Image and video hosting by TinyPic
Mam parcie na sukces. Nie myślę o tym, czy się spłaciłem
Weszło Extra

Mam parcie na sukces. Nie myślę o tym, czy się spłaciłem

W jaki sposób „prawie się zabił” w przerwie meczu z Cracovią? Jaki wpływ na jego karierę miał Mike Hanke? Gdzie kelnerzy podawali mu obiad brudnymi rękami? O życiu wśród ludzi, którzy Europy w życiu na oczy nie widzieli, niedotrzymywaniu słowa, nawet tego spisanego na papierze, szarpaninie z tureckim kierowcą, arbitrze obrzuconym krzesełkami i wielu innych sprawach opowiada nam w obszernej rozmowie nagrodzony tytułem najlepszego napastnika jesieni na Wielkiej Gali Weszło Marcin Robak.

Uważasz się za szczęściarza czy za pechowca?

Zależy, co masz na myśli.

Szczęściarza, bo w wieku 32 lat kupił cię mistrz Polski, czy pechowca, bo pierwszy sezon w Lechu musiałeś spisać na straty?

Rzeczywiście, pech był taki, że kontuzje przez cały okres zanim przyszedłem do Lecha, mnie omijały. Grywałem regularnie, dobijałem prawie do maksymalnej liczby spotkań w sezonie, można się było z tego cieszyć. Szczęście w nieszczęściu, że dopiero po transferze doznałem takiego urazu, który ciągnął się za mną dosyć długo, bo pauzowałem praktycznie cały rok. Więcej siedziałem w gabinetach lekarskich niż na treningach i w meczach.

Liczyłeś w ogóle, ile czasu już mijało od ostatniego występu, skreślałeś dni do powrotu?

Może nie liczyłem dni, ale był to dla mnie bardzo ciężki okres. Nigdy nie pauzowałem tak długo, dla mnie to była nowa rzeczywistość, w której trudno się było odnaleźć. Przyjść do klubu tylko po to, żeby się bez końca rehabilitować? Czułem, że to nie to.

Doktor Pawlaczyk mówił mi, że gdyby wcześniej zapadła decyzja o operacji zamiast o zachowawczym leczeniu, mógłbyś uratować więcej z tamtego sezonu.

Nie ode mnie to zależało, dawałem sygnały że cały czas mnie to pobolewa, a lekarze zdecydowali, że spróbujemy leczenia bez pójścia pod nóż. Mówili, że uda się tego uniknąć i wyleczyć kostkę. Okazało się z czasem, że decyzja była błędna, kostka była cały czas spuchnięta, dokuczała, to wszystko się nawarstwiało. Może na początku nie była ona na tyle uszkodzona i gdyby dać jej dłuższą przerwę, to wszystko byłoby okej. Ale wszedłem w trening i mogło się tam coś w środku bardziej „popsuć”.

Ciężko się przychodzi do klubu ze świadomością, że nie wychodzisz na trening, na mecz, że znów tylko trybuny?

Drużynie wtedy dodatkowo nie szło, więc dla mnie to był podwójnie ciężki czas. Atmosfera wokół klubu była bardzo gęsta, po mistrzowskim sezonie apetyty urosły, a tak naprawdę nie potrafiliśmy wygrać meczu. Przychodząc do klubu w trakcie rehabilitacji, było to odczuwalne. Na szczęście w grudniu mija już rok od operacji, póki co wszystko jest okej, moja głowa jest spokojna i mogę się skupić na graniu.

POZNAN 25.07.2015 MECZ 2. KOLEJKA EKSTRAKLASA SEZON 2015/16 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: LECH POZNAN - LECHIA GDANSK 2:1 MARCIN ROBAK FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Tak się paliłeś do powrotu, że w pierwszym meczu schodząc ze schodów „prawie się zabiłeś” jak powiedział potem trener Urban.

Rzeczywiście, to było na Cracovii, gdzie po przerwie od razu wchodziłem na boisko. Po rozgrzewce pobiegłem do szatni, żeby jeszcze szybko skorzystać z toalety, a tam na zejściu z boiska nie ma żadnej wykładziny, dywaników. Miałem korki miksy, poślizgnąłem się, a że za mną szedł trener Urban, więc to wszystko widział. Na szczęście szybko złapałem równowagę, bo jeszcze bym sobie coś nowego zrobił. Różnie mogło być.

W tym sezonie też już z drobnym urazem zdarzyło ci się zmagać.

Faktycznie, ale to taka drobnostka. Trochę dokuczał ból w palcu, bo wytworzył się stan zapalny, ale normalnie grałem, trenowałem. Zgłosiłem to lekarzowi, podczas przerwy na reprezentację dostałem zastrzyk, wykorzystaliśmy te dwa tygodnie i teraz wszystko jest już okej. 

Trener Bjelica powiedział na początku swojej pracy w Lechu w wywiadzie dla Weszło, że „od napastnika, który strzeliłby 25 bramek w sezonie i dałoby nam to tylko siódme miejsce, wolałbym takiego, który strzeli tych bramek 12, ale dzięki niemu drużyna będzie dobrze funkcjonować i pięciu innych zawodników też strzeli podobną liczbę goli. Odebrałeś to osobiście?

Czemu?

Patrzę na twoje statystyki i o ile goli zwykle strzelasz sporo, to tego udziału przy bramkach innych za dużego nie ma, asyst szczególnie dużo nie zaliczasz, twój rekord w jednym sezonie po powrocie z Turcji to bodaj trzy.

Nie czytałem akurat tego wywiadu, ale napastnik z założenia ma, przynajmniej w moim odczuciu, zawsze bardziej czyhać na podania od kolegów i te bramki zdobywać. Wiadomo, fajnie jest mieć asysty, ale bardziej kręcisz się w polu karnym czekając na dośrodkowania, podania od pomocników. Oczywiście trener chce, żeby drużyna funkcjonowała jako zespół, bo akurat dla niego znaczenia kto strzeli, a że ktoś faktycznie to zrobi, dzięki czemu uda się wygrać spotkanie. Ale nie, nie odebrałem tego tak, jakby te słowa miały być kierowane do mnie.

Trener Bjelica zmienił coś w twoim sposobie gry?

Nie, za dużej różnicy między tym, czego wymagał ode mnie on, a trener Urban, nie dostrzegam. Bardziej zauważalne jest to, co zrobił z drużyną jako całością – funkcjonowanie na boisku, odbiór piłki, przesuwanie się bardziej niż indywidualne podejście pod zawodnika z piłką, takie sprawy.

Janek Bednarek zwracał mi uwagę też na to, że dużo mocniej presujecie, a jak wiadomo do dobrego pressingu zawsze daje sygnał ten, który jest najwyżej.

Wydaje mi się, że faktycznie wszystko, co dzieje się na boisku jest intensywniejsze, bo próbujemy podchodzić wyżej. Atakują napastnicy, pomocnicy, ale i obrońcy muszą być wysoko. Staramy się jak najszybciej zmusić rywala do straty, przez co nasza gra wygląda bardziej dynamicznie, przyjemnie dla oka. Założenie trenera Bjelicy jest takie: im bliżej bramki przeciwnika odzyskasz piłkę, tym bliżej masz do niej, gdy przechodzisz do ataku.

No i jeszcze jedna, ważna dla ciebie zmiana – chyba pierwszy raz u jakiegokolwiek trenera  w Polsce częściej jesteś jokerem.

Prawda, nie przypominam sobie, żebym w poprzednich klubach tak często wchodził z ławki. Na pewno to jakaś nowość, szczególnie gdy wchodzę z ławki, strzelam i znów jestem na ławce. Na pewno mnie to nie zadowala.

W swojej karierze trochę klubów zaliczyłeś, każdy z nich wspominasz z sentymentem?

Tak, akurat wszystkie kluby, w których byłem wspominam dobrze. Chyba głównie dlatego, że w każdym miałem okazję zostawić coś po sobie. 

Nawet Widzew, z którym długo musiałeś walczyć o pieniądze i o którym mówiłeś, że nie tak sobie wyobrażałeś sobie odejście i formę rozstania?

Jak tak o tym myślę… może po prostu nie było na to czasu, żeby spotkać się później, bo od razu nastąpił ten wyjazd do Turcji. Nie upatrywałbym w tym niczego wielkiego. Zresztą jak wróciłem do Polski i zagrałem na Widzewie w barwach Piasta Gliwice, dostałem koszulkę z występami i bramkami strzelonymi dla klubu. To pokazało, że w Łodzi się o mnie pamięta i że była wola, by nadrobić to skromne pożegnanie sprzed dwóch lat.

PLOCK 09.04.2010 MECZ 25. KOLEJKA I LIGA SEZON 2009/2010 --- MATCH POLAND FOOTBALL FIRST LEAGUE: WISLA PLOCK - WIDZEW LODZ 0:1 MARCIN ROBAK FOT. PIOTR KUCZA / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

Nie możesz jednak chyba powiedzieć, że wszystko było okej tak do końca, bo Widzew był ci też winny pieniądze. Na Walnym Zgromadzeniu Wierzycieli zagłosowałeś zresztą przeciwko przedstawionemu na nim planowi spłaty zaległości.

To nie był mój wyraz braku sympatii wobec Widzewa. Bardzo szanuję kibiców tego klubu, a mój ruch był wyłącznie wyrazem sprzeciwu wobec jego właściciela. Pan Cacek cały czas motał. No i jak widać, pomimo tego, że większość poparła jego plan spłaty, to klub upadł i wszystko poszło w stronę odwrotną do tej, którą na tym zgromadzeniu obiecywano, że pójdzie. Rzeczy, które wtedy wyłożono na stół nic nie dały, Widzew został zdegradowany i zaczął dopiero od czwartej ligi.

Rozumiem, że zaległości nie udało się rozliczyć do końca?

No nie udało się, ale to już jest za mną, a czasu nie cofniemy. Szkoda, że to akurat tak wychodzi, że zawodnik, który pomagał drużynie w powrocie do ekstraklasy, w końcowym rozliczeniu dostaje po głowie. To jest dla mnie przykre. Dlatego jak doszło do tego głosowania, to byłem przeciwko, żeby właścicielowi pokazać, że tak nie można.

Kolejną przykrą sprawą było całe to nieudane przejście do Chin.

To była bardzo dziwna sytuacja, rzadko spotykana. Pojechałem do Londynu na spotkanie z właścicielką klubu, gdzie to nawet nie był wyjazd po to, żeby rozmawiać na temat warunków umowy. Ona generalnie chciała mnie osobiście spotkać, usłyszeć ode mnie, że chcę jechać do Chin, że chcę grać dla jej klubu. To miało się odbyć na zasadzie: jadę, potwierdzę, wracam do Polski, dostaję dokumenty, podpisuję i wsiadam w samolot. I rzeczywiście tak było, dwa dni później dostałem dokumenty, które podpisałem, odesłałem i czekałem na sygnał od Chińczyków, kiedy wylot. Tak się doczekałem, że mijały kolejne dni i doszła do mnie informacja, że Chińczycy jednak wycofują się z transakcji, a do transferu nie dochodzi, niby na skutek niby nieporozumienia między klubami. Dlatego moja umowa jest nieważna.

Niby?

Pogoń była przekonana, że odchodzę. Nie podaje się na stronie internetowej klubu informację, że klub się ze mną żegna, nie będąc tego pewnym. Jeśli klub pisze, że zawodnik został sprzedany, to tak było. Chińczycy uważali inaczej, wiem że w tym czasie podpisali też kontrakt z niemieckim napastnikiem Hanke, dlatego moje przejście stało się im nie na rękę. No więc wysłali pisma, że wycofują się, bo podobno Pogoń chciała jeszcze zmieniać jakieś zapisy. No i udało im się, do transferu nie doszło.

Ale mówisz, że papiery były podpisane jeszcze w Polsce. To ile one były warte, co to w ogóle były za papiery?

To był kontrakt, który mówił, że po przylocie do Chin podpiszemy oficjalną umowę. Zawsze jest tak, że podpisuje się wstępnie dokumenty, żeby i klub, i zawodnik był zabezpieczony. Żeby już nie szukał. Później przechodzi badania medyczne i tak miało być i w moim przypadku. Czekałem więc tylko na ten sygnał: lecisz do Chin.

Walczyłeś potem o egzekucję tego wstępnego kontraktu?

Sprawa trafiła do FIFA, czekam na rozstrzygnięcie. Liczę, że sprawiedliwość zwycięży i mimo że nie doszło do transferu, to Chińczycy poniosą swoją odpowiedzialność za to, że wszystko było dograne, że nie trenowałem z żadną drużyną przez dobry miesiąc i czekałem na walizkach na wyjazd do Chin. Nie mogłem spokojnie funkcjonować, bo to się toczyło w zasadzie od maja. To był okres paru miesięcy, kiedy wszystkie prywatne rzeczy załatwiało się już podporządkowując je przenosinom. Sporo rozmawiałem w tym czasie z Krzyśkiem Mączyńskim, który trafił tam pół roku wcześniej i dawał mi wskazówki, jak później ogarnąć wszystko na miejscu, w Chinach. To tym bardziej nastawiało mnie na wyjazd, bo miałem w perspektywie grę z rodakiem, moja żona też nie nudziłaby się tam, bo miałaby towarzyszkę, jego partnerkę. O tym się nie myśli, ale w Chinach, gdzie wyjazdy zwykle są bardzo dalekie, takie rzeczy mogą żonom piłkarzy doskwierać.

Kilkanaście lat wcześniej nie wypalił ci też inny wyjazd zagraniczny.

No tak, jak grałem jeszcze w Miedzi Legnica, byłem na testach w Paderborn. Wyjechałem z bratem w nocy, jechaliśmy sporo czasu, nie pamiętam jak daleko to z Legnicy, ale jakieś 700 czy 800 kilometrów było. Dojechaliśmy nad ranem, mieliśmy trening o 9:00 czy 10:00 w niedzielę, bo zawodnicy, którzy nie grali w sobotę mieli trening wyrównawczy. Wziąłem w nim udział, no i tyle. Tak naprawdę nie wiem, na czym dokładnie to miało polegać, ten cały wyjazd, bo żadnych konkretów się nie dowiedziałem. Czy byli zadowoleni, czy nie. Nic nie było. Wróciłem do Polski, osoba która to organizowała powiedziała, że jak będzie coś wiadomo to da znać.

Niech zgadnę: nie dała.

No nie dała.

Co się odwlecze, to nie uciecze i tak było też w twoim przypadku. Z perspektywy czasu uważasz dwa lata w Turcji za udane?

Konyaspor zdecydowanie tak, bo to był fajny okres. Sportowo bardzo fajny, mimo że ciężki. Kluby tam niestety bardzo często wpadają w problemy finansowe i my byliśmy tego przykładem. Przyszedłem w styczniu do klubu i nie udało nam się utrzymać ekstraklasy, nie potrafiliśmy choćby meczu wygrać. Spadliśmy, klub zaczął mieć problemy finansowe, dostał od FIFA zakaz transferowy, ściągnięto pełno młodych chłopaków żeby miał kto grać, bo w drużynie zostało tylko trzech obcokrajowców. Wszystko ze względu na limity w PTT Lig, czyli w pierwszej lidze, gdzie mogło grać nas maksymalnie trzech. Było paru chłopaków z kontraktami, których klub chciał się po prostu pozbyć, bo i tak nie miałby z nich pożytku. Zostaliśmy tylko my z Mariuszem Pawełkiem i Hiszpan Alvaro Mejia.

Organizacyjnie wszystko pozostało na poziomie Super Lig?

Widać było, że zrobił się bardzo duży bałagan w klubie. Powiem wprost – wyglądało to słabo. Nie płacono nam, nie było nawet sygnałów, kiedy pieniądze ostatecznie otrzymamy. Dopiero przez założenie sprawy w FIFA mogłem odzyskać to, czego mi wtedy nie wypłacono. Ale sezon wyszedł nam całkiem nieźle, zajęliśmy czwarte miejsce, dostaliśmy się do playoffów o Super Lig, gdzie przegraliśmy dwumecz w półfinale z Kasimpasą. Kolejny sezon w pierwszej lidze mi się nie uśmiechał, więc postanowiłem odejść. Po moim odejściu jednak klub się pozbierał, funkcjonuje nadal i to na naprawdę dobrym poziomie, teraz nawet gra w Lidze Europy. Turcy mają takie okresy kryzysu jak spadają z ekstraklasy, bo budżet w najwyższej klasie jest ogromny, a na jej zapleczu już znacznie niższy. Doświadczyłem tego na własnej skórze.

No a droga w drugą stronę to z kolei szał wydawania.

Dokładnie, awans zawsze oznacza duże transfery, bo finansowy przeskok jest ogromny. Klub odżywa, pokazuje to przykład Antalyasporu, który niedawno grał w 1. lidze, a po awansie do Super Lig do klubu od razu przyszedł Samuel Eto’o.

W poprzednim wywiadzie z nami mówiłeś, że Konya to zacofane miasto. Co miałeś na myśli?

Jeżeli byłeś w Antalyi czy w Belek, miejscowościach typowo turystycznych, to wiesz, jak to wygląda. Że są luksusowe hotele, a zaraz obok nich domki, które wyglądają, jakby się miały zaraz rozpaść. Z kolei Konya jest położona za górami w stronę Antalyi. Osoby, które tam mieszkają pewnie Europy nigdy na oczy nie widziały i funkcjonują tak, jak się funkcjonowało kilka lat do tyłu. Kiedy przyjechałem z żoną, było widać zachowanie starszych kobiet, pozakrywanych, które widząc odkryte dłonie czy lekko odkryty dekolt, nie ukrywały zaskoczenia. Patrzyli jakby na inne stworzenie, innego człowieka. Dało się odczuć, że całe ich życie to to jedno miasto. Niektórzy potrafili się za nami obracać na ulicy, bo widzieli odkryte stopy, czy dekolt właśnie.

Jakieś nieprzyjemności z tego powodu miały miejsce?

Akurat jeśli chodzi o Turków, to oni dla obcokrajowców z ich klubu byli mili, szanowali ich. Na mieście podchodzili, chcieli zdjęcia robić. Za to parę razy mieliśmy spięcia na drodze, gdzie Mariusz musiał interweniować. Zdarzyło się nawet poszarpać z jakimś Turkiem. Dla nas to jest normalne, że są jakieś przepisy, których trzeba przestrzegać a tam… zjeżdżają bez żadnego kierunkowskazu na inny pas i mają to gdzieś. Zresztą jadąc samochodem bez pasów dostajesz mandat, a za tobą jadą trzy osoby na jednym motorze, bez żadnych kasków i to jest okej.

Byłem, widziałem, wiem o czym mówisz.

Zdarzyła nam się kiedyś taka historia, że jechaliśmy samochodem i jeden Turek wepchnął się przed nas i jak gdyby nigdy nic jechał dalej. Chwilę później ten sam gość znowu się wpycha. W końcu Pawełek nie wytrzymał, wysiadł z samochodu, pozamykał mu lusterka, co strasznie tego gościa wkurzyło. Skończyło się tak, że doszło między nimi do szarpaniny na drodze.

Trudno było sobie w takim – zacofanym jak mówisz – mieście jak Konya znaleźć jakieś zajęcie?

Były w sumie dwie galerie handlowe, gdzie można było wyjść na obiad. Tylko trzeba było uważać, bo nie każdy kucharz czy kelner dbał o higienę. Byli i tacy, którzy podawali nam jedzenie, a mieli brud za paznokciami. Jak już się wiedziało, jakich miejsc unikać, a gdzie wszystko jest elegancko i czysto, było okej. Generalnie spędzaliśmy dużo czasu z Mariuszem, później poznaliśmy jeszcze dziewczynę z Polski, która żyła z Turkiem mieszkającym w Konyi, która pokazała nam parę rzeczy – gdzie można było pojechać, pozwiedzać.

Osobny temat to kibice. Ci w Konyi chyba i tak jak na Turków nie należeli do najbardziej żywiołowych?

Powiem ci, że mieliśmy jeden taki mecz na wyjeździe z Adanasporem. Te kluby nie za bardzo za sobą przepadały i faktycznie był to gorący temat. Tam jest tak, że jak kamienie mają iść w kierunku autokaru, to nie ma znaczenia, czy jadą nim kibice, czy piłkarze. Agresywność kibiców tureckich jest dużo większa niż gdzie indziej, mimo że co chwilę dostają wysokie kary, to nadal nie unikają zamieszek i atakują kamieniami, czy nawet strzelają w stronę autobusu. W tych meczach derbowych, między rywalami, bywa naprawdę ostro.

W jednym z wywiadów opowiadałeś o lecących z trybun krzesełkach.

Ale to akurat w stronę sędziego, który w trakcie meczu parę razy pobudził kibiców odgwizdaniem wątpliwych fauli w jedną stronę. To  był okres, kiedy nie wygrywaliśmy, broniliśmy się przed spadkiem. Złość kibiców skierowała się więc w stronę sędziego, który nie tylko nam nie pomagał, ale zwyczajnie szkodził. No i parę krzesełek w kierunku murawy poleciało.

Miałeś też okazję grać choćby na Sukru Saracoglu, przy prawie 50 tysiącach kibiców. Jakie to uczucie?

Rewelacyjne. Turcy mają donośne głosy, potrafią się wydrzeć. Przegraliśmy co prawda 2:0, ale mimo wszystko takie doświadczenie, wyjście naprzeciw klubu, który kiedyś się oglądało w telewizji, w Lidze Mistrzów. A do pewnego momentu walczyliśmy z nimi nawet jak równy z równym. Szkoda, że później na Galatasaray graliśmy bez kibiców, bo akurat mieli zamknięty stadion, w końcu dużo się słyszy także o ich kibicach, a ja mam coś takiego, że lubię grać na stadionie rywala. Gwizdy, wyzwiska, to mnie podwójnie nakręca.

Jeszcze odnośnie wywiadów – jeden, twój i Mariusza Pawełka z tamtego okresu – wspomina się do dziś.

No tak, dyrektor sportowy zauważył, że Mariusz co nieco potrafi po angielsku. Można powiedzieć, że wymusił na nim wyjście przed kamerę, mimo że Mariusz wcale tego nie chciał. Nie czuł się na tyle pewnie. Ale jakoś go namówili, wywiad został udzielony, wyszedł jak wyszedł. No… kurczę, mogło być lepiej.

GLIWICE 27.04.2013 MECZ 24. KOLEJKA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2012/13: PIAST GLIWICE - LEGIA WARSZAWA 0:0 --- POLISH TOP LEAGUE FOOTBALL MATCH: PIAST GLIWICE - LEGIA WARSAW 0:0 MARCIN ROBAK FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Z Turcji wróciłeś do Polski, konkretnie do Piasta. I szybko zostałeś wyrzutem sumienia prezesów, którzy wtedy nie zainteresowali się tym, że byłeś wolnym zawodnikiem.

U nas jest tak, że jak pół roku zawodnik nie gra, występuje w małej liczbie meczów, to trudno mu później znaleźć klub. I tak też było ze mną, bo przez te pół roku w Mersinie nie zagrałem w choćby jednym spotkaniu. Z końcem okienka pojawiło się jednak parę klubów, nie tylko Piast, które chciały żebym dla nich grał. Po rozwiązaniu kontraktu liczyłem jednak na to, że potoczy się to znacznie szybciej. Ja miałem ogromny głód gry.

Kibice Piasta niemal do dziś mają do ciebie pretensje o jedną z wypowiedzi.

Którą?

„Nie przychodzę tu na półroczny staż”. Pięć miesięcy i lądujesz w Pogoni.

Podpisując kontrakt miałem plan, żeby w Gliwicach spędzić dłuższy okres. Życie piłkarza bardzo często weryfikuje nasze plany. Z prezesem Kołodziejczykiem nie mogliśmy dojść do porozumienia i wyszło to tak, że po rozmowach z nim nasze drogi się rozeszły.

On mówił wtedy w mediach, że chciałeś podwyżki i dlatego nie zostałeś w Gliwicach.

Nie ma sensu tego roztrząsać, to słowo przeciw słowu i mam to za sobą. Prezes może mówić prasie wszystko, co mu się podoba, żeby swoje racje wybronić. Ja wiem jak było, nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć. Podjąłem taką decyzję, a nie inną. 

Dopiero w Pogoni, do której trafiłeś z Piasta, wywalczyłeś najcenniejsze dla napastnika trofeum. Pod koniec sezonu miałeś rozpiskę: z kim gra Śląsk, bo Paixao, a z kim Lech, bo Teodorczyk?

Może aż tak to nie, ale śledziłem – i nadal śledzę – to, kto ile ma punktów i którzy napastnicy mają ile bramek. Wtedy też o tym wiedziałem, to był dodatkowy impuls, który wzmagał chęć zdobywania goli, żeby tamci nie mogli do mnie doskoczyć. Koniec końców okazało się, że ta jedna bramka zdobyta jeszcze w barwach Piasta Gliwice pozwoliła mi sięgnąć po koronę króla strzelców.

Drugi sezon był już gorszy, szczególnie pod względem liczby występów.

Po nieudanym transferze do Chin wróciłem do Pogoni bodaj 1 sierpnia. Później doznałem kontuzji w październiku, podczas przerwy na reprezentację. Pech polegał na tym, że uraz pojawił się w sparingu, we Wronkach w meczu przeciwko… Lechowi Poznań. Paulus Arajuuri poszedł wślizgiem i wykluczył mnie do końca rundy, naciągnął mi więzadła w kostce. Ten Lech się za mną tak ciągnął, że kolejne spotkanie w lidze rozegrałem dopiero na wiosnę. Nie wiem, czy było to spowodowane tym, że przez Chiny nie mogłem się spokojnie przygotowywać do sezonu, czy może po prostu czysty pech.

Z Paulusem wszystko już sobie wyjaśniłeś odnośnie tamtej sytuacji?

Co tu wyjaśniać? Mówiłem mu, że przez tamten jego wślizg – zaatakował w piłkę, ale zabrał nogę ze sobą – nie mogłem występować już do końca rundy. Tyle w temacie.

SZCZECIN 14.02.2014 MECZ 20. KOLEJKA T-MOBILE EKSTRAKLASA SEZON 2014/15 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: POGON SZCZECIN - LECH POZNAN 1:1 MARCIN ROBAK KIBICE POGONI FOT. PIOTR KUCZA/NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Do Lecha trafiłeś po tym teoretycznie słabszym sezonie, za sumę dość sporą jak na 32-latka w polskiej lidze. Czujesz, że się „spłaciłeś”?

Nie zastanawiałem się nad tym w taki sposób. Po ciężkim okresie, bo rok czasu poza grą to duże wyzwanie, chcę cieszyć się grą. Pomagać drużynie i bardziej patrzę w ten sposób niż myślę czy się spłaciłem, czy nie. Jeśli Lech chciał mnie do swojej drużyny, to znał mnie bardzo dobrze, bo nie jestem zawodnikiem anonimowym, nie z tego kraju. Znali mnie, wiedzieli jak to wyglądało w poprzednich sezonach.

Lech to taki klub, gdzie presja kibiców jest największa, z jaką miałeś do czynienia?

Widać to po liczbie kibiców, która przychodzi na mecze. Zapotrzebowanie na piłkę w całej Wielkopolsce jest ogromne, wszyscy oczekują po mistrzowskich sezonach kolejnych tytułów, żeby Lech był zawsze w pierwszej trójce. To taka drużyna, która powinna co roku grać o mistrzostwo i przychodząc tutaj wiedziałem, na co się piszę. Że jak jest okres dobry, to kibice będą nosić na rękach, ale jak jest cięższy, to dadzą to odczuć. Jak w poprzednim sezonie. 

Sam na siebie też nakładasz dodatkową presję?

Cały czas nie mam zbyt wielu drużynowych nagród – mistrzostwa, pucharu Polski. Bardzo bym chciał jeszcze to osiągnąć. Ale bardziej patrzę na to, żeby każdy kolejny mecz rozegrać dobrze. Żebyśmy wygrywali, a sukces był efektem tych kolejnych zwycięstw. Przychodząc do takiego klubu jak Lech pokazuję, że cały czas o tym marzę, że mam duże parcie na sukces.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY