Image and video hosting by TinyPic
Legenda Arki Gdynia… z Gdańska. Historia Tomasza Korynta
Weszło Extra

Legenda Arki Gdynia… z Gdańska. Historia Tomasza Korynta

Być wychowankiem Lechii, przejść do Arki, po jej spadku z ligi odejść do Bałtyku, a po latach być traktowany jako legenda żółto-niebieskich. Brzmi jak naiwna historia, ale tak właśnie jest z Tomaszem Koryntem, który przeszedł tę drogę i dziś jest kluczową postacią w historii gdyńskiego klubu. – Skandowali: „Ty źle zrobiłeś, że Lechijkę opuściłeś, za to r……y cię!”. Nas było trzech czy czterech, mówię sobie, że jeszcze tamten marynarz może nam pomoże, ale liczyłem się z tym, że w każdej chwili może się zrobić niezbyt fajnie. Na szczęście skończyło się na przyśpiewkach. W Sopocie ktoś krzyknął „Milicja!”, wszyscy wyskoczyli i uciekli. A ja odetchnąłem – mówi  Korynt w długim wywiadzie dla Weszło. Warto poznać jego historię, zapraszamy!

Czy kiedy pan patrzy obecnie na napastników Arki, nie ma pan momentami wrażenia, że w ataku przydałby się taki Tomasz Korynt?

Dziękuję za komplement. Nie wiem, czy akurat Tomasz Korynt, natomiast rzeczywiście w Arce na poziomie Ekstraklasy przydałby się jednak ktoś mocniejszy w środku ataku. Uważam, że Abbott w ubiegłym sezonie był wartościowym zawodnikiem, w I lidze sprawiał dobre wrażenie i był przydatny, ale teraz wymogi są już nieco wyższe. Obrońcy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym są bardziej doświadczeni, silniejsi i wydaje mi się, że przydałby się ktoś z większą mocą. Chyba, że po dobrze przepracowanej zimie Paweł nabierze trochę siły.

Co pan w ogóle myśli o napastnikach, którzy strzelają dwie bramki na sezon, jak chociażby Zjawiński?

Już raz się wypowiadałem na ten temat i z dwójki Zjawiński-Abbott mimo wszystko wolałbym tego drugiego. Niestety Zjawiński kompletnie się nie sprawdza. Dwie bramki na sezon to nie jest wyczyn, którym należałoby się chwalić. Poza tym, grając w napadzie, jeśli się nie strzela, to trzeba prezentować inne walory – wypracowywać bramki, zgrywać… W przypadku Zjawińskiego nie widzę nadzwyczajnych zalet w postaci szybkości, dryblingu, goli…

A u Abbotta?

U Abbotta widzę doświadczenie i jakieś tam cwaniactwo boiskowe, ale – tak jak powiedziałem przed chwilą – fizycznie jest teraz słabszy i trudno mu wykorzystać te walory. Pamiętacie przecież, że w zeszłym roku potrafił przyjąć piłkę, zastawić się, zgrać piłkę pod presją rywala. W tej chwili daje się wyprzedzać, przepychać.

To też takie smutno-zabawne, że tacy piłkarze być może będą mieli okazję zagrać w finale Pucharu Polski, a pan przez chorobę w tym jedynym do tej pory dla Arki nie mógł.

No rzeczywiście, miałem niesamowitego pecha, że dzień wcześniej mnie tak zmogło. Ale, wracając do pytania, oby tak się stało, że w tym finale zagramy, byłaby to powtórka tego naszego finału, który przeszedł do historii. A może klub się jeszcze spręży, wysupła jakieś pieniądze i do finału uda się zespół – jako całość – wzmocnić ? Tym niemniej życzę, aby ci którzy tak wysoko Arkę doprowadzili, w tym finale zagrali.

Nieco naiwne jest chyba ściąganie napastnika, który strzela dwa gole na sezon, a potem liczenie na to, że nagle odpali. Wyglądało to trochę tak, jakby Niciński się na tego Zjawińskiego uparł.

Nie chcę za bardzo oceniać działaczy i szczególnie Grzegorza. Czy on się uparł? Nie wiem. Nie znam kulis tego nabytku. Na pewno nie do końca ten ruch był sprawdzony, bo skoro w poprzednich iluś sezonach także strzelał po dwie bramki, to z góry było wiadomo, że to ma prawo nie wypalić. Chociaż z drugiej strony, gdy wchodzisz do Ekstraklasy i masz ograniczone możliwości finansowe, łudzisz się, że w którymś momencie niekorzystna karta się odwróci i wszystko zadziała. Weźmy przykład Surdykowskiego w Arce. Ani on chyba nie był z siebie zbyt zadowolony, ani w klubie nie byli. Poszedł do Bytovii i tych bramek strzela mnóstwo. W przypadku Zjawińskiego mogła nastąpić podobna sytuacja. Finanse na rynku transferowym odgrywają dużą rolę, wszyscy o tym wiemy.

Wracając do tamtego finału, duży był żal, że nie mógł pan zagrać?

Ogromny. To była – jak się okazało – jedyna możliwość w karierze, żeby zagrać w finale Pucharu Polski. Może ten żal jakoś tam został zneutralizowany przez to, że chłopaki powalczyli, zagrali super mecz i wygrali.

Czytał pan, co Andrzej Iwan powiedział o tamtym spotkaniu w swojej książce?

Na pewno czytałem, o jakie fragmenty pan pyta ?

„Prowadziliśmy z Arką 1:0, byliśmy zdecydowanie lepsi, graliśmy rewelacyjnie. Wydawało się, że nie możemy tego spotkania przegrać, ale dwa gwizdki wystarczyły, by zrobiło się 1:2”.

Zdziwiony byłem czytając te słowa. Z tego, co widziałem – oglądałem jeszcze tamtą potyczkę na płycie – rzeczywiście do przerwy mieliśmy dużo szczęścia, było mnóstwo zamieszania pod naszą bramką. Szczęśliwie – i dobrze – bronił Włodek Żemojtel, ale czy jakieś błędy sędziowskie miały wpływ na wynik? Warunki były ciężkie. Grząskie boisko, sędzia ma prawo się też pomylić, widzimy to co tydzień w Ekstraklasie przy tylu kamerach. Każdy ekspert może mieć też inne zdanie. Wydaje mi się więc, że zastrzeżenia Andrzeja co do poziomu prowadzenia spotkania nie mają tutaj racji bytu. Mogli udowodnić wyższość strzelając drugą bramkę, bo w pierwszej połowie mieli ku temu okazje.

Zastanawiam się, czy on nie sugeruje tu nawet czegoś głębszego.

Być może sugeruje coś innego, ale nie sądzę, by na tym szczeblu – ja na pewno nic nie wiem na ten temat – ktoś próbował wpływać na poczynania sędziego.

Ale o dwumeczu z Beroe tak można było chyba powiedzieć.

Może będę teraz trochę nieobiektywny, ale prawda jest taka, że mieliśmy wówczas mnóstwo zastrzeżeń do pracy sędziego. Nie pozwalał nam na nic. Na przykład moje każde wejście w pojedynek powietrzny było interpretowane jako mój faul. Trudno nam było przekroczyć linię środkową.

Mieliście świadomość, że 3:2 u siebie przed rewanżem w Bułgarii może nie wystarczyć?

Na pewno zdawaliśmy sobie sprawę, że 3:2 to jest mało. Najbardziej pluliśmy sobie w brodę z powodu tej kontaktowej bramki, bo wynikała ona z dużego nieporozumienia bramkarza ze środkowym obrońcą, co Bułgarzy wykorzystali. Jechaliśmy jednak z nadzieją, że uda nam się wybronić tę nikłą przewagę.

Szkoda tym bardziej, że w razie awansu już czekał Juventus.

No właśnie, a przecież to Beroe wcale tak źle na ich tle wtedy nie wypadło. Bułgarzy u siebie bodaj zremisowali, a w Turynie przegrali tylko 0:1. Mielibyśmy zatem fajny mecz.

Szkoda pewnie też tego losowania, Lechia od razu trafiła na Juventus.

No i mimo porażki do dziś stanowi to w Gdańsku jedno z najpiękniejszych wspomnień w historii klubu. My niestety zagraliśmy z mniej markowym zespołem i gdzieś zostało to zepchnięte na drugi plan. Dla mnie osobiście jednak tamten dwumecz był dużym przeżyciem, być może największym w karierze. Rozegrałem wprawdzie kilkanaście spotkań w takiej czy innej reprezentacji Polski, strzelałem dla niej bramki, natomiast o taką stawkę mierzyłem się tylko jeden raz. Zdobyłem wtedy też dwie bramki, spotkanie w Gdyni obserwowało 30 tysięcy osób. Przeżycie ogromne i także olbrzymia satysfakcja i radość z tych goli.

Długo w was potem siedziało, że jednak z tym Juventusem koniec końców nie zagraliście?

Wie pan, człowiek w sporcie musi się z pewnymi rzeczami pogodzić i nie rozpamiętywać zbyt długo, szczególnie porażek. Żal było, ale życie toczyło się dalej. Trzeba było dalej pracować na treningach i skupiać się na dalszej pracy.

korynt1

Może nie trzeba było odchodzić z Lechii? Wtedy by pan zagrał z Juventusem.

Ale też długo bym grał i męczył się w Gdańsku w II lidze. A byłem w takim wieku, że najwyższy czas było wejść na najwyższy poziom rozgrywkowy. I tak myślę, że trochę za późno do tego doszło.

Trochę lat pan w Gdańsku spędził.

Spędziłem, w zasadzie od początku zabawy z piłką. Tam zaczynałem pod okiem ojca, miałem wówczas chyba dziewięć lat. Tam grałem, tam miałem fajnych trenerów, kolegów. Ale skoro nie udało się z nimi awansować, trzeba było zmienić otoczenie. Już rok wcześniej miałem jakieś propozycje transferowe, ale jeszcze żyłem nadzieją, że w Gdańsku się uda.

Pan jest rodowitym gdynianinem. Czy już w Lechii w jakiś sposób czuł się pan arkowcem?

Moja sytuacja była dosyć ciekawa. Od urodzenia mieszkałem w Gdyni i już w podstawówce krzyczeli za mną „Lechia dziady” i tak dalej, bo wiedzieli, że trenuję w Gdańsku. Potem, jak przeszedłem do Arki, to nie mogłem się z kolei pokazać w Gdańsku, bo krzyczeli „ty śledziu” i inne, dużo gorsze epitety. Dopóki byłem w Lechii, to z racji układu gdyńsko-gdańskiego, powiem szczerze, miłością do Arki nie pałałem, bo to zawsze była konkurencja zza miedzy. Kiedy jednak przyszedł czas pożegnania z biało-zielonymi, trzeba było podjąć konkretną decyzję dokąd odejść. Były propozycje z innych klubów, między innymi z Łodzi, ale przeważyła gdyńska opcja, chociażby z tego względu, że tu mieszkałem.

A lechistą też się pan nigdy nie czuł?

Pytanie trochę prowokacyjne. Dopóki grałem w Lechii, czułem się lechistą. Teraz jestem 100-procentowym Arkowcem. A tak w ogóle – rozumiem kibicowanie i klubowe sympatie, natomiast nienawiści już nie bardzo.

No tak, ale traktował pan klub z Gdańska jako miejsce pracy czy jednak coś więcej?

Oczywiście, że jako coś więcej. Nie przychodziłem tam jako pracownik, tylko jako amator-entuzjasta piłki. Zaczynałem właśnie tam przede wszystkim dlatego, że w Gdańsku grał mój ojciec. To nie było łatwe, bo mieszkałem w Gdyni, a jako dziewięcio-dziesięcioletni chłopak sam jeździłem do Gdańska kolejką SKM na treningi. Byłem wtedy lechistą.

Ojciec nie starał się pana jakoś odwieść od tego transferu do Arki?

Nie. Też realnie podchodził do tej sytuacji i na pewno nie namawiał mnie jako lechista do pozostania w Gdańsku. A wybór, dokąd chcę odejść, należał do mnie.

Życia w Gdańsku pan potem też chyba nie miał.

Do Gdańska po transferze przez kilka lat nie jeździłem w ogóle, bo dopóki grałem w Lechii, jako młodego człowieka interesował mnie nie tylko futbol – chodziłem też na piłkę ręczną, koszykówkę… Ale gdy po przejściu do Arki raz pojechałem i z tych trybunek słyszałem to, co słyszałem… koniec. Nie ma co. Nawet na meczu hokeja, na nie tak kameralnej hali jak te do koszykówki, trudno było mi się przemknąć niezauważonym.

Czyli pan się bał.

Nieee… chociaż – raz tak. Raz przed meczem derbowym Bałtyku z Lechią, my byliśmy z Arką na zgrupowaniu w WDW w Sopocie, graliśmy następnego dnia, więc w sobotę kto chciał iść na te derby, mógł się z tego zgrupowania wyrwać. Więc w grupce ze Zbyszkiem Bielińskim, Andrzejem Dybiczem i jeszcze kimś, pojechaliśmy kolejką. Jak tylko wszedłem na koronę, to od razu zobaczyli mnie biało-zieloni i zaczęli uskuteczniać nieprzyjemne okrzyki.

Wracając, powiedziałem chłopakom, żebyśmy trochę poczekali, aż wszyscy odjadą. Wsiedliśmy do kolejki w Redłowie kiedy było pusto, ale w Kamiennym Potoku wsiedli (śmiech). Zapełnili cały pociąg. Postawiłem kołnierz, odwróciłem się tyłem do drzwi, ale jak usłyszałem „Korynt, ty cwelu!” to już wiedziałem, że nie będzie miło (śmiech). To był dla mnie najdłuższy przystanek w życiu. Skandowali: „Ty źle zrobiłeś, że Lechijkę opuściłeś, za to r……y cię!”. Nas było trzech czy czterech, mówię sobie, że jeszcze tamten marynarz może nam pomoże, ale liczyłem się z tym, że w każdej chwili może się zrobić niezbyt fajnie. Na szczęście skończyło się na przyśpiewkach. W Sopocie ktoś krzyknął „Milicja!”, wszyscy wyskoczyli i uciekli. A ja odetchnąłem.

Czuł się pan zdrajcą?

Nie. Chociaż napisy takie na płotach w Gdańsku były. Ale nie, dlaczego?

A w Arce nie patrzyli na pana krzywo po przejściu bezpośrednio z Lechii? Dzisiaj takich transferów jest mało. Kiedyś nawet kibice stanowczo się sprzeciwili, kiedy Arkę miał trenować Bobo Kaczmarek.

Pamiętam tę historię z Bobo, ale w Gdyni nigdy nie spotkałem się z jakimiś przejawami braku sympatii. Pierwszy mecz w Arce może nie był najlepszy w moim wykonaniu. Jeszcze może trochę nerwy odgrywały jakąś rolę, natomiast w drugim spotkaniu na wyjeździe z Widzewem strzeliłem bramkę i być może to nastawiło kibiców bardziej pozytywnie. Okrzyki z trybun zawsze jednak się zdarzały, jak człowiek trochę słabiej grał albo nie wykorzystał sytuacji. Teraz piłkarze mają pod tym względem większy komfort, bo niezależnie od tego, czy kopnie źle, czy kopnie dobrze, wszyscy skandują to samo grupowo i nie słychać pojedynczych okrzyków. Kiedyś grupy kibiców były mniejsze i na przykład siedziały na Górce, ale po drugiej stronie można było słyszeć np. „Korynt, ruszaj się!” .

Teraz to bardziej takie radio. Nieważne, co się dzieje na boisku, doping jest jakby obok meczu.

Tak. Teraz słychać głośny, jednolity doping i jest wszystko okej.

Trzeba też sobie powiedzieć jasno, że to spory wyczyn być wychowankiem Lechii i zostać legendą Arki, do dziś cieszącą się tutaj olbrzymią sympatią.

Cieszę się, że tak się stało. Żałuję najbardziej tego, że moja przygoda w Arce trwała tylko pięć lat. W 1982 roku niestety spadliśmy z ligi, a ja musiałem poszukać czegoś innego.

To jest też ciekawe o tyle, że nie dość, iż odszedł pan zaraz po spadku, to jeszcze do Bałtyku.

Wobec Bałtyku czy żadnego innego klubu nigdy nie miałem uprzedzeń. Chodziło jednak bardziej o znak ówczesnych czasów. Odejście do rywala zza miedzy było zastosowaniem praktycznego rozwiązania. Po spadku Arka nie próbowała mnie zbytnio zatrzymać. Wcale nie zgłaszało się jednak po mnie wiele klubów, lecz.. wojsko. Po studiach obowiązywał mnie jeszcze rok służby wojskowej w oficerskich jednostkach. Dosyć intensywnie musiałem zacząć się stawiać na komisje. Raz kolano po meczu spuchło, to się udało. Jak już byłem zdrowy, myślę, że do tego wojska bym trafił w wieku 28 czy 29 lat – trochę nieprzyjemnie, bo miałem już założoną rodzinę – ale trener Geszke, którego znałem jeszcze z Lechii, był szkoleniowcem Bałtyku i zaproponował mi grę w swoim zespole. „No dobrze, ale coś trzeba wykombinować, żebym do tego wojska nie poszedł”, powiedziałem. No i znaleźli jakiś paragraf, który pomógł i wybronił mnie od służby. Dlatego trafiłem do Bałtyku. Myślę, że to był dobry ruch. Umówiłem się z klubem słownie, że jeśli przyjdzie oferta zza granicy, to bez problemu udzielą mi pozwolenia. I tak się stało.

A kibice Arki nie traktowali trochę tego tak, jakby uciekał pan z tonącego okrętu? Mówi pan, że Arka nie chciała za bardzo pana zatrzymywać, ale nie wszyscy znali kulisy.

Nie wiem nawet, jaka była reakcja samych kibiców, bo w dalszym ciągu nie spotykałem się z jakimiś negatywnymi reakcjami. Myślę, że wtedy aż tak silnych animozji między Arką i Bałtykiem nawet nie było. Ja na pewno nie postrzegałem tego tak, że idę do wrogiego klubu. No bo dzisiaj można tak w cudzysłowie powiedzieć, że kibice Arki i Bałtyku się nie lubią. Tak czy owak po przejściu z Arki do Bałtyku ani razu nie spotkałem się z pretensjami.

Już nawet nie chodzi o sam Bałtyk, ale o to, że odszedł pan od razu po spadku.

Tak jak powiedziałem, żadnych zarzutów nie było. Zresztą, nie byłem jedynym, który odszedł. Włodek Żemojtel wyjechał do Niemiec, klub opuścił też Andrzej Dybicz, Janusz Kupcewicz w II lidze też chyba nie grał. Może za mną nie płakali, bo w tamtym, spadkowym, roku strzeliłem tylko jedną bramkę. Może się nawet cieszyli (śmiech).

Potem wyjechał pan za granicę, do Wiednia, zespołu First Vienna.

Tak, wyruszyłem do Austrii po roku gry w Bałtyku.

Lepszy świat na tamten czas?

Lepszy, chociaż też nie poszedłem do klubu, który brylował. Powiem szczerze, że mieszkałem w skromnych warunkach, w hotelu przy stadionie. Początkowo pojechałem sam, ponieważ małżonka jeszcze studiowała i mieliśmy dziecko, więc czekałem tam na nich dwa miesiące. To był inny świat. Jeśli chodzi o zarobki na pewno była znaczna różnica. Było sympatycznie, Wiedeń piękne miasto, dobrze mi się grało, strzeliłem najwięcej bramek w drużynie. A występowałem przecież dopiero od 7. kolejki, bo dołączyłem do zespołu w trakcie sezonu. Pamiętam, że przyjechałem w piątek, a w sobotę już grałem w meczu. Nie miałem nawet swoich butów, bo w Bałtyku musiałem zdać sprzęt. Dopasowali mi jakieś używane buty z magazynu. W pierwszym meczu nie strzeliłem bramki, natomiast w kolejnym już dwie, w sumie uzbierałem 13 goli i 13 asyst. W kanadyjskiej klasyfikacji nie najgorzej, prawda? Po sezonie awansowaliśmy na najwyższy szczebel, ale w międzyczasie obserwowali mnie wysłannicy z Francji i zaproponowali trzyletni kontrakt. Znowu do drugiej ligi. W Wiedniu mogłem grać w ekstraklasie, ale oferowano mi przedłużenie umowy o zaledwie rok. Nie wiedziałem nawet, czy dostałbym lepsze warunki finansowe. We Francji wprawdzie chodziło o II ligę, ale za to na trzy lata. A z trzydziestką na karku miało to znaczenie.

Jak wspomina pan Francję, zespół Limoges?

Jeśli chodzi o życie super, natomiast z sportowo gorzej. Zaraz na początku przytrafiła mi się kontuzja, zerwanie mięśnia, potem trochę minęło czasu zanim wskoczyłem do składu, zaczęły się problemy finansowe klubu, który został bankrutem. Mieli jakieś warunki do spełnienia, żeby nie doprowadzić do ostatecznego upadku.

Jak patrzyłem na nazwiska z tego zespołu, to wielkich piłkarzy tam nie było.

No nie, broniliśmy się przed spadkiem z drugiej do trzeciej ligi. To było związane z tymi problemami finansowymi, rok przed moim przyjściem – o czym nie wiedziałem – odbyła się rozprawa, po której musieli spełnić określone warunki, żeby pozostać na zapleczu i nie doprowadzić do bankructwa. Słabo im to szło, po moim wyjeździe relegowano ich do czwartej ligi. A gdy tam grałem, sytuacja ciągle była napięta, dlatego nie było nazwisk, które gwarantowałyby sukces.

A nie przeszło panu przez myśl – „cholera, mogłem zostać w Wiedniu”?

Może tak, ale raz miałem pecha. Pojechałem z Francji do Wiednia, przez kontakt z miejscowym menadżerem, na testy. Jednak – jak w finale Pucharu Polski – rozłożyło mnie, w ogóle nie byłem w stanie trenować. Przyjechałem, spędziłem tam dzień, zobaczyli, że jestem dętka. To było po dwóch latach pobytu w Limoges.

To mieli mało cierpliwości.

To prawda. A mnie na pewno bardziej odpowiadał austriacki styl gry, mimo że tam głównym okrzykiem z ławki było laufen, czyli biegać. Cały czas, tak jak w Anglii, ciągła gonitwa. Jednak ten styl bardziej lubiłem, bo chłopaki nie grali tak egoistycznie jak we Francji. Tam to sami dryblerzy, zerowy kąt, a on i tak nie podawał tylko strzelał, sam musiał zdobyć bramkę. Ja natomiast nie byłem typem zawodnika, który sam sobie wypracowuje sytuacje, raczej trafiałem po rozegraniu schematu, zagraniach z klepki, po dośrodkowaniach .

Grał pan przeciwko jakimś zawodnikom, którzy dopiero zaczynali karierę i później mocno się rozwinęli?

Grałem między innymi przeciwko Ruudowi Krolowi, ale takich chłopaków, którzy się rozwinęli, to we Francji za bardzo nie było. Natomiast wracając do Wiednia – tam bronienie rozpoczynał Michael Konsel, który rok czy dwa po moim wyjeździe był etatowym reprezentantem Austrii, przeszedł do Rapidu i regularnie go powoływali.

Lepszy od Żemojtela?

(śmiech) Młody wtedy jeszcze był i jak to w tym wieku bywa, popełniał trochę błędów. Jednak wyrobił się i na pewno też się cieszę, że miałem takiego kolegę, który został reprezentantem. Grałem też w Wiedniu z uczestnikiem mistrzostw świata, Czechosłowakiem – Liborem Radimcem, a także z reprezentantem ZSRR, Siergiejem Szawło, pomocnikiem. Fajni koledzy. Kilka nazwisk się przewinęło, ale na poziomie drugiej ligi – Austrii czy Francji – nie mogło to być nic wielkiego. A, przeciwko Januszowi Kupcewiczowi grałem! I wygraliśmy z jego Saint-Etienne.

tk

Można powiedzieć, że zawsze był pan krok za dużą piłką. Za granicą druga liga, jeśli kadra to – nie licząc epizodu z Węgrami – drużyny młodzieżowe i olimpijskie.

Tutaj odczuwam duży niedosyt i może nawet pretensje do niektórych osób. Była taka sytuacja w reprezentacji olimpijskiej, kiedy graliśmy przeciwko Francuzom. Ja strzeliłem trzy bramki w Częstochowie, wygraliśmy 3:1, potem w rewanżu 2:0 po moich dwóch golach. I praktycznie wyglądało na to, że za mało nastrzelałem, bo więcej powołania nie dostałem. Dlatego mam duży żal do trenera Edmunda Ziętary– jeśli on w ogóle miał coś do powiedzenia – bowiem nie poznałem konkretnych powodów, dla których miałbym nie grać.

Mógł je mieć?

Może przez przeszłość mojego ojca, który skończył karierę reprezentacyjną, wiecie jak?

Przez list. (Roman Korynt przyznał się w jednym z listów, że zarabia grając w piłkę, korespondencja wyciekła do prasy i Korynta zawieszono. Cała historia TUTAJ)

Po napisaniu, którego otrzymał zakaz gry w reprezentacji.

Miał też pan jednak mocną konkurencję w seniorskiej kadrze, prawda?

Tak. Przede wszystkim Szarmach, który był świetnym zawodnikiem, udowadniał to w Górniku, Stali Mielec, a potem we Francji, gdzie mimo dojrzałego wieku robił furorę. Dalej był Roman Ogaza, Włodek Mazur, z tym że np. Ogaza grał bardzo dobrze w lidze, natomiast w kadrze nie bardzo się sprawdzał. Są tacy zawodnicy, którzy w lidze super, a w reprezentacji mniej – na przykład Krzysiu Warzycha, młodszy ode mnie, w kadrze niespecjalnie sobie radził, a w Ruchu i Panathinaikosie super. Dlatego żałuję, że szansy nie dostałem, bo czasem miałem farta do bramek (śmiech).

Jak pan się czuł na zgrupowaniu pierwszej reprezentacji?

Zawsze byłem charakterologicznie za mało przebojowy, za dużo czułem respektu i może aż za bardzo, stawałem się przytłumiony między tymi chłopakami. Chociaż z każdym z osobna nie miałem problemów i się dogadywaliśmy.

A piłkarsko?

Z takim Ogazą mógłbym powalczyć i miałem nadzieję, że podołam. Jednak też te dzienne studia zabierały mi czas, mało go było na odpoczynek i regenerację – bo przyszedł egzamin np. z geometrii wykreślnej – i człowiek siedział do rana, żeby przyswoić materiał i zakapować, o co chodzi, a potem dobrze zaliczyć. Z pewnością miało to wpływ na to, że na treningu nie mogłem wykrzesać z siebie 100 procent.

Tata namówił pana na studia, prawda?

W zasadzie tak, mówił żebym studiował, bo zawsze będę miał zawód, ale nie zmuszał mnie do tego. Siedziało mi to w głowie…

[do naszego stolika podchodzi kibic]

– Przepraszam bardzo, czy pan Tomasz Korynt?

– Tak.

– Chciałem bardzo poprosić o autograf dla kolegi, przyjechał z Lubina. Dla Krzyśka. Dziękuje bardzo!

korynt3

Często ma pan takie sytuacje?

(uśmiech) No, zdarza się.

To miłe, prawda?

Tak, nawet bardzo miłe.

Wracając – dużo piłkarzy wtedy studiowało?

Na takich politechnicznych, uniwersyteckich, dziennych, to mało, na palcach jednej ręki. Pamiętam był inżynier Hubert Kostka w bramce Górnika Zabrze, reprezentant Polski, też po studiach. Jednak co innego dzienne, a co innego zaoczne. Ja studiowałem na Wydziale Budowy Maszyn, specjalizacja Samochody i Ciągniki. Czasami musiałem kombinować, żeby sobie dać radę. Dobrze było jak grałem w Lechii, ponieważ Polibuda mieściła się przez płot obok stadionu, zrywałem się z zajęć, przeskakiwałem przez niego, przechodziłem koło starej cerkiewki i byłem na treningu, chociaż też nie zawsze o tej porze, co wszyscy.

Wykładowcy byli wyrozumiali?

Tak, jeśli chodzi o terminy np. egzaminów, materiał trzeba było jednak znać. Ostatnio byłem na imieninach kolegi, którego znam od lat. Usiadłem koło Czesława, którego – wydawało mi się – widziałem pierwszy raz na oczy, ale tak się zgadaliśmy i on mówi:

– Ty w piłkę grałeś?

– Tak.

– A nazwisko?

– Korynt.

– O ja cię, to ja byłem twoim profesorem!

I zaczęły się wspomnienia. Mówił, że mnie po cichu kadra wykładowców podziwiała, że żadnych ulg w stosunku do mnie nie ma, a sobie radzę. Chwalił mnie, a ja pomyślałem sobie: „okej, zawsze byłem obowiązkowy!” (śmiech).

Dziś wielu piłkarzy raczej nie interesuje się edukacją.

Teraz to się zmienia, bo studia nie gwarantują pracy, a dwa – piłkarze zarabiają takie pieniądze, że są inne możliwości po zakończeniu kariery, które można uruchomić, żeby fajnie sobie żyć, jeśli dobrze się zainwestuje. A wtedy nie było giełd, nie było trendu kupowania nieruchomości czy czegoś innego, by zainwestować. Tylko cinkciarze chodzili.

A właściwie, te studia to się panu przydały?

Nie, nie pracowałem nigdy w tym zawodzie, chociaż w międzyczasie kilka lat prowadziłem działalność transportową jako właściciel firmy, ale do tego nie potrzebowałem magistra, więc nie bardzo się przydało w sensie zawodowym, choć na pewno rozwinęło nie tylko wyobraźnię, jak na przykład w przypadku wspomnianej geometrii wykreślnej.

Ma pan kompleks taty jeśli chodzi o futbol?

Ktoś musi być gorszy, ktoś lepszy, nie mogę mieć pretensji do ojca, że tak dobrze grał. Ciesze się, że mam takiego tatę, ale martwię się, że coraz słabiej z jego zdrówkiem. Po nowym roku 88 lat mu wybije. Tak więc kompleksów nie mam, chociaż gdy wchodziłem do drużyny, to nazwisko sprawy mi nie ułatwiało. Szczególnie w Lechii, kiedy kibice mieli w pamięci idola Romana, a jak złapali Tomka, który zmarnował jakąś sytuację, to brali go na języki.

Był pana największym zwolennikiem czy krytykiem?

Zależy w jakim okresie. Początkowo był krytykiem, chyba świadomie, żeby wykrzesać ze mnie więcej. Ja się wkurzałem, uważałem, że nie miał racji, ale był moim pierwszym trenerem i różne uwagi mi przekazywał z ławki, z którymi ja się czasem nie zgadzałem. Myślę: „co on mi tu będzie…” Buntowałem się. Teraz wiem, że dobrze robił podpuszczając mnie. Natomiast później już chwalił, teraz już nawet za bardzo!

W jednym go pan przebił – w długości grania.

A, to tak. Skończyłem grając w Orle Choczewo, kiedy mając 45 lat złamali mi nos i szczękę. Po tej przerwie, rok albo dwa później, wystąpiłem jeszcze w meczach barażowych, więc mogłem mieć jednak 47 lat. Fajnie tam było, strzelałem bramki, miałem satysfakcję kiedy w tym wieku ogrywałem młodszych zawodników, to było super. A szczególnie, kiedy strzelałem Lechii! Graliśmy w czwartej lidze i Pucharze Polski. W Pucharze, w Choczewie, wygraliśmy 2:1 i trafiłem obie bramki, nawet dość ładne. Jedna głową, bardzo trudna, druga z linii pola karnego. Pamiętam fajny tytulik w prasie– „Korynt ograł Lechię”.

Pracował pan kiedyś w Arce, obecnie już nie. Myśli pan, że to błąd klubu, który nie wykorzystuje legend?

Tak, ale to było trzy-cztery lata temu. Pracowaliśmy razem z Januszem Kupcewiczem, to trwało pół roku, podobno ze względów finansowych zrezygnowali z tych etatów, z tym że Janusz po jakimś czasie wznowił pracę. Myślę, że klub powinien korzystać z doświadczenia i przywiązania do barw klubowych, ale nie mówię o sobie, choć mam trochę czasu i mógłbym pomóc.

Niby nie mówi pan o sobie, ale skoro dodaje, że „ma trochę czasu”, to jednak chciałby pomóc.

To pan wymusza nieco odpowiedź. Tym niemniej chętnie bym pomógł.

W jakiej roli?

Chociażby w takiej jakiej byłem, penetracja rynku, chyba miałbym nosa do zawodników. Obserwowałem Bartłomieja Pawłowskiego, legionistów Furmana i Efira. Pawłowskiego, który grał wtedy chyba w Jarocinie, wspominam całkiem pozytywnie.

Jedno możemy powiedzieć na pewno – Zjawińskiemu by pan nie dał rekomendacji.

No, chyba nie bardzo (śmiech). Myślę jednak… dajmy spokój chłopakowi. Na pewno chce i się stara. Może odpali na wiosnę? Trzeba mu pomóc, aby tak się stało.

Rozmawiali Janusz Banasiński i Paweł Paczul

Foto główne: YouTube, lechianet

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Szamoobrona