Rozmowa z Benitezem? Nic wielkiego. Podszedł, porozmawiał i odszedł
Weszło

Rozmowa z Benitezem? Nic wielkiego. Podszedł, porozmawiał i odszedł

Kamil Wilczek w dłuższej rozmowie opowiada nam o życiu jako nastolatek w Hiszpanii, byciu oszukanym przez argentyńskiego menadżera przy kontrakcie z Atletico, odreagowaniu na treningach z Realem, testach w Liverpoolu i normalnej rozmowie z Benitezem, przyjemnej biedzie w Jastrzębiu, kryzysie w Zagłębiu, idylli w Piaście, rywalizacji z Borriello w Carpi i nieporozumieniu z trenerem w Brondby. Polecamy.

Kamil Glik jakiś czas temu za 11 milionów przeszedł do AS Monaco. Co poczułeś kiedy dowiedziałeś się o tym transferze?

A co mogłem czuć? Radość. Szczerą radość. Kumpel, z którym miałem okazję grać przez dobre kilka lat, przechodzi za dużą kwotę do znanego klubu i ma tam ciekawe perspektywy. Oczywiście pogratulowałem mu transferu i życzyłem samych sukcesów, bo każde jego zwycięstwo, jest również nobilitacją dla mnie. Ćwiczyliśmy, rozwijaliśmy, uczyliśmy i graliśmy razem. Myślę, że on ma identyczne zdanie. Kiedy ja coś strzelę, on się cieszy. Kiedy on wspina się na coraz wyższy poziom, ja traktuje to w kategoriach sukcesu.

Kiedy jako juniorzy wyjeżdżaliście do Hiszpanii, pewnie wszyscy marzyliście o takiej przyszłości.

Marzenia mieliśmy wielkie, a wyjazd na zachód tylko utwierdził nas w przekonaniu, że podążamy prawidłową drogą, ale w sumie, co my jako tacy chłopcy, mogliśmy wtedy przewidywać. Ja, Kamil, Szymon Matuszek czy Krzysiek Król żyliśmy tam z dnia na dzień, liczył się dla nas każdy trening w Hiszpanii, a każdy z nas indywidualnie gdzieś tam w myślach marzył o wielkiej przyszłości. Ale to życie weryfikuje. Wielu jest zdolnych 16, 17-latków, ale to życie weryfikuje, komu się uda, a komu nie. Jeden trafia tak jak Kamil i może za 11 milionów przejść do Monaco, ale można też spektakularnie zawalić talent i nigdy więcej niczym nie zabłysnąć. Ja nie kwalifikuję się ani do pierwszej, ani do drugiej grupy. Gram w niezłych klubach, ale nie topowych i wiem, że pewnej granicy już nie przekroczę.

Co miał Kamil Glik, czego nie mieliście wy, żeby osiągnąć sukces?

Żeby zostać piłkarzem na najwyższym światowym poziomie trzeba spełnić wiele rzeczy. Od umiejętności po odpowiedni moment zmiany klubu albo przynajmniej łut szczęścia, który pozwoli znaleźć się w określonej minucie w określonym miejscu, gdzie zdarzy się coś, co da ci sławę. Tak może być przy znalezieniu się pod skrzydłami odpowiedniego trenera czy menadżera, który tak poprowadzi twoją karierę, żebyś mógł osiągnąć sukces. A Kamil? Na pewno wyróżniał się poziomem i charakterem. Był dopasowany do swojej pozycji roli na boisku. Nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, że doszedł tak daleko.

Jak wam się żyło wspólnie w Hiszpanii? Grupa kumpli, która potrafi grać w piłkę i jest blisko najlepszej ligi świata.

Szkoła życia. Jako młodzi chłopcy wyjechaliśmy na drugi koniec Europy. Z dala od domu, przyjaciół ze szkoły, znajomych i polskiej kultury. Niektórzy usłyszeliby taki opis i stwierdziliby, że super sprawa. Samowolka? Nie – obowiązków było co nie miara. Treningi, zdrowy tryb życia, regularna nauka języka, żeby mówić przynajmniej komunikatywnie – to wszystko skutecznie zajmowało nam czas. Nie było nudy. Nie wszystko załatwiał za nas klub. My też mieliśmy swoje obowiązki, co wpłynęło na to, że usamodzielniliśmy się. Procentowało to wielokrotnie na dalszych etapach życia. To tylko rok, a jednak sporo się nauczyłem.

Warunki do życia były dobre?

Obawiałem się trochę jak to będzie. Czy będziemy mieli dobrą kwaterę? Czy będziemy mieli blisko na stadion i do bazy treningowej? I było lepiej niż przypuszczałem, bo jak każdy normalny człowiek w takim wieku i takiej sytuacji, byłem trochę przestraszony. Mieliśmy bardzo dobre warunki. Nie były to luksusy, ale nasze kontrakty też nie były wysokie, więc wiele nie wymagaliśmy, a dostaliśmy nawet więcej.

Internat czy własne mieszkania?

Byliśmy podzieleni po cztery osoby i przyznawano nam stosunkowo duże mieszkania, więc nie było tłoczono. Mieliśmy kilka minut na boisko treningowe, więc piechotką przechodziliśmy sobie ten dystans. Nie narzekaliśmy, choć zdarzało się, że się mimo takiego krótkiego odcinka to przejścia… spóźnialiśmy. Klub zapewniał nam wyżywienie, a resztę załatwialiśmy sami.

Bardziej życiowo czy piłkarsko?

Połączyłem to. Dzięki temu, że sporo nauczyłem się życiowo, piłkarsko też szło mi łatwiej, bo mogłem skupić się tylko na trenowaniu. Horadada i Elche to nieznane w Polsce kluby, ale poziom prezentowały całkiem dobry. W tamtych czasach w Segunda Division B grało wielu piłkarzy z przeszłością w najwyższej klasie rozgrywkowej i nie zawsze byli to emeryci, więc coś tam mogłem u nich podpatrzeć.

Horadada, Elche – to nie wszystko. Byłeś też na testach w Realu.

Tam była trochę inna sytuacja. W momencie, kiedy Szymon, Kamil i Krzysiek byli na testach w Realu, ja trenowałem z młodzieżową sekcją Atletico, czyli po drugiej strony barykady, ale nie wszystko było tak jak sobie to wyobrażałem. Zaszedł pewien konflikt interesów. Pokazałem się z pozytywnej strony, porozmawiałem z trenerem, który powiedział, że mnie widzi w drużynie, działacze zaproponowali mi umowę na bardzo dobrych warunkach i myślałem, ze wszystko mamy ustalone. Następnego dnia jednak, kiedy jechałem do bazy treningowej okazało się, że sprawa jest nieaktualna. Z dnia na dzień, ktoś zmienił zdanie.

Byłeś załamany?

Mocno przeżyłem ten moment. Liczyłem, że dostanę poważną szansę w dobrym klubie. Na początku miałem grać w rezerwach, ale szkoleniowiec przedstawił mi w bardzo przejrzysty sposób moją przyszłość. Poczułem, że ma na mnie plan, a tu bach. Było Atletico i już go nie ma.

Wspomniałeś o konflikcie interesów przy tej umowie. O co chodziło?

Transfer załatwiała osoba z Argentyny. „Menadżer”, który chciał mnie wykorzystać. Klub oferował świetne – jak na mój standard – warunki, a on dużo gorsze, a nawet fatalne i nie chciał zejść z oferty. Musiałem uwzględnić go w rozmowach, bo piłkarz zawsze musi podpisać kontrakt nie tylko z zespołem, ale też z człowiekiem, który danej transakcji przewodzi. Ja na jego propozycję nie mogłem przystać i zdaje się, że to on ten cały transfer wstrzymał. Szkoda, bo zapowiadało się pięknie.

To skąd ten Real w całej historii?

Kiedy moja enigmatyczna umowa z Atletico skończyła się fiaskiem, trenowałem jeszcze kilka dni po białej stronie Madrytu, ale bez większych perspektyw. To nie były testy, a bardziej zachowanie rytmu treningowego, bo przygotowałem się do rundy z Elche. Inna sprawa, że prezentowałem się koszmarnie, bo byłem tak podłamany sprawą z Atletico, że nie miałem sił i motywacji, żeby pokazać się z jakiejś dobrej strony ludziom z Realu.

Twoi koledzy testy przeszli pozytywnie, a tobie się nie udało. To cię dodatkowo przybiło, że zostaliście rozdzieleni?

Nikt nam nie obiecywał, że całe życie będziemy razem w klubie. Nie robiłem sensacji, że grupa kolegów została rozdzielona. Każdy idzie w swoją stronę. Staraliśmy się być profesjonalistami. Elche to nie było Madryt, ale traktowałem to jako przystanek w karierze. Zresztą wtedy myślałem już o powrocie do Polski, bo po Atletico mentalnie byłem w fatalnym stanie.

Byłeś jeszcze na testach w Liverpoolu. Jak tam było?

Kolejna fajna przygoda. Tam aż roiło się od gwiazd. Na treningach i niektórych posiłkach miałem okazję mijać się z Gerrardem, Xabim Alonso czy Jerzym Dudkiem. Kilka dni tam byłem, trochę pobiegałem, trochę pokopałem, ale nie spodobałem się na tyle, żeby podpisać tam kontrakt. Standardowa sytuacja. „Zadzwonimy”, a telefon milczy przez następne miesiące.

Zdążyłeś za to porozmawiać z Rafą Benitezem?

Miałem kontakt ze wszystkimi z pierwszej drużyny, a z trenerem faktycznie miałem okazję porozmawiać. Ale to raczej normalna rozmówka. Przyszedł z tłumaczem. Parę minut rozmawialiśmy.

Wówczas to był jeden z najlepszych trenerów świata, a ty opowiadasz to bez żadnych emocji!

To było dziesięć lat temu. Przyszedł Rafa, pogadałem, poklepał po plecach i poszedł. Wymieniliśmy parę zdań. Nic wielkiego i konkretnego.

Później trafiłeś do Jastrzębia. Jak dla chłopaka, który dopiero co był w największych zagranicznych klubach raczej szok. Trudno było się przestawić?

Bardziej traktowałem to jako szansę. Byłem bardzo młody i naprawdę nie patrzyłem na to przez pryzmat tego, że wcześniej trenowałem w zagranicznych klubach, a teraz gram w I lidze i niby wielki regres. Poszedłem tam grać. Nabywać doświadczenie. I z tego byłem zadowolony. Niczego więcej nie potrzebowałem, tym bardziej, że za wielu propozycji to ja nie miałem. Czasy Jastrzębia wspominam fajnie. Szatnia była bardzo zżyta.

Klub zalegał wam z wypłatami.

Mówi się, że bieda łączy. I często tak jest, że jak klub zalega z wypłatami, to atmosfera jest świetna, bo trzeba szukać sposobów na przetrwanie. Z tamtymi chłopakami nie było tak, że kończył się trening i szliśmy do domów. Zawsze zbieraliśmy dużą grupę i gdzieś się wspólnie udawaliśmy. To było dla nas charakterystyczne. Mieliśmy miejsce, w którym się spotykaliśmy i bardzo długo rozmawialiśmy. To była fenomenalna integracja i oderwanie od problemów finansowych, ale bardziej dla chłopaków utrzymujących rodziny, bo ja tego problemu nie miałem. W ogóle mnie ta bieda nie dotknęła. Ja mieszkałem na garnuszku u rodziców. Oni mnie utrzymywali, więc mogłem się skupić na grze i liczyć, że już niedługo będę się mógł rodzicom odpłacić.

Nie brakowało motywacji?

W szatni zawsze mówiliśmy: „Jest mecz, jest reset. Zapominamy o problemach”. Ale to była tylko formalność. Żaden piłkarz w Jastrzębiu nie pomyślałby, żeby odpuszczać, bo nie ma pieniędzy. Zawsze można się przecież pokazać innym klubom. Trzeba było grać. Wiadomo, że kiedy adrenalina po meczu czy zajęciach schodziła, pojawiały się w głowach chłopaków czarne myśli i niepokój o przyszłość, ale wspieraliśmy się nawzajem. To była prawdziwa drużyna w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Finansowo lepiej było w Lubinie, gdzie trafiłeś po dobrych sezonach w Piaście. Tam zawsze wypłaty były na czas, ale z grą było już gorzej…

Trudny okres dla mnie. Miałem problemy zdrowotne. Nie umiałem złapać odpowiedniego rytmu. W międzyczasie dowiedziałem się, że zostałem ściągnięty jako Gattuso, czyli defensywny pomocnik.. Na początku nie wierzyłem. Ja? Tam? Niemożliwe, ale jednak. Tam sztab szkoleniowy mnie tam widział. Rozminąłem się z powołaniem. Nie wiem, jak ktoś mógł wpaść na taki poroniony pomysł, tym bardziej, że rundę w Piaście kończyłem jako napastnik, choć wtedy częściej grałem jako skrzydłowy lub ofensywny pomocnik. A w Zagłębiu? Im dalej, tym nie było lepiej. Grałem na wszystkich pozycjach, tylko nie na tych, na których gram nominalnie.

Nie próbowałeś swoim trenerom jakoś wyperswadować tego, że nie jesteś defensywnym pomocnikiem?

Ja byłem na takim etapie kariery, że cieszyłem się z faktu, iż w ogóle dostaję szansę. Czy w środku czy z boku, nie mogłem narzekać, bo byłoby to bluźnierstwo, jak na tak młodego chłopaka. Inna sprawa, że mój rozwój zatrzymał się w miejscu.

A szatnia? Bieda was nie łączyła, więc pewnie coś innego.

W Lubinie poznałem wielu piłkarzy. Ba, bardzo wielu. Przewinęło się tam multum różnych ludzi. Obcokrajowców z Europy, spoza Starego Kontynentu, Polaków, wychowanków klubu i doświadczonych zawodników. Łapałeś z kimś kontakt i już go nie było, ale kilku chłopaków poznałem i dalej utrzymuje z nimi kontakt.

Koledzy z Zagłębia zapamiętali twoje dowcipy z Bartoszem Rymaniakiem.

Mieliśmy dobry kontakt. Siedzieliśmy obok siebie w szatni, więc szydera się sama nasuwała.

Czego zabrakło w Lubinie?

Stabilności, ale nie tylko tej finansowej, bo ona była. Każdy klub tego potrzebuje. Nie ma sensu robić wielkiej rewolucji kadrowej. Nie było tam możliwości, żeby stworzyć coś trwałego, jeśli co chwilę były zmiany. Drużyna się nie konsolidowała.

Na pewno spory sentyment masz za to do Gliwic.

To mój drugi dom. Zostawiłem tam serce. Zawsze czułem się tam dobrze. Wsparcie otrzymywałem tam z każdej strony i widać to było po mojej formie. Każdy sezon, który tam rozegrałem miał swoją specyfikę i do czegoś się przydał. Tam się najszybciej rozwijałem. To jest klub, dla którego oddałbym bardzo dużo.

Najpierw dostałeś tam pierwszą poważną szansę w Ekstraklasie, a później tą ligę podbiłeś w sezonie 2014/15. Przyznaj, że nie spodziewałeś się, że zostaniesz królem strzelców.

Postawiłem sobie cel, żeby przekroczyć granice 10 bramek, czyli pobić mój ówczesny rekord bramkowy w Ekstraklasie, który wynosił 9 trafień. O królu strzelców nawet nie myślałem. Ba, nawet nie marzyłem. Niewielu znam takich piłkarzy, którzy przed sezonem jeszcze spodziewają się, że zdobędą koronę króla strzelców. Trzeba być albo niesamowicie dobrym snajperem albo szaleńcem i pozerem. W tym, że mi się udało, nie było przypadku. Wykonałem świetną pracę z Remigiuszem Rzepką, wyśmienicie współpracowało mi się też z różnymi ludźmi ze sztabu szkoleniowego Piasta. Oprócz zwykłych zajęć, dwa albo trzy razy w tygodniu ćwiczyłem z Januszem Pontusem strzały różnych pozycji. Oprócz zwykłych zajęć, dwa albo trzy razy w tygodniu ćwiczyłem strzały z różnych pozycji. To poskutkowało, bo po Zagłębiu nie byłem pewny siebie, a początek sezonu 2014/15 też miałem taki sobie, bo strzelać zacząłem dopiero po kilku kolejkach. Później poszło z górki. Gol za golem i była korona.

I wtedy rozdzwoniły się telefony z całej Europy. Carpi było najlepszym możliwym wyborem?

Dość mały klub, ale zarazem beniaminek Serie A z potencjałem. Wszystko wskazywało, że jest dla mnie szansa, bo konkurencja nie była tak duża, a ja właśnie zakończyłem najlepszy okres w mojej piłkarskiej karierze. Był na przykład całkiem niezły Jerry Mbakogu, który nastrzelał kilkanaście bramek w Serie B, ale kompleksów przed nim nie czułem, bo jakiegoś kosmicznego poziomu nie prezentował. Później sprawa się skomplikowała, bo zagrałem dwa mecze, w drugim z Interem zmarnowałem okazję sam na sam z Handanoviciem i złapałem kontuzję. Straciłem przez nią bardzo dużo, a w międzyczasie przyszedł jeszcze napastnik o głośnym nazwisku, Marco Borriello z przeszłością w największych włoskich klubach.

Czuło się dysproporcję między tobą a nim, czy poziom był wyrównany?

Ja grałem dopiero trzeci sezon jako napastnik, do tego byłem tu nowy. Poznawałem kulturę, klimat i tutejszy futbol, a Borriello miał olbrzymie doświadczenie. Po nim było widać, że wie, jak się ustawić, jak reagować na dane sytuacje na boisku, lepiej czuł też taktykę Carpi, bo wszędzie we Włoszech wygląda to podobnie. On prezentował wysoki poziom. Był ode mnie lepszy. Zresztą mogłem bez kompleksów podjąć walkę o miejsce w składzie i na pewno nie wypadłbym gorzej, bo za dużo goli to oni nie strzelali.

A teraz Brondby. Dania ci się podoba?

Bardzo spokojna i cicha. Idealna na wyluzowanie się i powrót do formy. Nie mogłem chyba lepiej trafić. Pierwszy raz jak usłyszałem ten kierunek to byłem nieco sceptyczny, ale teraz jestem wielkim fanem tego kraju.

Teraz idzie ci świetnie. Strzelasz gole i asystujesz w eliminacjach w Lidze Europy, strzelasz od kilku miesięcy w lidze, ale początkowo nie było tak pięknie.

Głównie przez zmiany szkoleniowców. Sprowadził mnie Thomas Frank. Trenerowi bardzo zależało na mojej osobie. Obserwował mnie, namawiał zarząd przez kilka miesięcy i ostatecznie udało mu się ten transfer sfinalizować. A tu… po krótkim czasie mojej przygody w Brondby zmiana trenera. Nowy trener mnie nie znał i zrobił się problem. Aurelijus Skarbalius. Już pierwszego dnia po treningu wiedziałem, że nie będzie dobrze. Stanął przed nami i powiedział:

– Potrzebujemy zmiany, więc będę stawiał tylko na tych, których znam.

– A my? – spytałem.

– Poczekacie. Na razie was nie znam, więc trenujcie na maksymalnych obrotach i zobaczymy.

Mnie niestety nie znał, więc poszedłem w odstawkę i sytuacja się skomplikowała, bo musiałem czekać na okres przygotowawczy. Na szczęście aż tak długo moja przerwa od gry nie trwała, bo szkoleniowiec już po kilkunastu treningach przywrócił mnie do łask i przez ostatnie dwa miesiące regularnie grałem i strzeliłem kilka goli.

Przygotowałeś sobie grunt pod przyjście nowego trenera.

Inny człowiek, z innego otoczenia, bo tamten był w Brondby znany. Trenował ten klub już kilka lat temu, więc przypadkowy nie był. Miał swoją grupę zawodników w klubie. U nowego szkoleniowca wszyscy startowaliśmy z równej pozycji i pokazałem na co mnie stać, bo nie miałem problemu z wywalczeniem miejsca w pierwszej „11”. Mi jego system gry pasuje. Drużynie też, bo idzie na razie świetnie. Możemy namieszać nawet przy walce o mistrzostwo. Wszystko jest możliwe, bo znów zaczynamy wierzyć w nasze możliwości.

W Brondby masz okazję grać z kilkoma piłkarzami znanego z europejskich boisk.

W minionym sezonie było ich więcej. Był Daniel Agger czy Johan Elmander, teraz ich nie ma, ale znanych nazwisk kilka pozostało – Johan Larsson, Thomas Kahlenberg, Teemu Pukki plus kilku młodych, zdolnych, gniewnych. Miło na nich czasami popatrzeć, bo mają wielkie umiejętności i potencjał, żeby zaistnieć w przyszłości.

Nadrobiłeś już książkę Arkadiusza Onyszki, żeby wiedzieć, co może dziać się w tym kraju?

Słyszę pytanie o biografię Arkadiusza Onyszki od początku mojej przygody w Danii. Nie czytałem jej jeszcze, choć na pewno nadrobię zaległości. Słyszę, że ocenia on Danię negatywnie, ale moje odczucia są zupełnie rozbieżne z jego opiniami. Mi tu wszyscy pomagali. Od samego początku do końca. Nie spotkało mnie tu nic złego, bo incydent z trenerem Skarbaliusem zrozumiałem i myślę, że wpłynął na mnie korzystnie, a wręcz przeciwnie spotyka mnie tu wiele pozytywnych rzeczy. Życiowo od pierwszej minuty w tym kraju było dobrze, a kiedy doszły sukcesy w piłce, to jestem jeszcze bardziej zadowolony.

Rozmawiał Jan Mazurek

KOMENTARZE (0)