Kolejny upadek Dawida Janczyka… Czy jeszcze się kiedyś obudzi?
Weszło

Kolejny upadek Dawida Janczyka… Czy jeszcze się kiedyś obudzi?

Niestety, demony Dawida Janczyka wróciły. Jeden z większych polskich talentów ostatnich lat zniknął bez słowa na półtora tygodnia: przestał pojawiać się w klubie, nie trenował, oficjalnie miał L4. W końcu przyszedł, przeprosił i poprosił o drugą szansę w Sandecji Nowy Sącz, której jest wychowankiem. Ma miesiąc, by przekonać zarząd, że warto było mu teraz pokazywać tylko żółtą kartkę.

Scenariusz za każdym razem jest podobny. Janczyk chce wrócić na powierzchnię ziemi, prosi o pomoc w odbudowaniu formy fizycznej i sportowej. Zrzuca nadwagę, ciężko pracuje na treningach, rozgrywa nawet mecze o stawkę, aż zaczyna wychodzić z niego to, co najgorsze. Z terapii w zakładzie zamkniętym, w którym musiała już umieścić go Legia, uciekł. W Piaście, bo stracił ochotę do gry i nie mógł pogodzić się, że tak rzadko dostaje szansę gry, poprosił o rozwiązanie kontraktu. Teraz o mały włos nie wyrzuciła go Sandecja.

Dawid Janczyk to bomba zegarowa, ale o tym chyba wszyscy wiedzieliśmy…

Wytrzymał osiem miesięcy. Treningi z pierwszym zespołem Sandecji rozpoczął w styczniu, będąc w fatalnej formie fizycznej. W klubie mówili, że dobił dna i wygląda jak pracownik biurowy z 15-letnim stażem. Ale od tego dnia powoli się odbijał – zaliczał po trzy jednostki treningowe dziennie, spalał tkankę tłuszczową i stopniowo był wprowadzany do zespołu. Wreszcie na przełomie maja i czerwca dostał dwie poważne szanse: z Olimpią i Rozwojem wyszedł w pierwszym składzie, zdobył po bramce. Wydawało się, że w tym sezonie będzie grał więcej. W dwóch meczach ligowych uzbierał jedynie 77 minut, w Pucharze Polski – 58.

Janczyk nie zalicza się do ulubieńców Radosława Mroczkowskiego. Trener pierwszego zespołu cały czas poklepywał go po plecach, apelował o walkę na 100 procent, mówił, że da kolejne szanse. Te – nawet po meczu rezerw, w którym napastnik zdobył wszystkie cztery bramki – nie przychodziły. Dawid sobie z tą sytuacją nie poradził, nie jest silny psychicznie. 19. września strzelił jeszcze dwa gole w rezerwach i zniknął na ponad tydzień. 23. września obchodził urodziny…

Mroczkowski nie chciał już Janczyka w drużynie, to zarząd klubu pokazał mu ostatecznie tylko żółtą kartkę. Piłkarz wszystkich przeprosił i dostał miesiąc, by zbić kilka kilogramów, pokazać, że zależy mu na piłce, że wciąż chce. Rozpocznie współpracę z psychologiem, a po treningach będzie odwożony przez pracownika klubu prosto do domu, w którym mieszka z rodzicami. Na razie ma trenować w rezerwach, zgodził się też na obniżkę wynagrodzenia za ten okres. Jeżeli będzie prezentował się dobrze, może wrócić do pierwszej drużyny.

Zarząd, postępując trochę wbrew woli trenera, zaufał Janczykowi raz jeszcze. To wychowanek klubu, urodził się w Nowym Sączu, swój człowiek. Nie chodzi już tylko o wyciągnięcie pomocnej dłoni Dawidowi-piłkarzowi, tylko Dawidowi-człowiekowi. Brak wsparcia w jego własnym domu byłby dla niego ciosem, nie wiemy jak bardzo bolesnym. Kolejnych szans już jednak nie będzie. „Jeden wyskok i wylatujesz” – usłyszał zawodnik. Tym bardziej, że w mieście, w którym znają go wszyscy, się nie ukryje. Kiedy schodzi z właściwej ścieżki, w klubie od razu się dowiadują. Tak było teraz.

Janczyk ma szczęście, że w dalszym ciągu są wokół niego ludzie, którzy chcą mu pomóc. Ale że ta historia skończy się happy endem, wierzyć coraz trudniej.

PIOTR TOMASIK

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (0)