Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Hiszpańska gazeta „Marca” przedstawiła listę klubów, które mogłyby należeć do Superligi. Jak to w przypadku dziennikarzy z tego kraju, musiało wyjść trochę kretyńsko, więc jest Bayer Leverkusen, a nie ma Benfiki Lizbona. Uznajmy to jednak za szczegóły – nie o listę klubów przecież chodzi, tę można dowolnie modyfikować, ale o samą ideę.

Ludzie są za – nie u nas oczywiście tylko tam, w Hiszpanii. Niewykluczone, że w Anglii również, tylko ostatnio nikt nie zapytał. Kluby Premier League co jakiś czas spotykają się w celu przedyskutowania projektu, a Arsene Wenger już w 2009 zapowiadał powstanie elitarnych rozgrywek w ciągu dziesięciu lat – co oznacza, że przestrzelił, bo jeśli to się wydarzy, to na pewno nie tak szybko. Zresztą pomysł nie jest nowy, wymyślił go Silvio Berlusconi jeszcze pod koniec XX wieku, czyli w czasach gdy AC Milan nie był ogrywany przez dwóch chłopaków z polskiej ligi. Kasa miała wisieć na drzewie, wystarczyłoby tylko pójść z wiadrem i zrywać jak czereśnie.

Picking From The Money Tree --- Image by © Images.com/Corbis

Ale nie, drodzy państwo, nie. Może powstać tysiąc artykułów, stu Wengerów może wywróżyć taką ligę, szesnaście razy kluby mogą spotkać się w Londynie czy Madrycie, a Florentino Perez dzień w dzień powtarzać może, że „najlepsi muszą grać z najlepszymi” – moim zdaniem Superliga nie powstanie. Będzie funkcjonować tak jak do tej pory – wirtualnie. Właśnie w ten sposób – jako liga wirtualna, inaczej mówiąc: potencjalna – idealnie spełnia swoje zadanie i żadnego kroku do przodu wykonać nie trzeba.

Czy Superliga miałaby sens? Oczywiście. Ba, byłaby strzałem w dziesiątkę. Kibice w Polsce są przeciwko, ponieważ – całkiem słusznie – uważają, że nasze drużyny zostałyby odcięte od możliwości gry z najpotężniejszymi klubami świata. Jak zawsze, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – dokładnie na tej samej zasadzie kibice z innych krajów uważają, że dzięki Superlidze nie będą musieli marnować czasu i pieniędzy na spotkania z Legią, Malmoe, BATE czy Liteksem. Regularne starcia pomiędzy Barceloną, Realem, Bayernem, Chelsea czy PSG, na zasadach ligowych, każdy z każdym, mecz i rewanż, byłyby dokładnie tym, o co w futbolu chodzi – rywalizacją na najwyższym możliwym poziomie. Jednocześnie w końcu udałoby się ustalić, która drużyna jest faktycznie najlepsza w Europie, bez tych wszystkich losowań, drabinek i innych bzdur, niepotrzebnych dyskusji. Najsprawiedliwszy znany nam system – klasyczna liga, z samymi hitami w każdej kolejce. No aż żal tego nie wdrożyć, prawda?

Organizacyjnie – pestka. W dzisiejszych czasach podróże nie są już żadną barierą, zwłaszcza że np. na najdalszy wyjazdowy mecz (Monachium) Real Madryt miałby tak samo daleko jak obecnie na spotkanie ligowe z Las Palmas. Pozyskanie sponsorów, nakręcenie marketingowej spirali, zbudowanie marki – to wszystko troszkę był trwało, ale efekt końcowy mógłby być znacznie lepszy niż w przypadku Ligi Mistrzów. Zwłaszcza w przeliczeniu zysków na jeden klub. Nie byłaby już potrzebna UEFA, by zbijać na klubowych rozgrywkach gigantyczne pieniądze. Co wygenerowałyby kluby, zostawałoby dla klubów. Wielcy staliby się jeszcze więksi.

I tu dochodzimy do sedna – właśnie dlatego Superliga realnie nie powstanie. Tak jak nie można było ot tak sprzedawać narkotyków na terytorium kartelu z Cali, tak nie można sprzedawać futbolu na terytorium UEFA. Nie ma takiej możliwości, by UEFA wypuściła ze swoich rąk kurę znoszącą złote jaja lub zezwoliła komukolwiek na przechwycenie sponsorów i ich budżetów. Przychody Ligi Mistrzów sięgają około miliarda euro rocznie, a więc istnieje jakiś miliard powodów, by torpedować klubową ideę. FIFA i UEFA, gdy idzie o interesy tych organizacji, potrafią być bezwzględne, więc można sobie wyobrazić cały arsenał środków – wykluczanie z wszelkich rozgrywek, zawieszanie federacji, wykluczenie reprezentacji z turniejów itd. Panowie z Nyonu byliby bezwzględni i zabójczo skuteczni. Nie posunęliby się przed niczym.

Ale Superliga istnieje – wirtualnie, ale jednak. Stanowi element nacisku. Czymże innym są niedawne zmiany wprowadzone w Lidze Mistrzów, jak nie ukłonem w stronę superklubów, próbą obłaskawienia ich, przekazania komunikatu: nie potrzebujecie tych rozgrywek, ponieważ wykonamy ukłon w waszym kierunku? Superliga jest więc straszakiem i aktualnie taki jest sens jej istnienia. Podział zysków z praw telewizyjnych, system kwalifikacji – to wszystko łatwiej ugrać, mając asa w rękawie.

UEFA lawiruje. Musi robić dobrze wielkim klubom, bo one przynoszą najwięcej pieniędzy. Ale musi też robić dobrze „mniej ważnym” krajom, bo na koniec to one wybierają prezydenta federacji. W obie strony sypią się więc gesty dobrej woli – przez jednych wymuszone właśnie groźbą rokoszu (Superliga), przez drugich groźbą wyborczą.

Wszyscy wszystkich trzymają w szachu.

* * *

Ruszyła kolejna edycja Ustaw Ligę. Wybrałem swoją jedenastkę, co było cholernie trudne, bo jakiś geniusz zła ustalał ceny. O ile w poprzednich edycjach dość łatwo było skomponować dream team, o tyle teraz – koszmar!

Zrzut ekranu 2017-02-06 o 15.54.39

Nie jest to ani jedenastka na całą rundę, ani wyłącznie na pierwszą kolejkę. Obronę mam głównie z Niecieczy i już przy niej kombinować nie będę. Owszem, Bruk-bet ma na początku paskudny terminarz (Lech, Lechia, Legia), ale trudno – jak nie zapunktują teraz, to zapunktują później. Przy czym pamiętam, że dokładnie na tych samych rywalach ten klub zdobył jesienią siedem punktów.

Rotować będę pomocą i atakiem. Chciałem Flavio Paixao – nie było mnie stać. Chciałem Radovicia – nie było mnie stać. No to wziąłem Szymańskiego za marną bańkę – trochę dlatego, że miło jest się pozytywnie zaskoczyć. Liczę na Drygasa, który ma smykałkę do strzelania goli i na Arka Woźniaka, bo generalnie w takich grach szukam napastników przesuwanych na inne pozycje. Kante to inwestycja pod pierwszą kolejkę – po prostu czekam aż inne drużyny odsłonią karty i zaprezentują swoje galowe jedenastki.

Każdy może założyć swoją drużynę w Ustaw Ligę TUTAJ.

KRZYSZTOF STANOWSKI