Jestem tu bardziej szanowany niż w Polsce, wyrobiłem sobie pozycję
Weszło Extra

Jestem tu bardziej szanowany niż w Polsce, wyrobiłem sobie pozycję

– Moją dużą siłą jest to, że w kraju nie dano mi szansy i zagrałem tylko kilka spotkań. Nie wyjeżdżałem po czterech pełnych sezonach, że jestem piłkarzem przez wielkie „P”, nie czułem się i nie byłem żadną gwiazdą. Niemcy przed transferem mnie obserwowali, robili raporty, w końcu wzięli na testy i uznali, że zostaję. Pomyślałem sobie, że musi im zależeć, skoro biorą Polaka po przejściach, który nie zna języka – mówi w rozmowie z Weszło Rafał Gikiewicz, który po dwóch latach w Eintrachcie Brunszwik zagra w Bundeslidze w barwach Freiburga.

„Rafał Gikiewicz, bramkarz Bundesligi. W Polsce uważany za dziwaka i trudnego, w Niemczech za świetnego bramkarza i profesjonalistę. Danke” – napisał na Twitterze Mateusz Borek, a ty podałeś tweeta dalej. Co myślałeś, czytając te słowa?

Że to chyba trafna diagnoza. Ale od wyjazdu do Niemiec, ponad dwa lata temu, odciąłem się od tego, co było. Wydaje mi się, że głównie przez aferę z Mrazem, w którą nie wiem dlaczego byłem zamieszany, czy wymyślone sprawy z Jagiellonią nie traktuje się w kraju poważnie mojej osoby. Wyjeżdżałem z Polski jako zawodnik z trzeciej ligi, grywając z rezerwami Śląska na betonie w Dzierżonowie – niestety, boiskiem nazwać się tego nie dało – a w weekend czeka mnie sparing z Milanem. No, tak się potoczyły moje losy…

Przypominasz sobie czasem to swoje położenie, gdy wyjeżdżałeś? Postawiłeś wtedy wszystko na jedną kartę.

Tak, pamiętam o tym. Mówiło się wtedy o Wiśle, rozmawiałem z Podbeskidziem czy Widzewem, w których dostałbym cztery tysiące. Myślałem, by dokładać z własnej kieszeni, byle tylko grać. W końcu jednak stwierdziłem: jak nie teraz, to kiedy? Nie uważam, bym wyjechał zbyt późno, to był wyjazd we właściwym momencie. Ruszyłem w drogę, gdy byłem gotowy piłkarsko i życiowo. Być może dziś, tak jak wielu innych zawodników, musiałbym opowiadać bajki, że nie byłem gotów, że za granicą ćwiczy się inaczej, a trener forował swojego rodaka… Jak w Śląsku rywalizowałem z Kelemenem, to nie miałem nic za darmo, tylko musiałem dwa razy mocniej udowodnić swoją wartość. I w Niemczech jest to samo, ale rywalizacji nauczyłem się wcześniej. Rację mają nasi trenerzy, mówiąc, że ich treningi niczym nie różnią się od tych na obczyźnie, że u nas ćwiczy się tak samo. Kwestia, ile potrafisz z tego dla siebie wyciągnąć. Albo chcesz być lubiany i jako 30-latek grasz w trzeciej lidze, albo jesteś profesjonalistą i masz marzenia. Założę się, że dwa lata temu nikt nie spodziewał się, że podpiszę trzyletni kontrakt z klubem Bundesligi.

Powiedzmy sobie szczerze: ty też nie mogłeś się spodziewać, że po dwóch sezonach niemal będziesz noszony w Niemczech na rękach.

Wyjeżdżając z kraju, miałem cel: za dwa lata być w Bundeslidze. Oczywiście, nie mówiłem tego na głos, bo w Eintrachcie by mnie za takie słowa zastrzelili. Ale spójrz, po dwóch latach jestem tam, gdzie planowałem. Wiadomo, zawodnika weryfikuje boisko, ale ja byłem życiowo gotowy na tę sytuację, bardzo szybko nauczyłem się języka, zaaklimatyzowałem się.

W którym momencie zdałeś sobie sprawę: cholera, ja dla tych ludzi, kibiców Eintrachtu, coś znaczę? Jak wybierali cię po raz drugi na piłkarza sezonu, jak byłeś drugim bramkarzem do klubowej jedenastki wszech czasów, jak zaprojektowano buty z twoim wizerunkiem?

To wszystko było miłe, ale nie w każdej sytuacji trzeba się podniecać. Do Eintrachtu przychodziłem, gdy odchodził Daniel Davari, pierwszy bramkarz, reprezentant Iranu, ale był też od kilku lat na miejscu Marjan Petković, lubią go tutaj. Moment, gdy trener postawił na chłopaka z zagranicy, który nie znał języka, był też dla samych kibiców przełomowy. A moja pozycja z każdym meczem się broniła, karuzela sama zaczęła się napędzać. W Polsce nazywali mnie dziwakiem, a tutaj odbierali jako osobę otwartą i doceniali, gdy robiłem rundę wokół boiska, bo jakieś dziecko chciało zdjęcie. W Niemczech to normalne – ludzie kupują drogie bilety, mają koszulki, piją piwo na stadionie, identyfikują się z klubem i chętnie chodzą na mecze. Teraz dostaję wiadomości od kibiców, co mają zrobić z koszulkami z moim nazwiskiem, bo zdążyli kupić, przyjść w nich na niedzielny mecz, a ja właśnie odchodzę.

I co odpowiadasz?

Żeby zrobili, co uważają za stosowne. Ale oni twierdzą, że dalej będą w nich chodzić na mecze. To miłe. Tomek Hajto opowiadał o cotygodniowych akcjach marketingowych na mieście, a ja się w to dobrze wpasowałem. Dobrze się tu czuję, złapałem kontakt z kibicami i nikt mi nie zarzuca, że po przegranym meczu jestem uśmiechnięty, bo każdy wie, że za tydzień jest kolejny. Nasi piłkarze ręczni też teraz przegrali, i co? Mają się załamać? Zwycięzców cechuje to, że po porażce nie marudzą, nie chodzą zasmarkani, tylko szybko się otrząsają i szykują się na kolejnego rywala. Ja też zaliczałem gorsze występy, łapałem urazy, ale nie traciłem z pola widzenia swoich celów. Pamiętam, że ponad dwa lata temu ta oferta z Eintrachtu spadła mi z nieba, że rozwiązywałem ze Śląskiem kontrakt w taki sposób, by o tej propozycji w klubie się nie dowiedzieli.

Planowałeś w ciągu dwóch lat wejść do Bundesligi wspólnie z Eintrachtem, ale wchodzisz sam. To właśnie Freiburg pokazał, jak to się robi.

W obu sezonach walczyliśmy o awans, ale za każdym razem czegoś brakowało. Natomiast Freiburg po spadku z Bundesligi praktycznie nikogo nie oddał, trochę się wzmocnił i pokazał, że po roku można wrócić. Po pierwszych treningach widzę, że potencjał ofensywny robi miazgę. Jeśli odpalimy na dzień dobry, to jestem spokojny. Mamy młody zespół, ale doświadczony, przed spadkiem występował przez sześć lat w Bundeslidze. Nikt się nie boi, nikt nie szepcze, że chciałby się utrzymać. My chcemy w tej lidze grać.

Nie zwątpiłeś wiosną w transfer? Zimą nie doszło do twojej przeprowadzki, zaraz potem obniżyłeś loty. Paradoksalnie, nieudany był nawet dwumecz z Freiburgiem – puściłeś cztery gole, jednego z nich zawaliłeś. Im bliżej końca sezonu, tym mniej miałeś argumentów.

Przyznam, że ta runda niektóre tematy pogrzebała i przeciągnęła. Gdyby nie trzy-cztery słabsze występy, ten transfer mógłby zdarzyć się wcześniej. Jestem jednak zdania, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Popełniłem jeden, drugi błąd, a takie sytuacje uczą pokory i skłaniają do analizy. Po to jednak trenuję i gram, utrzymuję bliski kontakt z rodziną czy współpracuję z Pawłem Frelikiem, żeby ciągle iść do przodu. Nie sztuką jest wdrapać się na drzewo i z niego spaść, tylko – gdy mocniej zawieje – na nim się utrzymać. To pokazuje siłę zawodnika. Jak grałem w Ekstraklasie, to wszystko mieliśmy podane pod nosek, po treningu jedzonko, prosto do autokaru, wszystko załatwione, a w trzecioligowych rezerwach – grasz na betonie, wracasz do domu z torbą brudnych ciuchów i o treningu bramkarskim możesz niemal zapomnieć. Uważam, że naprawdę sporo przeszedłem, by znaleźć się tu, gdzie dziś jestem. Doceniam, co mam i wiem, że jak odwalę jakiś numer, to mogę wrócić do tamtych miejsc.

160422PYK018-640x416Rafał Gikiewicz z Mateuszem Ożogiem i Maikelem Stevensem z agencji SEG po podpisaniu kontraktu

Czego się najbardziej nauczyłeś przez dwa lata w Niemczech?

Przede wszystkim języka. A piłkarsko wzmocniłem siłę, przygotowanie biegowe i fizyczność. Dużą wagę przykłada się też do gry nogami.

Widzisz, ostatnio dowiedziałem się też, że jestem szóstym bramkarzem z Polski w Bundeslidze. Jak patrzyłem, z kim rywalizowałem w drugiej lidze, kto broni w pierwszej – pomyślałem: „Kurde, nie możesz być leszczem, no, nie możesz!”. Mam jeszcze sporo do poprawy, wciąż się uczę, najlepszy na świecie już nie będę, ale patrzę na siebie i koncentruję na robocie. Jeżeli każdego dnia będę podnosił swoje umiejętności, to jestem spokojny o swoją przyszłość. Nie boję się rywalizacji, mam dobre podejście i myślę, że swoje jeszcze zagram.

A jakieś zmiany mentalne, osobowościowe?

To jest właśnie zabawne, że jako człowiek nie zmieniłem się wcale. Mam tych samych znajomych, jestem taki, jak kiedyś. Identyczne podejście do treningów miałem i u Lenczyka, i u Probierza. Łukasz Becella powiedziałby ci, że w rezerwach Śląska Gikiewicz ze swoim podejściem był dla młodych chłopaków wzorem. Robili sobie nawet selfie w moim samochodzie, żeby pokazać kolegom w gimnazjum, że siedzieli u mnie w aucie. Bo ja ich na zajęciach traktowałem tak samo, strzał 16-latka broniłem tak, jakby uderzał Sebastian Mila. Dlatego wierz mi: nic się nie zmieniłem. Nie bujam w obłokach, stąpam twardo po ziemi, mentalnie jestem taki sam, tylko jako bramkarz – lepszy.

Wspominałeś, że w Eintrachcie stały za tobą liczby. Wiesz, w ilu z 66 meczów ligowych zagrałeś na zero z tyłu?

W dwudziestu?

W dwudziestu jeden.

Pierwsza runda tego sezonu była w moim wykonaniu na tyle dobra, że miałem szansę pobić rekord czystych kont w historii drugiej ligi niemieckiej. No ale sam powiedziałeś: wiosną był spadek. Sytuacja jest o tyle dziwna, że traciliśmy dość sporo bramek, jednocześnie grając dość często na zero z tyłu. Ale one padały też po stałych fragmentach gry, po karnych… Ciekawe jest to, że przez dwa lata zagrałem tu więcej niż przez pięć-sześć w Polsce. Sąsiad, jak zobaczył, że wyjeżdżam – przybiegł z koszulką, bym się jeszcze na niej podpisał. Myślę, że dziś jestem tu bardziej szanowany niż w Polsce, że wyrobiłem sobie pewną pozycję. Paradoksalnie, moją dużą siłą jest to, że w kraju nie dano mi szansy i zagrałem tylko kilka spotkań. Nie wyjeżdżałem po czterech pełnych sezonach, że jestem piłkarzem przez wielkie „P”, nie czułem się i nie byłem żadną gwiazdą. Niemcy przed transferem mnie obserwowali, robili raporty, w końcu wzięli na testy i uznali, że zostaję. Pomyślałem sobie, że musi im zależeć, skoro biorą Polaka po przejściach, który nie zna języka.

Patrzę na twojego konkurenta, Alexandra Schwolowa – niemal wychowanek, cieszy się szacunkiem kibiców, wybronił awans, cztery lata młodszy, też właściwie bez doświadczenia w samej Bundeslidze. Jesteście odrobinę podobni.

O, widzisz, nawet niektórych rzeczy o nim nie wiedziałem. Po tym, jak rywalizowałem i podpatrywałem Piotrka Lecha, Szamotulskiego czy Kelemena – nie patrzę już, z kim walczę o skład. Wychodzę na boisko i robię swoje. Wiem natomiast, że przychodzę do Freiburga bardzo późno, że za dwa i pół tygodnia rusza liga i mogę zacząć jako „dwójka”. Swoją szansę i tak dostanę, muszę być na nią gotowy.

Bycie bramkarzem w Bundeslidze w takim klubie, jak Freiburg, będzie oznaczało – ujmijmy to delikatnie – ciągłe bycie pod grą.

Strzelnica! Dopiero co poznałem trenera, ale sprawia wrażenie charyzmatycznego, zrobił na mnie wrażenie. Widzę, że dużą wagę przykłada do taktyki, stałych fragmentów gry i może to wyglądać sensownie. Wiadomo, jak jesteś beniaminkiem, to myślisz, że bramkarza czeka mnóstwo roboty. Ale zagrasz parę razy z tyłu, nabierzesz pewności siebie, rywal – większego respektu. Gra wygląda już wtedy inaczej.

Powiedziałeś na początku rozmowy, że w Polsce nadal nie traktuje się ciebie poważnie. Myślisz, że Bundesliga może to zmienić czy już pozostaniesz „tym Gikiewiczem”?

Szczerze? Nie interesuje mnie to. Kiedyś dzwoniłbym do znajomych z pytaniem, co napisali w Przeglądzie Sportowym i na Weszło, ale dziś tego nie robię. Ci, z którymi mam kontakt, pogratulowali mi, życzą powodzenia i rozmawiamy w chwilach radości czy smutku. A hejterzy zawsze będą hejtowali… Jak byłem młodszy, to słyszałem, że ojciec mi wszystko załatwia. To chciałbym zapytać: czy teraz w Bundeslidze też mógłby mi coś załatwić?

Zimą mówiłeś o wyjeździe na Euro. Sądziłeś wtedy, że to możliwe czy odważną, nieco arogancką postawą chciałeś zwrócić na siebie uwagę?

Zadzwonił dziennikarz i spytał, jakie marzenia mam związane z kadrą. Powiedzieć, że żadne, byłoby kłamstwem. A ja marzę, by jeszcze kiedyś zagrać w reprezentacji.

Chodzi mi o wypowiedź: „Jestem przekonany, że pojadę na Euro”.

Widzisz, ja wchodzę do szatni w niemieckim klubie i wbijam sobie do głowy, że jestem orłem i walczę. Gdybym myślał, że jestem szarą myszką, to by mnie zgnietli. Analogicznie, gdybym sądził, że nie mam szans na reprezentację, to nigdy nie dostałbym do niej powołania. Poza tym, ja jesienią w co drugim meczu grałem na zero z tyłu, czułem się mocny. Ale kadrze oczywiście kibicuję i szanuję sztab trenerski za pracę, którą wykonuje. Nie otrzymuję powołań – w porządku, nie załamuję się, pracuję dalej. Powiem ci nawet, że po ofercie z Freiburga wykonałem telefon do trenera Tkocza z pytaniem, co o tym myśli. Szanuję jego zdanie jako doświadczonego człowieka i trenera, mimo że nigdy mnie nie powołał i być może nigdy nie powoła. Ale bez obaw, do kadry się nie wpraszam!

Rozmawiał PIOTR TOMASIK

KOMENTARZE (0)