Lewy opowie o wielkiej piłce? Dylemat nie istnieje
Weszło

Lewy opowie o wielkiej piłce? Dylemat nie istnieje

Ostatnio na polskim rynku wydawniczym pojawiło się kilka książek o Robercie Lewandowskim. Jak to się mówi w korporacji – target jest jednak różny. Można dostać typowe albumiki dla dzieci, a można sięgnąć też po bardziej fachową literaturę, dla bardziej świadomego kibica. Na taką zdecydował się Paweł Wilkowicz, dziennikarz Sport.pl i Eleven Sports, który napisał książkę „Nienasycony”, a o kulisach opowiedział w rozmowie z Weszło.

lewandowski

Dołączyłeś swoją książką do nurtu o Robercie Lewandowskim przed Euro.

Kiedy dołączałem, nie miałem świadomości, że powstaną też inne książki. Dopiero później się o tym dowiedziałem, ale od początku nie miało to znaczenia. Wydawnictwo umówiło się z Robertem, ktoś zaproponował mi napisanie książki i nad czym miałem się zastanawiać? Zastanawiałem się jedynie, czy wytrzyma moja rodzina i słusznie, bo to były ciężkie trzy miesiące. Wiem jednak, jakie są ograniczenia przy umawianiu wywiadów z Lewandowskim, a tutaj on sam siada przed tobą i chce opowiedzieć przez kilka godzin o wielkiej piłce. Dylemat nie istnieje.

Kilka godzin wystarczy?

Nie planowałem autobiografii. Dostałem raczej zamówienie na publicystykę sportową. Robert może nie jest najlepszy w opowiadaniu o sobie, bo raczej tego unika, ale przez tych kilka godzin był naprawdę dobrze przygotowany. Nie uciekał od tematu. Nie było mowy-trawy. Spisywałem tę rozmowę przez kilka dni, a potem się umówiliśmy, że gdy skończę i czegoś będzie brakowało, to najwyżej się zdzwonimy i pouzupełniamy. Tak rzeczywiście było. Na normalną spowiedź brakowałoby czasu, ale nie czułem, że te nasze rozmowy nie wystarczyły. Nie wiem zresztą, czy nie dowiedziałem się więcej o Robercie od ludzi, którzy go otaczają, niż od niego samego. Inna sprawa, że on sam mocno się zmienił, dojrzał i dziś wypowiada się zdecydowanie ciekawiej niż kiedyś.

Kto najciekawiej opowiadał?

Ania ma dar do zauważania. Dostrzega wiele drobiazgów, które mogą zaciekawić czytelnika. Robert to sportowy automat, choć i tak byłem pod wrażeniem, jak wiele opowiedział o funkcjonowaniu w Bayernie i jak ciężko było mu momentami w Borussii. Nie znałem np. wątku o narastającym niezrozumieniu pomiędzy nim a Kloppem. Rósł wrzód i nie było wiadomo, o co chodzi. To było już, gdy Robert wywalczył sobie miejsce w składzie, ale chemii między nim a Kloppem dalej nie było. Kloppa początkowo wkurzało, że Robert trzyma się z Kubą i Piszczkiem. Potem – to że twarz Roberta nie wyraża żadnych emocji. Można było odnieść wrażenie, że to skończy się źle. „Lewy” nie mógł zrozumieć o co chodzi. Nie wiedział, czego Klopp od niego chce. Po meczu z Marsylią w Lidze Mistrzów powiedział: „trenerze, musimy porozmawiać” i sam twierdzi, że wtedy zmienił się jako piłkarz. Przyzwyczajony po stracie taty, że o pewnych rzeczach nie rozmawia się ze starszymi, nagle znalazł kogoś, z kim mógł pogadać jak z przyjacielem. Zaraz potem strzelił trzy gole Augsburgowi. Nigdy wcześniej nie słyszałem tej historii.

Na tym może polegać główna wątpliwość kibiców – czy losy Roberta nie zostały już przedstawione w całości. Czy w ogóle da się znaleźć coś odkrywczego, bo chyba dotarto już do wszystkich, którzy mieli z nim jakąś styczność.

Nie znałem większości historii z Guardiolą. Chciałem, żeby kibic Manchesteru City sięgający po tę książkę dowiedział się, jaki trener przychodzi do jego klubu. Albo żeby fan Liverpoolu poznał od innej strony Kloppa. To nie miała być książka o Robercie, który się urodził i mamy go podziwiać. On sam mówi, że jest spoza systemu, bo u nas takiego nie było. Polska nie buduje wspólnoty ani w kościele, ani w piłce, ani w innych sportach. Każdy dba o siebie, a dopiero gdy wszyscy dbają dobrze, wtedy może się coś urodzić. W sportach olimpijskich nie ma gromadzenia wiedzy między trenerami. Szkoleniowiec może wychować Justynę Kowalczyk, ale zostawi to w notesie. Ktoś inny wychowa kajakarzy, ale notes też do nikogo nie trafi. Nie ma kumulacji wiedzy. W Polsce system zmienił się jednak o tyle, że… mocno lekceważymy to, co stało się w sprawie korupcji. Cała ta banda repów przestała sobie pozwalać na tak wiele. Robert miał szczęście, że pojawił się w piłce już po tym okresie – w 2008 roku trafił do Ekstraklasy, gdy wszyscy już bali się korupcji i pod przymusem sporządnieli. Przecież niewiele wcześniej nawet Piszczek dał się wciągnąć w ten cyrk. Z drugiej strony nie ma reguły – Belgowie też mieli skorumpowaną piłkę, a grali super. Potem wszystko wyczyścili i zaczęli grać źle.

KLIKNIJ TUTAJ, ABY KUPIĆ KSIĄŻKĘ

„Lewy” opowiadał w wielu wywiadach, że dopiero w BVB i Bayernie zaczął eliminować pewne braki, które pozostały mu z gry w Polsce.

Sporo o tym rozmawialiśmy. Ogólnie zależało mi, by opowiedzieć więcej o Borussii i Bayernie niż o Delcie czy Varsovii. Najbardziej paraliżowało mnie, że – jak sam mówisz – każdy już do kogoś dotarł. Przysłowiowy Kowalski spotkał gdzieś Lewandowskiego i już opowiedział swoją historię. Kwestia Bayernu była jednak zapuszczona. W ogóle o Bayernie Guardioli wiemy tyle, ile napisał Marti Perarnau, autor książki „Herr Pep”. Pozostałych dziennikarzy Guardiola odciął. Przez to wpływowe bawarskie media były na niego zdenerwowane i miał problemy na finiszu, gdy ciągnięto jego zwłoki przez wioskę. Brakowało mi jednak informacji, jak Robert funkcjonuje w tym systemie. A że uczył się cały czas – to jeden z głównych wątków. Nie kupuję teorii, że pięcioletnie dziecko jest uformowane i to, jak pracuje w tym wieku, determinuje całe jego życie. Nie wierzę też, że Roberta nagle odmieniło wyrzucenie z Legii.

A to powszechna teoria.

Andrzej Blacha opowiadał mi, że Robert od początku nie czuł się w Legii gorszy. On sam mówi: „nie mam pretensji, że Legia mnie skreśliła. Mam pretensje o styl, w jakim to zrobiła”. Mieli prawo uznać, że jest za słaby. Ale nie zostawić go samemu sobie po kontuzji. Rozumiem, że ciężko się funkcjonuje, gdy chłopak dojrzewa, traci ojca, łapie kontuzję i tuż po tym myśli, że nie wróci do piłki, ale on szybko znalazł się w Zniczu, trafił w ręce Blachy i gdy trzeba było posiedzieć na ławce, po prostu zagryzł zęby. Tylko co to za zakręt? To normalne dojrzewanie. Każdy nastolatek ma dziesięć takich zakrętów. Nie wierzę, że to akurat uformowało Lewandowskiego.

Czyli twierdzisz, że jego kariera nie miała jednego kluczowego momentu, tylko od początku była ciągiem logicznych zdarzeń?

Spójrz nawet na jego kontuzje. Pierwsza była poważna – to fakt, ale też mocno się w tej kwestii przesadza. W niektórych wersjach pojawia się informacja, że nie grał pół roku. A to były dwa miesiące: mięsień nie wytrzymał pod koniec kwietnia, a Robert pod koniec czerwca pojechał już do Wronek na zgrupowanie z Wdowczykiem. Wcześniej też miał kontuzje: choćby złamaną rękę w Delcie, o czym wspominał Jacek Mazurek. Może go po prostu uznali za pechowca i dlatego odesłali. Ale nie wierzę, że jedno wydarzenie piłkarskie ukierunkowało jego karierę na amen. Na Legii zemścił się dyktując zaporowe warunki, gdy chciał go Trzeciak. Nie kupuję też wersji, że Trzeciak powinien być pokazywany jako cudak, który nie poznał się na Robercie. Oglądali go przecież Jan Urban, Kibu Vicuna, Jacek Magiera i jakoś nikt nie był do końca gotowy, by rzucić się na główkę i zapłacić oczekiwane pieniądze. Druga sprawa – można powiedzieć, że Legia się na nim nie poznała, ale zwróćmy uwagę, jaki to był okres. Drużyna walczyła o mistrzostwo, Wdowczyk toczył swoje medialne wojny z Petrescu, szykowali się do ataku na Ligę Mistrzów i mieli nagle wprowadzać do pierwszej drużyny 17-latka? Może w klubie, który nastawiał się na opiekę nad młodzieżą byłoby logiczne, że starasz się nie zgubić takiego talentu, ale nie w tamtej Legii. Z drugiej strony – to oczywiście wstyd, że gdy Legia akurat zmieniała system na taki, by nie przegapiać talentów, przegapiła największy talent od czasów Bońka.

Słuchając, w jaki sposób wypowiadasz się o książce, odnoszę wrażenie, że nie jesteś dziennikarzem, który mitologizuje Lewandowskiego. Raczej podchodzisz do niego na chłodno i oceniasz trzeźwym okiem.

Robert jest geniuszem ruchowym na miarę Zlatana. Nawet Artur Płatek mówi w książce, że ich ruchy bez piłki to szkoła sztuk walki. Widać to ewidentnie i zastanawia się, czy nie jest to pewna rezerwa w szkoleniu młodzieży, skoro przynosi takie efekty. Lewandowski ma kapitalne przyspieszenie, piekielną intuicję, gdzie spadnie piłka i podejmowanie decyzji o strzale na poziomie światowym, ale czy jest geniuszem piłkarskim? Nie możemy powiedzieć, że to drugi Messi. On nie jest bogiem. Jest jednym z nas, ale był bardziej zawzięty i wykorzystał swoją szansę. Fajnie, że funkcjonuje teoria o zakręcie w Legii, który go uformował, ale to bardziej błogosławieństwo, że wtedy się stamtąd wyrwał. Potrzebował czasu, żeby wgryźć się w trzecią ligę. Potem przez dziesięć lat nie miał kontuzji. Inna sprawa – sorry, że tak skaczę po tematach – niesamowite, jak on wyglądał, gdy był w Varsovii wystawiany z wyższym rocznikiem. W latach dziecięcych to był Messi, jeśli chodzi o warunki fizyczne, choć obyło się bez hormonów wzrostu. Koszulki wisiały na nim jak balony. Musiał nauczyć się strzelać sprytem, bo inaczej by nie potrafił. A kiedy doszły do tego warunki fizyczne, to wszystko idealnie się spięło. Piłkarskie elementy zaczął natomiast budować w Zniczu, Lechu, Borussii i Bayernie. Długo przecież funkcjonował z łatką napastnika do kontrataku i Guardiola – kiedy go brał – chyba nie do końca wiedział, co można z nim zrobić. Ostatecznie Robert udowodnił, że odnajdzie się wszędzie. Czy rzuci się go na bok, czy przesunie do środka. Mówił też, że Pep mocno zaciekawił się jego dietami i opowiedział mi to zresztą dzień przed tym jak Guardiola na konferencji nazwał go najbardziej profesjonalnym piłkarzem, z jakim pracował, a Perarnau twierdzi, że Pep zwracał na to uwagę prywatnie już od Bożego Narodzenia.

Rozmawiałeś też z innymi piłkarzami Bayernu pod kątem książki?

Byłem umówiony z Robbenem, ale ostatecznie się nie udało. Przed Euro ich grafik jest niesamowicie napięty. Dostać się przed mistrzostwami na listę do Thomasa Muellera lub Manuela Neuera jest praktycznie niemożliwe. Bayern jednak mnie zaskoczył. Zawsze wydawało mi się, że Borussia to rodzinny klub, a Bayern jest zimną korporacją. Okazało się wręcz przeciwnie. Dla Borussii zbyt wielkim wysiłkiem okazało się odpisanie na zwykłego maila, a gdy Bayern nie mógł załatwić wywiadu, to zadzwonili i wytłumaczyli, że pierwszeństwo ma UEFA, inne media, a dalej Chiny, Katar i tak dalej. Świetnie rozmawiało się też z Tomkiem Zawiślakiem, który jest z Robertem wszędzie i oczywiście z Anią.

Wojtek Szczęsny twierdzi, że żona z takim podejściem jest jednym z kluczy do jego sukcesu.

Ona żyje w rytmie Roberta. Nie ma tak, że on powie: „muszę poćwiczyć”, a ona na to: „weź mnie na zakupy”. Jest takim samym demonem sportu jak on albo jeszcze większym. Wzajemnie się nakręcają. Kiedy Robert chce coś zrobić, żeby być lepszym piłkarzem, ona zaraz tam jest. Przejedźmy się na rowerze i jedziemy. Wymyśl mi ćwiczenia na to czy tamto i wymyśla. Wieczorami siedzą razem na siłowni. Innym razem odpoczywają. Młode małżeństwo, nie mają jeszcze dzieci, łączy ich dieta i sport. Aż można pozazdrościć. Wiem, że Ania jest mocno hejtowana i spotka ją wiele trudnych chwil, ale to naprawdę fajna osoba. A na meczach Bayernu siedziała zawsze obok Cristiny, żony Guardioli i jego dzieci. Dla nich to ciocia Ania.

Do tej pory mogłeś kojarzyć się czytelnikom z głośnym wywiadem z Justyną Kowalczyk. Masz teraz przekonanie, że ta książka to też top?

Nie mam do tego dystansu. Włożyłem wszystko, co miałem, czułem euforię pisarską, ale nie chcę mówić: „super książka, bierzcie, czytajcie”. Nie umiem. Chociaż oczywiście to jeden z projektów mojego życia.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

Fot. FotoPyK

KLIKNIJ TUTAJ, ABY KUPIĆ KSIĄŻKĘ

KOMENTARZE (0)

INNE SPORTY