W Brugii łapali się za głowy słysząc o tym, jak trenowaliśmy w Polsce
Weszło

W Brugii łapali się za głowy słysząc o tym, jak trenowaliśmy w Polsce

Choć był pierwszym w historii Polakiem, który strzelił gola w rozgrywkach Ligi Mistrzów, to zdecydowanie chętniej wspomina zdobycie korony króla strzelców w barwach Wisły. Szczyt jego kariery przypadł jednak na okres gry w Belgii, kiedy reprezentując Brugge grał między innymi w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, a na jego mecze przeciwko GKS-owi Katowice specjalnie fatygowali się fani z Krakowa. Poza tym zadebiutował też w reprezentacji Polski i miał okazję zagrać na Camp Nou. W rozmowie z nami, Tomasz Dziubiński opowiada przede wszystkim o swojej karierze piłkarskiej oraz o tym, czym zajmuje się po zawieszeniu butów na kołku.

Często wspomina pan tę bramkę? W końcu udało mi się znaleźć tego gola, miesiąc temu ktoś wrzucił na Youtube’a.

A to dlatego, że przegrywałem ostatnio swoje mecze z Ligi Mistrzów na płyty. Tę bramkę też miałem do niedawna na starej kasecie VHS, ale zaprzyjaźniony człowiek związany z Bronią pomógł mi to wszystko poprzerzucać. Ale ja sobie tego gola raczej nie odtwarzam, to było już tak dawno temu… Ostatnio na stronie dzieciaków które trenuje, rocznik 2003, pojawił się ten filmik i rzeczywiście, wtedy odpaliłem, ale to w zasadzie raz.



Bo pan chyba zdecydowanie chętniej mówi o zgarnięciu korony króla strzelców w lidze polskiej.

Dokładnie, bo to wymagało zdobycia ponad dwudziestu bramek i było zdecydowanie większym wyzwaniem niż jeden gol w Champions League.

Ale swego czasu pojawiały się też głosy krytyki, że spora część tych trafień padła z rzutu karnego.

Mnie to zupełnie nie interesuje. Jeśli ktoś chce się czepiać, to niech się czepia, proszę bardzo. Strzał z jedenastu metrów to nie jest tylko formalność, też trzeba umieć postawić tę kropkę nad i. A poza tym w tamtym sezonie do siatki trafiałem nie tylko z wapna, pozostałe gole miałem normalnie z gry.

Zanim jednak Wisła, to najpierw grał pan w radomskiej Broni. Spodziewał się pan przeskoku do Krakowa, pojawiały się jakieś sygnały o potencjalnym zainteresowaniu?

Oczywiście, że tak. W ówczesnej drugiej lidze, czyli obecnej pierwszej, debiutowałem mając nieco ponad 15 lat. Był wtedy taki trener, któremu sporo zawdzięczam, nazywał się Ryszard Kosiński – prowadził drużynę seniorów, widział jak się rozwijam i polecił mnie trenerom reprezentacji Polski do lat 16. W ten sposób to się w zasadzie zaczęło, rok po roku kolekcjonowałem występy w kolejnych drużynach młodzieżowych, w sumie uzbierałem ich ponad 50. I już w wieku 19 lat miałem podpisany kontrakt w zupełnie innym klubie niż Wisła – w Zagłębiu Lubin. Byłem tam na miejscu, oglądałem ich ostatni mecz z Ruchem Chorzów, dzień wcześniej złożyłem wstępny podpis, obejrzałem mieszkanie, poznałem warunki w jakich mam żyć, wszystko było już dograne. Miedziowi przegrali jednak to spotkanie 0:2, potem dostali zakaz transferowy na okres jednego roku i nasza umowa automatycznie przestała być wiążąca.

I wtedy włączyła się Wisła?

Jeszcze nie, bo przez długi czas jeździła za mną jeszcze Legia. Miałem trafić do tego klubu, ale popełniłem, hm, może nie błąd, to za duże słowo, ale posłuchałem trenera Strejlaua, który powiedział mi: „Idź do wojska w Broni”. Broń była wtedy milicyjnym klubem i trochę niepotrzebnie posłuchałem jego rady. Miałem co prawda tutaj możliwość odrobienia służby, ale mundur w zasadzie założyłem tylko raz, na przysięgę. Wkrótce graliśmy mecz w kategorii U-19 ze Związkiem Radzieckim, wybrano mnie najlepszym zawodnikiem meczu, strzeliłem dwie bramki, wygraliśmy 3:1. Na tym meczu był trener Brożyniak, który należał do pionu gwardyjskiego i ś.p. generał Gruba zablokował transfer do Legii, bo były to resorty, które nie za bardzo się lubiły, więc niemożliwy był transfer do Warszawy, a w zasadzie, jak to się oficjalnie nazywało, służbowe przejście. I dlatego poszedłem do Krakowa.

Ale tam szybko kupił pan sobie publikę, bo już po 40 sekundach gry.

Zgadza się. To było tak, że miałem już od rundy wiosennej trafić do Wisły, ale kluby dogadały się w ten sposób, że do transferu dojdzie, gdy Broń będzie miała wyjaśnioną sytuację w tabeli. W tamtym sezonie walczyła w drugiej lidze o utrzymanie i warunek był taki, że po pięciu kolejkach miały zostać ocenione jej szanse na to, by zachować ligowy byt. Szans już nie było, więc w czwartek, dwa dni przed meczem ze Stalą Mielec, przyjechał samochód i zabrał mnie do Krakowa. I w zasadzie już po kilkunastu godzinach wyszedłem na boisko w tamtym spotkaniu. Miałem dużo szczęścia – strzelić gola w 40. sekundzie to naprawdę trzeba mieć farta. Ale była to też zasługa umiejętności, bo sama bramka była przepiękna. Wrzut z autu ś.p. Jarka Giszki, lewego obrońcy, przyjęcie na pierś w okolicy 20., 25. metra i uderzenie zewnętrznym podbiciem w samo okienko. Wygraliśmy ten mecz 1:0, a były to bardzo ważne punkty, bo Wisła też biła się wtedy o utrzymanie.

Najwyraźniej ma pan szczęście do goli strzelonych po rzucie z autu, bo ta bramka w Lidze Mistrzów również od tego się zaczęła.

A to widzi pan, nigdy nie zwróciłem na to uwagi, jest pan chyba pierwszym, który to spostrzegł. Rzeczywiście, coś w tym jest. Z tą różnicą, że w Krakowie dostałem piłkę bezpośrednio, a w tamtym spotkaniu w Champions League była jeszcze przebitka, jakiś rykoszet.

Z Wisłą ostatecznie utrzymać się wtedy udało, a dwa sezony później było już o włos od europejskich pucharów.

Zabrakło bardzo niewiele, bo skończyliśmy z takim samym dorobkiem punktowym, co Górnik Zabrze. Mieliśmy do siebie niesamowite pretensje, bo gralibyśmy, a w zasadzie to koledzy prawdopodobnie już beze mnie graliby w pucharach. Niedosyt był ogromny, ale sami spieprzyliśmy sobie sytuację – bodajże trzy kolejki przed końcem do przerwy prowadziliśmy z Ruchem Chorzów 2:0, a ostatecznie przegraliśmy 2:3.

Pod koniec pana przygody z Wisłą na jeden z meczów, z GKS-em Katowice, przyjechał człowiek z Belgii i właśnie w tym spotkaniu popisał się pan hat-trickiem. To przesądziło o transferze?

Rzeczywiście wysłannicy z Brugge przyjechali wtedy do Polski, a ja strzeliłem trzy gole i wygraliśmy 5:1. Po meczu spotkaliśmy się w hotelu, dogrywaliśmy szczegóły, ale wtedy nie podpisałem jeszcze kontraktu. To była sobota, a dopiero w niedzielę zadzwonił do mnie ówczesny prezes Wisły Kraków i powiedział, żebym o piątej rano był już gotowy, bo wyjeżdżamy do Belgii. Po drodze spotkaliśmy się jeszcze z kilkoma menedżerami w Niemczech, gdzie kilka klubów oferowało swoje usługi, jednak przesądziła osoba pana Lubańskiego, który pilotował ten transfer. Nie chciałem po prostu nikogo oszukiwać – chciałem zgodnie z umową udać się do Brugge, na spokojnie wszystko sobie obejrzeć i dogadać interes.

Warunki, które zastał pan na miejscu zrobiły wrażenie?

Byłem bardzo zadowolony, tak z obiektów treningowych, stadionu, jak i warunków socjalnych – mieszkania i całej reszty. Pamiętamy jaka wtedy była tragedia z infrastrukturą sportową w Polsce, więc był to dla mnie szok. Ponadto była jeszcze mała korekta zarobków, więc naprawdę – nie mogłem odmówić.

Wisła chyba też była zadowolona, bo zainkasowała całkiem fajne pieniądze.

Tego już komentować nie mogę – to są sprawy klubów, one się w tej kwestii dogadują.

A z panem Lubańskim kontaktował się pan tylko w sprawie transferu, czy na przykład otrzymywał pan jakieś wskazówki czysto piłkarskie? Lepszego mentora ciężko sobie chyba wyobrazić.

Współpracowaliśmy przez trzy lata i rzeczywiście – często byłem u niego gościem w domu, on u mnie również, regularnie wisieliśmy na telefonie, dyskutowaliśmy nad tym, co robię dobrze, a co źle. Na pewno sporo się od niego nauczyłem, bardzo dobrze wspominam ten czas.

A jak w tamtych czasach różniła się liga polska od belgijskiej pod kątem siłowym? Teraz często mówi się, że zawodnicy odbijają się od ściany, bo nie dają rady fizycznie.

Nieprawda. Nieprawda, że fizycznie. Gdy ja pojechałem 20 lat temu, to było niebo a ziemia. Przepaść. My dopiero teraz dochodzimy do Zachodu z tamtego okresu, a Zachód dalej nam ucieka. Nie wiem jakie teraz stosuje się tam metody, ale ja nie miałem wówczas żadnych problemów, bo system szkolenia kiedyś w Polsce, w porównaniu z tym co jest teraz, kompletnie się zmienił. Kiedyś były na przykład góry i trening interwałowy cztery i pół godziny. Kiedy ja powiedziałem trenerom w Brugge o tym, w jaki sposób trenowałem, to złapali się za głowę. Tam nie było czteromiesięcznej przerwy zimowej, grało się od sierpnia do maja, natomiast u nas cykl był zupełnie inny. Teraz kluby mają też inne warunki, bo uciekają do Turcji lub do Hiszpanii i tam w spokoju trenują.

Belgia to generalnie najbardziej płodny okres pana kariery – mistrzostwo, superpuchar, europejskie rozgrywki. I to nie tylko Liga Mistrzów, ale udało się też zagrać w Pucharze Zdobywców Pucharów i odpaść dopiero w półfinale z późniejszym triumfatorem.

Zgadza się, to był naprawdę duży sukces. Graliśmy w PZP, dotarliśmy prawie do ostatniego etapu podróży. W pierwszej rundzie wyeliminowaliśmy Omonię Nikozja, w drugiej GKS Katowice, w trzeciej trafiliśmy na silne Atletico Madryt i już to, że ograliśmy Hiszpanów było ogromną niespodzianką. W półfinale z Werderem Brema pierwszy mecz wygraliśmy u siebie 1:0, natomiast na wyjeździe już nie było tak kolorowo, ulegliśmy 0:2. No i Niemcy tamtą edycję wygrali.

obr_442421

W tamtej edycji PZP doszło do niecodziennej sytuacji – polscy kibice przyjechali na mecz polskiej drużyny, ale kibicowali… przeciwnikom.

To było po dwóch miesiącach mojego pobytu w Belgii. Stawiłem się tam w lipcu, po tournee reprezentacji Polski w Chinach, zdążyłem trochę potrenować i lecieliśmy do Katowic. Wylądowaliśmy na krakowskich Balicach, nic się nie działo, a na drugi dzień wszyscy w szoku. Koledzy sami pytali mnie o co chodzi, bo tak: grają na wyjeździe, jest to drużyna belgijska, a na trybunach grupa jakichś ludzi z Polski, która ich dopinguje. Wytłumaczyłem im oczywiście, że to fani Wisły, którzy wspominają mnie bardzo dobrze, mają niedaleko z Krakowa i rzeczywiście – było to bardzo, bardzo sympatyczne.

A istniał już wtedy w Belgii znany z dzisiejszej piłki, zwłaszcza zachodniej, profesjonalizm? Nowy zawodnik z innego kraju dostawał na przykład korepetycje językowe?

Trzy razy w tygodniu przychodził do mnie nauczyciel – godzinkę czasu poświęcał mi, godzinkę również mojej żonie. Uczył nas tak jak dziecko, od podstaw, na obrazkach. Generalnie język niderlandzki jest bardzo trudny, przy czym ja uczyłem się czystej wymowy, a na miejscu mówi się w dialekcie. Dało się jednak wyłapać te różnice i do tej pory nieźle posługuję się tą, nazwijmy to, gwarą.

Duży przeskok kulturowy.

I to pod każdym względem. Na przykład był tam wtedy taki zwyczaj, że po meczach siedzieliśmy w pomieszczeniu obok szatni, gdzie odpoczywaliśmy. Tam przychodziły VIP-y, a my mieliśmy obowiązek, by chociaż na pięć minut siąść z nimi, wypić Jupilera lub Colę i chwilę porozmawiać. Tak samo gdy chodziło się do kafejek klubowych, do których zapraszali nas kibice, a my chętnie się na to godziliśmy. I to nie był żaden grzech. U nas jak piłkarz wypił w tamtych czasach piwo, to była afera, a tam było to normalne. Każdy był profesjonalistą i każdy wiedział na co może sobie pozwolić. Nawet przecież w autokarze, gdy wracaliśmy z wyjazdu, była lodówka z wodą, napojami i piwem. I nikt nie miał nawet pomysłu, by kogokolwiek za to karać. Ale trzeba też przyznać, że w Brugii nauczyłem się zdrowego odżywiania.

I chyba z tamtego okresu w Brugge dobrze pamięta też pan mecz z Barceloną. Nieoficjalny, ale jednak.

Świetna historia, byłem pod wielkim wrażeniem. Pamiętam to dobrze ze szczegółami – 19 lipca 1991 roku z lotniska odebrał mnie pan Lubański i od razu wręczył mi w samochodzie program meczowy. Wtedy jeszcze w tym języku niewiele rozumiałem, ale jakieś takie podstawowe zwroty typu „trening” mogłem rozszyfrować. No ale patrzę dalej, patrzę i widzę – FC Brugge vs. FC Barcelona. Czytam, czytam i pytam: „Ale panie Włodzimierzu, co to za Barcelona, o co chodzi?”. No i dopiero gdy usłyszałem odpowiedź: „No, gracie na stulecie klubu”, to do mnie dotarło. A rok później pojechaliśmy w rewanżu do nich na turniej towarzyski – my, Barcelona właśnie, bodajże Galatasaray oraz Feyenoord. I tam też udało mi się zagrać – wielkim przeżyciem jest już sama obecność na Camp Nou, a co dopiero mowa o możliwości rozegrania spotkania.

Byłem pod ogromnym wrażeniem ich umiejętności. Nie było pełnego stadionu, było ledwie około 50 tysięcy ludzi (śmiech), ale za każdym razem, gdy Koeman wychodził do piłki, to wszyscy bili brawo. Wyglądało to fantastycznie.

Da radę skupić się na swoim występie, gdy wokół tacy goście?

Akurat wtedy dało radę, bo miałem już rok gry przetarcia w lidze belgijskiej. Graliśmy w europejskich pucharach, graliśmy w półfinale PZP, więc udało się już obyć z takim światem. No ale to trzeba podkreślić, że stadion oraz cała jego otoczka to było coś pięknego.

Ale generalnie w pana przygodzie z piłką pojawia się też wątek reprezentacji.

To było jeszcze przed transferem do Brugii. Pierwszy mecz rozegrałem pół roku przed wyjazdem na Zachód. W lutym odbył się mecz towarzyski w Belfaście z Irlandią Północną, przegraliśmy 1:3, zagrałem 45 minut. Później było jeszcze tournee w Chinach o którym napomknąłem. To trwało bodajże trzy tygodnie, udało mi się tam strzelić gola w jednym z meczów, ale były to spotkania nieoficjalne, występowaliśmy jako reprezentacja ligi polskiej czy coś takiego.

No i jeszcze zwycięstwo z Finami.

Powołanie na ten mecz dostałem po udanych występach w Lidze Mistrzów. Potoczyło się to wszystko trochę tak, że mam do siebie cień pretensji. Wygraliśmy 2:1, przy pierwszym golu Marka Leśniaka asystowałem, a potem on chciał mi się zrewanżować tym samym. Dał mi dwie znakomite piłki, ale żadnej nie wykorzystałem. Po meczu asystent trenera, Lesław Ćmikiewicz, powiedział mi: „Cholera, Dziubek, jakbyś którąś z nich strzelił, to byłbyś powołany na San Marino”. A co było potem? Wymęczyliśmy z San Marino 1:0, Furtok strzelił ręką, a moja kariera w drużynie narodowej dobiegła końca.

Bardziej niedosyt czy jednak duma, że po prostu udało się zadebiutować?

Jest niedosyt, oczywiście. Duma również, ale mam świadomość, że można było wycisnąć z tego więcej. W reprezentacji seniorskiej skończyłem na dwóch występach, ale w juniorach wcześniej uzbierałem jeszcze ponad 50, więc ten bilans wygląda całkiem przyzwoicie. Tak czy owak ten mecz z Finlandią trochę siedzi w głowie, bo gdybym wtedy trafił do siatki, potem dobrze wypadł w oficjalnym spotkaniu, to kto wie – może stanąłbym na 20 albo 60 spotkaniach w kadrze? W piłce potrzebne jest szczęście, a jego chyba wtedy trochę zabrakło.

Koniec końców karierę piłkarską zakończył pan dosyć wcześnie, w wieku około 30 lat.

Tak jak panu na początku mówiłem – na najwyższych obrotach zacząłem grać mając jakieś 15 i pół roku, a nie trafiłem na swojej drodze trenerów, którzy dawaliby jakąkolwiek taryfę ulgową. U każdego trzeba było zdrowo zapieprzać, niezależnie od wieku, więc musiałem trenować tak ciężko, jak dorośli. Dziś byłoby to niemożliwe, bo kto normalny goni takiego młodego chłopaka, który jest w okresie, gdy właśnie się rozwija. Czy płotki, czy siłownia – wszystkie ćwiczenia wykonywałem z obciążeniem takim, jak seniorzy. To wszystko potem odbiło się na moim zdrowiu. Najgorsze było jednak zerwanie więzadeł. Miałem wtedy kilka fajnych ofert, między innymi ze Standardu Liege, ale ta kontuzja przekreśliła jakiekolwiek marzenia. Praktycznie najgorszy możliwy uraz, jakieś 90 procent zawodników nigdy nie dochodzi po tym do stuprocentowej sprawności.

I zaczął pan powoli schodzić do nieco słabszych klubów – Molenbeek, Le Mans, Verbroedering…

To były słabsze kluby, ale ligi nie zawsze gorsze. Molenbeek to była na przykład pierwsza liga belgijska. Potem jednak wróciłem już do Polski, ale popełniłem spory błąd – miałem już przygotowany kontrakt w KSZO Ostrowiec, ale za namową mojego serdecznego kolegi, Grześka Lewandowskiego, który był w Polonii, pojechałem na Konwiktorską, spotkałem się z panem Engelem. Wszystko było już dogadane, z tym, że zagrali jeden mecz, zmienił się trener, nowy mnie nie widział i na tym się skończyło. Upadł temat warszawski, upadł też w międzyczasie temat KSZO. Próbowałem więc w drugiej lidze, w Ceramice Opoczno w której grało wielu moich kolegów, ale na pierwszym treningu poszła łąkotka. Po pół roku znów zadzwonili do mnie z Opoczna – spróbowałem, zacząłem przygotowania i pojechaliśmy na obóz. Po jednym wyjściu w góry, zwykłym marszobiegu, wróciłem do hotelu, usiadłem i zobaczyłem jak puchnie mi kolano. Wielka bania. Udałem się na badania do lekarza w Warszawie, on upuścił ten płyn, który zebrał się w nodze i powiedział krótko: „Albo piłka, albo wózek”. No i wtedy stało się jasne, że to czas, by zakończyć karierę piłkarską.

I zajął się pan trenerką.

Zacząłem wtedy pracę z młodymi ludźmi, ale i jeden kolega namówił mnie do sędziowania, więc jestem czynnym arbitrem i wcale nie wstydzę się tego, że jeżdżę po A-klasach i B-klasach, bo po prostu to kocham.

Czyli generalnie od początku plan był taki, żeby zostać przy piłce.

Oczywiście i cieszę się, że udaje mi się to do dzisiaj. Przez ostatnie lata byłem trenerem Broni Radom. Teraz trenuję dzieci i troszeczkę niżej, troszeczkę odpoczynku, bo zszedłem do klasy okręgowej obejmując, za namową znajomego, klub, który miałem za zadanie uratować. Po dwunastu meczach w rundzie jesiennej mieli sześć punktów, ja przyszedłem i zrobiliśmy siedem oczek w czterech spotkaniach, a na wiosnę – gdyby liczyć tylko tę rundę – zajęliśmy drugie miejsce za Prochem Pionki, który awansował do IV ligi. W klubie są zadowoleni z mojej osoby, mi też klimat odpowiada także nie narzekam.

14445479_1243559529020089_1459674146_n

A w przyszłości planuje pan jeszcze spróbować swoich sił w wyższej lidze?

Póki co mam do czerwca kontrakt w Jodle, ale jesteśmy umówieni tak, że jeśli trafi się zespół w III lidze, to mógłbym tam przejść. Uprawnienia mam takie, że właśnie na tym poziomie mogę jeszcze drużyny prowadzić. Zastanawiałem się czy robić kolejne kursy i licencje, ale nie wiem czy miałoby to sens – trenerski rynek pracy jest pełny, jest od groma ludzi bez pracy, więc chyba lepiej pracować spokojnie, za mniejsze pieniądze i z mniejszą presją.

Obserwuje pan w międzyczasie ligę belgijską? Paru piłkarzy się w ostatnim czasie odbiło od tamtych rozgrywek.

Kto?

Wolski, Starzyński…

Nie no, gdzie Starzyński się odbił. On się po prostu tam nie odnalazł, nie zaaklimatyzował, powiedzmy że nie znalazł wspólnego języka. Natomiast generalnie staram się śledzić, ale nie jakoś przesadnie. Liga belgijska nie prezentuje jakiegoś super poziomu, wolę oglądać hiszpańską lub angielską.

A utrzymuje pan do dziś kontakty w Belgii lub w Wiśle?

W Wiśle tak, nawet za moją propozycją Radomiak, drugi klub z tego miasta, został objęty swego czasu przez Marcina Jałochę. Mam też kontakt z paroma chłopakami, ale to raczej sporadyczny. Od czasu do czasu odzywamy się do siebie, ale niestety na regularne pielęgnowanie znajomości nie ma zwyczajnie czasu – weekendy, gdy zaczyna się sezon, są kompletnie zapełnione pracą.

MARCIN BORZĘCKI

fot. bronradom.pl

KOMENTARZE (0)