Zbierał dynie, siedział w wojskowym areszcie, został rewelacją Ekstraklasy. Poznajcie Józka Żymańczyka
Weszło Extra

Zbierał dynie, siedział w wojskowym areszcie, został rewelacją Ekstraklasy. Poznajcie Józka Żymańczyka

W Kanadzie zrywał dynie i jeździł widlakiem w fabryce cukierków. W wojsku był wirtuozem kałasznikowa i mistrzem wpadania w kłopoty. Mimo wielu przerw w futbolowym życiorysie, mimo tułania się latami po niższych ligach, gdy w wieku 33 lat dostał się do Ekstraklasy, czarował. Był jednym z liderów rewelacyjnego Ruchu Radzionków, który zajął szóste miejsce. Nam opowiada o swojej niecodziennej karierze, futsalowych mistrzostwach świata w Hong – Kongu, smykałce do budowania bomb, tatuażu Odry Opole, a także sezonie pod prezesem Ryszardem Niedzielą, którego zeznania posłały Fryzjera do więzienia. Zapraszamy.

***

Była nas szóstka w domu – mama, tata, siostra, dwóch starszych braci i ja. Nie przelewało się, nie było luksusów, ale też głodni nie chodziliśmy, brudni też nie. Rodzice mieli tyle na głowie, że nie mogli ciągle nas pilnować, więc trochę się łobuzowało na dzielnicy.

Jak się łobuzowało w latach siedemdziesiątych?

Chodziliśmy po garażach. Na podwórku dziobaliśmy ławeczkę, innym razem szło się jabłka obrywać na działki. Tak to wyglądało w czasach bez Playstation i komputerów – wychodziłeś na dwór i wpadałeś w wir życia na dzielnicy. Jak byłem trochę starszy to się w piromana zabawiałem. Robiłem różne bombki. Aluminium, nadmanganian potasu…

No co ty gadasz.

No tak! Mieszkam koło wyrobiska. Teraz jest zalane, pływam tam, nurkuję, ale kiedyś tu była cementownia. Pilnowali jej strażnicy z karabinami. My schodziliśmy do jeziorka albo żeby kamienie wysadzać. Parę razy strzelali w powietrze żeby nas przegonić.

Starczało czasu by łączyć łobuzowanie z piłką?

To się w sumie łączyło (śmiech). Graliśmy na podwórkach, skąd nas przeganiali, bo jakieś okno zawsze poszło. Grało się piłkami gumowymi, skórzane były rzadkością, ale zawsze były problemy o to granie z sąsiadami. Pamiętam kiedyś za piłką wyskoczyłem i mało nie wpadłem pod auto. Kierowca za ucho złapał i do domu przyprowadził. Lanie dostałem. Do tego się kibicowało. Mały łepek byłem, mamie mówiłem, że jadę do wesołego mateczka, a jechaliśmy na mecz do innego miasta – Poznania, Mielca czy Chorzowa. Czasem trzeba było schować szalik, żeby mecz obejrzeć, raz uciekaliśmy po torach.

Na podwórkowym boisku byłeś kim?

Wychowałem się na Kotach, Tycach, Młynarczykach i erze Piechniczka w Opolu, ale moje pierwsze wspomnienia piłkarskie to MŚ w 1974. Oglądaliśmy mecze u babci na wakacjach. Na podwórku każdy się utożsamiał z naszymi. Moim idolem był Lato, bo strzelał bramki jak na zawołanie, ale najczęściej byłem podwórkowym Lubańskim, choć na MŚ nie pojechał.

Odra od najmłodszych lat w twoim sercu. Wkrótce już grałeś w jej barwach.

Boże święty, jakie to było wydarzenie. Odra była na topie, każdy chciał w niej grać. Sam fakt, że mogliśmy grać piłką skórzaną, że mieliśmy korkotrampki, jednakowe koszulki… Teraz młodzież ma inny start, każdy nosi najlepsze buty z Adidasa, ale kurczę, wtedy to było przeżycie. Wtedy się próbowało w korkotrampkach paski odpruć, żeby były tylko trzy jak w Adidasie (śmiech). Ja do dziś pamiętam swoje pierwsze buty z wkręcanymi kołkami, Germiny kupione w NRD. Chodziłem w nich po mieszkaniu, były nieustannie pucowane, pastowane.

Marzyłeś o zostaniu wielkim piłkarzem, czy traktowałeś piłkę jako zabawę?

Pamiętam jak Odra grała z Magdeburgiem w Pucharze UEFA. Na stadionie dwadzieścia tysięcy ludzi, a my, trampkarze, gramy przedmecz. Trybuny już pełne, bo wtedy przychodziło się wcześniej, i tam ja, przed taką publiką na boisku. Pierwszy raz poczułem się jak piłkarz. Zawsze człowiek marzył, żeby grać przy takiej widowni. Nie przeszkadzało, że wystawiano mnie na lewej obronie, w myśl: o, ty mały, tam na lewej sobie stań! Kurdupel byłem, więc mnie posłali do obrony. Ale przebijałem się do przodu (śmiech).

O treningach w tamtych latach mówi się, że biegaliście po górach z kolegą na plecach.

To dopiero w późniejszych latach, ale prawda, obciążenia fizyczne potrafiły być niewiarygodne. Jakaś niższa liga, gra na trzecim, czwartym poziomie, a zasuwasz tak, że nie masz siły wstać rano z łóżka. Interwały po piachu. Poprawka dwoma treningami. Ganiali nas od rana do wieczora. Wszystko potem zakwaszone, człowiek kładł się ledwo żywy.

Wkrótce byłeś w Gwardii. Biorąc pod uwagę czasy, patrzono na was krzywym okiem?

To był co prawda milicyjny klub, ale my jako juniorzy z milicją nie mieliśmy nic wspólnego. Później, owszem, zapraszali nas do służb i część chłopaków odsługiwała wojsko w ZOMO. Ja byłem jednak niepokorny, antykomunistyczny, hipisowałem. Flanelowa koszula, włosy długie, pacyfy. Nastoletnie czasy, pierwsze dyskoteki, pierwszy alkohol. Po meczach się chodziło na dyskoteki albo grało na gitarach w piwnicy. Lady Pank, Oddział Zamknięty, nawet w Jarocinie byłem, a „Dom wschodzącego słońca” do tej pory zagram (śmiech). Pamiętam na potańcówkach też bywała jednak łobuzerka. To były czasy, że dzielnice w Opolu ustawiały się na siebie. Pojechaliśmy kiedyś na potańcówkę, a tam zadyma. Podjeżdża autobus, wszyscy wysiadają z niego ze sztachetami. Najpierw się tłukliśmy, mały byłem, ale doskoczyłem (śmiech). To nie były jakieś ustawki tak jak teraz – maksymalnie oberwało się w dziób i trzeba było uciekać przez pole.

Po Gwardii zgarnęli cię do woja.

Powiedziałem, że do ZOMO nie pójdę, więc jeśli chcą, żebym dalej grał w Gwardii, muszą załatwić mi wojsko. Poszedłbym do WOP, czyli Wojsk Ochrony Pogranicza, odsłużył trzy miesiące i mógł wrócić w okolice Opola, grać i trenować, wciąż będąc żołnierzem. Pułkownik Paradowski mówił mi – dobrze, tak zrobimy, wszystko załatwione! Pójdziecie do WOP-u! Zanim się obejrzałem byłem w Nadwiślańskich Wojskach w Warszawie. Wojska reprezentacyjne, ochrona Belwederu, takie rzeczy.

Ciekawi mnie jak hipis poradził sobie w PRL-owskim wojsku.

To był dramat. Trafiłem do bardzo ciężkiej służby. Do domu pierwszy raz puścili po pół roku. Przed chwilą gitara w ręku, teraz karabin. Przed chwilą tańczyłeś na parkiecie, teraz stajesz na baczność. Grałeś w piłkę, a teraz korytarze szorujesz.

Fala?

Kaprale zawsze coś potrafili wymyślić. Ja zawsze byłem karany, jakoś podpadłem, ale też czepiali się wszystkiego. Łóżko źle pościelone, nieporządek w szafce – jak oficer jest wkurzony na żołnierza, wszystko może zrobić. Kibelki szczoteczką sprzątałem. Przy Belwederze miałem około pięćdziesięciu wart. Pamiętam Wielkanoc 1985, dostałem wartę przy Belwederze. Myślę, święta nic się nie dzieje – wezmę książkę, poczytam. Nagle przychodzi ktoś, puka z jednej strony, drugiej. Chowam książkę pod telefon, otwieram, tam oficer: żołnierzu! Jak wartę pełnicie? No jak. Normalnie. Stoję i pilnuję. Okazało się, że już mieli zamontowaną kamerę, BOR-owik mnie oglądał i tylko wołał innych – choć zobacz tego żołnierza jaki służbista. Dostałem dziesięć dni aresztu w zawieszeniu, ale później kiedyś wracałem z przepustki, narozrabialiśmy na festiwalu w Opolu, żandarmi złapali i dostałem dwadzieścia dni aresztu.

Areszt do zniesienia, czy raczej wzbudzający chęć dezercji?

Fatalny. Mundury bez dystynkcji, buty bez sznurówek, i tak do pracy rowy kopać całe dnie. Prycze takie, że nie mogłeś się sensownie położyć. Jedzenie – jakaś zalewaja na przysłowiowym gwoździu, masakra. Jak mnie później przydzielili do kuchni, to z miejsca zjadłem trzy schabowe i cztery ciacha, a potem od razu w toalecie wylądowałem. Ostatecznie anulowali mi karę – gdyby nie to, musiałbym odsługiwać wojsko 20 dni dłużej – bo świetnie strzelałem z Kałasznikowa. Taka nagroda. Oko miałem niesamowite. Inni dawno już wystrzelali wszystkie naboje, a ja dopiero dwa wystrzały, bo mierzyłem, skupiałem się. Oficer już wściekły, po piątym kazał biec do tarczy. Tam trzy dziesiątki, inne też blisko.

Spokojniej było dopiero przez ostatnie pół roku jak wylądowaliśmy w Starych Kiejkutach – tam gdzie później trzymali Talibów. Wtedy to był ośrodek kontrwywiadu. Żywego ducha nie uświadczyłeś, wszystko szczelnie ogrodzone, do tego anteny, jakieś zagłuszanie. Wartownik musiał chodzić wokół obiektu i niby wciskać przyciski potwierdzające, że czuwa. Koledzy przed nami jednak poprzecinali kable, także na wjazdowej był wartownik, gdzieś jeszcze z tyłu, a my do paśnika i na radiu słuchaliśmy co się dzieje. Zabijało się czas grą w karty, w piłkę oraz czytaniem.

Cały czas żałowałem, że nie dostałem się do kompanii sportowej. Niektórzy koledzy odrabiali służbę na przykład w rezerwach Gwardii. Ja gdy były takie testy akurat miałem obtarte nogi z jakiejś tam przyczyny i nawet mnie nie puścili. Wściekły byłem, bo wiedziałem, że bym sobie poradził, ale było po herbacie. Mogłem grać tylko w reprezentacji jednostki i jeździć na zawody do Kołobrzegu z kompanią śpiewającą (śmiech).

Jaki miałeś plan po wyjściu z woja? Dwa lata nie grałeś w piłkę.

Dlatego chciałem się za tę piłkę wreszcie poważnie wziąć! Wróciłem do Gwardii, gdzie chciałem zrobić prawo jazdy na ciężarówkę. Wkrótce dostałem ofertę z Krapkowic. Tam były zakłady papiernicze, fajne warunki płacowe, sporo kibiców, poważny sponsor. Przede wszystkim mogłem skupić się na grze, byliśmy zatrudnieni na obiekcie. Czasem coś tam się zrobiło symbolicznie, ale generalnie tylko treningi i mecze. Ambicje były duże, a prezes Kucza to był kowboj. Przynosił nam do szatni pieniądze – uuu, tu macie, tylko wygrajcie! I kładł przed nami kupkę banknotów. Księgowy kręcił nosem, to Kucza mówił mu – ty, weź tam idź! Nic nie gadaj! Jest tak, jak jest! Mniej więcej w tym czasie mój starszy brat Krzysiu, najbardziej utalentowany piłkarsko z rodzeństwa, bo debiutował w Odrze u Piechniczka i był na kadrze Polski juniorów, wyjechał do Kanady. Załatwił mi wizę. Miałem akurat propozycję z drugiej ligi, z Górnika Pszów, a więc zaplecze Ekstraklasy. Czekała na stole. Powiedziałem im jednak, że nie ma sensu, ja wyjeżdżam.

Nie miałeś wątpliwości? Miałbyś rzut beretem od ekstraklasy.

Jak brat przyjeżdżał, opowiadał, że Kanada to inny świat. Jak pracujesz, stać cię na wszystko, a jeszcze odłożysz. Myślałem: pojadę, tu wszystko szare. Wierzyłem też, że poradzę sobie piłkarsko, dostanę się tam do jakiejś zawodowej ligi. Oczywiście był strach, zmieniałem całe życie, zostawiałem w Polsce dziewczynę, obecną żonę. Do dziś pamiętam jak płakała.

Był szok kulturowy po przelocie za ocean?

Od razu. Zabrali nas do jakiejś knajpy, że dziewuchy tańczą, robią striptiz, a my pijemy piwo. U nas tego nie było! Później okazało się, że z pracą wcale nie jest tak kolorowo. Miała być super robota, a trafiła się recesja. Jeździliśmy na wielkie pole zbierać dynie. Zasuwaliśmy całe dnie, wszystko po najniższej możliwej stawce – pięć dolarów za godzinę. Później praca w przetwórni. Mieszkaliśmy w Hamilton, przetwórnia była w Toronto. Wstawałeś o 4 żeby dojechać, o 7 zaczynałeś pracę. Robiłeś dziesięć godzin, jechałeś do domu, jadłeś coś, szedłeś spać i wszystko od nowa. Tak się kręciło: a to robota w fabryce cukierków na widlaku, a to tu, to tam. Najgorzej, jak robiłem na budowie przy rusztowaniach. Tak się rozchorowałem, że całe święta spędziłem w łóżku. Wówczas bardzo mi pomogli Państwo Józef i Maria Holody, ludzie którym wiele zawdzięczam.

Symboliczne. Pierwsze święta w Kanadzie, a ty leżysz rozłożony. Jaki wtedy miałeś kontakt z rodziną?

Tylko listownie, bardzo rzadko telefon. Tęskniło się bardzo.

Planowałeś, że w Kanadzie zaczepisz się piłkarsko.

Udało się tylko nagrać jakieś śmieszne mecze w weekend. Poziom rozgrywek jak w Opolu w oldbojach. Ale myślałem – na wiosnę zacznie się sezon, przetrwam zimę, będzie lepiej. I było, ale głównie z robotą. Miałem dobrą fuchę przy myciu okien, swój samochód, prawie że firmę. Kręciło się.

To czemu wkrótce wróciłeś do Polski?

Była przemiana ustrojowa 1989, w immigration office mówili, że musimy czekać aż 2 lata na pozwolenie na pracę – pracowałem i uczyłem się języka na czarno – a ja nie mogłem żyć tak długo w takim zawieszeniu. Powiedziałem – a, mam to w dupie, wracam! Dwa lata blisko siedziałem poza domem. Z dzisiejszą żoną tylko listownie utrzymywaliśmy kontakt. Jesteśmy ze sobą już 25 lat, mamy córkę, jakoś się udało przetrwać tamten okres, ale podejrzewam, że jakbym chwilę jeszcze został w Kanadzie, związek by się rozleciał.

Jeśli chodzi o piłkę, kolejne dwa lata straciłeś. Traktowałeś jeszcze poważnie myśli o powrocie do gry?

Pewnie. Byłem jeszcze na tyle młody, że mogłem sobie pograć, wybić się. Poszedłem do Krapkowic, bo tam dołożyli nam z żoną do mieszkania. Przelicznik dolarów po transformacji był dużo gorszy – jak brat wrócił, to mógł sobie mieszkanie duże kupić, ja już tylko małe, a jeszcze potrzebowałem pożyczki.

Jakoś wtedy trafiłeś do pierwszej reprezentacji futsalu.

W Opolu był aktywny ruch szóstkowy po sezonie na hali w okrąglaku, której prekursorem był Paweł Kiszka. Gdy Krzysztof Sobieski przyjechał ze stanów i w 1991 powstała futsalowa reprezentacja pod egidą PZPN, musiał do nas zajrzeć. Ja i kilku innych wpadliśmy mu w oko. Wkrótce jechaliśmy już na eliminacje MŚ do Walencji.

Jak podchodziłeś do futsalu? Takie tam granie, czy jednak pełna powaga?

Do orzełka zawsze podchodzi się tak samo – z dumą. To marzenie każdego. Ja nawet jak mecze reprezentacji oglądam, to ubieram się w koszulkę z orzełkiem. Nie było mowy o żadnym lekceważeniu.

Byłeś liderem, kapitanem, najlepszym strzelcem. Awansowaliście na mistrzostwa świata w Hong Kongu.

Screen Shot 10-20-16 at 11.01 AM 001

Przygoda niesamowita. Czternaście godzin lotu z Amsterdamu do Azji jumbo jetem, szło zwariować. Lądujemy, a tam szok kulturowy. Miasto na wodzie. Zabudowania na skałach. Pływające dżonki, świątynie buddyjskie. Trochę zwiedzaliśmy, pamiętam był z nami Michał Listkiewicz, pojechał później do Makau, my już nie mogliśmy – trzeba było trenować i grać.

Oczekiwania przed turniejem?

Żadnych, bo nie wiedzieliśmy w którym miejscu jesteśmy, na ile faktycznie nas stać. Ale zaczęło się świetnie, od 4:2 z Hong Kongiem przy sześciu tysiącach kibiców na hali. Potem Nigeria, dwie bramki moje dały zwycięstwo. Z Argentyną, przegraliśmy raptem 2:3 i przeszliśmy dalej. Tu mieliśmy grać z Iranem, którego baliśmy się bardzo. Zasuwali jak małe samochodziki, mieli nietypowy styl. Wiedzieliśmy, że nie możemy iść z nimi na wymianę, więc graliśmy asekuracyjnie. Pod koniec odkryliśmy się, dostaliśmy dwie kontry i było po marzeniach na medale. Szkoda, że przed wyjazdem pojawiły się jakieś gierki ze strony działaczy i odsunięto trenera Sobieskiego od kadry. Nowy trener nas trenował w Hong Kongu, fajny chłop, ale nie do trenerki. Ostatecznie sami ustalaliśmy taktykę. Bez ostentacji, ale jednak – panowie, gramy swoje, to i to. Może z Krzysiem osiągnęlibyśmy więcej.

Strzeliłeś cztery gole na mistrzostwach świata w futsalu, grałeś świetnie. W niektórych krajach już wtedy istniały profesjonalne ligi futsalu, nie miałeś ciekawych ofert?

Z futsalu nie, ale miałem kiedyś ofertę z Charkowa. Pojechaliśmy z Krapkowicami na turniej, zagrałem super i chcieli mnie z miejsca. Dawali mieszkanie. Samochód. Ileś tysięcy.

To był Metalist?

Może. Czasy przełomu, końcówka lat dziewięćdziesiątych. Z Charkowa wracałem w jednej koszuli, bo wszystko się sprzedawało, a przywoziło złoto. Takie czasy, jechało się i handlowało, nawet pierwsza kadra to robiła. Jak Ukraińcy widzieli dżinsy, rzucali się na ciebie. Wszystko szło, a przebicie niesamowite. Choć trzeba było uważać, co chwila ktoś chciał nas oszukać. Jednego goniliśmy, bo chciał nas okraść. Raz w hotelu pojawił się facet, jakiś gangster, z obstawą kafara. Biznes robiliśmy w pokoju, on próbował zrobić popularny trik oszusta: liczy pieniądze, mówi, że jednego brakuje, jeszcze raz przelicza i sobie chowa. My widzieliśmy o co chodzi, mówimy: bajer, posłuchaj, nie jesteśmy tutaj sami, uważaj sobie. Blefowaliśmy, ale dał się nabrać, choć gdyby chciał nam coś nam zrobić, to byłoby z nami ciężko.

Czemu nie chciałeś zostać w Charkowie?

Przecież tam dzicz była. Bida straszna, bandziorów pełno. Ludzie nic nie mieli.

Nie miałeś problemów w klubie, że jeździsz na futsalowe zgrupowania zamiast grać w lidze?

Łączenie wyjazdów futsalowych z kadrą bywało problematyczne. Mówiłem: dobra dobra, nic nie będzie prezesie, zaraz wracam! Ale kiedyś wróciłem do Opola ze zgrupowania z naderwanym wiązadłem. Poważna kontuzja, a walczyliśmy o utrzymanie. Prezes Tomaszek z politowaniem popatrzył, pokiwał głową. Co mógł więcej zrobić? Przecież mnie nie zabije. Wkrótce pojawiła się wymarzona oferta z Odry Opole, gdzie chciałem grać zawsze. Tam grę łączyłem z pracą w kancelarii notarialnej u Piotra Stasza – odbierałem telefony, pomagałem. Dzięki przychylności Pana Piotra, mogłem godzić pracę zawodową z grą w piłkę. Robiłem to aż do momentu wyjazdu do Radzionkowa.

Niezły masz rozrzut zawodów.

W 1995 kolega mnie namówił, żeby zrobić licencję taksówkarską. Dziś to właśnie robię, nie jest to zły zawód. W międzyczasie wyrobiłem również uprawnienia na pozostałe kategorie prawa jazdy.

Wróćmy do czasów Odry. Sezon 95-96, awansujecie do 2 ligi, ty grasz znakomicie.

To była fajna drużyna, ale graliśmy amatorsko. Chłopcy uczyli się albo pracowali jak ja. Zostałem królem strzelców. Wszystko w klubie miało się zmienić po awansie. Inne finanse, zawodowstwo, wielkie plany. Zmieniło się tyle, że zamontowali kilka drewnianych ławek na stadionie aby spełnić licencyjne wymogi, choć działacze naprawdę się starali. W końcu w Odrze nadal się nie przelewało… Słowa uznania należą się prezesowi Bruno Tomaszkowi oraz dyrektorowi Laskowskiemu. Początek był jeszcze fajny – otwarcie z Wałbrzychem chociażby to wypełnione trybuny, dwa moje gole, 2:0. Ogółem jednak byliśmy zbyt słabi i spadliśmy. Mi akurat szło nieźle, ponoć oglądał mnie nawet trener Wójcik.Screen Shot 10-20-16 at 11.02 AM

Wójcik selekcjoner?

Udzielił głośnego wywiadu, w którym mówił, że będzie chciał się przyjrzeć piłkarzom z drugiej ligi. Ja się wyróżniałem – choć spadliśmy strzeliłem szesnaście bramek. W klubie dostali informację, że przyjedzie selekcjoner Wójcik obejrzeć Żymańczyka, to samo pisała prasa. Był na tym meczu, zagrałem zresztą bardzo dobre zawody, ale Wójt z drugiej ligi ostatecznie powołał tylko Andrzeja Jaskota. Później się wykręcał, że niby był w Opolu w sprawach biznesowych – w sumie nie wiadomo o co chodzi. Może spojrzał ile mam lat i się rozmyślił?

Po sezonie odszedłeś do Radzionkowa, co, jak słyszałem, mocno przeżyłeś.

Odra to mój klub, moje barwy, zawsze ciężko. Ale wtedy klub się rozlatywał, finanse beznadziejne, totalna degrengolada. Pomyślałem – chłopaki dostaną za mnie konkretne pieniądze. Poza tym mówiłem sobie: kurde, stary, jak teraz nie spróbujesz, Ekstraklasy nie poliżesz. 33 lata, nie szykuje się w Opolu awans. Pojechałem do Radzionkowa, a tam super atmosfera. Chłopcy życzliwi, koleżeńscy, świetni piłkarsko. Byłem obcy, ale czułem się świetnie.

Zaczęliście sezon słynnym 5:0 z Widzewem, w dodatku w twoje urodziny.

Mam ten mecz na kasecie. Pierwszy raz w Radzionkowie pojawił się Canal+, transmisja. Przyjeżdża wielki Widzew, który nie wiedział, gdzie jest Radzionków. Widzew jeszcze w koszulkach z Ligi Mistrzów! Gwiazdy – Wichniarki, Łapińscy, Chałaśkiewicze, Siadaczki. A tu chłopaki wyskoczyli i biorą się za nich! Tak to się poukładało, że wygraliśmy 5:0, a ja strzeliłem trzecią bramkę. Zdominowaliśmy ich zaangażowaniem. Później już czekała na mnie urodzinowa zabawa do rana. Po całym sezonie zajęliśmy szóste miejsce, najlepsze ze wszystkich śląskich ekip. Strzelałem dość regularnie, trafiłem choćby Legię, Szamotulskiemu głową. Nie jestem wysoki, ale głową dobrze gram – liczy się moment wyczucia, przecięcia lotu, a nie wzrost.

Zawsze jak patrzyłem na twoją karierę to zastanawiałem się: co by było, gdybyś trafił do Ekstraklasy wcześniej? 33 lata. Dziury w życiorysie. A tak świetnie sobie radziłeś.

Czasami mnie o to pytają. Ja zawsze mówię – miałem swoje pięć minut, jestem zadowolony, nie ma co narzekać. Oczywiście fajnie byłoby tam trafić wcześniej, a najlepiej to zacząć karierę dziś, w czasach, kiedy jest inna świadomość i inne możliwości. Sauny, baseny, odżywianie – dziś masz to wszystko podane na tacy. Ja próbowałem iść w tą stronę, ale nie było za bardzo jak.

U was na tacy podawane były drinki.

Alkohol był zawsze, nie będę udawał, ale po meczu. Nie było tak, że się chlało non stop, jak to czasem przedstawia prasa. Raczej takie odreagowanie. Kurczę, że dorosłe chłopy pójdą na piwo po zwycięstwie to już taki dramat? Nie przesadzajmy.

Po Radzionkowie wróciłeś do Odry. Tutaj miał miejsce niesławny sezon pod Ryszardem Niedzielą, jednym z głównych świadków w procesie Fryzjera.

Screen Shot 10-20-16 at 10.56 AM

Chcieli, żebym został w Radzionkowie, ale w Odrze zaczęło się dobrze dziać, a zawsze moją ambicją i marzeniem było zrobienie Ekstraklasy w Opolu. Myślałem sobie: awansuję i skończę karierę. Przyszedłem, finanse grały, sprowadzano poważnych zawodników – Solnica, Kopaniecki, Szczypkowski, Machaj. Graliśmy fajnie całą jesień, byliśmy liderem. Wszystko grało. Później niestety zaczęły się problemy finansowe. Nikt nie dostawał pieniędzy. Później czytałem ile Niedziela wydawał na sędziów… zamiast płacić nam, dawał ogromne pieniądze arbitrom. Czyste frajerstwo z jego strony moim zdaniem. Sędziowie to niezłe cwaniaki. Nam zarzucają niektóre mecze, a myśmy wypruwali sobie żyły w meczach. Czytam, że mecz z Pogonią w Pucharze Polski ustawiony. Ja trzy kilo straciłem wtedy przez 90 minut! Albo 3:0 z ŁKS-em – w książce napisali, że kupiony u sędziego. A my przecież ich miażdżyliśmy boiskowo od pierwszej minuty!

Screen Shot 10-20-16 at 10.57 AM

Źródło: Mafia Fryzjera. Sensacyjne kulisy afery piłkarskiej. R. Stąporowski, R. Niedziela

Ale będąc w tamtej szatni wiodącą postacią naprawdę nie widziałeś nic? Zbyszek Czajkowski wiózł Niedzielę do Fryzjera. On go z nim poznał.

Po fakcie pewne rzeczy zaczęły mnie zastanawiać. Dlaczego ktoś na Ceramice głupio piłki tracił, dlaczego tak. Ale my mieliśmy jedno wyjście, żeby odzyskać pieniądze – awansować i otrzymać premię z Canal+! To jaki sens miało sprzedawanie? Nie miałem pojęcia, że Czajkowski był tak powiązany. Raz tylko jak mieliśmy spotkanie rady drużyny przy Niedzieli, a Zbyszek zaczął mówić ile trzeba dać tysięcy tu czy tam, pomyślałem – kurczę, co jest grane?

Podobno Czajkowski za lewe pieniądze kupił sobie Toyotę Yaris w momencie, gdy nie dostawaliście wypłat. Przed wami miał udawać, że wygrał auto na loterii.

To pamiętam jak dzisiaj! Powiedział, że kupił meble, i w salonie wygrał jakoś w pakiecie do tych mebli Toyotę Yaris. To fajnie Zbyszek, miałeś farta (śmiech). Ale Czajkowski nie grał przez pół roku, to co on miał za wpływ? Dla mnie to wszystko było głupotą, do tej pory mam pretensje do Niedzieli. Trzeba było płacić chłopakom, inwestować w drużynę, angażować miasto, a nie płacić arbitrom. No ludzie!

Słynny był też mecz z Dolcanem. Podobno szatnia Odry postawiła po kursie 1.9, że nie strzeli gola.

Dwa razy w życiu grałem u bukmachera. Raz postawiłem na Barcelonę, raz jak kolega z Niemiec przyjechał i była składka po 5 euro. To cała moja przygoda z bukmacherką. Tamta sytuacja… wiem, że chłopcy chodzili do bukmacherów, ale kurczę, większość piłkarzy gdzieś tam chodzi. Nigdy się tym nie interesowałem. Jak słyszę takie informacje traktuję je jako anegdoty, wierzyć mi się nie chce.

Twoje nazwisko w książce pojawia się raz. Niedziela twierdził, że jeśli Machaj zagra w rzeczonym meczu, to znaczy, że mecz jest sprzedany. Gdy trener chciał zestawić skład bez Machaja, ty miałeś wstać i powiedzieć, że Stefan musi grać.

Za Stefana dałbym sobie nie powiem co uciąć. Mam pełne przekonanie, że Stefan to porządny człowiek, nie kojarzę go z żadnym złym faktem. Zarzucali mu, że gdzieś na Górniku nogę odstawił – ja w to nie wierzę. Mam żal do autora książki, bo znaliśmy się wiele lat, a on pisząc książkę nawet nie skonfrontował faktów. Nie zapytał jak było u drugiego źródła. Co Niedziela powiedział, to Romek przepisał. I tak czytam, że byłem w jakiejś grupie dowodzącej – stek bzdur.

Screen Shot 10-20-16 at 10.58 AM

Źródło: Mafia Fryzjera. Sensacyjne kulisy afery piłkarskiej. R. Stąporowski, R. Niedziela

Sebastian, jak ty wspominasz tamten sezon (pytanie do Sebastiana Bergiela, autora książek o Odrze Opole oraz serwisu www.historia-odry.opole.pl )?

SB: Całe Opole czekało na ten awans. Były nazwiska, były wyniki, był sponsor. Liderowanie z kilkoma punktami przewagi, półfinał Pucharu Polski. Wydawało się, że nie można tego zepsuć. Na rundę jesienną chodziło kilkanaście tysięcy kibiców. Wiosną… wiosną już się podejrzewało, że coś złego dzieje się w drużynie. Odra przegrywała mecze nie do przegrania. Na początku jeszcze tłumaczyło się to ciężkim sezonem przygotowawczym, ale jak Odra zaczęła przegrywać z ostatnimi w tabeli, kibice zaczęli się upominać. Pamiętam taki transparent – wybacz Józek – piłkarzyki sprzedawczyki.

JŻ: Też go pamiętam.

SB: Obok wisiał „Odra w 1 lidze w 2100?”. Kibice coś przeczuwali, aczkolwiek nikt nikogo za rękę nie złapał.

JŻ: Nie chcę mówić, że wszystko było cacy i pięknie. Był jeden taki mecz, gdy padła decyzja o odpuszczeniu. Nie chcę o tym mówić, nie chcę wnikać. Nie miał on na nic wpływu, żadnego znaczenia jeśli chodzi o ligę.

Grałeś w tym meczu?

Grałem.

I jak się grało?

Dziwnie.

Niedziela skończył w więzieniu i zrujnował się finansowo.

Żeby on trochę myślał. Odra została sama z długami. Wszyscy poodchodzili, zostałem ja, trochę młodzieży. Graliśmy wychowankami, założyliśmy nawet stowarzyszenie „Odra mój klub”. Chodziłem po sponsorach, działaczowałem, ale w końcu uznałem, że muszę przestać. Do czterdziestki grałem w piłkę, cały czas w kieracie, weekendy wszystkie poświęcone. Powiedziałem – okej, pomogę, charytatywnie jestem do dyspozycji, ale nie na etat. Czas na rzeczy, których do tej pory nie mogłem robić. Zacząłem nurkować, jeździć w góry, chodzić po jaskiniach.

A kiedy powstał twój tatuaż?

Powiedziałem w szatni, że jak awansujemy, to sobie zrobię. Herb Odry zawsze mi się podobał, jest piękny, na samochodzie też go mam. Nikt mi go nie zabierze.

Czym jest dla ciebie Odra?

Klubem numer jeden. Wychowałem się na nim, stąd są moi idole. Teraz też jestem na każdym meczu. Wszystko jest aktualnie poukładane jeśli chodzi o sprawy finansowe, a wokół klubu panuje dobra atmosfera – to efekt świetnej pracy wykonywanej przez prezesa Janusza Wysockiego i obecnych działaczy. Drużyna też daje radę i myślę, że jeszcze doczekam się Odry w Ekstraklasie. A sam wciąż gram, w oldbojach mimo 51 lat na karku! Cały czas z piłką i sprawia mi to w dalszym ciągu frajdę. W zeszłym roku odpuściłem, zacząłem się wspinać w górach, ale tylko pół roku wytrzymałem (śmiech). Jestem skazany na granie w piłkę, dopóki zdrowie dopisze. Przy okazji serdecznie pozdrawiam wszystkich kibiców i czytelników.

Rozmawiał Leszek Milewski

Źródło fotografii: www.historia-odry.opole.pl

KOMENTARZE (0)