tak – przeniosło się to również na reprezentację, bo cała piątka solidarnie włożyła na szyje srebrne medale po porażce z Brazylią w finale koreańsko-japońskiego mundialu. Wyłamał się tylko Lucio, który na otarcie łez (ha, kto by nie chciał ocierać sobie łez złotym medalem za zwycięstwo na MŚ!) pozostawił kolegów w przegranym polu.

Bayer „Neverkusen” zaczął funkcjonować ponad dekadę temu, ale termin ten żywy jest do dziś. Gdy Bayern Monachium w 2012 roku zaliczył podobnego hat-tricka, mówiło się o „Vizekusen-Syndrome” lub po prostu „Vizekusen 2.0”. Hoeness bił się wówczas w pierś opowiadając o żarcikach adresowanych w stronę Bayeru przed laty i konsekwencjach, jakie poniósł równo dekadę później.

Zdjęcia z posezonowej balangi klubu były dość wymowne

Zdjęcia z posezonowej balangi klubu były dość wymowne

– To był najgorszy okres mojej kariery. Z jednej strony byliśmy wysoko, stwarzaliśmy przed sobą wielkie możliwości, a z drugiej w taki sposób wszystko psuliśmy. To było najbardziej szokujące 10 dni mojego życia – wspominał po latach Michael Ballack.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ta łatka ciągnie się za zespołem do dzisiaj. Żywa jest przy każdej możliwej okazji, bo Bayer to dziś chyba najbardziej chimeryczny zespół w Bundeslidze. I nie chodzi o dziś jako o ten sezon. Także poprzednie lata były podobne, kiedy „Aptekarze” frywolnie balansowali między zwycięstwem a porażką. Jednego dnia dawali koncert na tle mocnego zespołu, a drugiego grali taki paździerz z outsiderem, że kończyło się kompromitacją. Wielokrotnie wypuszczali zdobycz we frajerski sposób. Wtaczali jak ten biedny Syzyf swój kamień i za każdym razem, już u samego szczytu, głaz staczał się na dół.

Nie bez kozery żartuje się jednak, że Bayer z premedytacją odwala chałturę. To po prostu element strategii – przezornie walkę o jakikolwiek puchar w Leverkusen się odpuszcza, bo jeszcze nie daj Bóg, a udałoby się dojść do finału i do 90. minuty prowadzić…

MARCIN BORZĘCKI

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Syzyfowe prace. Oto jak Bayer dopadała klątwa bycia drugim"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fioot

to sa wlasnie te detale

JakubKawecki

Fajnie, że Autor poruszył ten temat. Osobny artykuł warto poświęcić (o ile już nie poświęcono) końcówce sezonu 2000/2001: https://www.youtube.com/watch?v=lq-Uqz_vT5o

Stracić tytuł z Bayernem po rzucie wolnym pośrednim w 94 minucie…

Kacper Jagiełło

Czytając ten tekst doszedłem do wniosku, że w tamtych latach w większości zespołów Bundesligi ważną rolę odgrywali Brazylijczycy, bo przecież w samym Bayerze mieliśmy w krótkim odstępie Lucio, Ze Roberto, Juana, czy Roque Juniora. Dzisiaj patrząc na niemieckie zespoły przed szereg wysuwają się Douglas Costa, Gustavo, Raffael i od biedy Wendell, ale poza Costą nie znaczą oni wiele w swojej reprezentacji. Być może trend się odwrócił, albo po prostu Brazylia nie ma już tylu klasowych piłkarzy, by obdzielić większą liczbę klubów w Europie. Bardziej skłaniałbym się ku drugiej opcji. Jeżeli wtedy Elber oglądał mundial w telewizji…

Swoją drogą chętnie przeczytałbym o Brazylijczykach w Bundeslidze w XXI wieku, gdyż widząc w sobotę na trybunach Marcelinho podczas jednego z meczów wspomnienia tych kapitalnych grajków wróciły.

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY