Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Zawsze myślałem, że kolejny awans mistrza z nad Wisły do Champions League będzie heroicznym widowiskiem. Boiskowe Gołota – Bowe, tylko z pomyślnym nokautem w dwunastej rundzie. Bramkarz z przeszłością w podkarpackiej okręgówce puszcza szmatę w pierwszej minucie, ale broni skorpionem Higuity decydujący strzał; skreślony nawet przez własną rodzinę snajper na jeden wieczór zostaje polską odpowiedzią na Romario; w pomocy znaczone karty rozdaje litewski Ronaldinho Gaucho. Po dwóch dekadach oczekiwania, nasze dobijanie się na lożę vip-ów obrosło takim mitem, że nie sposób było myśleć o scenariuszu wdarcia się innym, niż nad wyraz efektownym.

Po wczorajszym meczu Legii z Trenczynem z wielką mocą dotarło do mnie, że to bzdura. Triumfalna ścieżka może być również skrajnym nudziarstwem. Groclinem grającym z ARAZ-em Imiszli, tylko rozciągniętym na sześć starć.

Jaki był wczoraj legijny koń, każdy widział. Przeciętność, nic więcej. Ale wynik? Wynik jest rewelacyjny. Ze wszystkich dziesięciu par eliminacyjnych drabinki mistrzowskiej, to Legia – do spółki z Salzburgiem – jest najbliżej kolejnej rundy. Serwując coś z pogranicza fazy grupowej Pucharu Narodów Afryki, a drugiej rundy Intertoto.

Przegrał rozstawiony wyżej APOEL, tylko zremisował u siebie Olympiakos, Pilzno po 0:0 u siebie jedzie tłuc się z Karabachem, jak mierny Celtic przepieprzy z Kazachami nie zdziwi się zupełnie nikt. Wystarczy, że dwa z powyższych starć rozstrzygną się po naszej myśli, a Legia będzie rozstawiona w Play-Off i może trafić – powiedzmy – na Astrę Giurgiu.

Czy z taką Astrą Giurgiu trzeba będzie wspinać się na wyżyny? Liczyć na arcywzmocnienia na ostatniej prostej? Nagłą, niewytłumaczalną zwyżkę formy całej jedenastki? Pokonywać wszelkie swoje słabości?

Nie. Legia wczoraj grała średnio łamane na słabo i wygrała bardzo ważny mecz. Tak samo jak grała słabo z Bośniakami, gdzie też było do przodu. Może tak przeciętnie wyglądać i osiągnąć to, co przez dwie dekady wydawało się nie osiągalne. Da się wejść na prestiżowy bal w dziurawych majtkach, które moim zdaniem Legia aktualnie nosi.

Między innymi unikalną w naszych warunkach konsekwencją w rankingowym punktowaniu, Legia wywalczyła sobie prawo do myślenia, że nie potrzeba grać nic wielkiego, by osiągnąć coś wielkiego. Naprawdę sporo barwnych szyderek cisnęło mi się wczoraj na usta podczas oglądania, naprawdę wątpię, by Florentino Perez oglądając Legię nerwowo palił papierosa, a skauci Bayernu w minorowych nastrojach wieźli szefostwu wyczerpującą analizę siły bandy Hasiego, ale prawda nie do podważenia: wreszcie, pierwszy raz od reformy Platiniego, ktoś wziął się ostro do roboty, żeby tą furtkę wykorzystać.

Krzysztof Stanowski napisał wczoraj na Twitterze, że Legia jest na razie drużyną powiązaną sznurkiem od snopowiązałki i puszczoną na boisko na słowo honoru. Ja się pod tym podpisuję – na ławce rezerwowych być może będzie musiał usiąść zatrudniony w marketingu Marcin Harasimowicz pamiętany z CM-a. Hasi to może być sensowny szkoleniowiec, ale jest na etapie adaptacji do warszawskich realiów, budowy boiskowego stylu Legii, poznawania szatni, która na moje oko nie jest najbardziej zgraną w historii futbolu. Nie wiadomo kto odejdzie, kto zostanie, obrotowe drzwi w każdej chwili mogą się rozkręcić. Taki dość typowy mistrz Polski przed eliminacjami Ligi Mistrzów, choć akurat wydawało się, że będzie zupełnie inaczej.

Ale wiecie z czym mi się kojarzą prawie wszystkie nasze nieudane kampanie? Z wczorajszym meczem. Z wczorajszym meczem, ale z perspektywy Trenczyna. Ten na skrzydle mecz życia, ten z drugiego mało się nie popłakał z frustracji, w minucie X być może kluczowa, krzywdząca decyzja sędziego, a cały koktajl ostatecznie daje honorową porażkę. Legia powoli przechodzi na drugą stronę – staje się tym europejskim średniakiem, który wydawał się w zasięgu, który miał mieć sporo kłopotów, ale ostatecznie i tak okazał się za mocną marką.

***

Ten trend oczywiście może się tylko wzmocnić, bo przecież już za wyeliminowanie Trenczyna na konto Legii wpadnie większa suma, niż klub kiedykolwiek otrzymał ze sprzedaży jakiegokolwiek piłkarza. Za taki, wybaczcie, chujowy mecz jak wczoraj! Kilka milionów euro, a jeszcze faza grupowa LE, perspektywa kolejnych przelewów. Nie chcę nawet mówić co by się stało, gdyby skończyli na fazie grupowej LM – ile tam jest wtedy, dwanaście milionów euro? W naszych warunkach – wszystkie pieniądze świata.

***

Dużo osób jest niewymownie zaskoczonych jak radzi sobie w pierwszej jedenastce Michał Kopczyński. Otóż pozwólcie, że próbując wyjaśnić moim zdaniem tę sytuację, wyciągnę z szafy Mateusza Możdżenia.

Mateusz Możdżeń bardzo wcześnie zaczął grać w Ekstraklasie, bowiem uważano, że ma potencjał. Tego potencjału nigdy nie potwierdził, ale za to zdążył w międzyczasie zagrać tak wiele meczów w Ekstraklasie, że został na ligowej karuzeli, bo już… miał sporo meczów w Ekstraklasie.

Innymi słowy: woził się w lidze na obietnicy, a teraz wozi się na zyskanych dzięki tej obietnicy meczach.

Jestem bardzo sceptyczny co do przekonania, że przeciętnego ekstraklasowicza – takiego Możdżenia – dzieli nie wiadomo jaka przepaść od przeciętnego gościa z niższych lig. Rozważając jakość jednego zawodnika bardzo często traktujemy go jak reprezentanta sportu indywidualnego, choćby tenisistę – tu takie statystyki, tu śmakie, nieźle wyglądał w tym meczu, a później w tamtym. Tymczasem futbol to przecież sport drużynowy, jedenastu na jedenastu, dyspozycja i klasa wszystkich wokół ciebie niezwykle wpływa na to, jak sam wyglądasz. Każdy piłkarz jest jakby marionetką zawieszoną na dziesięciu innych sznurkach, które może próbować ciągnąć w swoją stronę, ale wszystkich nie przeważy.

Zbyt łatwo przychodzi nam ignorowanie faktu, że często zarówno słaby piłkarz, jak i ten dobry, może być wyłącznie produktem wadliwego bądź korzystnego systemu, a nie aż tak bardzo swoich umiejętności.

Dlatego zaryzykuję twierdzenie – podkreślam jednak, tezę, nie regułę – możesz przeszczepić czołowego gracza Ekstraklasy do drugiej ligi, a on mógłby tam przepaść. Wyglądać tylko nieźle, a nie robić różnicę. Natomiast możesz przeszczepić piłkarza drugiej ligi do, powiedzmy, Legii, a on, obdarzony autentycznym zaufaniem, może świetnie się wpisać w system. Bo będzie funkcjonował w zupełnie innym, gdzie będzie asekuracja, gdzie będzie miał podania do nogi, gdzie dostanie futbolówkę czterdzieści razy na mecz, a nie cztery.

Taka Legia i jej niektóre transfery. Ilu się dziwiło, że ten lub tamten, wcześniej taki sobie, nagle świetnie sobie radzi! Kto by pomyślał, no kto by pomyślał? A przecież on może po prostu nie jest wsadzany na minę dziesięć razy na mecz. Oczywiście to też działa w drugą stronę i wyjmę konkretny przykład Masłowskiego. Zawodnik, od którego w Zawiszy zależało wszystko, który mógł się mylić raz po raz na boisku, a koledzy, trener, kibice, wybaczali, bo potem i tak zrobił coś fajnego. W Warszawie pozycję budował od zera, nie mogąc liczyć na taki komfort, nie będąc zgranym z partnerami, bijąc się o skład. Niebo a ziemia.

Za bardzo mamy podejście jak z Football Managera. Filozofia „control + C, control + V”, przeszczepiamy tego gościa do X, bo wyglądał nieźle w Y, będzie jazda. Jest to jedno z najbardziej ordynarnych kłamstw, jakie zna piłka nożna. Ta przeklejka jest zależna od mnóstwa czynników, już nawet pomijając te pozaboiskowe – inny system, partnerzy o innych pakietach umiejętności, którzy innej gry wymagają, by z nimi dobrze działać. U playmakera ta lista elementów, w których trzeba być dotartym z kolegami, będzie chyba najdłuższa.

Nie twierdzę, że należy więc rezygnować ze sprawdzonych ligowców, zacząć zwiedzać okręgówki. Nie, ale też taki Kopczyński to nie cud, bo zupełnie logiczne jest posiadanie zestawu umiejętności, który sprawi, że będziesz marnie wyglądał – dajmy na to – w Olimpii Grudziądz, a jak ulał w jedenastce krajowej czołówki.

Prawda jest taka, że skandalicznie brakuje nam narzędzi do oceny graczy. Za parę dekad będą patrzeć na nasze realia jak na średniowiecze.

Leszek Milewski