Tak, to czas i miejsce dla Legii
Weszło

Tak, to czas i miejsce dla Legii

Trzy miesiące temu Legia była przy Łazienkowskiej bita, upokarzana coraz bardziej z każdą kolejną traconą bramką. Przewidywania nie mogły być zatem inne – oklep razy sześć i do widzenia z Champions League. To nie czas, ale przede wszystkim nie miejsce dla Legii. Tweety przyśmiewcze i prorokujące nadejście totalnej katastrofy napisane po 17. minucie meczu z Borussią można by odkopywać i odkopywać. I niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie wyrażał podobnych opinii.

Dziś, już w grudniu, wygrywając z wicemistrzem Portugalii wywalczyła awans do Ligi Europy. Magiera musiał się namęczyć, żeby usunąć wszystkie warstwy brzydkiej farby i tynku, które nałożył na Legię Besnik Hasi. Trening Trener czyni mistrza. Magiera dzień przed meczem powiedział na konferencji, że 1:0 do przerwy bierze w ciemno, najlepiej po golu Guilherme, który siedział obok. Spełniło się. A zapytany o to przeze mnie po meczu powiedział, że taki rezultat zapisał sobie nawet na kartce ze składami. Magic.

Jacek Magiera na pomeczowej konferencji nie tryskał szczęściem, był spokojny i wyważony jak zawsze. Krótką chwilę uniesienia miał jedynie po końcowym gwizdku. A na konfie powiedział kluczowe zdanie, które doskonale wytłumaczyło bierną radość i określiło jego podejście. „Dziś gramy w Lidze Europy, ale pragniemy wrócić jak najszybciej do Ligi Mistrzów” – ambicja na wyższym poziomie, niż decybele na Żylecie.

A kibice też odegrali dziś swoją rolę najlepiej ze wszystkich spotkań Ligi Mistrzów przy Łazienkowskiej. Bez wykroczeń, bez rac, bez czegokolwiek, czym mogliby podpaść w UEFA. Za to z oszałamiającym dopingiem, a właśnie tym powinni się wyróżniać. Oni też pokazali, że Champions League może być ich miejscem i gdy tylko chcą, pasują do niej idealnie.

Ale co najważniejsze – pokazali to piłkarze. Ich psychika zespoliła się już z atmosferą meczu Ligi Mistrzów. Jej hymn nie plącze nóg, a nastraja przed walką. Legioniści nie okazywali zdenerwowania, a wręcz zmuszali do tego Portugalczyków, bo w drugiej połowie piłkarze Sportingu kłócili się z sędzią przy każdej decyzji na korzyść Legii.

Mistrz Europy w środku pola? Tak, nawet trzech. Thibault Moulin, Vadis Odjidja-Ofoe i Michał Kopczyński. Adrien Silva wyglądał przy nich na gościa z kraju, który nie widział Ligi Mistrzów dobre 20 lat… Trener też był mocno oszołomiony. Jorge Jesus wykorzystał wszystkie zmiany do 68. minuty, działał rozpaczliwie.

Jacek Magiera, gdy był na bezrobociu, zorganizował konferencję dla piłkarzy, na której każdemu podarował książkę „Szczęście czy fart?”. Treść – jak się domyślacie – pomagała rozróżnić jedno od drugiego, a skracając, chodziło o to, że szczęściu się pomaga, tworzy je się samemu swoimi kolejnymi działaniami. Rozpaczliwe decyzje Jesusa i jego piłkarzy nie wzięły się z niczego, a właśnie z działań. Działań Legii, która założenia Magiery (nawet wynikowe) wykonała perfekcyjnie, dzięki czemu stała się szczęśliwa. A my razem z nią. Polski klub awansował do Ligi Mistrzów, gola przypieczętującego awans walnął Kucharczyk, potem nadszedł czas na bramkę na Santiago Bernabeu, cztery w Dortmundzie, remis z Realem Madryt i zajęcie trzeciego miejsca w arcytrudnej grupie dzięki wygranej ze Sportingiem Lizbona. Football fiction.

Samuel Szczygielski

Fot. FotoPyK