Advertisement

Image and video hosting by TinyPic
W Polsce odrzuceni, w Afryce koronowani – przypadek Djouma i Ndipa Tambe
Weszło Extra

W Polsce odrzuceni, w Afryce koronowani – przypadek Djouma i Ndipa Tambe

Czasem trudno nie odnieść wrażenia, że o dalszej historii piłkarzy opuszczających Polskę, decyduje maszyna losująca. Z jednej strony wszyscy myślą – „ten zrobi karierę, nie ma bata, wyjedzie i zamiecie”, a facet za granicą przepada i rzeczywiście zamiata, ale tylko klubowe korytarze w ramach jedynej aktywności fizycznej. Są jednak też zawodnicy, którym kariery się nie wróży i czasem wręcz pokazuje krzyżyk na drogę, a oni w nowym otoczeniu się odnajdują. I tak jest poniekąd z Arnaudem Djoumem i Robertem Ndipem Tambe, bowiem obaj panowie u nas nie zaistnieli, a od niedawna rządzą w Afryce – z ekipą Kamerunu zdobyli mistrzostwo Czarnego Lądu.

Co więcej, obaj w tym turnieju odegrali swoje role – może nie kluczowe, ale też nie statystowali i jest to o tyle istotne, że nie sprowadza tej historii do rangi nic nieznaczącej ciekawostki. Djoum przesiedział fazę grupową na ławce, ale już po awansie zaczynał wszystko od początku, Tambe z kolei, z wyjątkiem pierwszego spotkania, zawsze łapał swoje minuty, trzykrotnie wychodząc w podstawowej jedenastce. Najważniejsze, że obaj zaczęli finał, Hugo Broos sporo w Belgii widział i zdobył, nie jest w ciemię bity i gdyby uznał, że Djoum i Tambe mu się nie przydadzą, to przecież posadziłby ich na ławce. A jednak, z jakichś powodów stwierdził, że na przykład od początku woli Tambe, nie zaś Aboubakara – piłkarza wcześniej Porto, a dziś wypożyczonego stamtąd do Besiktasu. Pewnie, to zmiennik dał wygraną Kamerunowi, ale Tambe swoje taktyczne obowiązki mimo wszystko wypełnił.

Kto by przypuszczał, bo gdy chłopak trafiał do LZS-u Piotrówki, największe problemy miał właśnie z taktyką. – Dużo czasu poświęcaliśmy pracy nad tym elementem, bo zaraz po przyjeździe na meczach potrafił 20-30 razy dać złapać się na spalonym – opowiada Tomasz Hejduk, trener Tambe w Piotrówce. Klub położony niedaleko Opola słynął z tego – do momentu wprowadzenia limitów obcokrajowców przez PZPN – że lubił dawać szansę piłkarzom z Afryki czy Ameryki Południowej, starając się wypromować ich do większego grania. Na tej zasadzie trafił tutaj też właśnie Tambe. – Robert przyszedł do Piotrówki przez znajomości, mam kontakty w Afryce – mówi w swoim bardzo lakonicznym stylu, prezes klubu Ireneusz Strychacz.

Piłkarz, pomimo wspomnianych luk w aspekcie taktycznym i braków w przygotowaniu motorycznym, od razu chciał jednak pokazać, że nie jest przebierańcem, który przyjechał na Stary Kontynent nie wiadomo po co. – Motorykę nadrobiliśmy w trzy-cztery tygodnie, bo fajnie popracowaliśmy nad tym w treningu. Robert się nie obijał, często zostawał po zajęciach i bardzo dobrze nam się współpracowało. Widać było, że chce coś osiągnąć – mówił, że nie po to trafił z Afryki do Europy, by grać w czwartej lidze, tu miał się tylko wypromować. Miał ponadprzeciętne umiejętności i cechy typowej dziewiątki – dobrze zbudowany, często pokazywał się do gry i strzelał sporo bramek. W 13 meczach 18-krotnie trafiał do siatki, w czwartej lidze opolskiej był najlepszy – opowiada Hejduk.

ndip

Robert w koszulce Piotrówki

Z opisu trenera wyłania się więc zawodnik, który nie dość, że ma odpowiednie umiejętności, to jeszcze dokłada do tego głowę, nie ucieka mu ona za bardzo w inne rejony niż piłka. Choć oczywiście, jak to bywa z przybyszami z tamtych rejonów, barwnych anegdotek nie brakuje. – Strasznie się denerwował jak go ściągałem z boiska, a to nie były często zmiany spowodowane jego grą, tylko gdy mieliśmy dobry wynik, to wolałem, żeby się zregenerował i odpoczął. Raz wygrywaliśmy 5:0, już nie pamiętam z kim, to ściągnąłem go w 75. minucie, a on zaczął coś krzyczeć po afrykańsku, nie podszedł do mnie, tylko gdzieś z dala opuścił boisko. Następnego dnia wziąłem go na rozmowę i uargumentowałem mu, dlaczego zrobiłem tak, a nie inaczej. Poprosiłem go o to samo, by powiedział mi, dlaczego na mnie krzyczał. On przeprosił, stwierdził, że jest bardzo porywczy i ma taki temperament. Na następnym meczu, jak schodził w 75. minucie, to mnie przytulił. To było fajne, bo zrozumiał, że w piłce nie chodzi o to, by on strzelał 20 bramek i grał 120 minut w każdym spotkaniu – opowiada Hejduk.

Innym razem, LZS wybierał się autokarem na mecz, ale kolonia afrykańska nie stawiła się na zbiórce, wśród nich oczywiście Tambe. Ktoś po nich pojechał i zastał wygrzewających się w ogrodzie, tłumaczyli potem, że pomylili godziny. Ot, taki już ich urok.

Wtedy też Piotrówka zrobiła wynik i awansowała do III ligi. To nie było tak, że polskie kluby z rodzimego topu są ślepe i Tambe został kompletnie przeoczony. Były testy i zapytania, ale na tym się kończyło. – Górnik Zabrze, Piast, Śląsk i Podbeskidzie się interesowały, słyszałem też, że menadżerowie wozili go gdzieś po Litwie – tłumaczy Strychacz. Dlaczego więc nie wychodziło? – Chcieli od razu gotowca – odpowiada prezes. – Sytuacja jest trochę banalna, bo jak ktoś może oglądać chłopaka przez 45-60 minut i natychmiast być w stanie stwierdzić, że się nie nadaje? Ja widziałem go codziennie na treningu i miałem o nim wyrobione zdanie, wiedziałem, że pójdzie dalej.  Aczkolwiek może nie aż tak (śmiech) – dodaje Hejduk.

W końcu trafił się Spartak Trnawa, który postanowił dać Tambe szansę. Tam na początku nie szło mu zbyt dobrze – w 11 spotkaniach sezonu 15/16 nie trafił do siatki ani razu, choć bywało, że grał całe mecze. Słowacy nie odpalili go jednak i Robert, czując zaufanie, najwyraźniej się odblokował, w 16 meczach ligowych trafiając pięciokrotnie i dokładając do tego dwie asysty. Strzelał również w kwalifikacjach do Ligi Europy – na rozkładzie ma każdego z trzech rywali, czyli Hibernians, Szirak i Austrię Wiedeń. Spartak zatrzymał się na ostatnim przeciwniku, ale odpadł dopiero po karnych – Fioletowych ratował znany z Lechii Kevin Friesenblicher, który doprowadził do dogrywki w 88. minucie i wykonywał ostatnią jedenastkę dla Austriaków.

Spartak to jak na warunki słowackie niezła ekipa, ostatnie dwa sezony kończyła tuż za podium, na czwartym miejscu, również teraz okupuje tę lokatę. Może więc na szpicy nie musi tam biegać cyborg, ale na pierwszego lepszego ananasa też nie postawią. – To silny, szybki piłkarz, który wie, gdzie ma być, jeśli jego drużyna atakuje. Potrafi się odnaleźć w polu karnym i ma duży potencjał w przyszłości, a jego cena po PNA na pewno podskoczy – mówi słowacki dziennikarz, Jan Jasenka – pracujący w SPORT.SK, niejako pokrywając swój opis z tym przedstawianym przez Hejduka. Minusy? – Musi popracować nad ustabilizowaniem formy, grać równo w kolejnych spotkaniach – twierdzi Słowak, jednocześnie nie mając wątpliwości, że Tambe to w tym momencie na pewno TOP 5 napastników, jeśli chodzi o tamtejszą ligę.

Tambe znalazł więc swoje miejsce na Słowacji i dał o sobie znać na tyle, by pojechać z Kamerunem do Gabonu, a następnie zagrać w finale przeciwko Egiptowi. Brakowało mu skuteczności, skończył bowiem turniej bez bramki, ale zrobił kolejny krok w promowaniu swojego nazwiska – w Piotrówce miał ograniczoną widownię, w Trnawie wciąż jest ona wątła, ale taki turniej chętnie odwiedzają już skauci i, kto wie, może któryś z nich zapisał jego nazwisko.

Szkoda, że polskie kluby, poza odnotowaniem obecności takiego piłkarza, nie zrobiły więcej – wiadomo, nie byłby on na razie większym wzmocnieniem dla czołówki, ale spokojnie mógł dostać szansę w dolnej połówce umownej elity czy nawet na jej zapleczu. Żaden z tych zespołów nie chciał jednak pchać się w taki interes, a teraz każdy z nich miałby spory problem, by puścić przelew na odpowiednią kwotę.

*

Zupełnie inaczej sprawy mają się z Arnaudem Djoumem, bo nikt nie zastanawia się, dlaczego żaden z polskich klubów go nie zauważył, ale dlaczego wziął go Lech, walczący wówczas – ostatecznie skutecznie – o tytuł mistrza Polski. Kameruńczyk mignął polskim kibicom jak kierowca F1 na prostej, zostawiając szybko jedynie złe wrażenie i pewnie byłby wspominany tak często co jakiś Kadu z Zawiszy czy jeden z wynalazków Lechii. A więc w ogóle. Djoum jednak wszystkich zaskoczył, sięgając w niedzielę po Puchar Narodów Afryki.

– Podobał nam się jego charakter – bardzo fajny, ułożony chłopak, który mówił w wielu językach, mieszkał i dobrze aklimatyzował się w Belgii, Turcji, mimo że szybko ta jego druga przygoda się zakończyła. U nas również dobrze wszedł w szatnię. Jeśli chodzi o walory piłkarskie, to był zawodnik przede wszystkim wybiegany, robił wrażenie solidnego, technika użytkowa na odpowiednim poziomie, mało błędów w grze – mówi wiceprezes Lecha Poznań, Piotr Rutkowki.

Rzeczywiście, CV Djouma nie należało do tych z kategorii ogórkowych. Gość miał na liczniku ponad setkę meczów w Eredivisie, pół roku pograł w Turcji, gdzie partnerował w środku pola Didierowi Zokorze, dobrą cenzurkę wystawił mu też Mikołaj Lebedyński, który Kameruńczyka pamiętał z Holandii. – Bardzo silny i szybki środkowy pomocnik. Ciąg na bramkę też ma, więc jeśli chodzi o konkretną pozycję, to dość wszechstronny piłkarz. Grał w Holandii, był w juniorach Anderlechtu, więc nie jest to chłopak znikąd i kompletna niewiadoma. Charakterologicznie – bardzo spokojny, bez wyskoków. Mówi dobrze po angielsku i francusku – opowiadał napastnik. Lech nie ryzykował, bo wziął faceta na sześć miesięcy z opcją przedłużenia kontraktu o dwa lata, ale wiele wskazywało na to, że jednak się uda. Niestety, z tych bardzo przyzwoitych zapowiedzi wyszła kompletna klapa.

– Przede wszystkim przyszedł do nas bardzo późno, bo dla nas to jest transfer last minute, jeśli ściągamy kogoś po 10 lutego, czyli tydzień czy parę dni do pierwszego meczu. Zespół był na przygotowaniach w Turcji, na drugim obozie, szykowaliśmy się do rundy wiosennej. Z tego co pamiętam, Djoum przez miesiąc czy sześć tygodni nie trenował, bo rozwiązał kontrakt z tureckim klubem, czyli brakowało mu przygotowania do sezonu. Miał przez to znaczne trudniejsze wejście, brakowało mu motoryki i czucia piłki – tłumaczy Rutkowski.

PRUSZKOW 03.03.2015 PIERWSZY MECZ 1/4 FINALU PUCHAR POLSKI SEZON 2014/15 --- FIRST LEG QUARTERFINAL OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH: ZNICZ PRUSZKOW - LECH POZNAN 1:5 ARNAUD SUTCHUIN-DJOUM FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Djoum w barwach Lecha zagrał trzykrotnie, za pierwszym razem, przeciwko Cracovii, wypadł poprawnie i wydawało się, że jego pobyt w Poznaniu zmierza w dobrą stronę, ale niestety, kompletnie zwariował w Bydgoszczy. Zagrzał się jak junior, po 25 minutach nie było już go na boisku, kiedy po raz drugi obejrzał żółty kartonik. Lech tamten mecz przegrał, spadł na trzecie miejsce w tabeli i mógł dziękować tylko Stiliciowi, że ten, wyrównując pamiętnym strzałem z wolnego na 2:2 przeciwko Legii, nie dał jeszcze bardziej odskoczyć warszawiakom. Wtedy strata wynosiłaby już osiem punktów. Po meczu Skorża przyznał: – Byłem w trakcie konsultowania ze sztabem szkoleniowym jego zmiany, gdy akurat dostał drugą żółtą kartkę. Nie dał nam szansy zareagować.

Kameruńczyk po spotkaniu z Zawiszą jeszcze dostał okazję, 45 minut przeciwko Podbeskidziu i wędka w przerwie, ale koniec nastąpił raczej w Bydgoszczy. – Mecz z Zawiszą trener Skorża potraktował jako taki, w którym Djoum nie wykorzystał swojej szansy, a miał zastąpić Łukasza Trałkę. Zagrzał się i to był moment, który – wydaje mi się – zadecydował o przyszłości zawodnika, bo szkoleniowiec stracił do niego zaufanie – przypuszcza Rutkowski.

Po sezonie Djouma więc nie było, ale to nie znaczy, że gość dał o sobie od razu zapomnieć. Często, gdy piłkarzowi nie pójdzie w danym klubie, to szuka potem wymówek w mediach, a ulubionym orężem w walce z własną porażką czarnoskórych zawodników często zdaje się być rasizm. Teraz Langil, wtedy Djoum. – Jeśli chodzi o przemoc na stadionach czy rasizm to nie było tak źle, ale na ulicy czy w restauracji musieliśmy dłużej czekać. Po prostu dawano nam do zrozumienia, że jesteśmy inni – opowiadał w wywiadzie, lecz Rutkowski nie przypomina sobie, by zawodnik na takie problemy narzekał. – Rozmawiałem z nim i nic podobnego nie zgłaszał. Nie wiem czy to nie było rozdmuchane przez media. Z tego co ja wiem, to cała rodzina tutaj mieszkała, dziecko mu się urodziło, czuł się dobrze w szatni, w klubie, w Poznaniu. I pewnie gdybyśmy podjęli decyzję, żeby został, to chętnie by swoją karierę tutaj kontynuował – mówi wiceprezes.

Djoumowi przeszkadzał rasizm, natomiast fetę mistrzowską nazwał domem wariatów, twierdząc, że to co się na niej działo nie było normalne. A po przejściu do Hearts opowiadał o zdobyciu mistrzostwa Polski, pewnie przypadkowo zatajając fakt, że Lech z nim w składzie więcej punktów stracił niż zdobył.

No, właśnie – Hearts. Początek do tego całego zamieszania, bo to właśnie tam Djoum zapracował sobie na powołanie do reprezentacji Kamerunu. Przede wszystkim, przesunięto go bardziej do przodu, ponieważ bywało, że pomocnik grał nawet na dziesiątce. Zaowocowało to dobrymi liczbami, facet sezon 2015/16 kończył z pięcioma bramkami i sześcioma asystami, a kibice Hearts wybrali go piłkarzem sezonu. W marcu zeszłego roku, ówczesny trener zespołu, Robbie Neilson, mówił o Kameruńczyku tak: – Co za szczęście, że go mamy. W lecie przeszedł kilka testów w różnych miejscach, a u nas pojawił się, kiedy okienko było już zamknięte. Robi dla nas fantastyczną robotę i niedawno przedłużyliśmy z nim kontrakt, bo ten pierwszy był krótkoterminowy. Teraz już wiecie, dlaczego tak się stało. Jego technika i wizja gry to po prostu pierwsza klasa! Być może spora część kibiców Lecha doznała poważnego szoku słysząc te słowa, ale faktycznie Djouma w Szkocji doceniono.

21/11/15 LADBROKES PREMIERSHIP HEARTS V DUNDEE (1-1) TYNECASTLE - EDINBURGH Arnaud Djoum in action for Hearts

Po zakończeniu rozgrywek 15/16 Djoum przebąkiwał, że marzy mu się granie w Anglii, ale wciąż jest jednak w Szkocji. I wciąż gra – po 21. kolejkach ma na swoim koncie trzy gole i trzy asysty. Pytanie więc, czy widząc to wszystko, sukces z Kamerunem i dobrą formę w Hearts, Lech może żałować tak szybkiego pożegnania z Djoumem i braku drugiej szansy dla pomocnika? – Nie żałujemy i rozstaliśmy się w fajnej atmosferze. W maju mieliśmy do wyboru czy bierzemy zawodnika, którego obserwujemy w Grecji, Tetteha, czy stawiamy na Djouma. Oglądaliśmy Tetteha, który wydawał nam się silniejszy i lepszy w odbiorze, więc to był wybór między dobrym zawodnikiem, za jakiego uznajemy Djouma, a między bardzo dobrym, za jakiego uznajemy Tetteha. Djoum jest bardziej uniwersalny, bo potrafi zagrać również na 10, jednak my widzieliśmy go na pozycjach 6-8, a że przyszedł Tetteh oraz Gajos, to środek został wypchany – mówi Rutkowski.

Bo trzeba też pamiętać w jakich rozgrywkach przyzwoitą karierę robi Djoum – liga szkocka zajmuje obecnie 23. miejsce w rankingu UEFA, ale to prawda znana każdemu przedszkolakowi, że robotę w Europie robi tam tylko Celtic. The Bhoys w rankingu europejskich klubów są na 45. lokacie, kolejnych szkockich zespołów trzeba szukać w trzeciej setce, na 204. miejscu jest ex aequo Aberdeen i Motherwell. Hearts? 238., w tym sezonie poległo z maltańską Birkirkarą, wyłapując u siebie 1:2. Dla porównania Lech jest 148., szkockie ekipy wyprzedza też choćby Śląsk i Ruch Chorzów, czyli zespoły, które w pucharach pamiętamy już jak przez mgłę.

Co się rzuca w oczy w statystykach Djouma – okej, w szkockiej lidze sobie radzi, ale nigdy nie błyszczy, gdy przychodzi do spotkań z Celtikiem. Nie napsuł im krwi ani golem, ani asystą, a okazje miał, grał przeciwko The Bhoys już czterokrotnie. Oczywiście nie chodzi tu też o to, by teraz Kameruńczyka deprecjonować – dobrze, że znalazł swoje miejsce na ziemi, ale jakkolwiek śmiesznie to brzmi, polska liga go rozliczyła. I dobre recenzje ze Szkocji, a nawet PNA z Kamerunem tego nie zmienią.

*

Wiadomo, że Kamerun miał swoje problemy przed turniejem, aż siedmiu piłkarzy odmówiło wyjazdu do Gabonu, wśród nich choćby Joël Matip i Allan Nyom. Pewnie część maruderów grałaby w pierwszym składzie, spychając Tambe i Djouma na ławkę, ale to tak naprawdę nie ma znaczenia, nie można winić jednego i drugiego, że skorzystali ze swojej szansy. Nie wiemy, czy Tambe zrobi dużą karierę, raczej się domyślamy, że takiej nie zrobi Djoum – jakkolwiek będzie grał w Szkocji – ale ci goście dokonali sporej rzeczy, niewykluczone, że w niedzielę wycisnęli nawet maksa ze swojego piłkarskiego potencjału. Ten triumf naprawdę trzeba docenić, taki Didier Drogba nigdy po Puchar Narodów Afryki nie sięgnął, będąc dwukrotnie drugi. A jeden facet, który niedawno ganiał za piłką po boisku w Piotrówce i drugi, którego pamiętaliśmy z kretyńskiej kartki na Zawiszy, złotym medalem na szyi pochwalić się już mogą.

Paweł Paczul

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "W Polsce odrzuceni, w Afryce koronowani – przypadek Djouma i Ndipa Tambe"

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Trollosiewicz

Bo mieli już Aruabarenę.

Amber Mozart

Wychodzi z tego, że w Polsce nie rpzebili się tylko przypadkiem. Pierwszemu dobrze szło, rozwijał się, ciężko pracował, ale poważniejsze kluby nie chciały ryzykować (już widzę jak by je tu wyśmiano, ze ściąhają gościa z IV ligii), a gosc nie miał obeznanego w ekstraklasie menadżera, który by go upchnął, wiec nikt go nie oglądał. Wiemy, jaki większośc klubów w Polsce ma scauting, wiec wcale mnie nie dziwi, że nie interesowali się IV ligą.

Drugiemu nie wyszedł jeden mecz, zdaża się, zwłaszcza w ciągle nowym środowisku i koniec. Trener postawił na nim kreskę. Nie wiemy jak radził sobie na treningach, już był z góry przekreślony. A skoro wiadomo było, ze trener juz nie widiz dla niego miejsca, to klub go nie trzymał. Być moze z kolejnym trenerem poszłoby mu lepiej i by sie przebił.

FC Bazuka Bolencin

„…gość nie miał obeznanego w ekstraklasie menadżera, który by go upchnął..” – w zasadzie tyle w temacie. Tak to się kręci u nas na niższych poziomach, a potem zdziwko że III-ligowiec ze Stargardu jednak potrafi się postawić tuzom ekstraklasy.

The_Ripper

Ndip Tambe miał podpisać kontrakt z Górnikiem ale na przeszkodzie stanęły kwestie prawne, bo zgłosił się więcej niż jeden menadżer,a papiery tego piłkarza był zagmatwane i nikt nie chciał ryzykować walkoverami za występy tego piłkarza w klubie. Nie został więc odrzucony za prezentowany poziom sportowy.

VoyteKKS

„ale jakkolwiek śmiesznie to brzmi, polska liga go rozliczyła.” Dawno się tak nie uśmiałem :) To zdanie stanowi clou tego artykułu. Polska liga go rozliczyła, Tambe nawet IV opolska liga polska 😛 ale summa summarum wyszli na tym dobrze. Bardzo przyjemna historia, fajnie napisane :)

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY