Wstyd. Żenada. Kompromitacja… 10 lat od słynnej okładki Faktu!
Weszło

Wstyd. Żenada. Kompromitacja… 10 lat od słynnej okładki Faktu!

Wstyd. Żenada. Kompromitacja. Hańba. Frajerstwo. Nie wracajcie do domu. Okładka, która wracała tysiąc razy po kolejnych klęskach biało-czerwonych, ma już dokładnie dziesięć lat. Mistrzostwa świata w Niemczech, kadra silna jak nigdy, balonik napompowany do niewyobrażalnych rozmiarów…

Fśśśśśśśt. Bum.

Z nieba do piekła. Od robienia z Krzynówka czy Bąka liderów drużyny, która jedzie po medal, a sam Żurawski pokazać wszystkim, że to jemu należał się będzie tytuł króla strzelców, do bandy błaznów i przebierańców, których nie powinno się przepuszczać na granicy. Wystarczył jeden mecz.

Przeciwnik, którego przecież ogrywaliśmy nieco wcześniej w sparingu, nie pozostawia nam żadnych złudzeń. Zaczęło się od niby niegroźnej akcji. Rzut z autu, dokładna piłka do Delgado, przedłużenie, zaskakująca główka Tenorio, gol. Nasza reprezentacja rozmontowana najprostszymi środkami. Ale najgorsza była ta nasza bezradność. Brak jakiejkolwiek reakcji, strach, stres, drżące nogi. W 80. minucie Ekwadorczycy znów ograli nas jak dzieci, cała obrona była spóźniona o jakieś trzy lata, tym razem piłkę do pustaka władował Delgado.

Potem niby rzuciliśmy się do ataków, ale to na nic. Jeleń walnął w słupek, Brożek walnął w słupek, wcześniej nawet Krzynówek strzelił gola (tyle że sędzia pokazał spalonego), ale to za mało. Zdecydowanie za mało. Po meczu z nami Ekwador powinien smarować maścią rany i robić kolejne okłady, a nie otwierać szampana i stawiać pierwszy krok w kierunku wyjścia z grupy.

Mecz otwarcia. Mecz o wszystko. Mecz o honor. Panowie, chyba nie będzie powtórki z rozrywki? Umówmy się, że okładkę „Faktu” przypominamy dziś po raz ostatni, OK?

KOMENTARZE (0)