Szamoobrona
Na treningu mogę przebiec maraton
Weszło fit

Na treningu mogę przebiec maraton

Mówi, że ultramaraton to tylko 100 razy 1 kilometr. 95 pokonała kiedyś ze złamanym żebrem. Jest mistrzynią Polski w biegach górskich, mimo że ma lęk wysokości. Mieszka w Warszawie, a podbiegi ćwiczy wbiegając po schodach. Gdy  inaugurowała starty, pobierała trzy stypendia naukowe. Historyk, europeistka, instruktorka sportu i fitness. Dzień przed Maratonem Warszawskim (2011) odebrała z rąk ministra sportu nagrodę dla najlepszej studentki marketingu sportu na SGH. Dominika Stelmach – brand manager Adidas, ultramaratonka i mama dwóch chłopców. W wolnych chwilach prowadzi dom. W biegu.

***

Raz na jakiś czas Telewizja Polska emituje film „Wszystko będzie dobrze”. Zaniedbany chłopiec z prowincji dowiaduje się o śmiertelnej chorobie matki i postanawia pobiec do Częstochowy, wymodlić dla niej zdrowie. Warszawę dzieli z miastem maryjnym 217 kilometrów. Spoglądam jednak na zachód, na Poznań. Dałabyś radę wyjść z domu i tak po prostu tam dobiec, na koziołki?

Do Łodzi spokojnie. Poznań? Nie wiem, czy ryzykowałabym utratę szybkości. Wiele osób pyta mnie, jak to jest z tym ultramaratonem. Bieg powyżej dwunastu godzin sprawia, że organizm mocno się zaczłapuje. A ja wciąż mam ambicje maratońskie i nie za bardzo chcę, żeby przyzwyczaił się do tego typu wysiłku. Trening do ultra jest relatywnie prostszy od treningu maratońskiego, biega się głównie na wysiłku tlenowym. Najtrudniej zmusić się do szybkiego biegania, gdy człowiek jest zmęczony – to kwintesencja przełamywania własnych słabości. W pewnym momencie naprawdę nie chce ci się wstawać o szóstej i robić treningu tempowego. Na pewno dałabym radę wyjść z domu i walnąć trzy stówy. Na razie jednak zadaję sobie pytanie: po co? Jeżeli zobaczę, że z moją szybkością nie da się nic więcej zrobić, zacznę rozważać takie wypady.

Dla mnie to ekstremum, że dzień po maratonie robisz 30 kilometrów.

Miałam tak raz, po zawodach na Mazurach – to był maraton przełajowy. Następnego dnia strasznie chciało mi się biegać, czułam niedosyt. Oczywiście nie jest to zbyt mądre. Chyba, że taki maraton to przygotowanie do jeszcze dłuższego biegu i nie biegnie się na sto procent. Ja na treningu mogę przebiec maraton. Jeżeli miałby być to wynik powyżej trzech godzin, nie ma problemu.

„Powodzenia, złamania trójki” – to na pewnym poziomie bardzo powszechne życzenie. Ciebie jednak denerwowało.

Istnieje przekonanie, że w maratonie należy poprawiać się stopniowo. A dlaczego jak progres to o minutę lub dwie? Jeżeli człowiek wdraża określony plan treningowy, przestrzega go – dokłada kilometry, zmienia styl biegania, pracuje nad szybkością, to jego celem nie musi być delikatna poprawa. O minutę to ja się mogę poprawić na 10 km. 10 razy 4 to 4 minuty – w skali półrocznej wynik jak najbardziej do zrobienia. Jeśli ktoś biega amatorsko, to nie ma co się bać przeskoku z czterech godzin na trzy i pół, czy później na trójkę. Oczywiście po jakimś czasie dochodzi się do granicy, którą jest już naprawdę ciężko przekroczyć. U kobiet to 2:30, u mężczyzn 2:10. Tutaj sukces liczy się w sekundach. Wcześniej postęp odbywa się prawie bezboleśnie.

Byłaś bliska złamania trzech godzin już wiosną 2009. I to miesiąc po zdjęciu gipsu. Mąż próbował cię przekonać, że osiągnęłaś czas 2:59,86.

Gips to następstwo jednego z gorszych sylwestrów w życiu. Przed Nowym Rokiem wybraliśmy się z mężem na narty, jeżdżę od czwartego roku życia. Maciek namówił mnie, żebym spróbowała snowboardu. Nigdy mi nie szło na deskorolce, gdzie nogi są niejako uwięzione. No ale mówię: dobra, spróbuję. Po sześciu godzinach prób chciałam ściągnąć buty, przewróciłam się i złamałam trzy kości w nadgarstku. A że w tym okresie ortopedzi w takich miejscach jak Zakopane zbierają żniwa, czekałam osiem godzin, aż ktoś w końcu się mną zajmie. Z wyziębienia prawie dostałam delirki, ciągle przychodziły poważniejsze przypadki. Jak wreszcie się doczekałam, to lekarze źle złożyli mi rękę. To była lewa. Ale dało się z tym żyć, dało się biegać.

Biegałaś?

I to jeszcze zimą, tym większe ryzyko. Dzień przed łamaniem i ponownym składaniem kończyny, wystartowałam nawet w Biegu Chomiczówki. Impreza była w niedzielę, w poniedziałek rano wizyta. „No dobra, i tak będą mnie łamać, więc nieważne co się stanie. Wystartuję z gipsem”.

Debiut w biegu na długim dystansie zaliczyłaś w maju 2004. „Zaczęłam biegać dla siebie, dla przyjemności, dla figury, ale i dla laurów”. Dość oryginalne podejście jak na amatora. 

Rzeczywiście. Moim pierwszym biegiem masowym był półmaraton w Łodzi. Zajęłam czwarte miejsce, rozpierała mnie duma. W tamtym czasie większość naszych najlepszych dziewczyn nie biegało w Polsce, lecz za granicą. Dlatego, nawet nie prezentując zbyt wysokiego poziomu, udawało mi się zdobywać jakieś puchary. To sprawiło, że mocno wkręciłam się w starty. Motywowało, żeby starać się być szybszą.

Czytałem o twoich biegowych początkach. To było takie fajne studenckie życie, a bieganie tak trochę przy okazji?

Zdecydowanie tak. Kompletnie nie miałam pojęcia, o co w nim chodzi i większość biegów zwyczajnie przegadałam. Biegałam dla przyjemności, od czasu do czasu zdarzało się gdzieś wystartować. Stawiałam kolejne kroki i rozmawiałam. Po polsku, angielsku, nawet łamanym portugalskim. Dla naszej grupy językowej dość trudny język. (śmiech) Dopiero po urodzeniu pierwszego dziecka zaczęłam biegać z głową. Z kompletnym planem treningowym, wiedząc, z czym to się je.

„Andy Holen – z zawodu dentysta – zasłynął tym, że potrafi w ciągu tygodnia przebiec 160 km oraz wypić 57 litrów piwa. Dzień przed zwycięstwem w maratonie na Bermudach, wprowadził przeciwników w osłupienie wypijając dziesięć dużych piw, część stojąc na głowie”. Miewałaś ciężkie noce przed startem?

Ojej, niejedną! Zdarzało mi się jechać na zawody prosto z imprezy. Właściwie dopiero po biegu czułam, że jestem na zero. (śmiech) Jako młoda dziewczyna chciałam i imprezować, przebywać ze znajomymi, i startować. Nie widziałam powodu, dla którego miałabym tego nie łączyć. Teraz tych imprez jest mniej, bo znacznie ciężej wyrwać się z domu. Natomiast nie ukrywam, że nadal uwielbiam piwo. Tuż przed startem jest nawet pożądane – rozluźnia człowieka, pozwala spokojnie przespać noc. To odpowiednio wybrane zawiera witaminy i bardzo dobrze nawadnia, jest niemalże izotonikiem. Czasami sama świadomość spożycia zimnego, pysznego napoju trzyma człowieka przy życiu na ostatnich kilometrach. Myślisz sobie: „Już zaraz meta, taki upał, a tam… O Boże, takie zimne piwo!”.

Dariusz Michalczewski zmuszał się do katorżniczego treningu, jednocześnie planując after party.

Bo tak to działa! Bardzo się cieszę, że browarnictwo w Polsce przeżywa renesans. Mamy do wyboru multum piw. Nie jestem typowym piwoszem, więc cieszę się, że do Polski wracają piwa słabe. Pamiętam jak parę lat temu weszłam do jednego ze zwykle odwiedzanych sklepów. Pytam sprzedawcy, dlaczego z półki zniknęło 4-procentowe? „Bo tylko pani kupowała to piwo! ”. (śmiech)

Twój mąż potrafi biec z puszką piwa.

To był jeden z jego pierwszych biegów. On startował z maluchem w wózku, a ja starałam się wtedy pobiec dość szybko. Był straszny skwar. Mówi: „Wezmę sobie piwo, tak na wszelki wypadek. Jak będę miał dosyć, wychylę i może dobiegnę dalej”. Skończyło się na tym, że jedynie przetransportował puszkę na konsolce wózka. Choć i tak przebiegając przez przydrożne miasteczka dostawał owacje. „Dzielny tatuś, wyszedł sobie pobiegać z piwkiem” – podziwiali panowie-widzowie.

A żeńska część publiczności?

Na nią działa już to, że ktoś biega z wózkiem. Że tata odciąża mamę i spędza czas z dzieckiem.

Na Półmaratonie Śląskim zdublowałaś męża, a to na jego cześć wiwatowała publiczność, gdy kończył bieg z synem.

I takie reakcje osładzają mu niepowodzenia sportowe. Często zdarza się tak, że męża wyprzedzają znacznie starci panowie, czasami też ludzie jeszcze bardziej postawni. Na szczęście on nie ma takiego podejścia do biegania jak ja, nie rywalizuje. Biega, żeby być w formie, żeby móc napić się piwa, więcej zjeść. Totalnie dla siebie, zwykle bez zegarka. Ma swoją trasę i chce ją przebiec. A dla dziecka spacer biegiem jest chyba fajniejszy niż w tempie marszu.

Teraz przechodzimy kolejny etap, nauka jazdy na rowerze. Niedługo mąż będzie biegał w obstawie rowerzystów. Mojego tempa nie wytrzymają, tempo męża już tak.

Masz krzyż pański z teściową? Hołduje powiedzeniu „przez sport do kalectwa”?

Nie do końca rozumie wyczyny sportowe. Dla mnie sport zawsze był ważny.

Osiem lat dzieciństwa spędziłaś na lodzie, trenując łyżwiarstwo figurowe.

A w momencie, kiedy odkryłam bieganie, stało się ono częścią mojego życia. I nigdy nie rozważałam tu rezygnacji. Mogłabym przestać się ścigać, ale nie przestać biegać. Mnie się bierze z dobrodziejstwem inwentarza. Albo biegającą, albo wcale.

Podobno nigdy nie raczkowałaś.

To prawda, od razu zaczęłam biegać. Już mając 8 miesięcy, z pozycji czworakującej. Moja mama wspomina to z przerażeniem. Podnosiłam się, przebiegałam ileś kroczków i bęc. Wstawałam i dalej odważnie ruszałam nóżkami. Były strasznie krzywe, jednak to zupełnie mi nie przeszkadzało. Bardzo mi się podobało.

D Zbiegi

Serio pochłaniasz dziennie słoik musztardy?

Serio. Czasami zjem na raz, ale często do czegoś ją dodaję.

Do sałatek?

Nawet do jogurtu.

Do jogurtu?!

Tak lubię, smakuje mi.

Musztarda ma wiele składników, które pozytywnie wpływają na nasz organizm. Poza gorczycą jest ocet, ludzie nie na darmo piją wodę z octem tuż po przebudzeniu. Właściwy  bilans kwasowo-zasadowy to bardzo ważna rzecz dla sportowca. Musztarda to witaminy, zapobiega skurczom. Ja wprawdzie skurczy nigdy nie miałam, ale może właśnie dlatego, że ją jem?

Kiedy ty wygrywasz, Maciek zdobywa wyróżnienia w kategorii „Rodzinny udział”. Co ciekawe, długo miał taką samą życiówkę na półmaratonie z wózkiem, jak i bez. Niemniej domyślam się, że akurat bieg górski z dodatkowym obciążeniem to prawdziwa szkoła życia. Tata na trasie musi np. zmieniać pieluchy?

Na tych dłuższych biegach, z pewnością. Mąż biegł na Magurkę, to bieg typu alpejskiego, na szczyt, łącznie 6,5 kilometra. Przed startem pytaliśmy organizatora, jaka jest nawierzchnia, czy mąż da radę biec z babyjoggerem. „Szuter, spokojnie, da”. Okazało się to kompletną bzdurą. W pewnym momencie mąż musiał wyjąć dziecko z wózka i wsadzić je do nosidełka. I tak pchając wózek, z synem w nosidełku próbował wspinać się po kamieniach. Jak tylko dobiegłam, przyszłam mu pomóc. Dotarliśmy w trójkę już po złożeniu mety. (śmiech)

Tydzień po urodzeniu Kacpra wróciłaś do biegania. Po trzech miesiącach zaliczyłaś start w maratonie.

I to jeszcze górskim, karkonoskim. Mój drugi młodzieniec nie za bardzo chciał wyjść, przyszedł na świat dwa tygodnie po terminie. Skrycie liczyłam, że może mu się pospieszy i będę miała cztery miesiące na przygotowania.

Decyzja o występie nie była zbyt odważna?

Wiesz co, po raz w Polsce odbywały się mistrzostwa świata w maratonie górskim, nie mogłam odpuścić takiej okazji! Było nie najgorzej, udało mi się ukończyć zawody w zdrowiu, ale później dotknęło mnie pasmo kontuzji. Organizm kobiety po ciąży wymaga stopniowego wchodzenia w wysiłek. Przypływ formy czuje się szybko, ale jednak więzadła, stawy po 9-ciu miesiącach noszenia dziecka w brzuchu nie są jeszcze gotowe.

Irena Szewińska twierdzi, że ciąża przedłużyła jej karierę o kilka dobrych lat.  Według niej, wyczerpany treningiem organizm otrzymuje czas na naturalną regenerację.

W pierwszej ciąży biegałam do końca szóstego miesiąca, w drugiej 30 dni krócej. Ciało dało znać, że lepiej przestać, bo może zdarzyć się coś niedobrego. Później była już tylko gimnastyka i joga. I wówczas rzeczywiście nastąpił przypływ sił oraz energii.

Miewasz nietypowe metody treningu. Joga, chodzenie na rękach. Twoim treningowym konsultantem był misjonarz z Peru. Jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym trenowałaś? Triathlonista Marcin Konieczny jeździł na rowerze… pod prysznicem.   

Ultramaratończycy przygotowując się do pustynnych biegów potrafią włożyć do sauny bieżnię. Nie ma w tym nic dziwnego, idealne miejsce do robienia brzuszków. Mnie kiedyś zdarzyło mi się wykonać trening na balkonie. Bieganie w miejscu też jest fajne, można się zmęczyć.

Mike Tyson podczas pobytu w więzieniu zaliczył setki kilometrów drepcząc w celi.

Bo trenować można wszędzie. Raz ze znajomymi urządziliśmy sobie maraton wokół stołu. Na dworze minus 23 stopnie, czyli duża szansa na uszkodzenie pęcherzyków płucnych. Mebel miał metr średnicy, a cały bieg zajął nam ponad sześć godzin. Zadanie było dość karkołomne. (śmiech)

Na dystansie ultramaratońskim w górach łatwo się zgubić?

Bardzo łatwo. Szczególnie, jeżeli bieg odbywa się w środku nocy, a tobie popsuła się czołówka (latarka czołowa – przyp. HK). Miałam tak rok temu w Krynicy. Niewyspana, po 30 minutach biegu straciłam widoczność. A czekały mnie jeszcze spokojnie trzy godziny rywalizacji w ciemności.

Co zrobiłaś?

Dołączyłam się do kogoś. Musiałam złapać czyjś rytm, co w górach jest dosyć ciężkie.

Co jeśli przewodnik sam pomyli trasę?

Kilka razy właśnie tak się zgubiłam! Zaufałam i później oboje musieliśmy nadrabiać.

W ogóle gubienie się to moja specjalność. Kilka, kilkanaście godzin biegu robi swoje, wystarczy chwila nieuwagi, dekoncentracji. Dobrze, że coraz więcej zegarków ma możliwość wgrania śladu biegu. Chociaż nie każdy bieg oferuje GPS-ową trasę. Poza tym,  nawet wnikliwe prześledzenie drogi, nie zawsze oznacza jej świadomość. Czasem wydaje się z profilu w miarę prosta, a wychodzi zupełnie inaczej. Źle rozkładasz siły i końcówka jest dla ciebie bardzo trudna.

Otylia Jędrzejczyk przeżywając kryzys wyobrażała sobie, że płynie na wyspę, gdzie mama czeka na nią z ukochanym schabowym. Ty raz spieszyłaś się do chorego synka.

Byłam po nieprzespanej nocy. Bartuś nie czuł się najlepiej i szybki powrót do domu był wskazany.

Głowa daje nam mnóstwo możliwości, żeby wygrać z ciałem, wydusić z siebie przynajmniej te kilka procent. Jeżeli nie potrafisz biegać głową, nie zajdziesz wysoko. To jest sport, w który wkrada się rutyna, nuda, ból. Trzeba to lubić. Nie będziesz dobrym pływakiem nie lubiąc pływać.

Ty powtarzasz wręcz, że nie lubisz nie biegać.

Strasznie źle się czuję, gdy nie mogę, a wraz ze mną cała rodzina. Bieganie to dla mnie psychoterapia, chwila dla siebie. Mam w lesie kabackim trasę, którą biegnę na pamięć. Potrafię się ocknąć na czternastym kilometrze: „Jezu, to ja już tutaj!”. (śmiech)

Z biegiem kolejnych imprez i kilometrów odpadały ci koleżanki od plotek. Naprawdę nic a nic się nie nudziłaś?

Lubię rywalizować, ale kiedy przychodzi poczucie spełnienia, nie ma większego znaczenia, że biegnę sama. Nikt mi nie przeszkadza, jestem szczęśliwa. To zaleta biegów długich. Jeżeli jesteś w słabszej formie i wiesz, że niczego poważniejszego nie zdziałasz, zawsze pozostaje ci podziwianie przyrody. Rozglądasz się wkoło, kontemplujesz, odcinasz od świata. Jesteś sam ze sobą.

W górach jest co podziwiać.

Zdecydowanie. Dlatego, chociaż jestem z pewnością lepszą biegaczką asfaltową niż górską, to do tych gór mnie ciągnie. Wystarczą mi dwa dni w takim krajobrazie i czuję, jakbym była co najmniej tydzień na urlopie. Góry to piękne widoki i przede wszystkim wyzwania.

Nigdy nie zeszłaś z trasy?

Wiesz co, zdarzyło mi się dwa razy. Aż wstyd się przyznać, zrezygnowałam w biegu na… pięć kilometrów.

Żartujesz.

Właśnie nie. (śmiech) Za szybko zaczęłam, to było znów niedługo po ciąży. Wydawało mi się, że jestem taka szybka i dobra. A moje ciało dramatycznie powiedziało stop, po dwóch kilometrach.

Zwykle walczysz jak lwica, byle tylko dokończyć bieg. Poznań – grypa żołądkowa i siedem przystanków w pobliskim lesie.

Odżywianie dnia poprzedniego jest kluczowe. Teraz staram się o to dbać, choć wychodzi różnie. Przed wspomnianym biegiem w Poznaniu spaliśmy nad jeziorem Strzeszyn. W noc przed startem połączyliśmy piwo z krewetkami i rybą z tajemniczym sosem. Problemy żołądkowe w trakcie biegu to duży dyskomfort. Człowiek dużo szybciej się odwadnia.

Wymieniam dalej. Włochy – zatkany nos, postępująca infekcja gardła. Australia – angina i 5 dni z antybiotykiem.

Przestałam brać w sobotę, następnego dnia był bieg. Normalnie staram się ważyć zyski i straty, w końcu nie chodzi o to, żeby pokazać jakim się jest herosem, to głupota. Przypadek Australii jest jednak wyjątkowy. Olimpijczyk, choćby nie wiem co, będzie chciał wystąpić na igrzyskach. To był bieg Wings for Life World Run (międzynarodowy bieg charytatywny organizowany w 33 miastach na świecie), najważniejszy start w roku. Anginy nabawiłam się w samolocie, lecz odpuszczenie imprezy nie wchodziło w grę. Po 30 kilometrach złapałam swój rytm, organizm zaczął dobrze funkcjonować. Na początku nie było lekko.

W Melbourne panują cholernie silne wiatry. To dawało ci się we znaki?

Jak dolecieliśmy, od razu poczułam, że o tej porze roku to szalenie wietrzne miasto. W trakcie biegu, jak na standardy Melbourne, było spokojnie. Za to następnego dnia mnóstwo połamanych drzew, sztorm, 190 interwencji straży pożarnej. W takich warunkach bieg na pewno by się nie odbył. Cóż, to rzeczy niezależne od nas. Zawsze ma się nadzieje, że trafi się w dobrą pogodę.

W Albanii nie trafiłaś.

Było bardzo ciężko. Śmiałam się, że skoro czarnoskórzy zawodnicy mdleją i znosi się ich z trasy, to już jest naprawdę źle. Biegaliśmy po takiej hałdzie, w 35 stopniach. W przypadku kobiet 8 km, niewiele. Tyle że był to bardzo mocny bieg górski. Zaczęliśmy ostro, na wysokim tętnie. Wszechobecny pył spowodował, że wiele osób nie było w stanie ukończyć tak krótkiego biegu, wyniki były bardzo słabe. Mi udało się dobiec, lecz pamiętam, że dusiłam się potem jeszcze długo.

To drugie zejście z trasy przytrafiło się…

…na mistrzostwach światach w biegach górskich, zeszły rok. Mocno niefajne dla mnie zawody. Zostałam popchnięta na wąskiej ścieżce, spadłam i zatrzymałam się na grani, na  kamieniu. Spojrzałam w dół i doznałam typowego lęku wysokości. Szkoda, że nie miałam ze sobą tętnomierza, mogłabym pobić jakiś rekord! Siedziałam tam tak z 10 minut. Nie byłam w stanie kontynuować biegu.

Masz lęk wysokości?!

Próbuję z nim walczyć, w pewnym stopniu go ujarzmić. Zrobiłam kurs wspinaczki skałkowej, latam z bratem samolotem. Czasami się odzywa, jak wtedy. Zgrywam się, że dla mnie najlepsze warunki w górach to zachmurzone niebo i lekka mgła. Prawda jest taka, że jak się biegnie, to nie odczuwa się tej wysokości. Dopiero kiedy się zatrzymamy, zaczyna się analiza.

„Zbieganie stanowi moją bardzo mocną stronę. Pomimo, że nigdy nie ćwiczyłam tego elementu, potrafię naturalnie «puścić się» z góry, ufając, że nogi same mnie poniosą. Nie ma we mnie strachu przed szybkością, czy upadkiem. Po prostu biegnę w dół, na łeb, na szyję. Bez kalkulacji, bez włączania w ten proces wyobraźni”. To rodzi oczywiste pytanie, ile razy porządnie się potłukłaś?

To fragment wpisu, który utworzyłam chwilę przed poważnym upadkiem. Wywaliłam się zbiegając z Kasprowego przy tempie 2:40. Otrzepałam się, pobiegłam dalej, ale od tego czasu mam uraz, którego nie potrafię się wyzbyć. Z biegaczki górskiej stałam się osobą, która kombinuje przy zbiegach. A włączenie myślenia to najgorsze, co możemy wówczas zrobić. Większe prawdopodobieństwo, że nic nam się nie stanie jest, gdy zaufamy swojemu wytrenowanemu ciału i pobiegniemy szybko. Najlepiej zbiegać na poziomie nieświadomości. Próbuję do tego wrócić, ale nie jest to łatwe mieszkając w Warszawie, gdzie najdłuższy zbieg ma jakieś 200 metrów.

Na Maratonie Karkonoskim upadłaś dość spektakularnie, koziołkując po kamieniach. Wyglądałaś jak dziewczynka po nauce jazdy na wrotkach. Krwawiłaś. Miałaś pozdzieraną skórę z łokci, kolan, ud i piersi. Ktoś jednak pomógł ci wstać, a punkt odświeżania był blisko. Podczas mistrzostw świata w Słowenii uczestnik skręcił nogę. Natychmiast wezwałaś pomoc.

To nie był jedyny raz. Jeżeli widzisz, że człowiek nie jest w stanie kontynuować biegu, leży, szukasz osoby obstawiającej trasę. To ona wzywa fachowca. Startujący w biegach masowych muszą być przygotowani na to, że zawodnicy robią sobie krzywdę. Nie ma nawet myślenia, że się nie zatrzymasz, bo zrobi to inny biegacz.

Zdarza się natomiast, że poszkodowani nie życzą sobie pomocy. Miałam taką sytuację w Kazimierzu. Kolega podkręcił nogę, o czym poinformowałam ratownika. Ten odradzał mu kategorycznie dalszych zmagań, ale chłopak się uparł. Na Biegu Marduły pan złamał rękę. Dał ją usztywnić ratownikom, zapowiadając, że bieg i tak dokończy. Zostało 8 kilometrów.

Tylko i aż.

Aż, bo złamanie to szok dla organizmu, nigdy nie wiadomo jak zareaguje. Ale emocje i chęci są często zbyt silne. A endorfiny wiele neutralizują.

Przekonałaś się o tym osobiście?

Tak. W biegu na setkę, na piątym kilometrze złamałam żebro. Kolejne 95 przebiegłam nie w pełni sprawna. Ból wrócił dopiero, gdy się zatrzymałam. Straszny, nie mogłam oddychać. Następny dzień był okropny, wszystko napuchło. Wcześniej adrenalina zrobiła swoje.

Po stu kilometrach ma się w ogóle siłę na radość?

Przez chwilę. Tam było z tym ciężko. Są biegi, po których marzy się, żeby gdzieś usiąść i nic nie robić.

D Góry

Niektórzy bawią się w Justynę Kowalczyk i w górach podpierają się kijkami.

W Portugalii korzystało z nich 90% uczestników, byłam zaskoczona, że robi to także czołówka. Taki sprzęt był dozwolony. Kije pomagają przy podejściach i trudnych, technicznych zbiegach. Dzięki nim jesteśmy w stanie lepiej zbadać nawierzchnię, wszystko idzie sprawniej.

Tamten wypad zapamiętałam doskonale także z powodu pewnego Islandczyka. Facet biegnie, biegnie, wyprzedza mnie. Patrzę, a on ni stąd, ni zowąd wskakuje do jeziora i krzyczy: „ty też powinnaś”. (śmiech) Zanim zanurzył się w wodzie, klął, że u nich jest już śnieg i nie takie warunki obiecywali organizatorzy.

Mors?

Nie wiem. Ale z tymi warunkami miał rację, wprowadzono nas w błąd. To był ostatni dzień października. Na stronie organizatora było napisane, że o tej porze roku w północnej części Portugalii możemy się spodziewać od plus sześciu do szesnastu stopni. A było 32…

Tobie również zdarzyło się zaliczyć nieplanowaną kąpiel. Wylądowałaś w strumyku.

O Jezu, ślisko było. (śmiech) Nie spodziewałam się tak trudnej i technicznej trasy. Chciałam szybko przejść przez ten strumyk i… wykąpałam się. To nie było nawet takie złe, żar lał się z nieba. Tylko te mokre buty…

To raczej nie ułatwia sprawy. Podobnie jak sześć rozmiarów za duże skarpetki.

(śmiech) Niedopatrzenie. Na jeden z biegów zabrałam przez pomyłkę skarpetki męża. To nie skończyło się dobrze. Skarpetki się pozawijały, a moje stopy były całe obdarte. Lepiej byłoby, gdybym pobiegła bez.

Najczęstsze niedopatrzenia to źle dobrane obuwie, nieodpowiednie nawodnienie?

Mamy sprzęt obowiązkowy, który musimy ze sobą mieć. Rzeczy podstawowe, takie jak: folia NRC, bidon z wodą, kurtka. Ale czasem wymagany jest też np. gwizdek. I jak tu załatwić go tuż przed startem? Ja wciąż uczę się tych biegów, całej ich logistyki. Zbieram doświadczenie, bo tak naprawdę w biegach górskich i biegach ultra jestem jeszcze świeżakiem. Dla zapominalskich są kary, organizator może nawet nie dopuścić do startu. Moje przeoczenia wiążą się z charakterystyczną dla mnie lekkomyślnością. Czasem z nią walczę, a czasami mówię sobie: „a, jakoś to będzie, po prostu pobiegnę”. A tu należy być uważnym i wcześniej się przygotować.

Pytałeś o dobór obuwia, to bardzo ważna sprawa. Niestety pracując w stolicy nie jestem w stanie dotrzeć na zawody dzień wcześniej, by na miejscu przekonać się, które buty będą najodpowiedniejsze. Przyjeżdżam w ostatniej chwili, wybieram na czuja i nie zawsze trafiam. Kamienie, mech, szutr – możliwości jest wiele.

Zresztą, cały ubiór jest istotny.

I tu zdarzyło ci się zaliczyć wpadkę?

Ogólnie lubię jak jest zimno. Na Ultramaratonie Bieszczadzkim jednak przesadziłam, ubrałam się zdecydowanie za cienko.

Widziałem, że na trasie podają tam rozgrzewającą smakową Soplicę.

W każdym razie, dzień wcześniej sprawdzam temperaturę. 5 stopni na plusie? Ok, długie getry i cieniutki krótki rękawek. Okazało się, że owszem, pięć stopni, ale w południe i w miejscowości, a na górze odczuwalna temperatura dochodziła do minus piętnastu. Miałam przy sobie kurtkę, ale tak zmarzłam, że nie byłam w stanie jej wyjąć. Musiałam prosić o pomoc napotkanego po drodze pana.

Niekiedy, zamiast ubrania na cebulkę i kurtki wiatrówki, przydałaby się karabin pneumatyczny. Niedźwiedzie grasują po lesie?

Widziałam takowego jegomościa będąc na szlaku, znajdował się po drugiej stronie strumyka – serce podeszło mi do gardła. W Portugalii zatrzymały nas dzikie konie, nie za bardzo wiedzieliśmy jak je obejść. U nas powszechne są dziki, przebiegają drogę, bardzo się rozbestwiły. Z jednej strony są przyjazne, nie boją się człowieka, z drugiej to duże zwierzęta, nigdy nie wiesz, jak się zachowają. Czasem mijasz lisy, sarenki. Tych pierwszych jest bardzo dużo. Pamiętam jak jeden biegł na mnie ze zdobyczą w paszczy. Struchlałam. Po prawej stronie miałam rzekę, po lewej półkę skalną. „Jezus Maria, on na mnie leci, a ja sama”. Niby tylko lis, ale zęby ostre ma. I broni swego.

Najbardziej boję się żmij. Strasznie. Nieraz instynktownie odrywam nogi.

Ukąsiła cię jakaś?

Nie, nigdy, one raczej uciekają przed człowiekiem. Nie jest prosto nadepnąć taką żmiję, o ile biegnie się po szlakach. Chociaż w Hiszpanii podeptałam węża, to nie było miłe. Wydawało mi się, że natrafiłam na gałąź, a ona się nagle złożyła. Nie chciałam nawet patrzeć, co to konkretnie było.

Ile biegasz miesięcznie?

Staram się wejść na pułap pięciuset kilometrów. To będzie więcej niż dotychczas, w tamtym roku jedynie w marcu tyle przebiegłam. Czuję, że stać mnie na trochę wyższe obciążenia. Tak czy inaczej, to w dalszym ciągu będzie poziom 100-120 km na tydzień.  W porównaniu do tego, ile biegają maratończycy, to bardzo mało. Ich dawka oscyluje w granicach 160-220.

To zawodowi sportowcy.

Dla mnie sport zawodowy to zajęcie, które finansuje się samo – masz sponsora, żyjesz z nagród. Wiem, że moje bieganie może wyglądać z boku jak typowe hobby. Ale biegi ultra to rozwijająca się działka. Tutaj wiek nie przeszkadza, najlepsze wyniki osiąga się będąc nieco starszym. Człowiek ma doświadczenie, lepszą wydolność. Ja nazywam siebie wyczynowcem. Uważam, że to co robię jest wyczynem.

ROZMAWIAŁ HUBERT KĘSKA

Fot. Archiwum Dominiki Stelmach

KOMENTARZE (13)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
jestesmy waszym stolcem
jestesmy waszym stolcem

Piwo jest prawie izotonikiem….nawadnia ….dalej nie czytam

jeremy

bo to prawda!!

Urban

Jak zamienisz ‚na’ na ‚od’ to bedzie to prawda

jeremy

cytat za Men’sHealth: „Piwo jest izotoniczne, czyli wyrównuje ciśnienie międzykomórkowe, i hipotoniczne, a więc ułatwia organizmowi szybkie przyjmowanie substancji odżywczych. Intensywny trening to utrata 2% wody z masy ciała i zwiększenie zapotrzebowania na minerały, witaminy i pierwiastki śladowe. Źródlana woda, magnez, potas, sód, fosfor, żelazo, wapń, glukoza, fruktoza, sacharoza, białka i aminokwasy, witaminy A, E, B, C, B i PP – wszystkie te dobra (i jeszcze kilka innych) są zamknięte w jednym kuflu lub butelce”

jestesmy waszym stolcem
jestesmy waszym stolcem

Jeśli dla ciebie mens health jest wykładnią zdrowia i rzetelnym źródłem to nie mam pytań

Twardy

Co kto lubi. Po starcie piwo zawsze. Przed dużym wysiłkiem ja unikam, ale jak ktoś strzeli jedno piwo, do tego słabe i pszeniczne, popije wodą. Cóż.

jeremy

Zacytowałem MH bo najszybciej znalazłem. Piwo po treningu nawadnia i działa przeciw zakwasom. twierdze to ja, bo praktykuje, twierdzi to pani Dominika bo praktykuje. Bardziej wierzę jej, sobie i HM, bo oni też powołują się na źródło, niż komuś kto mówi, że jest mądry, bo tak mówi… Kto ma inne zdanie cóż, każdy organizm reaguje inaczej. Na zdrowie!

jestesmy waszym stolcem
jestesmy waszym stolcem

W jednym jesteśmy zgodnie piwo jest nektar bogów

Wacław Grzdyl

w każdym razie to piwo, które ja piję z pewnością nie nawadnia, chyba, że pęcherz

fronda
fronda

Sekta i debile.

Morderca z glebi lasu

Rewelacja. Takich ludzi podziwiam. Żyją pasją i są szczęśliwi.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Urban

Pojebalo wad z dlugoscia tych wywiadow?

wpDiscuz
Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Szamoobrona