Advertisement

Image and video hosting by TinyPic
Jeśli poczuję, że straciłem pasję, spakuję się i odejdę. Mam ogromny szacunek do tej roboty
Weszło Extra

Jeśli poczuję, że straciłem pasję, spakuję się i odejdę. Mam ogromny szacunek do tej roboty

– Potrafiłbyś to robić bez pasji? Widzę, że nawet w trakcie tej rozmowy jesteś pobudzony.
– Bo czuję się teraz trochę jak w trakcie meczu! Rozmawiamy o zawodzie, do którego czuję tak olbrzymią pasję, że nie potrafię inaczej.

Gdybyście świeżo po spotkaniu zapytali się mnie, jak go oceniam, najprawdopodobniej przytoczyłbym to pytanie i odpowiedź, której udzielił. Jest piątek, dopiero 10.30, siedzimy w kawiarni na Pradze, a ja – choć nierzadko o tej porze dopiero zaczynam funkcjonować – momentami czuję się, jakbym znajdował się w kabinie komentatorskiej na Santiago Bernabeu w trakcie El Clasico. Show, są emocje. Przez większość czasu facet nawija jak nakręcony, czasami gestykuluje, podrywa się z miejsca, ale zdarza mu się też zamilknąć na trochę po usłyszeniu pytania. Oryginał, fajnie. A kompletnie nie wiedziałem, czego spodziewać się po tej rozmowie, bo wywiadów praktycznie nie udziela. Ten na pewno jest najdłuższy, no i zaryzykuję stwierdzenie, że najlepszy. Zapraszam na pierwszy odcinek nowego cyklu z wywiadami na Weszło – czasami będą to rozmowy bardziej o bieżących sprawach, ale dziś macie okazję poznać Rafała Wolskiego, zdaniem niektórych najlepszego komentatora piłkarskiego w Polsce.

Real Madryt, FC Barcelona, Valencia, Wisła Kraków, Lech Poznań, Legia Warszawa, Lechia Gdańsk. Wiesz co to za lista? 

(chwila zastanowienia) Nie mam pojęcia.

To lista klubów, którym kibicujesz. 

Niemożliwe.

No właśnie zastanawiałem się, jak wytrzymujesz w takim rozkroku. A podejrzewam, że lista i tak jest niekompletna, bo całego internetu przecież nie przejrzałem. 

To jakieś nieporozumienie. Tu nawet nie chodzi o to, że chyba nie da się darzyć siedmiu klubów taką samą sympatią. Nie znalazłem wspólnego mianownika, nie skojarzyłem tych nazw ze mną.

Zmierzam do tego, że te sympatie są wam, komentatorom, przypisywane naprawdę lekką ręką. 

Taka jest natura kibica. Z tym trzeba się oswoić już na samym początku. Czasami nawet bez powodu wylewa się coś człowiekowi na głowę, bo ludzie oceniają innych przez pryzmat siebie. Ci najmocniej związani z jednym a nie z siedmioma klubami, potrafią każde słowo zinterpretować po swojemu. Powiem więcej – profesjonalny komentator w ogóle nie powinien się tym przejmować. Nie może mieć tego w głowie, gdy idzie do pracy.

A profesjonalny komentator może się opowiedzieć po jednej ze stron? 

Generalna zasada jest jasna – nie. Jesteśmy, powinniśmy być od tego, żeby mówić, jak jest. Są jednak wyjątki, które potrafię zrozumieć. Komentarz meczu reprezentacji Polski – to oczywiste. Komentarz meczu polskiej drużyny, która stara się coś zrobić w Europie – to też. Na innym poziomie emocji komentujemy gola mistrza Polski w takim meczu, a na innym, bez radości, gola strzelonego przez drużynę z innego kraju. To jest dla mnie naturalne, ale pod jednym warunkiem – cały czas merytorycznie mówmy o tym, kto lepiej gra w piłkę. To jest najistotniejsza część. Nie możemy ciągle zasłaniać się tym, że im sprzyja sędzia. Że mają szczęście. Że cały świat jest przeciwko nam. Jeśli widzę, że brak obiektywizmu jest fundamentem, wyłączam. Nie chcę słuchać takiego komentarza.

Dostrzegasz u nas wielu takich komentatorów?

Takich, którzy się w tym gubią? Tak. Nie chcę powiedzieć, że jest ich wielu, ale zdarza się, iż drużyny nie są oceniane równo.

O ile ty nie masz z tym wielkich problemów, o tyle ten zarzut nieustannie pojawiał się w kontekście twojego partnera z duetu komentatorskiego. Leszek Orłowski stał się wręcz wrogiem jednej grupy kibiców. 

Nie wiem zbyt wiele na ten temat. Leszka z nami nie ma, więc czuję się trochę niezręcznie, wypowiadając się o nim. Nie jest żadną tajemnicą, że bardzo go cenię. Uwierz, naprawdę trudno znaleźć drugą taką osobę – jeśli chodzi o hiszpańską piłkę, fachowiec przez wielkie „F”. A co do tego jak jesteśmy oceniani – ja, Leszek, Piotrek Laboga czy inni komentatorzy – trzeba się po prostu pogodzić z pewnymi rzeczami. Pracując z Leszkiem, nigdy nie miałem poczucia, że zgubił obiektywizm.

Ty w ogóle śledzisz tę rywalizację polskich kibiców Realu i Barcelony? 

Mówisz o forach internetowych i tych wszystkich przekomarzankach?

Oj, nie wiem czy to właściwe określenie. Tomek Ćwiąkała, który teraz komentuje większość meczów Realu i Barcelony, mówił mi, że te drużyny tak podzieliły Polaków, szczególnie tych młodszych, że praktycznie nie da się robić ich meczów tak, by nie być oskarżanym o sprzyjanie jednym albo drugim. 

Wiesz co, ja myślę, że one dzielą na pół cały świat, odkąd na dobre zaczęła się ta wielka rywalizacja. Wielka w tym sensie, że te dwie drużyny zaczęły dominować, stały się globalnymi markami, wszystko co robią jest najbardziej spektakularne i tak dalej. I nie zgodzę się, że to dotyczy przede wszystkim młodych. Starszych też, ale oni mają trochę większy dystans. Są po prostu mniej zapalczywi niż ludzie, którzy mają naście lat.

I którzy są ludźmi internetu.

Mnie chyba nie można tak określić. Jestem człowiekiem czystej kartki, która jest do zapisania, i długopisu, którym to robimy. Oczywiście doceniam technologię, korzystam z internetu, ale widzę też bardzo dużo złych rzeczy w nowych mediach, w tym tych społecznościowych. Na przykład w tym, że nie ponosi się żadnej odpowiedzialności za swoje słowa. Czasami sam znajdę komentarz na swój temat, czasami ktoś mi coś pokaże, ale nigdy nie przywiązuję do tego wagi. Zawsze mam wtedy w głowie to samo: „masz mi coś do powiedzenia, to wiesz, gdzie mnie znaleźć”. Łatwo do mnie napisać i zostawić pod tym swoje imię i nazwisko. Dla mnie to, o czym mówimy, to trochę śmietnik. Dlaczego mamy nie podpisywać swoich opinii? Bo tak jest łatwo?

Jako przedstawiciel medium, w którym nie podpisujemy wielu tekstów, nie powinienem oceniać. 

Nie mówię o ludziach pracujących w nowych mediach, w których te zasady są trochę inne niż w gazecie, radiu czy telewizji. Chodzi o komentarze, które często są pozbawione wartości, niewybredne, poniżej każdego poziomu, bo trudno szukać w nich nawet minimum przyzwoitości. No bo – wracając do twojego pytania – tak, mam świadomość, że wzajemnego obrażania się jest pełno ze strony kibiców Realu i Ronaldo oraz Barcelony i Messiego. Czytanie tego to strata czasu. Dziś naszym problemem nie jest dostęp do komentarzy, opinii. Problemem jest selekcja. Musisz znaleźć sobie swój poziom, a schodzenie poniżej nie ma żadnego sensu. Ale to smutne, że w tym świecie tkwi tak wielu ludzi.

Czemu stronisz od obecności w mediach? Oczywiście poza tym, dla którego pracujesz.  

Nie uważam, by było mi to potrzebne. Wiesz czemu teraz rozmawiamy?

No nie do końca. 

Może trochę inaczej – jednym z powodów jest to, że mam teraz dobry czas, żeby to zrobić. Jakbyś zadzwonił w drugiej połowie lutego, w marcu, w kwietniu, to sorry, ale mój umysł jest wtedy gdzieś indziej. Jestem ostrożny w stosunku do tego wszystkiego. Ludzie w tym zawodzie budują się różnymi metodami. Ja też mam swoją. Ale ona nie sprowadza się do tego, że co tydzień jestem w jakimś programie, w radiu, ewentualnie spotykam się z dziennikarzem, który pisze. Za to – co sam pewnie przyznasz – jestem szczery i otwarty. Tak już mam, że jak coś robię, to zawsze na 100%. Myślę, że maksymalnie jeden wywiad na pięćdziesiąt skomentowanych meczów to dobre proporcje.

Twitter CANAL+ SPORT

Twitter CANAL+ SPORT

Jesteś jednym z ostatnich znaczących dziennikarzy, których nie ma na Twitterze. 

Jeszcze raz – nie potrzebuję tego. Zaglądam czasem na firmową stronę na Facebooku, by poczytać o naszej pracy, ale to tyle. Zdarzyło się, że ktoś mnie namawiał na założenie konta, ale bez przesady. Nie brałem tego na poważnie, choć może miałbym z tego jakieś korzyści.

Być może nawet finansowe. 

A to nie wiedziałem. Zresztą, nie szukam tego, zawsze pracuję dla jednej firmy. Zostawmy to. Jest dobrze tak, jak jest. Tym bardziej, że dostrzegam też niebezpieczeństwa z tym związane. Widzę, jaki to pożeracz czasu, którego ja i tak nie mam za dużo. Zdarzają się też przypadki, że komuś przestawi się pod kopułą – uzależnienia przybierają przecież różne formy. Tak jak powiedziałem – jeśli ktoś chce napisać do Rafała Wolskiego, to od 12 lat pracuję w tym samym miejscu, łatwo mnie znaleźć. A wracając do mówienia o sobie – ile można powtarzać, że lubię swoją pracę?

Powiedziałeś kiedyś portalowi realmadryt.pl takie słowa: „Nie będę ściemniał. Ostatnio miałem takie spotkanie ligi polskiej, że kiedy wracałem z meczu, naprawdę cieszyłem się, że następnego dnia będzie odtrutka, zażyję lek, który wyciągnie mnie z takiego stanu, w jaki wpadam w trakcie komentowania takiego meczu”…

Tak powiedziałem, ale żeby obraz był pełen, muszę dodać, że miałem też beznadziejny mecz np. w Lidze Europy. Spotkanie kompletnie bez treści, bez niczego. Goście – jak w tym meczu ligi polskiej, o którym wtedy powiedziałem – wyszli, żeby odwalić pańszczyznę. Jak za karę. W każdych rozgrywkach zdarzają się katastrofalne mecze. A my jesteśmy od tego, żeby nie wciskać ludziom kitu. Niezależnie od tego czy to mecz ligi polskiej, hiszpańskiej czy europejskich pucharów, trzeba po jego zakończeniu powiedzieć, jak było. Można to zrobić na wiele sposobów. Ktoś powie: „przecież nie będziesz strzelał gola sobie, swojej stacji – gniot kompletny, ale nie możesz tego podkreślać pięć razy”. Nie mówię, że trzeba pięć razy. Ale dziennikarz musi być wiarygodny, a to buduje się tylko w jeden sposób: trzeba mówić, jak jest. Jak Ronaldo źle poda piłkę, to sorry – Ronaldo źle podał piłkę. Jak Messi zagra koncert, to wybaczcie, ale Messi zagrał koncert. I odwrotnie. Uchodzą za pół-bogów, ale miewają słabsze chwile. My jesteśmy od tego, by o tym mówić.

Poziom spotkania to dla ciebie bardzo ważna sprawa czy robisz swoje niezależnie od niego? 

Wysoki poziom spotkania to coś, co pomaga komentatorowi. Gdy zapytasz mnie o to, czego chcą ludzie, gdy odpalają mecze w telewizorze lub na innych urządzeniach, to odpowiedź jest prosta: chcą emocji. Chcą bezpośredniej rywalizacji, której często im w życiu brakuje. Ktoś idzie na osiem godzin do pracy w banku i tak wygląda jego codzienność. Nie mówię, że nie może lubić swojej pracy, ale są tam pewne określone schematy postępowania, wkrada się rutyna. A uważam, że każdy z nas ma w sobie mniejszą lub większą chęć rywalizacji, a nawet tylko oglądania jej. Tę potrzebę zaspokaja sport, między innymi futbol. To jest tak spektakularne, tak bezpośrednie – ten Real z Barceloną, ale też na mniejszą skalę generujące ogromne emocje mecze Ekstraklasy – że można na chwilę zapomnieć o wszystkim. Rozmawiamy dwa dni po meczu w Pucharze Króla, w którym Barcelona wygrała na wyjeździe z Atletico. To idealny przykład. Zmieniająca się sytuacja, drużyny wychodzące ze swoich problemów w różnych fazach meczu, te genialne akcje bramkowe. Takie spotkania ludzie chcą jeść wielkimi łychami, bez końca.

Można powiedzieć, że są mecze, które komentują się same?

Nie, same nigdy się nie komentują. Taka prawda – komentator może schrzanić nawet najlepszy mecz.

Załóżmy, że jesteś w Łęcznej lub w Niecieczy. Za tobą 45 minut typowego męczenia buły. Nie masz czasami tak, że w przerwie myślisz sobie: „nie wiem, jak to dociągnę do końca”?

Teraz już nie w Łęcznej, a w Lublinie. Słuchaj, ja jestem konkretnym gościem, więc zaraz powiem ci, co robiłem ostatnio w tych dwóch miejscach. Moja wizyta w Lublinie to chyba było spotkanie Górnik Łęczna kontra Legia. Goście mieli wtedy co innego na głowie, ale przypomnij sobie, że to był naprawdę bardzo dobry mecz! Wszystko za sprawą gospodarzy i za sprawą tego, jak potrafili się zmobilizować, bo wcześniej nie mieli chyba ani jednej wygranej na koncie. A żeby dopełnić obraz – do Niecieczy, gdy byłem tam po raz ostatni, przyjechała Korona. Gospodarze szybowali bardzo wysoko, zbierali wiele pochwał. Goście? Seria kilku meczów bez zwycięstwa, tymczasowy trener. No i na koniec wygrana Korony 3-1, w pełni zasłużona, po bardzo dobrym meczu. Nie mam problemu ze spotkaniami w Niecieczy czy Lublinie, bo tam też zdarzają się dobre zawody.

Jednak częściej zdarzają się te złe.

Powiem ci tak – jeśli chodzi o same emocje, Ekstraklasa moim zdaniem nie dostarcza ich mniej. Jako dziennikarz, który powinien być krytyczny, oczywiście widzę różnicę w poziomie. Byłoby super, gdyby te ekipy znaczyły więcej piłkarsko, bo na razie potrafią stworzyć widowisko, ale tylko między sobą. A jak przyjedzie przyzwoita ekipa z niekoniecznie dobrej ligi w Europie, to zarówno Korona, jak i Bruk-Bet czy Górnik – wszyscy przegrają. To oczywiste. Jednak jeszcze raz powtórzę, że z punktu widzenia komentatora, słabe mecze zdarzają się wszędzie.

Generalnie zmierzam do tego, jak bardzo brakuje ci dziś odtrutki w postaci La Liga. 

Brakuje, bo…wiesz, gdzieś masz serce. Ale to znów nie jest cały obraz. Jeśli ktoś chce wykonywać ten zawód, musi spojrzeć na pewne sprawy obiektywnie. A w moim przypadku prawda jest taka, że ciągle mam wiele wyzwań i doznań związanych z moją pracą. To mi daje liga polska, to mi daje Liga Mistrzów i możliwość komentowania w niej hiszpańskich drużyn, ale nie tylko, to mi daje Copa del Rey. Mamy teraz taki bardzo fajny czas, gdzie praktycznie co tydzień jest mecz tych rozgrywek, co przypomina trochę rytm ligowy. Wiem, że za chwilę będzie para finałowa i ona sobie zagra w maju, ale to ciągle jest dużo spotkań. Patrząc z mojej perspektywy, koniecznie trzeba brać pod uwagę to, jaką furorę robią hiszpańskie drużyny w Europie. One tam rządzą, grają do końca, w finałach, zgarniają trofea w obu turniejach. Później, jak jest mecz o Superpuchar Europy, to też grają Hiszpanie. Więc ten kontakt i tak mam stały.

Oglądasz ligę w Eleven?

Oczywiście. To liga hiszpańska, więc nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie oglądać.

I jak oceniasz? Bo ich styl jest jednak diametralnie inny. 

Nie będę tego oceniał. Oglądam, bo to ciągle jest i zawsze będzie moja liga. Do Canal+ przyszedłem z jej powodu. To był ten magnes, od tego zaczęła się rozmowa, do której doszło w 2005 roku. Długo to trwało, aż coś się zmieniło. Ale nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.

Rozumiem. Ale sam styl komentowania, który oparty jest na większej interakcji z widzami, przez Twittera, przez hasztagi – to jest coś, w czym ty byś się odnalazł? 

Odnaleźć można się we wszystkim. To pytanie, które wolałbym usłyszeć pod kątem siebie, brzmi trochę inaczej – czy wszystko to, co uważamy za nowość w komentowaniu, w szukaniu kontaktu z widzem, jest dobre?

Jak brzmi odpowiedź?

Nie wszystko jest dobre. Pewne rzeczy trzeba rozdzielić. Trzeba szukać kontaktu. Naprawdę doceniam to, że ludzie mogą błyskawicznie się odnieść, zapytać i tak dalej. Ale czy na pewno powinno się to odbywać w trakcie komentarza? Gdybyś znał stan mojego umysłu w czasie komentowania… Przepraszam, ale ja w tym momencie nie będę nikomu odpowiadał na żadne pytania. Jestem od tego, żeby uprzyjemnić ten okres i żeby przybliżyć to, co się dzieje, wykorzystując przy tym pewne umiejętności. To wszystko. Nie jestem też człowiekiem, który lubi robić pięć rzeczy w tym samym czasie, bo uważam, ze wtedy gubi się jakość. Już i tak musisz współpracować ze swoim kolegą na stanowisku obok. Nie możesz się wyłączyć, musisz go słuchać. A czasami mam tak, że słyszę duet komentatorów i wydaje mi się, że każdy z nich jest w swoim świecie. Tak być nie powinno. Trzeba umiejętnie reagować. Piłka jest wolniejsza niż np. hokej, ale zdarzają się mecze, w których nie ma czasu na wiele. Nie można sprzedać wszystkiego, co sobie przygotowałeś. I nikogo nie obchodzi to, że ty się napracowałeś. Suarez w meczu z Atletico wyskoczył z piłką jak diabeł z pudełka i koniec. Nic więcej się nie liczy.

No i opowiadana w tym czasie anegdota ląduje w koszu…  

W polskim komentarzu i tak mówi się dużo. Nie chcę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że za dużo, ale czasami tak się zdarza. Taki mamy temperament. Ani nie jesteśmy Hiszpanami, ani Niemcami. Mamy swoje cechy, co widać w komentarzu sportowym. I myślę, że komentator powinien być wiarygodny również w tym ujęciu, że musi być sobą. Niech krzyczy na widok bramki tak, jak czuje, że powinien to zrobić. Bez udawania, to droga donikąd. Czasami znasz człowieka, wiesz, jak się zachowuje, jak okazuje emocje. A gdy zaczyna komentować, okazuje się, że jednak nie znasz. Zachowuje się inaczej, dzieje się z nim coś dziwnego. Tak być nie powinno, widz to wyczuje.

Powiedziałeś, że nie jesteśmy Hiszpanami, ale chyba to styl, do którego ci najbliżej. 

Generalnie dostrzegam w tym kraju kilka fajnych rzeczy dla siebie (śmiech).

Podobno w młodości oglądałeś wiele meczów właśnie z hiszpańskim komentarzem. 

Oglądałem z hiszpańskim, ale często oglądałem też z niemieckim w DSF-ie. Poza tym jeszcze z angielskim.

To na ile twój komentarz wynika z tego, jaki jesteś, a na ile to te wzorce, które uważasz za słuszne? 

Kalka nigdy nie jest czymś dobrym. Uważam po prostu, że dobrze wiedzieć, jak jest na świecie. Spotykam człowieka, który twierdzi, że za dużo gadamy. Chcę wiedzieć, jak mam mu wiarygodnie odpowiedzieć, odnosząc się do zagranicznych przypadków. Ty mówisz o sztucznym rozwiązaniu, a one nigdy nie są dobre. Komuś może się podobać to, jak jakiś Hiszpan przez 30 sekund krzyczy gol na bezdechu, ale u nas to najpewniej wypadnie słabo. Jestem pewien, że się nie przyjmie. Mówiąc wprost – dostaniesz za to bęcki. Albo styl brazylijski. Gdy mówię: „rób to tak, jak czujesz”, teoretycznie mógłby się trafić ktoś, kto chce robić mecze właśnie w ten sposób. Ale dla mnie musiałby się tam chyba urodzić i żyć przez 20 lat, by być autentyczny.

Często oglądam po kilkanaście meczów w tygodniu i słyszę, że te kalki występują.

Oczywiście. Nigdzie nie powiedziałem, że ich nie ma. Właśnie dlatego je krytykuję, bo słyszę, że są. Nagminne są również próby naśladowania innych polskich komentatorów.

Szpakowskiego, Borka, Wolskiego.

Tego nie wyłapałem. Potrafiłbyś kogoś wskazać?

Myślę, że kogoś bym znalazł.

Jestem trochę zdziwiony. Ale nie zmienia to faktu, że kalki nie są dobre. Trzeba to robić po swojemu. Po prostu. Nie ma i nigdy nie będzie dwóch takich samych komentatorów.

Potrafiłbyś to robić bez pasji? Widzę, że nawet w trakcie tej rozmowy jesteś pobudzony. 

Bo czuję się teraz trochę jak w trakcie meczu! Rozmawiamy o zawodzie, do którego czuję tak olbrzymią pasję, że nie potrafię inaczej. Za chwilę wróci Liga Mistrzów, liga polska, wszystko w jednym czasie. Gdy zobaczę swój grafik, naprawdę będę musiał się postarać, by mieć czas też na inne rzeczy, bo wiadomo – życie nas nie omija, są sprawy i są ludzie, którym trzeba poświęcić uwagę. Mogę być zmęczony fizycznie. Ale nigdy mentalnie. Kończę mecz, a już w głowie mam następny – wiem, co przed nim zrobię i już nie mogę doczekać się, kiedy usłyszę pierwszy gwizdek. Odpowiadając na twoje pytanie – gdy zabraknie mi tej pasji, spakuję kilka rzeczy, które mam w biurku i odejdę. Mam za duży szacunek do tej pracy. Dziś trudno mi to sobie wyobrazić, ale jeśli kiedykolwiek będę wypalony, to poszukam sobie innego zajęcia. Nie wyobrażam sobie skomentowania meczu z marszu, na wariata, w złym stanie fizycznym. Ludzie nie doceniają szczegółów, a to wszystko ma bezpośrednie przełożenie na jakość komentarza. Czasami nawet po intonacji, akcencie, końcówce zdania słychać, jaki dzień ma komentator. Czy mu się chce, czy niekoniecznie. Widzowie sobie tego nie uświadamiają, ale przekłada się to na ich ostateczną ocenę. Jest milion rzeczy, o które musisz zadbać. Ja ciągle chcę to robić. Właśnie to nazywam pasją.

Nigdy nie powiesz: „dobra, nie ma co, dziś pojadę boiskiem”?

Nie, absolutnie. Ale przy okazji dotykasz innego problemu. Cały czas sobie mówię: „więcej boiska o kilka, może kilkanaście procent, a mniej tego, czego się naczytałem, nasłuchałem, lub co powstało w moich rozmowach z Leszkiem, albo z chłopakami z redakcjami, z którymi komentuję mecze”. A ich jest sporo, bo tu nigdy nie było koncertu życzeń z mojej strony. Uważam, że to też wzbogaca warsztat, bo każdy jest inny. „Mielcar” komentuje inaczej niż „Wieszczu”. „Wieszczu” inaczej niż „Kazek” i tak dalej. Wygodniej byłoby powiedzieć, że chcę tylko z tym i z tym, ale nie rozwinęłoby mnie to.

ZABRZE 22.02.2014 MECZ 23. KOLEJKA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2013/14: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSZAWA 0:3 --- POLISH TOP LEAGUE FOOTBALL MATCH: GORNIK ZABRZE - LEGIA WARSAW 0:3 KAZIMIERZ WEGRZYN RAFAL WOLSKI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Fot. FotoPyK

Postawię tezę, której nie jestem autorem, ale poniekąd się z nią zgadzam i chciałbym, żebyś się odniósł. Rafał Wolski stworzony jest do wielkich meczów i tylko takie powinien komentować, w tych słabych wypada trochę groteskowo. 

Od razu powiem, że skupiam się tylko na końcówce tego zdania. (dłuższe zastanowienie) Nie, nie mogę się do końca zgodzić. Słabszy mecz to słabszy mecz – robię go tak, jak czuję. Może ktoś ma problem z odbiorem, bo ledwie trzy dni po półfinale Ligi Mistrzów jestem na stadionie – trzymając się przykładu – w Niecieczy albo w Lublinie. Dla mnie to nie jest żaden problem. I żeby było jasne – żaden z tych meczów nie jest ważniejszy.

Skomentowanie gola Messiego w Lidze Mistrzów i Grzegorza Piesio w meczu o dwunaste miejsce w polskiej lidze w podobny sposób, jednak może kłuć w oczy. Albo w tym przypadku w uszy. 

No może. Mam taki stosunek do piłki, jaki mam. Powiem w ten sposób: raz na jakiś czas zdarza się, że ten Piesio kopnie piłkę tak, że gdybyś przeniósł to na taki stadion jak Camp Nou i porównał to ze strzałem Messiego – zestawił ze sobą parabole lotu piłki i wszystko co jest częścią tej akcji – doszedłbyś do wniosku, że to wygląda tak samo. A może to dla mnie jeszcze większy szok, że w tej polskiej lidze w meczu o dwunaste miejsce można takiego gola zobaczyć? To wyzwala emocje. Co mam powiedzieć? „Gol Piesio” w niemieckim stylu?

No niekoniecznie w niemieckim. 

Inaczej czuję grę. Czasami gdy słucham niemieckich komentatorów, wydaje mi się, że facet na dwie minuty gdzieś wyszedł. Zabrakło mu wody i po prostu po nią poszedł. Ludzie często pytają, jak mogę jednego dnia komentować najlepszych, a następnego Ekstraklasę. Zawsze odpowiadam tak samo – to kwestia filtra. Chodzi o to, by przed meczem założyć odpowiedni. Oczywiście tylko jeśli chodzi o te oczekiwania piłkarskie. Kwestia emocji to zupełnie coś innego.

Od zawsze miałeś taki stosunek do Ekstraklasy?

Powiem ci coś. Pojechałem na swój pierwszy mecz ligi polskiej z Canal+ w 2005 roku. Cracovia grała z Legią. „Pasy” miały fatalną serię przeciwko tej drużynie, zawsze bęcki. W końcówce meczu Łukasz Surma nie strzelił karnego na 1-0 dla Legii. Po chwili Boruc się pomylił i Marcin Bojarski strzelił zwycięską bramkę dla Cracovii. Stary stadion „Pasów” oszalał, „Bojar” podjechał na kolanach do linii bocznej. No i słynny obrazek z polskiej ligi – podniósł koszulkę, a pod nią t-shirt z napisem: „Dziękujemy za wszystko Ojcze Święty”. To są takie rzeczy, które na zawsze zostają w pamięci. Teraz weź: dramaturgię tego meczu, wszystko co się dookoła działo, dorzuć do tego mój stosunek do piłki, mój stosunek do pracy, specyficzny moment, bo zaczynałem i wiedziałem, że trzeba pływać, a nie iść na dno. I co wychodzi? Liga Mistrzów – fajnie, wielka piłka, ale pod względem emocji to, co wydarzyło się z Krakowie, to było coś! Jeśli ktoś się męczy, pracując przy lidze polskiej, to faktycznie – powinien iść do szefa i powiedzieć, że lepiej czuje się w innych klimatach. Może będzie to nawet z korzyścią dla stacji. Ale dla mnie mecz to mecz. Ktoś powie, że to bzdura, że stawiam znak równości, czy nie dostrzegam przepaści pomiędzy meczem polskiej ligi a finałem Ligi Mistrzów. Powiem tak – są takie momenty, w których czujesz, że idziesz w dobrym kierunku. Gdy siedzisz na stadionie w Berlinie czy w Mediolanie na finale Ligi Mistrzów, czujesz się genialnie, to dodaje skrzydeł. Ale to tylko jedna strona. Gdy dostajesz klasyk ligi polskiej, to co masz powiedzieć? Tego też nie rozdają na każdym rogu. U nas po prostu nie gra się tak dobrze w piłkę jak w Lidze Mistrzów czy w Hiszpanii. Ale gra się emocjonująco.

Czyli da się w tej Ekstraklasie po prostu zakochać. I to nawet jeśli ktoś dziś żyje tylko La Liga.

Da się. Nie powiedzieliśmy o jeszcze jednej sprawie. Teraz częściej jeździmy po Europie, na wielkie stadiony, do fajnych miast. Częściej możesz po meczu zrobić wywiad z Guardiolą albo z Cristiano Ronaldo. Ale gdy przypomnę sobie te pierwsze lata, to tak nie było. I wiesz co mi dawała liga polska? Możliwość pracy na stadionie. To jest coś fenomenalnego! Wsiadasz w auto, jedziesz na stadion, kręcisz się tam ładnych parę godzin. Podobnie jak wszyscy wchodzisz na murawę przed meczem. Rozmawiasz z ludźmi. Idziesz na stanowisko, sprawdzasz sprzęt. Czuć to, że jesteś częścią tego stadionu. Coś niesamowitego. Dziupla zawsze będzie tylko dziuplą. Oczywiście tam też można odpłynąć. Jeśli robisz Hiszpanię, to prędzej czy później tak się stanie i zapomnisz, że jesteś w dziupli. Ale na stadionie coś cię niesie.

Podobno twój pierwszy mecz ligi hiszpańskiej zrobiony ze stadionu, to słynne El Clasico, w którym Ronaldinho dostał owację na stojąco na Santiago Bernabeu. 

Tak, 0-3. Dwa gole Ronaldinho, trzeciego dorzucił Eto’o. Mówiłem ci przed chwilą o doświadczeniu z niezwykłego meczu Cracovia-Legia, no to to jest mniej więcej ten sam worek. To są momenty, które zostają w pamięci. O każdym można nowelę napisać. Jak zobaczyłem, że ci ludzie na Bernabeu wstają, żeby oklaskiwać piłkarza Barcelony, zatkało mnie. Gdybyś zapytał się mnie o to nawet dwie godziny wcześniej, mając w głowie wszystko to, co wiem o tych klubach, powiedziałbym, że to niemożliwe. Że coś takiego się nie zdarzy. Nie w tych czasach! Po prostu nie! To było coś niewiarygodnego. Niewiarygodnego! Wiesz, dużo rzeczy w ostatnich latach schodzi na psy. A to są takie chwile, w których masz poczucie, że ciągle jest coś wartościowego. Że można mieć klasę. Że można mieć swoje przekonania, poglądy, ale to wcale nie oznacza, że przez całe życie masz pluć na kogoś innego. Że można bić komuś brawo i nie masz kaca z powodu tego, że pokazałeś słabość.

El Clasico może spowszednieć? Był czas, w którym tych okazji do gry było bardzo dużo. 

Nie, nie może. To jest stały element tego świata. Zawsze będziemy tym żyć. Niezależnie od tego, czy oni będą grali ze sobą dwa razy czy osiem razy do roku.

Powiedzieliśmy trochę o twoich debiutach i o tym, że masz do nich szczęście. Ale ten pierwszy mecz jeszcze w czasach TVP nie wygląda szczególnie dobrze. Cementarnica Skopje vs GKS Katowice.  

Tak, pierwszy mecz w duecie z Tomaszem Jasiną, a na drugi na Bukową pojechałem już sam. Ale co, twoim zdaniem miałem powiedzieć szefowi, żeby wysłał mnie od razu na Ligę Mistrzów?

Warunki na stadionie pewnie średnie. 

Jeśli chodzi o warunki, zdziwiłbyś się, jak dobre były. Minęło trochę lat, a zdarza się, że dziś są one mniej komfortowe podczas meczów Ekstraklasy. Ale tak jak sprzęt sam nie gra, tak stanowisko samo nic nie zrobi. Może pomóc, jeśli masz dobrą perspektywę, może sprawić problemy, jeśli jest złe. Bywa różnie. W teorii to powinna być jedna gigantyczna szyba.

Dlaczego komentujesz na stojąco? 

Bo nie umiem na siedząco. Za bardzo tym wszystkim żyję.

Ale w dziupli też?

Nie, no co ty! W dziupli zdarza się poderwać z miejsca, wyrzucić w górę papiery, mocno walnąć współkomentatora. Różne rzeczy się dzieją.

Po twojej dynamice w trakcie rozmowy, wydaje mi się, że też bywa grubo.

No tak. Ale zależy od meczu. Czasami zobaczyłbyś tylko, jak ciężko na siebie patrzymy w 30. minucie, bo nie tylko nie ma goli, strzałów, ale też nawet chęci. Zdarzały mi się mecze, po których czułem się tak, jakbym skomentował mecz, drugi i jeszcze dogrywkę, no i karne. A to było tylko 90 minut. A z drugiej strony zdarza się, że pierwszy raz zerkam na zegarek w 37. minucie. I jestem w szoku, bo wydaje mi się, że gadamy maksymalnie kwadrans.

Chciałem pogadać o TVP. Czujesz się trochę wyrzutem sumienia? W sumie jednym z kilku, bo nie jesteś pierwszym dziennikarzem, który zrobił karierę dopiero po odejściu z Woronicza. 

Z TVP zawsze tak było. Kiedyś w tym kraju istniała tylko jedna telewizja. Ona w dużej mierze wychowała tych, którzy później stanowili o sile nowych stacji. Gdybyś przejrzał kadry, to na to by wyszło, bo ludzi z odpowiednim doświadczeniem nie mogłeś znaleźć ot tak, na ulicy.

Ale twój przypadek jest jednak trochę inny. Czujesz, że nie dostałeś tam prawdziwej szansy? 

Gdy tam byłem, czułem, że dostaję ich za mało. Natomiast na pierwszym miejscu przy takich rozważaniach jest jedna bardzo ważna rzecz i to się nigdy nie zmieni – nauczyłem się tam bardzo wiele. I mówię tu o wielu rzeczach, które są przydatne dzisiaj. To bardzo dobra akademia dla kogoś, kto zaczyna. Można powiedzieć, że od razu warunki bojowe. Spotykasz się z różnymi sytuacjami, ludźmi. Ale gdy nauczysz się tam pływać, to nigdzie nie utoniesz. Chodzi na przykład o niektóre zasady. Wielu z tych, którzy zaczynają dziś w telewizji, nie ma w ogóle pojęcia, że tak trzeba. Bo nikt im tego nie mówi, bo dziś telewizja wygląda inaczej. Dlatego jestem przeszczęśliwy, że załapałem się do tamtej TVP. Co nie zmienia faktu, że szans dostawałem za mało.

A to nie jest trochę tak, że okazałeś się za mało elastyczny? Sam mówiłeś, że namawiano cię, że żebyś zajął się innymi dyscyplinami, dzięki czemu miałbyś większe możliwości. 

Pracowałem w różnych rolach, bo coś trzeba było robić, ale zawsze miałem głód piłki. Jestem monotematyczny. Dla mnie istnieje piłka nożna, a gdzieś daleko jest cała reszta, cały sport. To nie znaczy, że nie oglądam transmisji z innych dyscyplin. Zdarza się. Oglądałem finał Wielkiego Szlema, siedem meczów w finale NBA, siatkarzy i mówię tu tylko o rzeczach oderwanych od polskich wątków. Piłka ręczna też mi się podoba. Ale futbol to absolutny numer jeden i to nigdy się nie zmieni.

Wtedy też tak było?

Gdybym zgłosił akces do zajmowania się czymś innym, może miałbym łatwej. Ale gdzie by mnie to doprowadziło? Byłem nieprzejednany. I nie żałuję. Taki jestem. Jak w coś wierzysz, to idziesz na maksa. Albo robisz coś na 100%, albo nie warto. Szkoda twojego czasu. Szkoda nerwów twoich i innych ludzi, zostaw to. Po jakimś czasie na Woronicza widziałem, że będzie trudno. Znałem też swój charakter, a on jest taki, że nie zawsze kupuję wszystko to, co jest dookoła. Z pewnymi rzeczami się nie zgadzałem i wiedziałem, że to mi nie pomoże. I gdy w takiej sytuacji, gdy ty zastanawiasz się nad zmianą, dzwoni Canal+, który jest jedynką na twojej liście, na co możesz narzekać? Byłem w TVP, nauczyłem się, pokazałem. W końcu ileś tych meczów zrobiłem. Niewiele, ale na tyle dobrze, że dostałem telefon z Canal+. Wszystko na temat.

Generalnie zaczynałeś od pisania już w liceum. Jaki to był tytuł? 

„Nowe Wiadomości”. Tak mi się wydaje. Z mojego Włocławka.

Dlaczego nie wciągnęła cię koszykówka? Przecież Anwil to była potęga. 

Byłem w klasie humanistycznej, poznałem kogoś, kto pracował w tej gazecie. Poszedłem tam sam, zapytałem, wzięli mnie. Pierwsza moja relacja była – uwaga! – z żeglarstwa. Zalew niedaleko Włocławka i jeśli dobrze pamiętam – zawody o Błękitną Wstęgę tego miejsca. Pływałem jakąś łódką, przyglądałem się temu, co robią na wodzie i napisałem o tym swój pierwszy artykuł. Później były kolejne, aż w końcu ktoś powiedział, że mam iść na koszykówkę. A to był prestiż, bo najwyższa liga, w zasadzie rok w rok walka o medale. Mój tekst się podobał. Miałem regularnie na tę koszykówkę jeździć. Ale poszedłem do pana, który był redaktorem naczelnym i którego mocno szanowałem.

– Chcę jeździć na piłkę nożną.
– Ale jak piłkę? Tu masz ekstraklasę, a tam IV liga, V liga.
– Nieważne. Może być Mień Lipno, może być Lech Rypin, może być Kujawiak, mogą być Orlęta Aleksandrów Kujawski. Wszystko jedno, byle tylko mecz piłkarski.

No i to chyba mówi wszystko. Również o czasach na Woronicza i o tym, że nie miałem serca do innych dyscyplin.

Pisanie to jest ciągle coś, co lubisz? 

Uwielbiam. Przede wszystkim to bardzo ważna część mojej pracy. Przygotowując się do meczu, muszę pisać. Gdy dostaję przydział do spotkania, wypisuję sobie na gorąco skojarzenia. A potem jest bezpośrednie przygotowanie meczowe i wtedy piszę już bardzo dużo. Nie zawsze wszystko zabieram ze sobą do dziupli, ale w ten sposób się uczę. Pisanie służy temu, by przybliżyć sobie materię. Gdy studiowałem, streszczałem sobie rozdziały. Na osobnych kartkach robiłem takie krótkie opracowania, żeby szybciej to przyswoić. Lubię poświęcić meczowi dużo czasu.

A pisanie dla innych? 

W tej chwili nie. Kiedyś napiszę książkę. A wiesz kiedy to zrobię? Jak będę trochę bardziej ogarnięty i mądry niż dzisiaj.

O czym będzie? 

Chyba o mojej pasji. O tym wszystkim co to zajęcie mi daje oraz o tym, co ze mną wyprawia. O różnych sytuacjach, z którymi się spotkałem. Ale to jest temat na kiedyś. Dzisiaj niektóre rzeczy ludzie zaczynają robić za szybko. To nie zawsze ma sens. Jeśli chcesz coś powiedzieć ludziom, dobrze by było, gdybyś miał co powiedzieć. Po prostu. A ja chyba jeszcze nie jestem na tym etapie. Dla mnie poprzeczka zawsze wisi wysoko, taki mam feler. Tak samo z tą książką.

Studiowałeś prawo. Skąd taki wybór? 

Jak masz 19 lat, to czasami rzeczy dzieją się przez przypadek. W takim wieku z reguły nie wiemy, co chcemy robić. Najlepszy przykład jest taki, że mi ta lampka się zapaliła, gdy miałem 25 lat i po castingach dostałem się do redakcji TVP. I wtedy już wiedziałem, że nie odpuszczę. Że choćby się waliło i paliło, będę szedł do przodu i że będę komentował futbol.

Ale na prawo nie idzie się ot tak. 

No to tak w skrócie. Gdy byłem jeszcze młodszy, więcej czasu spędzałem na boisku niż w szkole. Chciałem być piłkarzem. Ale chyba byłem za mało uparty, by postawić na swoim. Później wymyśliłem sobie, że będę dziennikarzem, bo spodobało mi się pisanie do gazety. A dalej – trzeba było coś zrobić. Myślałem, że może pójdę na dziennikarstwo, ale trudno mi powiedzieć, dlaczego tego nie zrobiłem. Czasami są takie okresy, które po latach trudno racjonalnie wytłumaczyć. W moim przypadku to chyba właśnie te lata. Ale te wymagające studia bardzo mi pomogły. Przeczytałem wiele książek, których pewnie nigdy bym nie przeczytał. Mam pełną świadomość, że dziś robię coś mniej poważnego, że to tylko sport, rozrywka. Ale wszystko możesz robić różnie. Albo świetnie, albo źle, albo przeciętnie. Ja chcę to robić świetnie i wiem, ile elementów się na to składa. I studia tutaj też odegrały dużą rolę. Bo ten zawód to w dużej mierze język polski. Bardzo dużo zależy od tego, co przeczytałeś, z czym się zetknąłeś. Potrzebna jest też taka ogólna wiedza.

Myślisz czasami o reprezentacji Polski? 

Zależy w jakim kontekście pytasz.

Potrafiłbyś ją komentować? Mateusz Święcicki mówił niedawno na Weszło, że on nie dałby rady. Nie potrafiłby komentować patriotycznie. Nie ten poziom patosu. 

Ja wiem, że potrafiłbym. Może to wpływ tych 800 meczów, które skomentowałem. Wśród nich było też spotkanie pierwszej reprezentacji. Tuż przed odejściem z Woronicza, zrobiłem mecz towarzyski w Grodzisku Wielkopolskim. Polska-Białoruś. Przegraliśmy 1-3. Dla nas trafił Żurawski, a u nich brylowali bracia Hlebowie. Patos? Myślę, że wiem, co Mateusz ma na myśli, bo to, jeśli ktoś śledził reprezentację, na przestrzeni lat było wyczuwalne. To nie jest styl, który odpowiada mi najbardziej. Myślę, że to wszystko można zrobić w bardziej przystępny sposób. Czasami to jest rokoko. To jest barok wywalony w kosmos. Niepotrzebnie. Prawie każdy, kto włącza telewizor, wie komu kibicuje. Nie miałbym obaw przed skomentowaniem meczu reprezentacji. Dziś nie miałbym obaw przed żadnym meczem.

Ale jest to na liście twoich celów? 

To nie tak. Ja mam w zasadzie tylko jeden cel. Nadrzędny, od samego początku, reszta jest mu podporządkowana. I temu celowi podporządkowane są też metody, które do niego prowadzą. I doprowadzą.

Jak rozumiem, nie zdradzisz.

Nie zdradzę.

„Sport+ Extra”. Jak wspominasz te czasy? To chyba twoje dziecko.

Nasze – zawsze tak mówię. Wiesz co, często powtarzam, że ideał w sporcie nie istnieje. Nawet w tych fajnych rzeczach, które cię jarają, zdarzają się momenty, które po prostu trzeba przeżyć, są one trudne i tak dalej. Tak jest z tym programem. To podobna sytuacja do tej z TVP – najważniejsze jest to, czego się nauczyłem. Po siedmiu latach prowadzenia tego programu, zyskałem duże umiejętności i pewność siebie. Roboty była z tym cała masa. Nie było łatwo tydzień w tydzień ogarnąć cztery ligi, gdzie każdej musisz poświęcić uwagę. Tym bardziej, że przychodziłem tam jako kompletny świeżak. Miałem doświadczenie komentatorskie, choć też niewielkie, ale nie jako prowadzący. Nie przyszedłem do telewizji po to, by lampy na mnie świeciły. Nie muszę być znany z ekranu. Dzisiaj jestem bardziej komentatorem niż prowadzącym, najlepiej czuję się z słuchawkami na uszach. Ale wiem, że dzięki tamtemu programowi w każdym studiu się odnajdę.

Ale trochę szkoda tego programu, prawda? 

Wiesz co zapamiętałem ze studiów? Nie można być sędzią we własnej sprawie. Dlatego nie usłyszysz komentarza. Po zakończeniu emisji dotarło do mnie wiele fajnych sygnałów. Przy niektórych było tak, że pomyślałem sobie, że kurde, naprawdę warto było to robić. Kto wie – teraz czuję się bardziej komentatorem, ale może kiedyś będę chciał zrobić swój program. „Sport+ Extra” pokazał mi też, czego wtedy nie miałem. Jako prowadzący i gość, który właściwie o wszystkim decyduje w tym programie. Cenna nauka w warunkach bojowych. Jeśli będę chciał zrobić coś nowego, będzie to 17 tysięcy razy lepszy program. Taki mam charakter.

Lubisz oglądać swoje mecze? 

Nie przepadam. Ale robię to.

Słyszałem, że robisz wielokrotnie. Jesteś trochę jak trener, który analizuje grę swojej drużyny. 

Nigdy tak o tym nie myślałem, ale może coś w tym jest. Lubię się skontrolować.

Oglądasz je na przykład pod kątem wyłapywania powtórzeń? 

To jest tak: wychodzę ze stadionu, z dziupli i zawsze jest to pierwsze wrażenie. I ono się sprowadza głównie do tego, gdzie był zgrzyt, co się nie udało. Czasami pojawi się też w głowie jakaś fajna myśl, że np. interakcja była wartością tej transmisji. Ale oglądając mecz później, skupiam się na minusach. Tych plusów już w ogóle nie wyłapuję. Strasznie wkurzam się, gdy od razu wiem, że jest moment negatywny, coś do skontrolowania. Ale czasami to bywa przewrotne. Skatujesz się myślą o błędzie w drodze do domu, a gdy oglądasz mecz jeszcze raz, okazuje się, że to wybrzmiało. Ale to kwestia feleru w mojej głowie. Podsunąć ci jedno pytanie?

Chętnie. 

Czy można zrobić mecz idealnie?

Można? 

Uważam, że nie. Ale dopóki masz ochotę napieprzać się o to, by zbliżyć się do 100%, to wszystko jest super.

Słyszałem, że unikasz wchodzenia w bliskie relacje z piłkarzami, a to w tym zawodzie dość powszechne zjawisko.

Co mam powiedzieć? Wiem, że tak się zdarza, ale mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza w robieniu dobrego dziennikarstwa.

Jesteś perfekcjonistą? Tak wielu ludzi cię postrzega. 

(dłuższe zastanowienie) Może powiem tak – niedługo minie 12 lat, odkąd przeniosłem się do Canal+. Przez pierwsze osiem zgodziłbym się z tym, że jestem perfekcjonistą. A teraz zgadzam się tak w 85% (śmiech).

Ale działasz trochę inaczej niż wielu twoich kolegów. 

Czyli?

Na przykład przyjeżdżasz do redakcji, żeby oglądać mecze, a spokojnie mógłbyś zrobić to w domu. 

Zgadza się. Ale w domu też oglądam i to pewnie nawet więcej. Wiesz co, ja kiedyś pracowałem tylko w redakcji. Jak przychodziłem do domu, to oznaczało, że praca się skończyła. Kiedyś wydawało mi się, że trzeba postawić wyraźną granicę.

Przejechałeś pół Europy, by komentować mecze. Najpierw zapytam o najpiękniejsze wspomnienie. Finał Ligi Mistrzów? 

Finał Ligi Mistrzów to absolutnie wyjątkowa sprawa.

Szczyt, prawda? 

Tak, pod wieloma względami. Ale z mojego bardzo subiektywnego punktu widzenia jest inny mecz, który oznacza coś niepowtarzalnego.

Finał mundialu? 

Nie. Najważniejszy mecz piłkarski na świecie to dla mnie El Clasico. Tak było i będzie. Komentowałem to spotkanie jedenaście razy, trafiła się po drodze seria dziewięciu ligowych meczów z rzędu. I nic w moim podejściu nie zmieniło się ani o milimetr. Ten mecz niesie ze sobą największy ładunek. Niektórzy kręcą nosem, bo to drużyny z jednego podwórka, a to nie to samo co konfrontacja dwóch różnych stylów, zderzenie filozofii, jak np. w finale w Berlinie, w którym FC Barcelona grała z Juventusem. Wiem, że ludzie tego szukają w Lidze Mistrzów. Wiem, że czasami mają już dość tych wewnętrznych starć. Ja jednak nie mam żadnego problemu z tym, że Real i Barca leżą na terenie jednego państwa. Dla mnie ważna jest historia, emocje, którymi jest nasycone to starcie tak, że to więcej niż futbol. Coś niebywałego. Oczywiście finał Ligi Mistrzów to dla mnie ważna sprawa z innego powodu – to jasny sygnał, że ktoś jest zadowolony z mojej pracy. Przy czym cały czas mam pokorę i energię, by szukać wejścia na kolejny poziom. Ale jeśli chodzi o moje subiektywne przeżycia, cały ten ładunek emocjonalny, to myślę, że El Clasico nie zamieniłbym nawet na finał mundialu.

Jest jeden mecz, który wspominasz najlepiej? 

Nie ma w moim przypadku czegoś takiego.

A najbardziej absurdalny?

Może wrócę tu do innej sprawy, bo powiedziałeś o moim szczęściu do debiutów. Zapomnijmy na chwilę o stwierdzeniu „absurdalny”. Chodzi o mój pierwszy mecz dla Canal+. To miało być spotkanie ligi hiszpańskiej, zrobione z dziupli z Leszkiem. O godzinie 21.55 mieliśmy wejść na antenę. Słyszymy odliczanie wydawcy: „20”, „10″ i  tak dalej. Przy „5” nie usłyszeliśmy już dalszego ciągu i stwierdzenia „jesteście”. Zamiast tego: „nie komentujecie, nie żyje Jan Paweł II”. To mój pierwszy mecz. Poszliśmy do redakcji. Było po 21.37, wszyscy siedzieliśmy, mieliśmy wzrok wbity w telewizor. Trochę się we mnie wtedy działo. Czekałem na ten moment, a tutaj wydarzenie, przy którym mój debiut nie oznaczał nic. To było mocne przeżycie. Jak moje drugie El Clasico, na które poleciałem do Madrytu. W innej części kontynentu rozbił się samolot. Smoleńsk. Też trochę się działo. Trochę za dużo.

To chyba wyczerpaliśmy temat debiutów.

Jeszcze nie, był inny. Mój pierwszy mecz Ligi Mistrzów ze stadionu. Poleciałem tam jeszcze z TVP. To był chyba 2004 rok, rozgrywki wracały po zimowej przerwie, Bayern grał z Realem. Najpierw samolot poleciał nie do Monachium, a do Frankfurtu, bo była śnieżyca. Były wątpliwości, czy w ogóle się dostanę. Cały dzień w podróży, ale udało się. Następnego dnia na stadionie było nieporozumienie wynikające z podziału praw – chyba Polsat miał licencję, my sublicencję. Chodziło bodajże o to, że oni wybrali ten mecz, a w takim układzie my nie mogliśmy. I było tak, że komentator Polsatu dostał stanowisko, a ja – będąc na takim meczu po raz pierwszy w życiu – nie. No i mówią mi: „będziesz komentował do słuchawki”. Wiadomo, że pierwszy mecz chcesz zrobić jak najlepiej, a tu nie ma monitora, nie ma pulpitu, nie ma nic.

Zrobiłeś to przez telefon?

Nie wiem, co się wtedy wydarzyło, ale udało się to załatwić w ostatniej chwili. Chyba goście z SAT.1 montowali mi to minuty przed wejściem. Ale różni komentatorzy opowiedzieliby ci o takich przypadkach. Ja byłem w szoku. Siedziałem i na próbę komentowałem do słuchawki, wyobrażając sobie, że na dole grają piłkarze. Czułem się trochę jak idiota, ale to był realny scenariusz. Albo stamtąd uciekniesz, albo spróbujesz coś zrobić. Ja postanowiłem zostać (śmiech).

To prawda, że gdybyś nie był komentatorem, to otworzyłbyś restaurację? 

Dobre masz informacje. Padło kiedyś coś takiego, ale bardziej jako pociągający pomysł na przyszłość. Dzisiaj to się trochę zmieniło.

Kuchnia hiszpańska?

Nie, niekoniecznie. Fajne miejsce dla fajnych ludzi. To ogólny opis, wiem, że niewiele mówi, ale to koniecznie musiałoby być coś takiego, pod czym mógłbym się podpisać. Dzisiaj myślę już trochę szerzej. Jak dam sobie kiedyś spokój, to po prostu będzie własny biznes. No i co? Uda się.

Rozmawiał MATEUSZ ROKUSZEWSKI 

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

35 komentarzy do "Jeśli poczuję, że straciłem pasję, spakuję się i odejdę. Mam ogromny szacunek do tej roboty"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
spirit83

bardzo twardo stąpający po ziemi gość, choć widać, że utrata praw dotknęła go mocno, bo nie tylko zabrali mu ligę do komentowania, ale i program… niemniej widać, że pasjonat i już swoje w życiu dziennikarskim przeszedł.

Franz Smud

Bardzo inteligentny facet i zdecydowanie najlepszy komentator w Polsce. Wielkie mecze (np. Liga Mistrzów) dzięki niemu są jeszcze bardziej magiczne. Na drugim miejscu jest B. Gleń, ale jemu trochę jeszcze brakuje do poziomu pana Wolskiego. Mam tylko jedno zastrzeżenie – czasem za bardzo i za długo krzyczy po bramkach. To przeciągłe „goool” nie do końca mi pasuje. Ale może jestem wyjątkiem.

Ile razy oglądam La liga na Eleven, myślę o tym o ile lepiej by się oglądało ten mecz gdyby komentował go Wolski zamiast tego pajaca Mirosławskiego

Janko Buszewska

Really? Chyba jednak okresliles swoją inteligencję, skoro ktos taki Ci nią imponuje.
Jako ze nie czytalam to i nie wiem, ale skoro (DZIEKI BOGU) go wreszcie wykopali, to moze znow zechce sie ogladac C+Sport.
Jeszcze tylko m.murawski, i polowa tych pierdól, zwl. gadatliwych pilkarzyn od jatki na boisku.

Franz Smud

…co?

fioot

najwiekszym nieporozumieniem to jest cwiakala

Grzesiek_K

Nie jestem fanem ligi hiszpańskiej i sądzę, że bywa i tak, że redaktor Wolski bywa nieco nieobiektywny, kiedy przyjdzie mu komentować pucharową potyczkę pomiędzy przedstawicielem La Ligi, a choćby Serie A, niemniej uważam go za znakomitego fachowca, czołowego jeżeli chodzi o Polskę. Cieszy również jego zdrowe podejście względem różnorakich możliwości jakie daje internet. Dobrze jest korzystać z sieci, niemniej to co wyczyniają niektórzy dziennikarze(nie tylko sportowi)jest totalnie żałosne. To wieczne reklamowanie swoim ryjem poszczególnych firm na twiterze pokazuje w sposób dobitny chciwość danych przedstawicieli mediów. Konkretny zarobek za dobrze wykonaną pracę jest czymś chwalebnym, ale rozkręcanie konfliktowych sytuacji, wywoływanie sensacji i liczenie na to, że zgłosi się do ciebie przedstawiciel jakiegoś koncernu i zareklamuje swój kretyński produkt jest beznadziejne.

FC Bazuka Bolencin

Lepiej bym tego nie ubrał w słowa. Też mi się wydaje że gloryfikuje La Ligę czasami. Dziwię się trochę bo na początku są wymienione kluby których rzekomo jest wg internautów kibicem i nie ma wśród nich Atletico – z którym mi osobiście zawsze się kojarzył z czasów Canal+. Duży plus dla gościa za pracowitość i to zdrowe podejście do „dobroci czasów obecnych” którymi jesteśmy bombardowani na każdym kroku. Podoba mi się też że nie owija w bawełnę i jak mecz w naszej lidze jest do kitu to do kitu a nie chwali ten badziew jak niektórzy byli ekstraklasowi piłkarze obecnie komentujący dla nc+.
Jednak jak słyszę że dla niego el srasico jest ważniejsze od np. finału mś albo finału ligi mistrzów (finału Barca-Real JESZCZE nie było) to ciężko mi jest to trochę pojąć bo naprawdę bystry z niego gość. A tu taki klops. Choć z drugiej strony to jego indywidualne zdanie i ja szanuję, ja o el srasico mam odmienne.

Janko Buszewska

To jakaś prowokacja? Jeśli tak to za długa, bo chyba nikt nie ma ochoty czytac kolejnego jego niekonczącego się pseudo-lingwistycznego BEŁKOTU.
To człowiek z jakimiś psychicznymi odchyłkami, ale przede wszystkim, beznadziejny „komentator” – bo przecież w czasie transmisji, zajmuje sie wszystkim, tylko nie samym meczem.
Ot, lubi se pogadac z kumplem, a moze i nawet cos wiecej, bo zwykle chłopa mu trzeba by sie migdalic z nim… with PRIDE.
A to wszystko pomimo tak widocznego zakochania sie w sobie samym i we własnym glosie.

SzymonP

Nigdy nie zrozumiem jak można uważać go za najlepszego komentatora w Polsce. W samym C+ jest przynajmniej pięciu lepszych. Przemądrzały ton, napuszony, sztuczny i nabzdyczony komentarz – dla mnie jest zwyczajnie męczący i odbiera przyjemność z oglądania, a nie „dodaje magii” (WTF?).

Janko Buszewska

Przede wszystkim, to dziwadło jest kompletnie pozbawione poczucia humoru, luzu, riposty i punchu i dlatego, przykrywa swoje totalne sztywniactwo niekonczącymi sie kolejnymi podzdaniami, i szczegolnie wqurwiajacymi kolejnymi okresleniami tego samego.
Np. „w tym bym zamysl, w tym byla idea, po prostu… pomysl, zgodzisz sie Kaziu… ETC.

martini720

Nie do końca zgadzam się ze wszystkimi poglądami pana Wolskiego, ale widać że jest z niego spoko, twardo stopąjący po ziemi gość. Cenię go za warsztat komentatorski, pasję w głosie, sposób komentowania bramek. Mówi się, że dla pewnych piłkarzy warto iść na stadion, to w przypadku p. Wolskiego warto włączyć transmisję. Jestem przesiąknięty Premier League od dziecka, czyli jakieś 13 lat, ale nie zamykam się na inne ligi. Ludzie z Eleven w komentowaniu hiszpańskiej zrobili duże postępy, przyjemnie słucha się p. Ćwiąkały czy Święcickiego, jednak Rafał Wolski w porównaniu np. do p. Mirosławskiego to inna półka.

martini720

PS Absolutny top

siwy1948

Dla fanów komentarza Rafała Wolskiego polecam ten filmik :)

SyFowy Przemek

Bo sztywny
Bo nie chodzi na szampana z pilkarzami
Bo nie opowiada historyjek
Itd itp
Nie jestem fanem La Liga, ale Wolski profesjonalizmem zjada tych bajkopisarzy z Eleven.

Janko Buszewska

Nie mylmy 2ch spraw.
Ze swym „talmudycznym”, analitycznym móżdżkiem nadaje sie głównie do prowadzenia STUDIA, natomiast w komentatorce jest TRAGICZNY i niereformowalny. Co gorsza, zakaził swym „stylem” resztę miernot z C+.
Oni też juz są nie do uratowania. Amba zaszła zbyt Życzę mu jak najgorzej, tak jak i mielcarskiemu przyslowiowego… POŁAMANIA NÓG!

Darek900
Darek900

RobRob

Lubie ogladac mecze z jego komentarzem, ale wywiad nudny. Ciezko sie to czyta w porownianiu z innymi.

Kamil1984

Stronniczy i nieobiektywny leszcz. Gorszy ogór od Szpaka.

Janko Buszewska

Najgorsze że nie tak bardzo odbiega poziomem od reszty tego zblazowanego 20leciem żałosnego towarzystwa wzajemnej adoracji, traktujących widza jako dodatek pod własne popisy, jak ten smokowski np.

Profesor

Nawet nie czytalem, ciekawszy bylby wywiad z kierowca wozkow widlowych z 20letnim doswiadczeniem. Ale to tylko moja opinia.

Janko Buszewska

PS. Może inaczej i po prostu!
A PASZOŁ WON (!!!), wreszcie nudny i zarozumiały sztywny bucu, bo ja nie mam żadnego szacunku dla takiego, co mi kompletnie spieprzyl KILKANASCIE meczy, tylko w ostatnim sezonie.
I wierzaj mi, nie przeczytalam ani slowa z twego „mamrota”, bo bym sie chyba podobnie ZWOMITOWAŁA.
Jak mowia w GB… *GET A ROOM*, czyli weź tam sie, w hotelu spotykaj na „pieprzenie” z murawskimi i innymi neandertalami…

gregoriusmax

Opanuj się..co to jest to jest rynsztok dopiero co prezentujesz..Ve te a la mierda!
ale tego pewnie nie zrozumiesz więc powiem Ci to w j.ang. Fuck! You scutterin’ gobshite! enough???ps.a gość jest po prostu średni,nie kopie się leżącego jednak.
i nie obraża do wszystkich innych do okoła…

Janko Buszewska

Ja nikogo tu nie obrazam!Pisze prawde o tej mendzie i tym calym C+ srodowisku. Ten cwok po prostu zabija, zagaduje na smierc kazdy mecz i psycholowi wydaje sie., ze jego bogactwo wewnetrznych mysli i wędrowek KOGOKOLWIEK INTERESUJE, a czasie, gdy na boisku dzieje sie cos zupelnie innego.

Šćepan Šćekić

Absolutnie najgorszy, najbardziej denerwujący komentator w Canal Plus, a może i nawet w Polsce.

Kamil1984

Zawsze komentuje mecze Legii i zawsze szuka kontrowersji „dla Pana Sławka” wspólnie z pyrą mielcarskim. Wk…ia jak mało kto.

Janko Buszewska

Za to najmniejszy faul Lecha od razu karalby czerwona kartka lub odeslalby do Komisji Ligi. Zalosna kanalia…

fioot

Pracując z Leszkiem, nigdy nie miałem poczucia, że zgubił obiektywizm.

i na chuj te wywiady, jak kazdy klamie, koloryzuje i przekreca?

Jerzy Władysław Endżel

Głos do komentowania Rafal Wolski to ma. Czuć w tym emocje, co jest szalenie ważne. Sprawdza się równieź nienajgorzej w studio. Z kolei red. Smokowski jest kapitalny np. w Lidze + Extra,a do komentowania na żywo nadaje się średnio. Może komentować coś typu Tuluza – Dijon w Pucharze Ligi Francuskiej w duecie ze Stefanem Białasem, który prawdopodobnie ma kwity na wszystkie stacje telewizyjne w kraju, jeśli dają mu cokolwiek do skomentowania.

Janko Buszewska

No, szczegolnie te jego, OPOZNIONE o kilka sekund „podniecenie sie” po strzale, kiedy pilka juz dawno przeszla 3 metry nad poprzeczka, lub obok 😉 Oni zreszta wszyscy przeszli jakis taki kurs i robia to podobnie. Sciskaja gardlo i wznosza krzyk, kiedy juz znamy final akcji.

Ja, Felek

„Rafał Wolski, zdaniem niektórych najlepszy komentator w Polsce” ???
I jeszcze rzekomo ktoś go posądza o kibicowanie Wiśle, a nie Legii? …lol…
Boże, ci ludzie po prostu żyją z głową w garnku.

Komentator, który nie komentuje tego, co się dzieje na boisku jest żenującym dyletantem. To jak ciotka komentujaca mecz w TV. Tylko plotki ją interesują, a na futbolu się nie zna.

Najgorsi są ci komentatorzy, którzy swoje eseje przekazują na meczu. Mecz się dzieje na boku, a ci mają swoje komentarze nie związane z akcją. Albo emocjonują się kto wygra (oczywiście Legia w Canal+, a słabszym kibicują jak grają przeciw rywalom Legii).
Tylko totalni dyletanci, którze naprawdę nie lubią futbolu, mogą preferować takich komentatorów. Tacy, dla których mecz to tylko emocje i plotki, a nie zagrania piłką i taktyka.

Zabawne, że Wolski najwyraźniej nie umieścił siebie w ich gronie, choć ich krytykuje:
„A czasami mam tak, że słyszę duet komentatorów i wydaje mi się, że każdy z nich jest w swoim świecie. … Nie można sprzedać wszystkiego, co sobie przygotowałeś. I nikogo nie obchodzi to, że ty się napracowałeś. Suarez w meczu z Atletico wyskoczył z piłką jak diabeł z pudełka i koniec. Nic więcej się nie liczy.”

SzymonP

„Najgorsi są ci komentatorzy, którzy swoje eseje przekazują na meczu. Mecz się dzieje na boku, a ci mają swoje komentarze nie związane z akcją.”

Zgadza się. A niestety przoduje w tym ostatnimi czasy Mateusz Borek, komentujący Bundesligę na ES2. A jeszcze jak jest w duecie z Hajtą to koniec.

Janko Buszewska

Świetna ocena, acz zbyt delikatna.

Waciak

Pierwsza część wywiadu nieco sztywna, druga o wiele lepsza. Czego nie lubię w komentarzu Pana Wolskiego? Nadmiernej ekspresji. Może w czasie komentowania się zapomina, może zwyczajnie oddaje całego siebie, żyje widowiskiem, ale…jak dla mnie za często drze on japę. Jakaś magiczna akcja, magiczny gol? Okej, niech odleci i krzyczy niczym Don Juan z Ameryki Płd. Ale gdy ktoś kopnie w polskiej E-klapie prosto piłkę, strzeli 2 metry obok okienka i słyszę to podniecenie w głosie Pana Rafała, to mnie skręca i mam ochotę co najmniej wyłączyć głos.

DARIO

ojojojojojojoj co tam sie stalo?

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY