Image and video hosting by TinyPic
Covilo: Znajomi zachęcali mnie do tego, żebym został detektywem
Weszło Extra

Covilo: Znajomi zachęcali mnie do tego, żebym został detektywem

Dlaczego tak późno zaczął grać w piłkę i w jakiej dyscyplinie realizował się wcześniej? Jakie studia planował podjąć, zanim zdążył zakończyć karierę edukacyjną? Które europejskie derby są jego sercu najbliższe i stadion której drużyny odwiedzał regularnie w latach młodzieńczych? I wreszcie – czy odkryje przed nami tajemnicę życia na Marsie? O swojej młodości, czasach studenckich i karierze piłkarskiej, w obszernej rozmowia opowiada pomocnik Cracovii, Miroslav Covilo.

Chodzisz po domu w kasku?

(śmiech) Nie, nie, jeszcze nie muszę, wystarczy, że czasem się schylę.

Z takim wzrostem trzeba chyba uważać? W ostatnich latach nie było w polskiej ekstraklasie wielu piłkarzy, którzy tak skutecznie robiliby użytek ze swojego wzrostu.

192 centymetrów robi swoje, staram się korzystać z tego przywileju jak najczęściej. Mam spore predyspozycje do tego, żeby walczyć w powietrzu i cieszę się za każdym razem, gdy mogę pomóc drużynie głową.

Nie myślałeś w dzieciństwie o innej dyscyplinie sportu? Koszykówka, może siatkówka?

W piłkę zacząłem grać w wieku trochę niestandardowym, bo miałem jakieś 14, może 15 lat, a przecież większość profesjonalistów zaczyna o wiele wcześniej. W siatkówkę często grałem rekreacyjnie i wydaje mi się, że w dużym stopniu ukształtowało mnie to jako piłkarza. Dawałem sobie radę, miałem świetny wyskok, a przecież w siatkówce ważny jest też timing, który wtedy w sobie wyrobiłem, a dziś pomaga mi on na boisku. No i przede wszystkim karate – trenowałem ten sport przez siedem lat, zdobyłem czarny pas, nie mam dziś problemów z koordynacją.

Ibrahimović z Nevesinje!

Prawie, prawie! Chociaż on chyba bardziej taekwondo. Ale tak czy owak, nauczyłem się tam bardzo dużo, osiągnąłem sporo, ale w karate jest tak, że samo zdobycie czarnego pasa to nie koniec drogi. Można pokonywać kolejne szczeble, koledzy jeździli też na mistrzostwa świata czy Europy, ale ja wolałem wtedy już w całości postawić na piłkę i zakończyć przygodę ze sztukami walki. To był bardzo fajny okres, ale cały czas miałem jeszcze w pamięci czasy szkolne – w każdej wolnej chwili, jak to młodzi chłopcy, kopaliśmy cokolwiek się dało. A i nie ukrywam, że zawsze się wyróżniałem, przez co chciałem iść tą drogą.

To skąd w ogóle wziął się ten siedmioletni czas trenowania karate?

To był fatalny okres w historii kraju, trwała wojna, która wszystko zniszczyła. Nie było boisk, więc wszyscy zbieraliśmy się i walczyliśmy.

Od początku grałeś w środku pola? Z takimi warunkami zazwyczaj próbuje się w bramce, na stoperze.

Rzeczywiście, nie zaczynałem jako defensywny pomocnik. Na początku trener wystawiał mnie zazwyczaj na szpicy. Przerastałem rówieśników i jeśli ktoś dobrze dośrodkował mi piłkę, to nie musiałem nawet za wysoko wyskakiwać. Dokładałem głowę i dzięki temu strzeliłem sporo bramek. Ale jako napastnik nie przetrwałem za długo, bo wkrótce w ogóle przestałem grać w piłkę. Wiesz, w Nevesinje, gdzie mieszkałem, nie było zbyt dobrych warunków do tego, by robić karierę sportowca. Trzeba byłoby być sporym optymistą, by grając w takich lokalnych klubach wierzyć w zagraniczne transfery. Tata powiedział mi, że czas z tym skończyć i pora wziąć się za studia. I w ten sposób zapisałem się na uczelnię robiąc sobie sporą przerwę od futbolu.

Jak długo?

Dwa i pół roku. Dwa i pół roku praktycznie w ogóle nie grałem, tylko studiowałem wychowanie fizyczne.

Czyli przez pewien czas zanosiło się na to, że zostaniesz, na przykład, nauczycielem.

Tak, trochę pod tym kątem myślałem. Generalnie złapałem bakcyla edukacyjnego i w pewnym momencie myślałem nawet, że potem pójdę na jeszcze inny kierunek, tak by mieć jak najwięcej alternatyw. Wielu znajomych uczyło się na przykład kryminalistyki, zachęcali mnie do tego, żebym został detektywem.

Jeszcze lepiej. Jeździłbyś za ludźmi w czarnym płaszczu i robił z ukrycia zdjęcia.

Tak, ale chyba nawet lepiej, że nic z tego nie wyszło (śmiech). Myślałem nad tym kierunkiem, ale miałbym spore problemy z tym, by pogodzić wszystko czasowo. To byłyby już poważniejsze zajęcia, więcej nauki i konieczność regularnego bywania na uczelni. Cały dzień zorganizowany od rana do wieczora, o 22 w łóżku i dalej to samo. No a ja chciałem mieć też trochę więcej luzu. Ale wracając do grania – ostatecznie studia skończyłem jakieś cztery semestry przed planowanym końcem, ponieważ wróciłem właśnie do futbolu. To był jakiś bardzo niski poziom, bodajże piąta liga. Pewnego dnia spotkałem po prostu na korytarzu profesora, który powiedział mi: „Słuchaj, przyjdź do mnie na trening, ja tam prowadzę taki mały zespół, szukamy zawodników”. OK, poszedłem, pograłem z trzy miesiące i nagle odezwała się do mnie profesjonalna drużyna z Nowego Sadu, gdzie studiowałem. Minął kolejny rok, a tu kolejna oferta – ją jednak odrzuciłem, bo nie chciałem opuszczać dotychczasowego miejsca zamieszkania.

Musiałeś być bardzo zaskoczony obrotem spraw biorąc pod uwagę to, jak późno zacząłeś grać.

Zacząłem grać bardzo późno, a przecież miałem też tę przerwę na studia. Szczerze powiedziawszy, to nigdy nawet nie myślałem, że zostanę zawodowcem. Oczywiście bardzo cieszę się z tego, że moje losy potoczyły się w ten sposób, ale ciekaw też jestem jak ułożyłoby się to wszystko, gdybym normalnie trenował od małego.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Cracovia Krakow - Bruk-Bet Termalica Nieciecza. 25.11.2016

Ale jest też druga strona medalu – nie masz organizmu wyeksploatowanego tak bardzo, jak ci, którzy biegają po boisku od kilkunastu lat. Może nawet uda ci się dobić do czterdziestki!

Chciałbym grać jak najdłużej. Teraz mam 30 lat, ale czuję się na jakieś 20-kilka. Nie mam założonej bariery, że karierę skończy wtedy i wtedy, ale piłka sprawia mi w tej chwili tak wielką przyjemność, że życzyłbym sobie grać jak najdłużej.

Wracając do tematu – pewnym momencie zacząłem otrzymywać już na tyle atrakcyjne propozycje, że pomyślałem: „W sumie to może nawet coś w tej piłce osiągnę”. Najpierw grałem tylko w Serbii – był Nowy Sad, Indija, Spartak Zlatibor i Hajduk Kula. To były takie drużyny środka tabeli, ale czułem się tam w porządku, wyróżniałem się i co jakiś czas dostawałem sygnały o zainteresowaniu z innych lig. Aż w końcu w 2012 roku przeniosłem się do słoweńskiego Koper. Super czas, bo to też było miasto położone nad morzem, a ja nie przepadam za radykalnymi zmianami warunków do życia. Tam urodził mi się syn, miałem podobny komfort, co w ojczyźnie, blisko nad Adriatyk, wszystko było super.

Niestety, w Krakowie morza ci nie zorganizujemy.

No niestety, chyba się nie uda. Na Słowenii grało mi się świetnie – spędziłem tam dwa owocne lata, za każdym razem byłem wybierany do najlepszej jedenastki ligi i dopiero potem przyszedł czas transferu.

W Koprze graliśmy w ogóle w ustawieniu 3-5-2. Naszym trenerem był Włoch, Rodolfo Vanoli. Uwierz mi, my non stop ćwiczyliśmy taktykę, non stop! Cały czas ustawienie, przesuwanie, asekuracja. Ale dzięki temu byliśmy wicemistrzem Słowenii, sam też wtedy zdobyłem dużo bramek. Nie graliśmy widowisko, ale byliśmy tak dobrze zdyscyplinowani, że strzelanie nam goli było bardzo trudne.

Udało się wtedy zahaczyć o europejskie puchary?

Tak, ale po bardzo dziwnym dwumeczu odpadliśmy z Netfczi Baku. Na wyjeździe wygraliśmy 2:1, u siebie szybko dostaliśmy gola i czerwoną kartkę i w bodajże 91. minucie straciliśmy drugą bramkę.

Generalnie poziom ligi słoweńskiej jest dość podobny do polskiej, ale kolosalna różnica jest w tym, jak rozgrywki są opakowane. Stadiony, kibice, media – to wszystko jest dopiero tutaj na najwyższym poziomie. Tam na przykład, gdy graliśmy z Mariborem mecz na szczycie, walczyliśmy o pierwsze miejsce, na trybunach było na naszym stadionie jakieś 2500 tysiąca ludzi i to był świetny wynik. Pod tym względem – przepaść.

A jak już o poziomach mówimy – jak wygląda to w Serbii?

Dziwne rozgrywki. Wielu technicznych zawodników, do tego sporo walecznej, siłowej gry. Niby wszystko powinno być super, masa talentów, ale czegoś jednak brakuje. Wydaje mi się, że gdyby w Serbii były takie możliwości infrastrukturalne, takie stadiony i obiekty jak w Polsce, to byłaby to bardzo dobra liga. A tak – kiepskie warunki, pieniądze też słabsze i praktycznie każdy młody piłkarz z potencjałem szybko ucieka na Zachód. Ciężko w takich okolicznościach zbudować coś poważnego. Od wojny minęło kilkanaście lat, ale nie zmieniła się jedna rzecz – dużo młodych ludzi, tak jak ja kiedyś, nie wierzy w to, że może zrobić karierę sportowca. Większość stawia na naukę, idzie na studia, bo to jest zazwyczaj jedyna droga do tego, by coś osiągnąć, dostać pracę, wyżywić rodzinę. Muszą minąć kolejne dekady, by coś się zmieniło, bo sam znam wielu chłopaków, którzy woleli nie ryzykować i zamiast boiska wybrali uczelnię.

Zresztą wystarczy spojrzeć na jakiś mecz w telewizji. Tutaj, gdy oglądam powtórki spotkań, widzę akcje z kilku kamer, w wysokiej jakości. A w Serbii postawiona jest jedna kamera, operator, który czasem się zagapi, obraz nieostry. Nie wygląda to profesjonalnie. Szkoda, bo talentów jest od groma – nasza młodzieżowa kadra U-19 była bodajże dwa lata temu mistrzem Europy, a U-20 wygrała przed rokiem mistrzostwa świata ogrywając w finale Brazylię. To o czymś świadczy.

Wracając do twojej kariery – robiłeś rozeznanie u kolegów zanim podpisałeś umowę z Cracovią?

Popytałem tu i ówdzie. W Koprze zostać już nie mogłem – miałem problemy z klubem, rozbijało się o pieniądze. Pojawiało się zainteresowanie lepszych zespołów, ale włodarze żądali za mnie zbyt dużej kwoty. Złożyło się to jednak z tym, że sam też przestałem dostawać pensję, były spore opóźnienia, więc udało mi się rozwiązać umowę. Było dwadzieścia dni do końca okna transferowego i zgłosił się po mnie Maribor. I pewnie z tej propozycji bym skorzystał, ale rozstając się obiecałem, że nie będę wzmacniał ligowych rywali. No i na szczęście odezwała się Cracovia, pogadałem z kolegami i podpisałem umowę.

Jaki argument zadecydował?

Dużo dobrego słyszałem o poziomie gry, ale i o kibicach. Sporo opowiadano mi o atmosferze na meczach derbowych z Wisłą. Ja jestem kibicem Crveny, wiele razy byłem na meczach z Partizanem, a sam pewnie dobrze wiesz, jak tam bywa gorąco.

Wymachiwałeś racami i nakręcałeś atmosferę czy raczej przyglądałeś się wszystkiemu na spokojnie z boku?

Nie, nie, obyło się bez żadnych większych akcji, o jakich słyszy się zazwyczaj w Europie, racami też nie machałem, ale śpiewałem, owszem. Te mecze mają zupełnie inny klimat, tam cały stadion dopinguje przez 90 minut. Przez całe studia jeździłem na te spotkania, z Nowego Sadu do Belgradu jest jakieś sto kilometrów, więc miałem bardzo blisko. Ale bywałem też na meczach w europejskich pucharach i innych ligowych, więc chyba śmiało mogę o sobie mówić, że jestem kibicem tego klubu. Kręci mnie dopingowanie drużyny, więc tym przyjemniej było mi raz, że wziąć udział w derbach Krakowa, a dwa – w debiutanckich derbach strzelić gola. Super uczucie.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Cracovia Krakow - Korona Kielce. 02.10.2016

To pewnie i zawsze marzyłeś o tym, żeby w Crvenie grać?

Może dziwnie to zabrzmi, ale… nawet nie miałem czasu na takie marzenia. Miałem już ponad 20 lat, studiowałem, jeździłem na mecze i nie potrafiłem wówczas przewidzieć, że zostanę kiedyś zawodowym piłkarzem, a co dopiero mówić o reprezentowaniu barw takiego klubu. Fakt faktem z każdym kolejnym rokiem zauważałem, że mam do tego smykałkę – we wszystkich klubach byłem wyróżniającą się postacią i dopiero, gdy miałem jakieś 25 lat stwierdziłem: „Kurczę, trochę szkoda, że ta przygoda nie zaczęła się trochę wcześniej”. Ale niestety, czasu nie cofnę, a i nie mam żalu z tego względu, że po wojnie nie było gdzie trenować. Liga powstawała stopniowo, najpierw grały w niej chyba ze cztery kluby dla młodych chłopaków i dopiero z roku na rok nabierało to rozpędu.

Przyznaj, że jesteś ciekaw tego, co przyniesie styczeń, a co za tym idzie – okienko transferowe.

Kiedy masz takie statystyki, jakie ja mam teraz, to rzeczywiście – zainteresowanie ze strony innych klubów jest. W styczniu tego roku miałem ofertę z TSV 1860 Monachium, ale ostatecznie strony się nie dogadały i zostałem w Cracovii. W czerwcu też się ktoś odzywał, ale bez konkretów.

Z Polski?

Ktoś tam ponoć myślał nad tym, by mnie zatrudnić, ale nic poważnego. Poza tym, co trzeba podkreślić, ja nie chciałem odchodzić.

Solidny klub nawet na zapleczu dobrej ligi zachodniej czy kontrakt życia na innym kontynencie?

Tak jak wspominałem wcześniej, ciężko jest mi zmieniać środowisko. Gdy już w jakimś miejscu się zaaklimatyzuję, to nie za bardzo chcę go opuszczać. Oczywiście, żadnej opcji wykluczyć nie mogę, ale raczej nie mam ochoty na dalekie podróże. Na przykład przed transferem do Cracovii miałem propozycje z egzotycznych krajów, między innymi z Iranu, ale je odrzuciłem.

Czyli jest spora szansa, że jeszcze cię u nas w kraju utrzymamy.

Oczywiście, że chętnie bym został, mam tutaj rodzinę, ale Bóg zadecyduje, jaki będzie kolejny krok w mojej karierze. Jestem wierzącym człowiekiem, więc wiem od kogo zależy mój los.

Jesteś nieszablonowym defensywnym pomocnikiem. Teoretycznie nie powinieneś przekraczać połowy boiska, a tymczasem ciebie ewidentnie ciągnie do przodu.

Ciężko mi to jednoznacznie wytłumaczyć. Na pewno sporo mi dało to, że w młodości byłem napastnikiem – oswoiłem się z przebywaniem w szesnastce, czuję się tam dobrze i wiem, że mogę zrobić użytek ze swojego wzrostu. Poza tym jestem wysoki, łatwiej znaleźć mi sobie miejsce w polu karnym niż gdybym miał te kilkanaście centymetrów mniej. Faktycznie, to jest to, co chyba lubię najbardziej – zagrać piłkę do boku, wymienić klapkę, dostać zwrotne zagranie w okolice bramki. Czasem uda się coś strzelić po wrzutce Kuby Wójcickiego na przykład, bo nie dość, że ma dobre dośrodkowanie, to jeszcze świetnie się rozumiemy. Wie, kiedy zagrać, a ja wiem, kiedy wykonać ruch.

Masz bałkański charakter, grasz twardo, ale nie jesteś boiskowym brutalem, który tylko patrzy komu by tu zafundować „sanki”.

Zawsze gram agresywnie i nie lubię gdy ktoś odpuszcza. To sport męski, kontaktowy, trzeba się zderzać, walczyć o piłkę i nie odstawiać nogi. Zaznaczam jednak wyraźnie – nigdy, przenigdy nie chciałem nikomu celowo zrobić krzywdy. Jestem wychowany w wierze w Boga i wiem, że całe zło, które człowiek adresuje do kogoś, z czasem wraca. A po co mi to?

Mocno musiała zahartować twoją psychikę wojna, którą przeżyłeś jako młody chłopak.

Byłem wtedy małym dzieckiem, ale mimo wszystko sporo pamiętam. Pech chciał, że Nevesinje, miejsce w którym się urodziłem, było położone dokładnie na linii rozdzielającej dwa wrogie obozy. A wokół tej linii trzy walczące narodowości, bo jeszcze Bośniacy i Chorwaci. Ginęło wielu ludzi, mój ojciec został dwukrotnie postrzelony, ale na szczęście przeżył. Koszmar, mam nadzieję, że ten okres już nie wróci.

Ale z tego co wiem, miasto jest teraz wręcz atrakcją turystyczną.

Przyjeżdżają tam teraz setki ludzi, bo wszystko udało się naprawdę pięknie odrestaurować. Są nowoczesne budynki, ale też i takie, które pamiętają wojnę – z widocznymi śladami po kulach, porozrzucanymi cegłami. Mocne wrażenia. Jest pięknie odbudowany most, z którym wiążę się fajna ciekawostka. Latem, jakoś w czerwcu, odbywają się tam skoki do wody. Wysoka trampolina, ze 20 metrów, a pod nią wąska rzeka. Ale są szaleńcy, którzy się na to porywają, chociaż widok jest przerażający.

Próbowałeś?

Oj, nie, nie, daj spokój. Wszedłem, spojrzałem i wystarczyło. Obok jeszcze jacyś wariaci skaczą z dachu stojącej obok chaty, jest niezły ubaw. Turyści zbierają się wokół, obstawiają pieniądze czy ktoś skoczy, czy nie. Naprawdę warto odwiedzić.

OK, na koniec – syna popchniesz w kierunku piłki czy wyślesz na studia?

Bardzo bym chciał, żeby grał! Oczywiście decyzja należy do niego, ale na pierwsze treningi na pewno go wyślę. Nie muszę chyba mówić w jakim aspekcie będzie na pewno dobry.

No niech zgadnę… gra głową!

Bingo! (śmiech) Gdy przywiozłem go na trening, to koledzy pomyśleli, że jest dużo starszy, bo naprawdę szybko rośnie. Rok temu grał z nami w Cracovii Łukasz Zejdler, niski chłopak, śmialiśmy się z niego, że mój syn już go przerasta o głowę.

Generalnie to wiesz, że o twoim wzroście krążą legendy. Podobno masz zapytania z NASA?

Z NASA?

No, masz ponoć poinformować nas niedługo, czy istnieje życie na Marsie. No i chodzą słuchy, żę parę razy satelitę strąciłeś wstając z fotela.

(śmiech) No co ja poradzę, że obdarzono mnie takim darem. Ale w takim razie bardzo chętnie przejrzę wszystkie oferty i rozwieję wszelkie wątpliwości!

fot. 400mm.pl

Rozmawiał MARCIN BORZĘCKI

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY

Szamoobrona