Śmiałem się, że gdybym widział, po takich treningach robiłoby mi się ciemno przed oczami
Weszło Extra

Śmiałem się, że gdybym widział, po takich treningach robiłoby mi się ciemno przed oczami

Mam dla ciebie mały test. Idąc jutro do szkoły lub pracy zamknij oczy na dziesięć sekund. Trochę ciężko się poruszać, prawda? A co, jeśli miałbyś w takich okolicznościach rozegrać… mecz piłkarski? Niemożliwe? A jednak funkcjonują w Polsce dwie ekipy, które uprawiają sport znany jako blind football. Spotykają się regularnie, nakładają specjalne gogle na oczy i biegają po boisku otoczonym ochronnymi bandami. Nasłuchują piłki (ma w sobie specjalny dzwoneczek), przeciwników (muszą sygnalizować, gdy są w pobliżu), naprowadzacza (człowieka, który stoi za bramką i podpowiada, co robić). Niezależnie od tego, czy ich akcje przypominają te z Premier League, czy jednak ani trochę – należy im się ogromny szacunek. Po treningach idą do domów i potrafią emocjonować się meczami Legii w Lidze Mistrzów czy Ekstraklasą. A że ich de facto nie widzą? Żaden problem. Od czego jest wyobraźnia.

Jedną z takich osób jest Marcin Ryszka, reprezentant klubu Tyniecka NWP Kraków. Marcin gra w piłkę, rozkręca swoją dyscyplinę organizacyjnie, ma złoty medal mistrzostw świata w pływaniu, był na dwóch paraolimpiadach, ukończył trzy kierunki studiów, pracuje w stowarzyszeniu „Nie widzę przeszkód” i… komentował paraolimpiadę w TVP. Tak, cały czas mówimy o osobie niewidomej. Zaparzcie herbatę i wystawcie tyłki na tego motywacyjnego kopniaka od faceta, który ma w życiu nieco ciężej niż statystyczny Kowalski.

***

Pamiętasz coś z czasów, gdy widziałeś?

Pamiętam. Kolory, trawa, boisko, bramki, zwierzęta. Wiem, jak wyglądają ludzie. Tego się nie zapomina.

Nie widzisz od piątego roku życia.

Ale w piłkę gram od zawsze. Mama szła podlewać kwiaty do ogrodu, brała mnie – ja sobie kopałem. Moi bracia wychodzili na osiedle – grałem z nimi. Czasem ludzie się mnie pytają, czy nie mam żalu, że nie widzę. Nie mam. Dobrze mi się żyje. Chociaż czasem sobie myślę, że szkoda, bo z moim charakterem w tej normalnej piłce może też mógłbym coś osiągnąć. Oglądam sobie na przykład taki Real – Legia i myślę: „kurde, ale byłoby zajebiście wziąć w czymś takim udział”. Ten nasz blind football jest jakąś rekompensatą. Wychodzisz na mecz mistrzostw Europy i – uwierz – to też jest kapitalne uczucie.

Łatwiej jest nauczyć się grać w blind football osobie, która nagle straciła wzrok czy takiej jak ty, która nie widzi prawie od zawsze?

Generalnie to chyba nie ma cięższej dyscypliny do trenowania dla osoby niewidomej niż blind football. Lekkoatletyka, pływanie – jest lżej. W piłce jeśli nie masz koordynacji, orientacji, podzielnej uwagi – nie zagrasz. Żeby mecz blind footballu w ogóle się odbył, potrzeba wiele lat treningów, inaczej te osoby pozabijają się na boisku. Osoba, która widziała, ma łatwiej, bo ma już zrobioną pamięć ruchową. Wie, jak obrócić się z piłką, jak się zastawić. Osoba, która jest niewidoma od urodzenia, może to sobie zupełnie inaczej obrazować w głowie.

To jest generalnie ciekawe, jak ty sobie wyobrażasz całą piłkę nożną. Jak widzisz w głowie na przykład rzut rożny?

Rzut rożny jest w sumie łatwy do wyobrażenia. Stoisz na rogu boiska, masz gości w polu karnym, podajesz im, to akurat jest proste.

No dobra, ale taki spalony to już wyższa szkoła jazdy.

Też proste. Niech ta filiżanka będzie dwoma stoperami (Marcin rysuje ustawienie na stole – red.). To nieuczciwe, jakby ci stoperzy stali na środku boiska, a jakiś typ tkwiłby w polu karnym, nie byłoby sensu. Czasem pytam się mojego brata, żeby mi zobrazował, o co dokładnie chodzi w jakimś zagraniu. Co to jest strzał pasówką? Albo ostatnio: co to znaczy zagranie na ścianę? Czasem jak byłem na meczu to słyszałem, że krzyczą do gościa „plecy!”. Też nie umiałem się tego domyślić, dopiero brat mi powiedział, że ktoś idzie na zawodnika od tyłu i on może o tym nie wiedzieć.

Dla mnie takie rzeczy są oczywistością, ale tak sobie myślę, że to niesamowite, by oglądać – czy może bardziej śledzić – piłkę z zamkniętymi oczami. Fascynujące, że ty się w ogóle potrafiłeś tym zajarać.

Oglądać, oglądać. Zawsze śmieję się, jak ktoś do mnie dzwoni i pyta:

– Co robisz?

– Oglądam telewizję.

Co mam powiedzieć, że „słucham telewizji?”. Głupio to brzmi.

Słyszałem wywiad z tobą w Radiu Kraków. Dziennikarka o coś się spytała, a ty odpowiedziałeś: zobaczymy!

Dobra beka była kiedyś jak poszedłem na rozmowę o pracę. Wiedziałem już, że koleś mnie nie przyjmie. Nie traktował mnie jak potencjalnego pracownika, a jak niewidomego. „Jak pan tu w ogóle przyszedł? Jak to się stało że pan jest tak ubrany?”. Myślę sobie: „co za pajac”. Na koniec pyta mnie, jaka jest moja najmocniejsza cecha. A co tam, pocisnę z niego bekę.

– Spostrzegawczość! – wypaliłem.

Pracy – jak się domyślasz – jednak nie dostałem. Mina gościa musiała być bezcenna.

Ludziom generalnie chyba często zdarzają się takie wpadki. Nawet ja dzwoniąc do ciebie powiedziałem na koniec, że „widzimy się na miejscu”.

Wolę, żeby tak do mnie ludzie mówili. Bardziej irytuje mnie jak ktoś na siłę nie chce mnie urazić. „Dobra, to słyszymy się jutro”. Nie cierpię tego. Ja oglądam telewizję, czytam książki. Też zdziwiłeś się na początku jak powiedziałem ci, że czytałem dzisiaj twój wywiad z Pawłem Kapsą. No czytałem. Mam słuchawkę, program mi to odczytuje, ale dla mnie to jest właśnie czytanie.

Jak już oglądasz mecz to wybierasz zwykły komentarz czy audiodeskrypcyjny?

Coś ty, zwykły. Ja nawet nigdy nie słyszałem tego audiodeskrypcyjnego. Mecz meczem, ale ja lubię tę całą otoczkę, historię, opowieści. Po co mi wiedzieć, że gość ma czarne buty czy niebieskie skarpetki. Nie kręci mnie to. Kiedyś bardzo często chodziłem na Wisłę jako kibic i ludzie pytali się mnie, skąd wiem, co się dzieje na boisku. A ja zawsze miałem na komórce odpalone Radio Kraków, słuchawka w uchu i wiedziałem, co się dzieje. Przy okazji chłonąłem emocje, doping. Dla mnie nie ma różnicy czy polska piłka czy zagraniczna, wszystko lubię oglądać. Zazwyczaj sprawdzam przed weekendem rozkład meczów reprezentantów na „Łączy nas piłka”. Aha, w piątek gra Piszczu, w sobotę Zieliński z Milikiem, w niedzielę Linetty. Ustawiam sobie czas tak, żeby te mecze oglądać.

Pół żartem czasem ci zazdroszczę, że nie musisz patrzeć na takie mecze jak ostatnio Korony ze Śląskiem.

(śmiech) Trochę bawię się w dziennikarkę, piszę dla portalu pływackiego megatiming.pl, kiedyś pisałem dla Ekstraklasa.net. Zrobiłem parę wywiadów, między innymi z Leszkiem Ojrzyńskim czy Piotrem Mandryszem. Kiedyś napisałem też tekst o Popoviciu. Irytował mnie. Nic nie grał, trochę go zjechałem. Posługiwałem się liczbami, faktami. Dla mnie to powinien być ktoś taki, kto – jak mawia Twarowski – gra na kierownicy, a on nic nie kreował, nic nie strzelał. Koleś z redakcji śmiał się, że niektórzy widząc tak by tego nie napisali.

Ma to znaczenie w ogóle dla ciebie, czy jakiś mecz jest dobry?

Jasne, to są emocje. Ostatnio oglądałem mecz Lechii i było mega. Denerwują mnie ludzie, którzy jadą naszą Ekstraklasę. Jaka ta liga by nie była, chce się to oglądać i każdy nie może się doczekać, aż liga znowu zacznie grać. Jasne, jak grają taki antyfutbol jak w meczu, o którym mówiłeś, to rzeczywiście jest dramat. Zawsze lubię wtedy odpalić sobie Weszło i czytać te wasze wszystkie porównania.

Jak wygląda specyfika waszej szatni? Potraficie mieć dystans do tego, z jakim problemem się borykacie?

Jasne, jest przewesoło. Jesteśmy grupą znajomych od zawsze, większość z nas poznała się w szkole dla niewidomych i niedowidzących na Tynieckiej. Każdy z nas ma pozytywne nastawienie, dystans. Największe jaja są na samym boisku. Jak jedziemy na turniej i wspominamy, to czasami leżymy. Graliśmy kiedyś dwa mecze w Brnie. Zagrałem cały pierwszy sparing, w drugim już mnie odcięło. Trener mówi, że mam zejść. Nasz napastnik, Martin, który ma ksywę Bungu, był przy piłce, coś kiwa, ja obserwuję to z boku, a on krzyczy:

– Rycha! Rycha!

A mnie już dawno na boisku nie ma! Podpuszczam go:

– Jestem! Graj na lewo!

Później akcja trwa dalej, a ja krzyczę do Bunga:

– Graj Iniestę!

Iniesta to nasz kumpel z drużyny, który z wyglądu jest podobno do niego podobny. Najlepsze było to, że Iniesta siedział obok mnie na ławce i razem robiliśmy Bunga w bambuko. Dostaliśmy od nich chyba szóstkę, to już mogliśmy odpuścić. Dobra akcja była też na turnieju w Niemczech. Sfaulowali mnie, zszedłem na chwilę z boiska, kumpel miał oddać piłkę rywalom w geście fair play. Tak kopnął fair play, że trafił stojącego obok Niemca prosto w twarz i on też był do zmiany. Przy fair play znokautował typa! (śmiech) Oczywiście nie celowo, bo skąd miał wiedzieć, że on akurat tam stoi. Teraz jak się w szatni coś odezwie to jest szydera.

– Dobra, Situ, luzuj. To było fair play!

Ostatnio śmialiśmy się z chłopakami, że eksperci strasznie podniecają się niektórymi piłkarzami. Wymyśliliśmy, że jak będziemy robić sobie opis na naszą stronę internetową, napiszemy tak: „Marcin Ryszka, znakomity przegląd pola, bardzo dużo widzi na boisku”. Kiedyś wygrywaliśmy 1:0, ale nas strasznie cisnęli do ostatniej minuty. Było zamieszanie pod naszą bramką, opanowałem piłkę i chciałem uspokoić, a później trener śmiał się po meczu:

– Świetna akcja, Rycha. Przyjąłeś piłkę, kiwnąłeś dwóch naszych, dwóch ich i wybiłeś.

Taki był chaos na boisku, że moi kumple z drużyny próbowali mi tę piłkę zabrać, bo myśleli, że ja to jestem jakiś inny typ. Nie było w ogóle czasu na tłumaczenie, że ja to ja, więc ze swoimi też się kiwałem (śmiech).

Generalnie rozpoznajecie się na boisku po głosach?

Tak. Wołamy do siebie. Dużo jest też gry na pamięć. Z każdym miesiącem się rozwijamy. Kiedyś graliśmy tak, że bramkarz miał obowiązek wyrzucać piłkę jak najdalej do naszego napastnika.

Laga na bałagan!

Na chaos i może coś wpadnie. Teraz rozgrywamy to od tyłu. Bramkarz rozgrywa do mnie, ja mam wciągnąć gości na swoją połowę i grać krosowe podanie do napastnika. Mamy za sobą mecze z takimi ekipami, że miazga. W tamtym roku jeździliśmy po Europie, graliśmy z mistrzami Hiszpanii, Włoch, Czech, Niemiec. Wyszliśmy z założenia, że nie ma sensu grać ze słabszymi ekipami, które są na naszym poziomie, jak już się uczyć to od najlepszych. Wyszliśmy z mistrzami Hiszpanii i goście nie wiedzieli przez pierwsze dziesięć minut, co się dzieje. Oni przyzwyczajeni, że będą sobie kiwać, jeździć, wyszło na nich paru chłopów do fizycznej gry i nie mogli się odnaleźć. Dostaliśmy głupią bramkę z rożnego i w końcu niestety przegraliśmy. Ja jestem łącznikiem obrony z atakiem. Jak jest okazja – mam się podłączać, ale raczej mam rozgrywać, asekurować. Ostatnie 10 minut, przegrywamy z Hiszpanami, a ja czuję, że są słabi. Trener mówi:

– Idź, podłącz się do ataku, czy będzie 1:0 czy 2:0 to i tak żadna różnica, a może się uda strzelić.

To mi w duszy graj! Opanowałem piłkę, ruszyłem, założyłem siatkę gościowi, on mnie skosił i mieliśmy z tego rzut wolny. Stoimy przed piłką i podjarany zagaduję do kolegi:

– Stary, widziałeś, jaką siatkę założyłem?

– Jak niby miałem to zobaczyć?!

I beka. W sumie nawet nie pomyślałem o tym, że mógł tego nie widzieć (śmiech).

Jak oglądałem wasze mecze, to najtrudniejsza sytuacja jest chyba wtedy, kiedy piłka stoi. Nie dzwoni dzwoneczek, nie wiadomo, gdzie jest, pojawia się chaos.

Jak piłka stoi dłużej niż cztery sekundy, to sędzia ma za zadanie podejść i uderzać w nią butem, żeby było ją słychać. Gdy piłka stoi, włącza się straszna panika. Z doświadczeniem przychodzi to, żeby się nie gotować. Często na treningach dobrze potrafimy wyprowadzać piłkę, a kiedy na meczu ta znajdzie się w naszym polu karnym, to jest chaos, wszyscy na siebie wpadają.

Pomaga wam też podpowiadacz, który stoi za bramką i was kieruje. Jak to jest, słyszysz, że z jakiegoś punktu wychodzi dźwięk i tam kopiesz?

Przyjmując piłkę rysujesz sobie w głowie boisko, słyszysz głos tego gościa i wyobrażasz sobie, gdzie jest bramka. Jak napastnik schodzi ze skrzydła, lubi, żeby przewodnik podpowiadał mu, gdzie jest długi róg, żeby nie stał na środku bramki. To nie jest takie proste. Przyjmujesz piłkę – słyszysz piłkę. Musisz do tego słyszeć jak inni zawodnicy wojują (każdy piłkarz na boisku będący w pobliżu piłki musi krzyczeć „voy” – red.), nasłuchujesz wskazówek trenera i przewodnika, musisz jeszcze skoncentrować się na swojej robocie tak, by oddać strzał. Najlepsi zawodnicy świata potrafią kiwnąć kilku naraz, a brakuje im koncentracji, żeby dobrze uderzyć.

Euro 2015 283

Tyle głosów dookoła, że możecie robić jakieś zmyłki. Grając z Hiszpanami możecie nauczyć się hiszpańskich słów i dogadywać.

Nie robimy zmyłek, ale też przypomniała mi się dobra akcja, jak przed meczem z mistrzem Hiszpanii siedzimy w szatni, odprawa, zajebista motywacja, wszyscy nabuzowani. Jeden kumpel w końcu pyta:

– Trenerze, jak się będziemy z nimi witać, to mamy powiedzieć „cześć” czy „hola”?

Ja sobie myślę: „co ty człowieku gadasz, my wchodzimy na mecz naładowani, a ty się zastanawiasz, jak się z nimi przywitać!” Czasem mamy spinkę przed meczami, ale nie można z tym przesadzać. Jak jesteś za bardzo nabuzowany to cię odcina i nie myślisz na boisku. Lewy fajnie powiedział kiedyś, że przemotywowanie jest złe. Jego to wali, czy wychodzi na Real czy Gibraltar. Najważniejsze, by robić to, co sobie założyłeś. Ja myślałem, że można wszystko na hurra. Iść, zdeptać wszystkich. Zesraj się a nie daj się. Trener Mateusz Stawarz podpowiada nam przed meczem, że mamy się koncentrować na naszych założeniach, a nie na przeciwnikach. Zero przepychanek, kłótni, to wszystko jest bez sensu. Wystarczy, że zapomnisz wojować i od razu wpadasz na gościa. W blind footballu szczególnie sprawdza się powiedzenie, które trener nam zawsze powtarza, że lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Z trenerem poznałem się  gdy miałem 15 lat, był moim nauczycielem WF w szkole na Tynieckiej w Krakowie. Jako pierwszy wyciągnął do nas pomocną dłoń i prowadził z nami treningi. Często w rozmowach porównuje mnie do Grzegorza Krychowiaka, utarło się nawet takie hasło, że „Rycha jak Krycha”. Głównie dzięki niemu jestem takim piłkarzem dzisiaj.

Podobno blind football to bardzo kontuzjogenny sport. Urazy zdarzają się co chwilę, właśnie przez to, że na siebie wpadacie.

To prawda, ja choćby na pierwszym meczu mistrzostw Europy rozwaliłem łuk brwiowy. Całą pierwszą połowę czułem, że krew mi się zbiera w tych goglach, a wiedziałem, że jak zgłoszę sędziemu to będę musiał zejść, a nie chciałem zostawić drużyny. W drugiej połowie wpadłem, bo nasz przewodnik zwrócił uwagę, że krew mi się leje spod gogli. Zszedłem i dupa, nie zagrałem do końca meczu. Na szczęście był tam jakiś lekarz-magik, pokleił mi tę skórę, mogłem grać w kolejnych. Kiedyś też grałem z bólem nogi, trochę tylko pobolewało, dało się grać. Potem pojechałem z tym do lekarza, a się okazało, że mam ułamaną kość w stopie.

Zdarza się, że ktoś wyrżnie głową w słupek?

U nas jeszcze nigdy, ale zdarzają się takie sytuacje, dlatego mówiłem ci, że nie jest tak prosto, by w ogóle zagrać mecz blind footballu. Na początku potrzeba masę treningów. Większą zjebę możesz dostać na treningu nie dlatego, że jakąś akcję zmarnowałeś albo gdzieś się źle zachowałeś, ale dlatego, że nie zachowałeś bezpieczeństwa. Jest gwizdek – co by się nie działo wszyscy muszą stanąć w miejscu. Leci gość prosto na słupek, trzeba to sygnalizować. Na treningach brakuje czasem ludzi do pomocy, choćby przewodnika, żeby był za bramką.

Co jeszcze krzyczy do was naprowadzacz oprócz tego, że pomaga zobrazować, gdzie jest bramka?

Woła, ile metrów jest do bramki. Mówi „dwanaście”, „osiem”, „cztery” i tak dalej. Kiedy zawodnik jest na skrzydle a ja się podłączam w roli napastnika, mówi mu, kiedy i gdzie zagrać. Tak jak w meczu z Grecją, który ci pokazywałem. Robię gościa na skrzydle, a Martin już czeka w polu karnym. Usłyszałem, że mam mu podać na cztery i mieliśmy bramkę. Jak lecisz na pełnej przy linii, naprowadzacz mówi ci, ile masz metrów do końca boiska, żebyś się nie zabił. Albo „lewa/prawa oś”, żebyś sobie mógł zobrazować, po której stronie boiska jesteś. O, albo „dzida”, czyli przyjmujesz piłkę i jedziesz sam bez większego pierdolenia (śmiech).

W sumie ten naprowadzacz czuje się trochę jak…

Jakby grał na Playstation, co?

Dokładnie to chciałem powiedzieć.

Fajna sprawa. Z naprowadzaczami jest tak, że musisz im bezgranicznie zaufać, a niektórzy mają tak, że nie są w stanie tak od razu wykonywać wszystkich poleceń nowego podpowiadacza. Musisz być na sto procent pewien tego gościa. Wyjdź na boisko, zamknij oczy i biegaj, a się przekonasz. Od paru turniejów mamy już jedną osobę, naszego kierowcę, który jest naszym naprowadzaczem na stałe, więc jest łatwiej.

To wcześniej tak nie było? Byłem pewien, że to równie istotna osoba w drużynie co trener.

Nie, musieliśmy rzeźbić. Jechał z nami przypadkowy koleś na jakiś turniej, przed meczem na szybko go instruowaliśmy. „Dobra, będziesz robił to i to”. Następny turniej – znowu ktoś inny. Trener odpowiada za środkową strefę, tam podpowiada. Ostatnio mamy problem, nasz podstawowy bramkarz Krzysiek wyjechał do pracy do Austrii i czasami nie ma możliwości jechać z nami na turniej. Teraz wróciliśmy z Lipska i Krzychu wybronił kilka piłek nie do wyjęcia, ale niestety nie może z nami trenować na co dzień. Na ostatnich dwóch turniejach dwa razy bronił nasz trener. Super, bo byliśmy zajebiście poukładani od tyłu, ale na dłuższą metę to nie ma sensu, bo brakowało go w środku. Goście byli w szoku, że jako jedyni potrafiliśmy wyjść spod pressingu podaniami, że podajemy do bramkarza. Inne drużyny praktycznie nie stosują tego manewru. Mnie generalnie najbardziej podoba się to, jak w blinda grają Anglicy. Stary, to co kolesie robią – miazga. Sama organizacja gry, podania, zmiana strony, pyk, pyk, pyk. Fajnie grają, a nawet nie byli na olimpiadzie. W Turcji jest na przykład wiele indywidualności, gość weźmie piłkę i z nią jedzie, to nie jest moim zdaniem takie atrakcyjne. Cóż, piłka nie zawsze jest sprawiedliwa.

Skąd wiesz, że jakiś mecz jest dobry, że grają klepki? Potrafisz to określić stojąc obok i nasłuchując?

Tak. Słuchasz i wiesz, że oni nie walczą bez sensu na bandzie, nie przepychają się, ale wymieniają piłkę. Mnie się marzy, żeby tak grać, jak oni. Nie zabijać się, ale żeby piłka chodziła. Fragmentami na treningach nam to wychodzi. Wszystko przyjdzie z czasem, zaczynaliśmy przecież od zera. Podłapałem blind football na Igrzyskach w Pekinie, zacząłem opowiadać chłopakom, szukaliśmy jakichś filmików w necie, próbowaliśmy to naśladować. Generalnie do blind footballu potrzebna jest piłka, która dzwoni, żebyśmy mogli wyobrazić sobie, gdzie ona jest. Braliśmy szmaciankę, zrywaliśmy łatę, wsypywaliśmy coś do balonu i szliśmy do wulkanizatora, żeby nam to ogarnął. Później napisaliśmy maila do międzynarodowego komitetu paraolimpijskiego i oni nam wysłali dziesięć piłek na próbę. Załatwiliśmy skądś przepisy międzynarodowe, ktoś przetłumaczył je z angielskiego na polski. Cały czas działamy z chłopakami organizacyjnie. Szukamy sponsorów, żeby była kasa na wyjazdy, stroje, piłki. Jeżeli zrobiliśmy coś fajnego tu w Krakowie, kolejnym krokiem byłoby zarażanie innych ośrodków.

A co stoi tak właściwie na przeszkodzie? Blind football rozwinięty jest tylko w Krakowie i we Wrocławiu.

Wydaje mi się, że wbrew pozorom niewiele osób jeszcze słyszało w ogóle o tej dyscyplinie. Zbudowaliśmy sobie zaplecze, godne warunki do trenowania, mamy boisko i – co najważniejsze w tym sporcie – bandy. Prawdziwa profesjonalna banda kosztuje coś koło stu tysięcy, być może to utrudnia innym ośrodkom start.

Kupę kasy.

To, co mamy teraz, to trochę prowizorka, system, którzy został podpatrzony z Czech, gdzie byliśmy na turnieju. Koszt wykonania takiej prowizorycznej bandy to dwadzieścia tysięcy złotych. Podjął się tego ojciec naszego kumpla z drużyny. Niby lekka prowizorka, niby robi znajomy, no ale skąd wziąć dwadzieścia tysięcy złotych? Kilku dziennikarzy powiedziało nam, byśmy napisali pismo do PZPN-u, potem oni naciskali na Bońka, żeby przekazał nam te pieniądze. Gdyby nie znajomość choćby z Wiśnią czy Romanem Kołtoniem – pewnie by się nie udało. Pojechaliśmy do siedziby PZPN-u i pokazaliśmy, że jesteśmy normalnymi chłopakami, zaprezentowaliśmy się, w końcu dostaliśmy dofinansowanie. Wypada tylko podziękować, poczuliśmy, że to hasło „Łączy nas piłka” wcale nie jest wzięte z czapy. Jeśli pan prezes Boniek znajdzie czas – zapraszamy do nas do Krakowa na trening.

Dla nas to jest pasja, my do tego tylko dokładamy. Jeden nasz kumpel, Mojżesz, pokonuje tygodniowo 360 kilometrów, żeby móc z nami trenować. Mamy sporo problemów organizacyjnych. Nie mamy na przykład ligi, a wiadomo, że liga podnosi prestiż dyscypliny. Jesteśmy skazani na mecze z zagranicznymi drużynami. Na turniej – ostatnio byliśmy na przykład w Lipsku – trzeba liczyć 5-6 tysięcy. Chcemy się pokazywać. Miejmy nadzieję, że kiedyś kogoś zainteresujemy, mówię o sponsorach. Nikt z nas na tym nie zarabia, czasem musimy odpuszczać turnieje, bo nas nie stać. Piłka do blind footballu kosztuje trzy stówy. One się często rozwalają, na sezon 10-15 idzie spokojnie. Nie uderzaliśmy jeszcze do firm, bo nie mieliśmy band. Teraz chcemy organizować mecze pokazowe. Dla dużych przedsiębiorców 50-60 tysięcy to nie są duże pieniądze, a to byłby spokojnie nasz roczny budżet.  Wiadomo, że my tniemy koszta jak się da.

Waszym atutem jest też to, że jesteście dyscypliną paraolimpijską.

Jest szansa wyjechania na Igrzyska, a to może przyciągać sponsorów. Ale na Igrzyska strasznie ciężko się dostać, jadą tylko dwie najlepsze reprezentacje w Europie. Lata ciężkiej pracy przed nami, ostatnio mieliśmy dziewiąte miejsce. Pomyśl sobie, że w Argentynie jest nawet liga kobiet w blind footballu, tak jest rozwinięty. U nas dopiero pojawia się pomysł, by zrobić ligę męską. Problemy są co krok, teraz na przykład – o czym wspominałem – brakuje nam bramkarza. Swoją drogą możesz napisać, że jeśli ktoś jest odważny i chciałby pojeździć po świecie – zapraszamy.

Bramkarz to też dobry motyw na promocję. W reprezentacji Niemiec chęć bronienia zadeklarował Jens Lehmann, głośne nazwiska przyciągają.

Ktoś od nas podobno kontaktował się z Dudkiem, ale nic z tego nie wyszło. Jest przepis, że musi minąć pięć lat od zakończenia kariery sportowej, ale tak, na bramkę można wziąć każdego. Niektórzy burzyli się, że taki Lehmann będzie bronił wszystko, a to nieprawda. Najlepsi zawodnicy świata bez problemu strzelaliby mu bramki. Pamiętajmy, że bramkarz w blind footballu ma zawężone pole, może wyjść tylko dwa metry od bramki i metr obok. Nie byłoby wchodzenia w nogi. Jak rozpędzony typ walnie piłką z pięciu metrów – nie ma szans. Ostatnio jeden bramkarz doszedł do wniosku, że zdrowy zawodnik patrzy, w którą stronę będzie strzelał, widać to po nim, strzały są sygnalizowane. Niewidomy potrafi uderzyć nawet z kroku, nie spodziewasz się, kiedy on w ogóle złoży się do strzału. Pewien dziennikarz zapytał nas kiedyś:

– A czy to nie jest niesprawiedliwe, że bramkarz widzi, a wy nie?

– Wiesz co, niesprawiedliwe to jest to, że mu niewidomi bramki strzelają – odpowiedział mu Mojżesz.

Oprócz piłki, masz wiele sukcesów w pływaniu. Byłeś na dwóch paraolimpiadach, zostałeś mistrzem świata, masz kilka medali mistrzostw Europy. Tak sobie myślę, że w porównaniu do piłki pływanie to chyba dość wdzięczny sport dla niewidomych.

Nie do końca. Najgorsze są nawroty, bo trener musi ci dać w odpowiednim momencie sygnał. Musisz też cały czas uważać, żeby trzymać prawą stronę toru, a nie widząc nie masz takiej orientacji. To się tak wydaje, że pływanie jest proste, ale weź wytłumacz niewidomemu, jak się pływa delfinem. Przecież to bardzo ciężki styl. To nie jest tak, że „kręć rękami, jakoś to będzie”. Technika, ułożenie ciała na wodzie – to też bardzo trudne. Trener wchodził do mnie do wody, pokazywał mi pewne ruchy.

Mogłeś równać ze zdrowymi?

Nie, zdrowe osoby pływają szybciej. Rekord świata pływania u zdrowych to 47 sekund z kawałkiem, u niewidomych – 56. Nie oszukasz tego. Pomyśl sobie, że niewidomy płynie na maksa i wpieprza się w linę. To wybija z rytmu. Tu urwiesz sekundę, tu urwiesz i tak się zbiera. Pływając też przeżyłem masę historii. Trener kładł u mnie duży nacisk na to, żeby pływać pod wodą, nawroty i tak dalej. To był dramat. Kazał mi to trenować, a mi kompletnie nie wychodziło. Wyszedłem z wody taki załamany i powiedziałem:

– Trenerze, w sumie to ja tego nie widzę!

Albo kiedyś pływamy jakieś zadania, stoimy pod ścianą i – nie wiem, czy wiesz, jak wygląda zegar pływacki, ma kilka wskazówek w różnym kolorze – trener mówi, że na zielone startujemy. Jest zielone – pyk, wszyscy startują, a ja stoję. Trener opieprza:

– Ryszka, to ty nie wiesz jaki to jest zielony?!

fot Jacek Kozioł 2

fot. Jacek Kozioł

Dlaczego tak w ogóle skończyłeś pływać? Chyba nie przez wiek, jesteś młodym chłopakiem.

Na Igrzyska do Pekinu jechałem po naukę. 0,3 sekundy brakło mi do finału. Później przyszło pasmo sukcesów, medale mistrzostw świata, Europy. Do Londynu jechałem już po medal. Wszystko podporządkowałem pływaniu, długo nie było mnie w domu, na uczelni poustawiałem sobie sprawy tak, by móc to wszystko godzić. Siedziałem tylko na zgrupowaniach. Pojechałem do Londynu – znowu dupa. Psychicznie trochę mnie załamało. Później w 2013 roku nie pojechałem na mistrzostwa świata do Montrealu, bo były bardzo wysokie minima. Wtedy powiedziałem sobie „spoko, pływanie coś mi dało, byłem na topie, ale brakuje mi już motywacji, by dalej o to walczyć”. Pytałem siebie, co chcę robić w życiu. Pływacy często ciągną to na siłę, bo nie mają na siebie żadnego pomysłu. Po trzydziestce kończą karierę i ciężko się odnaleźć. Całe życie żyjesz rytmem, by pójść na szóstą na trening i wieczorem zaliczyć kolejny. Postanowiłem sobie, że nie odejdę jako przegskarany, ale jeszcze raz się zmobilizuję. W 2014 roku na mistrzostwach Europy w Eindhoven byłem czwarty. Zakończyłem przygodę, zająłem się działaniem w stowarzyszeniu „Nie widzę przeszkód”, zapaliłem się w rozkręcanie blind footballu. Podczas kariery pływackiej grałem w piłkę, jasne, ale raczej dla przyjemności.

Ludzie czasami myślą, że paraolimpiada to jakieś jasełka, ale podejrzewam, że taki trening pływacki jest masakrycznie ciężki.

Jedenaście razy w tygodniu w samej wodzie, do tego kilka razy na lądzie, siłka i te sprawy. Pomyśl sobie, że przepływałeś sześć kilometrów na tętnie powyżej 180. Mega ciężki sport. Z kumplami śmiałem się czasem, że gdybym widział, po takich treningach robiłoby mi się ciemno przed oczami. Pływanie pomaga mi teraz w piłce. Zwykle, gdy już każdy jest zajechany, ja włączam kolejny bieg i mogę dać coś jeszcze z wątroby. Zawsze mówię, że można z nami wygrać, nie można nas pokonać. Gdy ktoś przejdzie koło meczu – wkurwiam się. Można przegrać, ale musi być walka.

Najbardziej na wyobraźnię z twoich aktywności działa jednak to, że do tego wszystkiego jeszcze komentowałeś Igrzyska w TVP.

Komentowałem głównie pływanie z Przemysławem Babiarzem. On był komentatorem prowadzącym, ja byłem tym, który opowiada historie, rzuca ciekawostki. Fajna akcja była, jak ja coś tam opowiadam, a Babiarz mi przerywa:

– Marcin, zobacz, co się teraz dzieje!

A na początku transmisji zawsze mówił ludziom, że nie widzę (śmiech).

Jak ty komentowałeś? Przecież kompletnie nie widziałeś, co się dzieje.

Początkowo miałem komentować tylko dwa czy trzy dni, a po pierwszym dniu dzwonili do mnie codziennie, że jeszcze mam ten dzień, jeszcze ten, jeszcze zakończenie, więc chyba wychodziło to nieźle. Znajomi mówili, że słychać było, jakbyśmy komentowali razem od lat. Babiarz opowiadał wyścig, ja dopowiadałem. Przykład: płyną zawodniczki, są w połowie dystansu i Babiarz mówi, jaki mają czas. Ja na tej podstawie jestem w stanie przewidzieć, jaki napłyną wynik. Albo rywalizuje Francuzka z Meksykanką, płyną kraulem, a ja opowiadam o tym, że znakomitą stroną Francuzki jest też styl motylkowy. Byli Polacy – opowiadałem o Polakach. Przybliżałem ludziom ich sylwetki, zawodników zagranicznych też znam, więc na podobnej zasadzie rzucałem opowieści. Komentowałem też finał blind footballu z Rafałem Patyrą. Mogłem zwracać uwagę na aspekty, o których normalna osoba by nie miała pojęcia.

Masz w życiu w ogóle jakieś przeszkody?

Pewnie, że jakieś są, ale staram się je likwidować, pokonywać, a nie zastanawiać się, jak by to było, gdyby było inaczej. Jest jakiś problem – rozwiązuję go. Nie siadam i nie lamentuję, że coś jest nie teges, a w sumie mógłbym. Denerwuje mnie, że osoby niepełnosprawne są bardzo roszczeniowe. Uważają, że skoro mają w życiu gorzej, to wszystko im się należy i już, koniec. Ja taki nie jestem. Zobacz, robiłem akcję „Pokażcie nas w Rio”, która miała zwiększyć świadomość o sportach paraolimpijskich, dzięki niej ostatnia paraolimpiada była już pokazywana w TVP. Dużo osób miało takie podejście:

– Pokażcie nas! My jesteśmy niepełnosprawni! Musimy być w telewizji!

A to jest bez sensu. Starałem się zrobić to inaczej. „Patrzcie, mamy naprawdę fajny marketingowo produkt. Można to opakować i coś fajnego z tego zrobić, pozyskać reklamodawców, przełamywanie barier jest teraz w modzie”. Poznałem się z Przemkiem Babiarzem, Rafałem Patyrą czy Markiem Jóźwikiem i starałem się im pokazać, że tam też są emocje, że to nie są szachy dla debili. Załatwiłem wideo ze startów Polaków z oficjalnej telewizji paraolimpijskiej i poprosiłem Przemka Babiarza o to, by je skomentował, jakby się to działo się na żywo. Szliśmy do studia, nagrywaliśmy, montowaliśmy. Zrobiliśmy pływanie, lekkoatletykę i amp futbol. Świetnie to wyszło. Laska zdobywa złoty medal, emocje, wiesz, jak się Babiarz nakręca. Później zrobiłem konferencję, na której był między innymi wiceminister sportu i wyemitowaliśmy na niej te materiały wideo. Ludzie nie wiedzieli, czy ona będzie pierwsza czy nie albo czy mecz zakończy się wygraną czy nie i oglądali to z przeświadczeniem „kurde, w sumie fajnie, jakby coś takiego można było obejrzeć w rzeczywistej telewizji”. Jak ktoś zaczyna lamentować, to od razu jest do niego nastawienie na nie.

Piłka, w którą nie tylko grasz, ale i rozkręcasz ją organizacyjnie, pływanie, trzy kierunki studiów, fundacja, komentowanie. Rzadko zdarza się, by zdrowa osoba miała motywację do tylu rzeczy.

Zawsze miałem w sobie chęć zaistnienia. Zawsze chciałem coś zrobić. Mam dwójkę braci i całe życie słyszałem, że oni jadą na zawody w ręczną, w kosza, nie chciałem być gorszy. Nauczyłem się pływać jako ostatni z klasy – bardzo się bałem wody swoją drogą – i zawziąłem się w sobie tak, że doszedłem do poziomu Igrzysk Olimpijskich i medali mistrzostw Europy. Pływanie jest bardzo ciężką harówką, która zajebiście uczy charakteru. Wszystko musiałeś mieć poukładane. Poza tym musiałem się uczyć, robiłem te kierunki. To nie było studiowanie dla studiowania. Najpierw studia związane z marketingiem, potem zrobiłem menedżera sportu, później zarządzanie personelem, wszystko mi się przydaje w mojej dzisiejszej pracy. Mnie się i tak ciągle wydaje, że ja jeszcze za mało robię.

Ale to generalnie cecha ludzi ambitnych.

Tak, często się łapię na tym, że siedzę w domu i mówię sobie, że nic dziś konkretnego nie robię i w sumie to tracę dzień. W pewnym momencie swojego życia musisz pojąć, że jako niewidomy nie możesz być tylko na równi ze zdrowymi osobami, jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć. Musisz być dwa razy lepszy. Całe szczęście, że ja to zrozumiałem.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

KOMENTARZE (0)