Kto zamiast Bartoszka? Trenerzy z I ligi, których widzielibyśmy wyżej
Weszło

Kto zamiast Bartoszka? Trenerzy z I ligi, których widzielibyśmy wyżej

Miał być hit i transferowa bomba (no dobra, może trochę przesadzamy), ostatecznie jednak cały misterny plan spełzł na niczym – Maciej Bartoszek koniec końców nie zostanie szkoleniowcem kieleckiej Korony i – jeśli nie wydarzy się jakaś niewynaleziona katastrofa – sezon dokończy w Chojnicach. Taki a nie inny rozwój wypadków skłonił nas jednak do refleksji na temat tego, którego z trenerów pracujących na co dzień w I lidze widzielibyśmy zamiast trenera Chojniczanki szczebel wyżej. Kto, jeśli nie Bartoszek? Mamy swoich trzech faworytów.

Dominik Nowak
Trener Wigier Suwałki to postać niezwykle barwna i charyzmatyczna (w tym miejscu możecie przeczytać nasz obszerny wywiad z Nowakiem), a także przyzwyczajona do pracy w – eufemistycznie rzecz ujmując – niezbyt komfortowych warunkach. Z Górnikiem Polkowice w kilka lat awansował z IV do I ligi, choć klub po degradacji za korupcję trzeba było budować praktycznie od nowa, w Świnoujściu przez większość sezonu 2012/13 utrzymywał Flotę w czubie tabeli mimo piszczącej biedy, z kolei w Motorze zanim odszedł w niezbyt przyjaznej atmosferze również mógł się pochwalić zadowalającymi rezultatami.

Trudno nie ulec wrażeniu, że Nowak jak dotąd we wszystkich prowadzonych zespołach padał ofiarą własnych sukcesów – nie będzie bowiem przesadą stwierdzenie, że gdziekolwiek się pojawił, wyciskał wynik ponad stan. W Suwałkach również radzi sobie bardzo dobrze. W zeszłym sezonie miał uratować Wigry przed spadkiem, co koniec końców mu się udało, w tym zaś jak na razie zajmuje ósme miejsce i jest o krok od wywalczenia awansu do półfinału Pucharu Polski. Gość pokroju Nowaka naszym zdaniem zdecydowanie zasługuje na szansę wykazania się na najwyższym rozgrywkowym szczeblu. Przebicie się do Ekstraklasy stanowiłoby w jego przypadku naturalny krok do przodu. Choć akurat w Suwałkach na brak wygody narzekać nie może, to i tak chętnie przekonalibyśmy się, jak jego warsztat sprawdziłby się we w miarę stabilnie funkcjonującym klubie z krajowej elity.

Ryszard Tarasiewicz
Mamy wrażenie, że Tarasiewicz wciąż w jakiś sposób jest trenerem niedocenianym. Jasne, nie jest to może szkoleniowiec absolutnie wybitny, jednak gdyby przyjrzeć się bliżej jego dotychczasowym dokonaniom, może trochę dziwić to, że wylądował w legnickim domu spokojnej starości. Dwa awanse ze Śląskiem (najpierw do starej II ligi, jakiś czas później do Ekstraklasy), wykręcenie z wrocławianami szóstego miejsca w lidze (zdobycia Pucharu Ekstraklasy już nawet nie liczymy), wprowadzenie na najwyższy szczebel Pogoni Szczecin, później także awans do Ekstraklasy i zdobyty Puchar Polski z Zawiszą Bydgoszcz… Trochę się tego uzbierało.

O etapie Tarasiewicza w Bydgoszczy w wywiadzie dla nas opowiadał zresztą wcale nie tak dawno Kamil Drygas:

Jest coś takiego w Polsce, że niektórzy są zafiksowani na punkcie trenera zza granicy. Nieważny warsztat, ważny paszport.
Ja to mogę powiedzieć na przykładzie Paixao, bo porównując go do trenerów z Zawiszy, Rumaka i Tarasiewicza, niebo a ziemia.

A Tarasiewicz jaki był? Odszedł w dziwnych okolicznościach.
Tego najbardziej żałuję w Zawiszy, dla mnie to był przede wszystkim mega człowiek, grał w piłkę, wiedział o co chodzi i miał wyniki. A czemu odszedł, to już nie do mnie pytanie, ale to był moim zdaniem błąd.

Jaki miał warsztat?
Umiał wszystko połączyć. Piłkę z taktyką. Był wyluzowany, ale gdy coś nie szło po jego myśli, to potrafił krzyknąć. On przede wszystkim grał w piłkę i wiedział, kiedy zawodnik potrzebuje wolnego, a kiedy może zostać po treningu i popracować dłużej.

Wszyscy go chwalą, a nie może nigdzie zagrzać dłużej miejsca.
Przyszedł do nas, gdy byliśmy – że tak powiem – w dupie, bo mieliśmy sześć-siedem punktów straty do Cracovii i Termaliki, walczących o awans. Przyszedł i chyba z dziewięciu meczów wygraliśmy siedem, dwa zremisowaliśmy i weszliśmy do Ekstraklasy. Potem w lidze zrobiliśmy ósemkę, wygraliśmy Puchar Polski, także ze mną jako zawodnikiem wyniki miał mega. Nie wiem, dlaczego odszedł z Zawiszy i może od tego wszystko się zaczęło.

Niezależnie od tego, jak zakończy się jego pobyt w Legnicy, mamy dziwne przeczucie, że Tarasiewicz prędzej czy później do Ekstraklasy wrócić siłą rzeczy po prostu musi. Na zapleczu najzwyczajniej w świecie się marnuje.

Jerzy Brzęczek
Brzęczek miał już okazję spróbować sił w Ekstraklasie w sezonie 2014/15, gdy od listopada 2014 roku przyszło mu gasić pożar po Quimie Machado i Tomaszu Untonie w Lechii Gdańsk. Biorąc pod uwagę fakt, że do Trójmiasta przyjeżdżał bez większego doświadczenia – trudno mimo wszystko uważać za takie prowadzenie Rakowa Częstochowa czy asystowanie Markowi Motyce w Polonii Bytom – w roli strażaka poradził sobie naprawdę nieźle. Najpierw zdołał bowiem wywindnować biało-zielonych z dołu tabeli do pierwszej ósemki, a sezon skończył ostatecznie na piątym miejscu. Mimo osiągnięcia z marszu co najmniej przyzwoitego wyniku, w Gdańsku stracono jednak do niego cierpliwość po nieudanym starcie minionego sezonu, gdy jego zespół odniósł zaledwie jedno zwycięstwo w siedmiu meczach.

Brzęczek szybko jednak znalazł pracę w GKS-ie Katowice, gdzie – jak na razie – jest najbliżej zakończenia ciągnącego się rokrocznie serialu pod tytułem „Ekstraklasa albo śmierć”. GieKSa pod jego wodzą nareszcie gra tak, jak się tego od niej oczekuje – po 15 kolejkach ma na koncie 29 punktów, czyli tyle samo, co lider z Sosnowca. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że katowiczanie swoją grą długimi momentami rzeczywiście pokazują, że jeśli nie teraz, to już chyba naprawdę śmierć nigdy. Nie będziemy oszukiwać – Brzęczka w Ekstraklasie najchętniej wiedzielibyśmy w nowym sezonie Ekstraklasy właśnie z GKS-em.

* * *

Jak natomiast wyglądały/wyglądają losy trenerów, którzy do Ekstraklasy wchodzili z I ligi? Najprościej rzeczy ujmując – na dwoje babka wróżyła. W najmniej odległej przeszłości – nie licząc wspomnianego wyżej Brzęczka – mieliśmy do czynienia z dwoma takimi przypadkami – Robertem Podolińskim i, to już z kolei historia najnowsza, Jackiem Magierą.

Pierwszy z nich po ponad trzyletnim pobycie w Dolcanie wylądował dwa sezony temu w Cracovii i – co tu dużo gadać – wejścia smoka z całą pewnością nie zaliczył. W Krakowie nie zdołał nawet dotrzymać do końca rozgrywek – został zwolniony w kwietniu 2015 roku (bilans: 10-7-15). Miniony sezon spędził zaś w Podbeskidziu, gdzie przebył prawdziwą drogę z nieba do piekła. Najpierw w absurdalnych okolicznościach kosztem Ruchu Chorzów nie awansował do grupy mistrzowskiej, później zaś z hukiem spadł z ligi, w siedmiu spotkaniach grupy spadkowej remisując jedno i pozostałe sześć przegrywając (ostateczny bilans: 8-8-13). Aktualnie Podoliński przebywa na bezrobociu. I choć na pewno jest jeszcze zbyt wcześnie by go skreślać, trzeba sobie powiedzieć jasno, że jak na razie Ekstraklasa zweryfikowała go mocno na minus.

Historia Magiery to z kolei nieco inna para kaloszy. Obecny szkoleniowiec Legii potrzebował niespełna czterech miesięcy, by dobrymi wynikami w Zagłębiu Sosnowiec zapracować sobie na powrót na Łazienkowską. Choć trudno mówić, by z miejsca uczynił on z Wojskowych maszynkę do wygrywania po spowitej mrokiem epoce Besnika Hasiego, to jednak rzucony na głęboką wodę z początku na pewno nie zawodzi. Progres w grze jest dość widoczny, a zespół w końcu wydaje się powoli wracać na właściwe tory – czytaj: Legia coraz bardziej zaczyna przypominać drużynę, a nie zbieraninę ludzi spod dworca centralnego. O ostatnim remisie z Realem Madryt nawet nie będziemy wspominać, bo na jego temat zostało powiedziane już chyba wszystko.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)