Śmierć króla i wcześniejszy koniec ligi. Gikiewicz: My tego nie zrozumiemy
Weszło

Śmierć króla i wcześniejszy koniec ligi. Gikiewicz: My tego nie zrozumiemy

Zamiast przygotowań do końcówki sezonu – treningi co najwyżej indywidualne i zakończenie ligi trzy kolejki przed czasem. W Tajlandii, w której występuje Łukasz Gikiewicz, śmierć króla Bhumibola Adulyadeja wywróciła życie do góry nogami w każdym aspekcie. Napastnik BEC-Tero opowiada o sytuacji, która w tej chwili tam panuje…

Widziałem zdjęcia, filmiki, obrazki z Tajlandii. Chyba ciężko jest opisać to, co w tej chwili dzieje się w tym kraju.

Dokładnie – trudno oddać to w prostych słowach. Trzeba tu być, zobaczyć na własne oczy. Dziś ma miejsce jakieś spotkanie przed pałacem, które sprowadza miliony ludzi i wywołuje historyczne korki na ulicach. Ja jestem w szoku, w jak mocnym stopniu mieszkańcy Tajlandii byli oddani królowi, jak bardzo go szanowali. Oni sami mówią o wdzięczności wobec niego za to, ile zrobił dla tego narodu. Myślę, że sposobu, w jaki odbierano i postrzegano tutaj króla, my nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

Widać kult jednostki, że król Bhumibol Adulyadej był dla Tajlandczyków niemalże Bogiem. Teraz ludzie robią sobie na jego cześć tatuaże, masowo obcinają włosy i brwi…

Robią tatuaże, ubrani są na czarno, trzymają wyciągnięte w górę pozłacane obrazy i pamiątki związane z królem. Setki tysięcy mieszkańców było pod szpitalem czy pałacem, walczyli wspólnie z nim o życie… On był władcą tego kraju przez 70 lat, zjednoczył tych ludzi, a oni długo go ubóstwiali. Trudno się więc dziwić takim reakcjom. Tym bardziej, że nie wiedzą, jaka będzie przyszłość tego kraju. Dziś żyją w rozpaczy i niepewności.

Co się działo w szatni, gdy dotarła ta informacja?

Byliśmy wtedy w klubie, mieliśmy trening… To było tak, jakby w ten zespół uderzył piorun. Tajlandczycy zamilkli, przestali rozmawiać, a grupa obcokrajowców nie wiedziała, co się dzieje. Następnego dnia, jak spotkaliśmy się w szatni, moi koledzy już byli ubrani na czarno, cali zapłakani. Mówiłem już rodzicom: to jest dla nas chyba zbyt trudne do opisania i zrozumienia.

W związku ze śmiercią króla, ogłoszono zakończenie rozgrywek ligowych – trzy kolejki przed końcem sezonu. Słychać jednak, że nie wszyscy są z tego faktu zadowoleni.

Głosy niezadowolenia dochodzą przede wszystkim z klubów, które spadają z ligi. Spośród trójki spadkowiczów jeden zespół nie miał już szans na utrzymanie, dwa pozostałe – miały jeszcze szansę. Czytałem, że mają z tą sprawą startować do FIFA. Ale liga to tylko jeden problem, bo pozostały do rozstrzygnięcia dwie inne pucharowe rozgrywki. W jednej, gdzie do rozegrania był tylko finał, za zwycięzców uznano dwie drużyny i one podzielą się nagrodami, w drugiej – losowano spośród czterech zespołów. Pojawił się pomysł, by za 30 dni, kiedy upłynie żałoba dotycząca imprez i uroczystości, dokończyć rozgrywki, ale brakuje wolnych terminów i uznano, że to bez sensu. Niektórzy mogą się na tę sytuację żalić, dyskutować, ale federacja pozostała nieugięta. Zresztą, próbowano już przełożyć listopadowy eliminacyjny mecz do MŚ 2018 Tajlandii z Australią, albo przynajmniej rozegrać go na wyjeździe.

No właśnie, o ile sprawa mistrzostwa kraju była zamknięta, o tyle kwestia spadkowiczów – gdy wciąż kilka zespołów mogło się utrzymać – podważa reguły fair play.

Gdybyśmy rozmawiali we dwóch, możemy dochodzić do wniosku, że to nie do końca sprawiedliwe. Ale kiedy tutaj jestem i widzę, jaką postacią był dla tych ludzi król, nie czuję się na siłach do oceny, czy to jest logiczne.

Wspomniałeś o drużynie narodowej – wiadomo, że mecz sparingowy został odwołany, a na Australię ogłoszono zakaz obejmujący głośny doping, flagi, transparenty czy bębny.

Byliśmy teraz w miejscowości dobrze znanej z imprez, ale żadnej zabawy, nocnego życia czy muzyki tam nie było. Na kilka dni został wprowadzony też absolutny zakaz sprzedaży alkoholu. Wszyscy respektują obecną sytuację i jestem przekonany, że dopingu na kadrze nie będzie żadnego. Prosty przykład: teraz jesteśmy po sezonie, ja właśnie wychodzę się poruszać, ale moi lokalni koledzy – chcąc oddać szacunek królowi – takiego treningu nie zrobią.

Co teraz z tobą?

Sezon się skończył, a kontrakt mam ważny do końca listopada. Wszelkie rozmowy przez sytuację w kraju zostały zawieszone, a jeszcze przed momentem były plotki, że roczna żałoba obejmie również sport i następny sezon nie zostanie rozegrany. Zobaczymy, co się wydarzy.

W Tajlandii grałeś od lutego. Jesteś zadowolony z pobytu w tym kraju?

Jestem zadowolony, bo zobaczyłem coś innego. Z pierwszego okresu, który spędziłem w Ratchaburi, jestem mniej zadowolony – byłem tylko zmiennikiem dla Heberty’ego, który przeszedł do Arabii Saudyjskiej, i Djalo, który grał z Cristiano w Sportingu, potem też w Benfice. W drugim okresie, w BEC-Tero, dostałem więcej zaufania, zdobyłem cztery bramki i zaliczyłem dwie asysty. To był młody zespół, nastawiony właśnie na promocję perspektywicznych zawodników, zaplecze dla mistrza kraju, ale też w najwyższej lidze.

Coś tam cię zaskoczyło?

Niewiele, ale np. w Ratchaburi spotkałem Pachetę, byłego trenera Korony. U zawodników pełen profesjonalizm – trenerzy ich pilnują i prowadzą, są zajęcia na siłowni, itd. Nie jest to ten poziom, co Lech czy Wisła, ale najsilniejsze stąd zespoły grałyby w Ekstraklasie o miejsca 7-12. Wbrew niektórym opiniom, nie trafiłem do kompletnie amatorskiej ligi.

PT

KOMENTARZE (0)