Image and video hosting by TinyPic
1:0, 1:3, 4:3, 4:5. Czyste szaleństwo w Bielsku
Weszło

1:0, 1:3, 4:3, 4:5. Czyste szaleństwo w Bielsku

Gdyby mecz Legia – Widzew z 97 zrobił dziecko finałowi w Stambule, to byłoby podobne do Podbeskidzie – Zagłębie Sosnowiec. 1:0 dla Podbeskidzia w drugiej minucie, do przerwy 1:3. W 76 Podbeskidzie wyciąga na 4:3, by ostatecznie przegrać 4:5. Tak, miał dziś miejsce moment niezwykłej metamorfozy: nikt, kto siadał przed telewizor z pierwszą ligą, nie miał poczucia, że właśnie wygrywa w życie. A jednak tak się właśnie stało. 

Właściwie ci fanatycy od statystyk i analiz uznaliby, że mecz był beznadziejny. Tragiczny. Poziom głębinowy, w zasadzie piłkarze powinni grać w batyskafie. Błędów było istotnie mnóstwo. Absolutnie niewymuszonych, kuriozalnych, takich, które salwę śmiechu wywołałyby nawet podczas meczu 2A na 2B – oczywiście mówimy o dziewczynkach. Piacek, stoper Podbeskidzia, był najlepszym playmakerem Zagłębia, natomiast Dudek z Zagłębia rozgrywał koncert dla Podbeskidzia. Taka to wymienność pozycji.

Przyjrzyjmy się zresztą bramkom.

1:0 – kluczowym momentem fatalna strata Dudka tuż przed polem karnym.

1:1 – Baran robi z siebie Barana kolejki, zakiwał się przy chorągiewce i wyszło sam na sam.

1:2 – tu piękna akcja od A do Z, wisienką na torcie zagranie Sanogo.

1:3 – ładnie się zrywa Sanogo, ale z tak ostrego kąta nie powinien wpaść nawet kamień, a co dopiero piłka.

2:3 – Kontaktowa strata Dudka tuż przed polem karnym, zagranie firmowe jak ruleta Zidana.

3:3 – Strzał Sierpiny po czyimś garbie.

4:3 – Za taktyczne ustawienie obrońców Zagłębia w tej akcji odpowiadał kapitan Chaos. Dobre wykończenie Demjana, oddajmy.

4:4 – Sanogo z kolejnym kapitalnym zagraniem, bo zamiast przyjmować od razu spróbował efektownego dryblingu-przerzutu nad rywalem. Problem w tym, że wyglądało może i pięknie, ale nie wyszłoby, gdyby nie partanina obrońcy – zamiast wybić piłkę wyszła wystawka na woleja.

5:4 – Piacek daje kolejny prezent, strzał Pribuli przelatuje jeszcze pod nogami Sokołowskiego, a Lis kładzie się na środku bramki jak pogryziony.

Nie będziemy robić sobie jaj – przy prawie każdej bramce ktoś pokazał się ze znakomitej strony, pokazał coś fajnego, kiwkę, klepkę, wykończenie. Ale też przy prawie każdej bramce 50% udziału miała też nagła, niezrozumiała impotencja jakościowa obrońcy. W zasadzie gdyby wystawiać noty, to wszystkim obrońcom po 1-2, wszystkim z ataku od 7 w górę. Sanogo może nawet dyszka, bo ściągnięto go z jakiegoś angielskiego kartofliska, a dzieciak wygląda jakby przyszedł do pierwszej ligi prosto z czołówki Ligue1. Warto obserwować, warto zapamiętać to nazwisko.

Daleko idące wnioski trudno wyciągnąć, bo takiego meczu ani jedni, ani drudzy prędko nie powtórzą. Nie posądzamy ich o aż tak wielki polot w ataku, ani o tak skandaliczną grę w obronie – za chwilę będzie normalniej. Ale szczerze? Aż szkoda. Bo gdyby pierwsza liga była tak słaba, że aż tak wyborna do oglądania, to wszystkie inne rozgrywki mogłyby się schować.

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY