My chcemy tylko, by Zagłębie było wielkie…
Weszło

My chcemy tylko, by Zagłębie było wielkie…

Cuprum Towarzystwo Ubezpieczeń. Cuprum-Med. Villa Cuprum. Wjeżdżając do Lubina i podziwiając miedzianoblaszane obicie największego budynku w centrum, galerii handlowej Cuprum Arena, nie ma wątpliwości, co to za miasto. Drogowskazy? Trzy. Cuprum Arena – skręć w lewo. KGHM – skręć w prawo. Stadion – prosto. Cały Lubin stoi na miedzi – dosłownie i w przenośni. Na miedzi powstał, z miedzi się utrzymuje, a gdyby tylko się dało – pewnie i miedzią oddychaliby jego mieszkańcy.

Jest ich łącznie 75 tysięcy. Praktycznie każdy z nich albo samemu pracuje, albo przynajmniej w rodzinie ma kogoś pracującego w Kombinacie Górniczo-Hutniczym Miedzi lub którejś z licznych spółek-córek lubińskiego giganta. Wbrew pozorom to szalenie ważne, by zrozumieć projekt kilku szaleńców z tego miasta, którzy wymarzyli sobie budowę klubu po prostu wielkiego. Bez jakiegoś chowania się za podwójną gardą, bez jakiegoś asekurowania się. Po prostu: wielkiego.

Karkołomne, prawda? Jeszcze raz: jesteśmy w miejscu, które liczy sobie 75 tysięcy mieszkańców. Nie ma porządnej dyskoteki. Nie ma porządnego kasyna. Nawet sieciówek ze śmieciowym żarciem jakoś niewiele. I nagle w mieście, w którym obejrzeć można głównie przepiękne budynki należące do szefostwa KGHM-u wyrasta projekt już teraz przekraczający skalą większość klubów w Polsce. Zresztą, sam fakt, że centrum Lubina ma chyba mniejszą powierzchnię niż boiska samej tylko Akademii Zagłębia mówi wszystko. Po zwożonym ciężarówkami zagranicznym żwirze nie ma już śladu. Dziś do „Miedziowych” po prostu ciężko się przyczepić.

20160527_120725

***

Podjeżdżamy pod stadion ignorując wszystkie zjazdy do siedzib KGHM. W końcu wreszcie, po wielu latach, Zagłębie przestaje się kojarzyć wyłącznie z bogatym mecenasem, który pośrednio funduje wypady do Pragi w wykonaniu asów z pomarańczowej drużyny. Znacznie rozsądniej wycieczkę po mieście rozpocząć właśnie od bazy, ulokowanej w bezpośrednim sąsiedztwie stadionu. Dziewięć boisk. Dwa pełnowymiarowe trawiaste na tyłach stadionu, kolejne dwa kilkadziesiąt metrów dalej. Dwie sztuczne murawy, do tego obszerny naturalny plac do gry i małe boisko do gier ukierunkowanych na rozwijanie techniki. No i oczywiście perełki otoczone trybunami – stary „górniczy” obiekt należący do starostwa, na którym swoje mecze rozgrywają rezerwy i zespół kobiet oraz główna murawa na 16-tysięczniku.

20160527_120917
WSZYSTKIE MULTIMEDIA NAGRANO SMARTFONEM SAMSUNG GALAXY S7

Z dowolnego miejsca w tej potężnej bazie widać właśnie stadion. Z dowolnego miejsca na boiskach, nawet z perspektywy ławek rezerwowych u juniorów, można dostrzec błysk miejsca, z którego mogą rozpocząć się wielkie kariery. Właśnie tak chciała to od początku urządzić Akademia Zagłębia Lubin. Prawdziwy potwór, który pochłania coraz więcej lubińskiej powierzchni, coraz więcej ludzi z całego Zagłębia Miedziowego i coraz więcej pieniędzy z budżetu klubu. Przy okazji – chyba też coraz więcej serc pasjonatów futbolu, bo jej sukcesy, a przede wszystkim sposób, w jaki jest prowadzona zasługuje na wszystkie pochwały.

Ponad czterdziestu pracowników samej akademii, trenerzy, specjaliści od przygotowania mentalnego, od analiz wideo, od motoryki, psycholog, który dba by dzieciaki nie odczuwały dyskomfortu związanego ze wczesnym opuszczeniem domu na rzecz piłkarskiego internatu. Wychowawczynie, dział skautingu, lekarze i fizjoterapeuci. Pod nimi niemal 400 dzieciaków, z których 70 wkrótce będzie mieszkać niemalże na stadionie.

– Zawodowe kluby, które grają w Ekstraklasie, mają swój własny program szkolenia podporządkowany celom pierwszego zespołu. U nas też funkcjonuje to w ten sposób, trzeci rok konsekwentnie realizujemy politykę, gdzie akademia służy przede wszystkim dorosłej drużynie. Począwszy od zaangażowania trenera Piotra Stokowca, który bardzo mocno się z akademią identyfikuje, aż po samą treść programu – jakie efekty ma dać szkolenie, w jaki sposób mają być wprowadzani do drużyny młodzi zawodnicy – to wszystko ma na celu zgranie pracy całego klubu – tłumaczy Krzysztof Paluszek, dyrektor akademii i jeden z twórców programu szkolenia używanego w Zagłębiu. Efekty widać bez szkła powiększającego. Kilkunastu zawodników w kadrze dorosłego zespołu doskonaliło się w akademii. – A trener przymierza się już do dwóch następnych. To jest właśnie nasz cel i sens naszej pracy – przygotowanie zawodników do debiutu w Ekstraklasie i wzmocnienia pierwszej drużyny. Poza tym wystarczy też spojrzeć ilu piłkarzy z akademii występuje też w innych klubach Ekstraklasy i I ligi, by wspomnieć choćby o Pawle Oleksym.

20160527_133029

A ta wyliczanka jest o wiele dłuższa. Z Lubina wyszedł Piotr Zieliński, który spędził w klubie cztery lata. Gracjan Horoszkiewicz, podobny okres, z miedziowego miasta wyjechał do Herthy Berlin. Igor Łasicki do Napoli także wyruszył stąd. Trzeba też dodać piłkarza, który stanowi jeden z największych wyrzutów sumienia klubu. W pierwszym wywiadzie dla mediów udzielonym przez nowego przewodniczącego rady nadzorczej, Mateusza Dróżdża, można odczytać całą politykę obecnego Zagłębia. – Mam jedno takie małe osobiste marzenie. Chciałbym, aby kiedyś Damian Dąbrowski do nas wrócił. Wiem, że czyta często wasz serwis i chciałbym mu przekazać, że popełniono kiedyś olbrzymi błąd, że nie dano mu szansy w jego rodzinnym Lubinie – przekonywał Dróżdż na łamach… kibicowskiego portalu mkszaglebie.pl. Miejsce pierwszego wywiadu było hołdem dla kibiców, wyróżnienie Damiana Dąbrowskiego zaś – przypomnieniem, że dla zespołu najważniejsi są ludzie z Lubina, którzy filozofię klubu poznali na zajęciach w najmłodszych grupach młodzieżowych podlegających lubińskiej akademii. Zresztą, gdy i przewodniczący rady nadzorczej, i kapitan zespołu, i kilka innych ważnych ogniw klubu to kibice Zagłębia, którzy nie raz i nie dwa zdzierali gardło w sektorze gości z szalikiem w ręku, widać doskonale tożsamość dzisiejszych „Miedziowych”. Wychowankowie Zagłębia równocześnie atakują silne zagraniczne kluby, jak i – z sukcesem – podium Ekstraklasy. Akademia zaczyna zarabiać.

– Wiadomo, że oferty, także gotówkowe za naszych wychowanków będą się pojawiać coraz częściej. Tu jednak pojawia się też pytanie, czy raczej pole do przemyśleń dla zawodników – czy lepiej wyjechać, czy mimo wszystko lepiej zostać w Polsce, zadebiutować w Ekstraklasie, grać w lidze – przekonuje Paluszek. – Pokazujemy chłopakom, że wielu zawodników w zagranicznych klubach ginie, Jarosław Fojut odżył dopiero po powrocie, przykładów takich karier jak jego jest mnóstwo. Nie ulega wątpliwości, że w Zagłębiu, które coraz śmielej wprowadza młodych piłkarzy do dorosłej piłki, przebić się jest o wiele łatwiej. Byliśmy na dwutygodniowym stażu w Benfice w okresie, w którym przyjechał tam Paweł Dawidowicz. Miał problemy, by grać w swoim roczniku, ale ten zespół doszedł do finału młodzieżowej Ligi Mistrzów! To zawsze jest dla zawodnika ogromny dylemat, ale staramy się pokazać, że obecnie nasze treningi nie odbiegają już od tych w lidze holenderskiej chociażby. Mamy jasno określony program, mamy określony profil zawodnika, mamy styl, mamy trzech trenerów na każdej jednostce treningowej. To jest wszystko to samo, a naszą przewagą jest, że jesteśmy na miejscu.

20160527_133210

***

Indywidualna droga dla zawodnika, temat, który przewija w każdej dyskusji dotyczącej Akademii. Systematyczne wprowadzanie przez występy w zespole rezerw znane z Poznania? A może rzucanie na głęboką wodę jak Bielika w Legii? Właśnie. Krystian Bielik, sztandar. W Lechu mówią – rozpisaliśmy mu ścieżkę wiodącą do dorosłej piłki przez zespół rezerw, czyli nasz odpowiednik U-21. W Legii dali go wyżej, projekt odpalił, ale już w Arsenalu powrócili do naszej ścieżki, do stopniowego przyzwyczajania go do starszej piłki. Jak zapatruje się na to Zagłębie, szczególnie w momencie, gdy wypuściło w świat i Zielińskiego, który momentalnie odpalił, i Horoszkiewicza, który obecnie ma problemy z wywalczeniem miejsca w Chrobrym Głogów?

Są oczywiście pojedyncze przypadki, gdy nastolatek wchodzi do Ekstraklasy, ale trzeba pamiętać, że polska liga jest bardzo siłowa. Tu nie chodzi nawet tylko o utalentowanych juniorów, ale ogółem o wzmocnienia klubów. Przy ściąganiu Marco Paixao do Śląska zastanawialiśmy się, czy on sobie da radę w Polsce, w fizycznej piłce. Wracając jednak do Zagłębia – nasz drugi zespół nazywa się U-21, ale tam są roczniki 1997 i 1998, czyli de facto jeszcze juniorzy. To samo jest w Lechu i Legii, gdzie młodszym zawodnikom dobiera się starszych ligowych rywali właśnie po to, by przygotowali się na fizyczne zderzenie z Ekstraklasą. Warto tu też zauważyć, że jeden czy dwóch wprowadzonych do zespołu juniorów nie robi różnicy, natomiast gdy ze starszym przeciwnikiem zetknie się drużyna w całości złożona z młodzieży to zdecydowanie brakuje im doświadczenia by nawiązać równorzędną walkę – mówi dyrektor Akademii. Zdaniem Krzysztofa Paluszka – pod tym względem błędem było przekreślenie projektu Młodej Ekstraklasy, który funkcjonując jako ogólnopolskie rozgrywki zespołów U-19 bez jakiejkolwiek presji na wynik byłby doskonałym segmentem łączącym Centralną Ligę Juniorów i dorosłą Ekstraklasę oraz drugi zespół. To na tym poziomie mogliby dojrzewać ci, którzy obecnie walczą ze starszymi zawodnikami w rozgrywkach III ligi – juniorzy Lecha, Zagłębia czy Legii. – Młoda Ekstraklasa na nowych, ściśle określonych zasadach to temat, który powinien wrócić – sugeruje Paluszek.

20160527_135608

W rozmowach z ludźmi z Lubina nie da się zresztą nie zauważyć, że po zreformowaniu i wzniesieniu na wysoki poziom własnej szkółki, teraz kombinują nad rozwiązaniami o wiele szerszymi. Przykład? Wprowadzony na Dolnym Śląsku przepis dotyczący rozgrywek juniorskich podczas terminów meczów reprezentacji młodzieżowych. – Zorganizowaliśmy to w ten sposób, że gdy we wtorek czy środę gra kadra, w sobotę i niedzielę nie ma wtedy ligi. Zespoły, które nie mają reprezentantów mogą grać mecze towarzyskie, ci zaś, którzy grali w tygodniu odpoczywają. A już wcześniej bez tego przepisu staraliśmy się trzymać zasady: jedziesz na reprezentację – nie musisz grać w klubie. Czasem zdarzały się remisy naszych zespołów, bo ośmiu zawodników grało w tym czasie w kadrze województwa. Zdajemy sobie z tego sprawę, piłkarz zawsze musi spotykać się z najsilniejszymi, a jednocześnie dwa mecze w tygodniu to absolutne, nieprzekraczalne maksimum – tłumaczy Paluszek. Zagłębie ściśle współpracuje z Dolnośląskim Związkiem Piłki Nożnej, przez co wprowadzenie tego typu rozwiązania znanego z seniorskiej piłki i tzw. „ligowej przerwy na kadrę” jest o wiele prostsze. A że potrzebne – świadczą przykłady juniorów sprzed kilku lat, którzy dojeżdżali do kilkudziesięciu meczów samą wiosną.

Działa to też w drugą stronę. Zawodnik zawsze musi grać, dlatego jeśli z pierwszego zespołu do rezerw schodzą dorośli zawodnicy, nasi piłkarze od razu przechodzą do zespołu Centralnej Ligi Juniorów, ci z CLJ – również o szczebel niżej. Tak, by każdy mógł wystąpić w spotkaniu o punkty – uzupełnia dyrektor.

20160527_144550

Fot. #SAMSUNG GALAXY S7

Kolejna inicjatywa „oddolna”, czyli sparingi z innymi silnymi klubami spoza najbliższego sąsiedztwa. Bolączką Zagłębia, Lecha i innych wielkich akademii z całej Polski jest brak równorzędnych przeciwników w regionalnych rozgrywkach. Dlatego coraz popularniejsze stają się mecze towarzyskie, albo nawet całe serie meczów towarzyskich. – Jeden z zespołów młodzieżowych Zagłębia w ubiegłym tygodniu stracił pierwszą bramkę w swoich ligowych rozgrywkach. Dlatego organizujemy albo turnieje z udziałem zespołów z Holandii, Czech czy Niemiec, albo starcia z polskimi klubami w kilku rocznikach jednego dnia. Niedawno dwa zespoły były w Holandii, graliśmy między innymi z Gentem, mistrzem Belgii 2014/15. Dla naszych chłopaków to świetny sprawdzian, tym bardziej, że tamtejsi czarnoskórzy zawodnicy często przewyższają naszych warunkami fizycznymi. Teraz będziemy jechać do Pragi, Trenczyna. To są naprawdę fajne doświadczenia – zagrać ze Spartą czy z Liverpoolem. Cottbus, Lipsk, Drezno, Szczecin, Poznań – my tu możemy świetnie współpracować, bo jednocześnie na trzech naszych boiskach mogą występować trzy roczniki, a trasa jest na tyle dobra, że tego samego dnia zespół wyjeżdża i wraca do domu – opisuje jeden z organizatorów i pomysłodawców podobnych imprez.

Kolejny walor takich spotkań to brak stawki, coraz mocniej akcentowany w meczach juniorskich. – Bardzo mocno odchodzimy od punktomanii. Byliśmy na stażu w czterech holenderskich klubach i chcemy zaadaptować rozwiązanie, które tam znakomicie się przyjęło – turnieje dla najmłodszych bez tabel i pucharów, bez jakiegokolwiek ciśnienia na wyniki. Czysta gra. Najbardziej w szoku przy pierwszych próbach organizacji takich meczów bez liczenia punktów byli rodzice! Nie wiedzieli co mają robić! – uśmiecha się Paluszek.

20160527_175316

Cel pod tym względem jest prosty – wrócić do czasów podwórkowych meczów, wrócić do czasów czystego futbolu – bez sędziów, bez wywierających presję rodziców. – Trenerzy mają zakaz wydawania poleceń podopiecznym. Zawodnicy sami sobie sędziują, we skrajnie spornych przypadkach rozstrzygają szkoleniowcy. Do tego rotacja – każdy zawodnik gra na każdej pozycji, zmieniając ją po każdym meczu – objaśniają pracownicy akademii. Do tego typu osiedlowej piłki ma w Zagłębiu też zachęcać bliskość boiska do siatkonogi. Umiejscowione tuż pod perłą w koronie akademii, kończoną właśnie bursą.

***

To chyba najbardziej dobitny przykład tego, w jaki sposób rozwija się od paru lat Zagłębie. Najpierw boiska, kolejne i kolejne. Potem profesjonalny budynek akademii, w którym poza biurami znajdują się pomieszczenia do masażu, rezonansu i rehabilitacji oraz specjalne sale konferencyjne i przeznaczone do analiz wideo. Naturalnym dopełnieniem – własne, stałe szatnie dla najstarszych zespołów, tak by każdy zawodnik miał swoją własną szafkę. Na ukończeniu obecnie jest zaś budynek bursy, w którym ma zamieszkać 70 dzieciaków z najstarszych drużyn (obecnie rozsianych po internacie i wynajętych mieszkaniach). Przez okna ich pokoi wkrótce będzie można zobaczyć wszystkie boiska oraz stadion. Schodząc na dół po schodach – dostępne niemal całodobowo, wspomniane boisko do siatkonogi. Tuż obok ma powstać przeszklona siłownia, kawałek dalej – kawiarnia, z której treningi i mecze będą mogli obserwować rodzice (nie mają wstępu na teren boisk, nie mogą rozpraszać zawodników). Na koniec, w perspektywie kilku lat – wymarzone boisko pod balonem, ma stanąć między dwoma trawiastymi a kompleksem boisk.

Wizualizacja_Akademia_3 (1)

– To z czego jesteśmy naprawdę dumni, to fakt, że przyjeżdżający do nas zawodnicy od razu widzą jak doskonałe warunki do gry będą mieli. W ogóle to jest bardzo fajne sito – bierzemy tych, którzy pytają, ile tu jest boisk, a nie tych, którzy pytają, ile restauracji i klubów w mieście – uśmiecha się Mateusz Dróżdż, przewodniczący Rady Nadzorczej w Zagłębiu.

***

Akademia to jednak tylko wierzchołek, albo raczej lewa noga lubińskiego klubu. Prawą tworzy pion sportowy, którego centralnymi postaciami w ostatnich latach stali się Piotr Stokowiec oraz Piotr Burlikowski. To właśnie ten duet jest odpowiedzialny za sukcesy dorosłego Zagłębia, za udane wprowadzanie do klubu utalentowanych juniorów, ale i za takie strzały, jak choćby ten z Filipem Starzyńskim. Zasługi obu można by zresztą ciągnąć długo, podobnie jak i zestaw ich obowiązków. Prościej jednak zaprezentować po prostu dokonania. Podniesienie Zagłębia po spadku. Brązowy medal za trzecie miejsce w Ekstraklasie.

Dziś ciężko wskazać pozycję w zespole, której nie obsadzałby zawodnik co najmniej porządny. To zasługa przede wszystkim dyrektora sportowego, który za moment będzie zdmuchiwał drugą świeczkę z tortu za dwa lata pracy w Lubinie. Za co brawa? Przede wszystkim za dwa filary Zagłębia – Filipa Starzyńskiego oraz Macieja Dąbrowskiego. Trudno wyobrazić sobie zespół bez tych dwóch piłkarzy, a przecież na tym nie koniec zawodników ściągniętych do Zagłębia za kadencji Burlikowskiego. Dodać trzeba Janusa, dodać trzeba też Polacka czy Tosika. Nietrafione strzały? Na upartego może Zbozień, może Vlasko, może Luis Carlos. Ale kto wie, czy nie ważniejsze było przewietrzenie szatni z nieprzyjemnej woni „Lubin Shore”. Pozbyto się bez większych problemów wszystkich twarzy Zagłębia Wkurwiającego, które kojarzyło się jedynie z hasłem: „za hajs państwa baluj”, do którego zresztą jeszcze wrócimy.

Ale przecież nie mniej ważny w tej całej maszynce był Piotr Stokowiec. Pod jego okiem postęp zrobili właściwie wszyscy juniorzy, nie było płaczu, nie było zgrzytania zębami, nie było słynnego „płacenia frycowego”, za to, że w linii obrony hasali nieopierzeni nowicjusze. Stokowiec cały czas szukał balansu między młodością i doświadczeniem, nie unikał decyzji trudnych – jak powierzenie opaski kapitańskiej 23-letniemu Forencowi czy samo wystawianie lubińskich małolatów. Trudno też wskazać jakiegokolwiek piłkarza Zagłębia, który na współpracy z trenerem cokolwiek by stracił. Gdy dodamy do tego wybitną znajomość klubu i realizowanie polityki zarządu w kwestii kooperacji z akademią – mamy trenera skrojonego pod obecne Zagłębie.

– Słyszał pan, co powiedział Mourinho? Na pytanie: czy będzie wprowadzać wychowanków w Manchesterze United odpowiedział nie, bo on tu przychodzi zrobić sukces z pierwszym zespołem, on nie jest Guardiolą. W Ekstraklasie w ten sposób może działać Legia, którą stać na kupowanie zawodników, czy to w wieku Bielika, czy starszych, do wzmocnienia pierwszego zespołu. U nas cele są inne – tłumaczy Paluszek, pozostający w stałym kontakcie z całym zapleczem pierwszej drużyny. Ta kooperacja jest bardzo ważna i bardzo częsta, czego świadectwem trzy krzesełka na balkonie gabinetu szefa akademii. Z tamtego miejsca widać wszystkie boiska, wszystkich zawodników – więc Paluszkowi często towarzyszą w tym miejscu właśnie Stokowiec i inni fachowcy zajmujący się dorosłym Zagłębiem.

film nakręcony smartfonem Samsung Galaxy S7 Edge

Pierwsza drużyna jest na świeczniku, ale dla nas: dla władz klubu i spółki KGHM jest ona równie ważna co zespoły w akademii. To wizja, którą wspólnie realizujemy. Odnoszę czasem wrażenie, obserwując polskie kluby, że nie ma koncepcji, jak wprowadzać juniorów do piłki seniorskiej. Gdy piłkarz wchodzi do pierwszego zespołu to trenerowi trudno dać mu szansę, bo trener woli postawić na piłkarza bardziej doświadczonego. Zagłębie jest klubem o długiej tradycji. Akademia piłkarska pozwala wprowadzić do tej tradycji bardzo ważny pierwiastek. Jest to na tyle ważna kwestia – ten dopływ młodej krwi do zespołu – że każdy trener, który będzie u nas pracował, będzie musiał się podporządkować tej idei – przekonywał w ubiegłorocznej rozmowie z Weszło Piotr Burlikowski. Ścisła współpraca, ale i ciągłość pracy trenera i jego sztabu to profity nie do przecenienia.

Stokowiec i jego współpracownicy z dorosłego zespołu jako jedni z pierwszych dostrzegają wszystkich Jachów, Piątków i Forenców. Czasem schodzi na treningi małolatów, gra z nimi w dziadka. Jak mówią w akademii – zna na pamięć raporty dotyczące wszystkich najzdolniejszych juniorów, już od tych szesnastoletnich.

Choć trzeba tu od razu zaznaczyć – równie mocno, jak na szkolenie, Zagłębie stawia na skauting młodzieżowy. Niektóre dzieciaki dojeżdżają kilkadziesiąt kilometrów, dzień w dzień. Selekcja rozpoczyna się już w szkole podstawowej, do Zagłębia trafiają najlepsi z niemal 30 klubów partnerskich (najdalszy w Krośnie), manager ds. skautingu i administracji akademii piłkarskiej, Jacek Jurkiewicz odpowiada z kolei na wszystkie telefony i maile z najbardziej subtelnym zwróceniem uwagi na każdego utalentowanego juniora. Dochodzi do tego, że lubińska strefa wpływów dojeżdża już do Wrocławia, a od południa atakuje Wielkopolskę, kończąc się dopiero na bastionach stale przeczesywanych przez skautów Lecha Poznań. Zanim dorosły zespół otrzymuje gotowego piłkarza, przechodzi on przez kolejne sita. Na zakończenie szkoły podstawowej od 8-10 najbardziej uzdolnionych juniorów dokłada się drugie tyle tych wyłowionych na zewnątrz. Do najstarszych zespołów docierają w praktyce najlepsi młodzi piłkarze całego Zagłębia Miedziowego. „Najlepszych z najlepszych” już znamy z nazwiska. Jach. Kubicki. Piątek. Jagiełło. Sobków. Albo już w układance Stokowca, albo na wierzchu talii, gotowi do wprowadzenia do gry.

Samo dopinanie transferów na tym poziomie też robi wrażenie. – Nic na siłę! – przekonują w Zagłębiu i faktycznie, żadnego podsuwania kontraktów nie ma. Wystarczy wycieczka rodziców i zawodnika w towarzystwie Jurkiewicza po całym kompleksie, internacie, po mieście. W regionie konkurenta pod względem oferowanej ścieżki rozwoju tak naprawdę nie ma, trzeba go szukać dopiero w Wielkopolsce. Rekordzistą jest piłkarz z Opola, ani jednego spóźnienia, choć na treningi jeździ… 170 kilometrów.

Tutaj też po raz pierwszy pojawia się ta zaleta mniejszego miasta. – Nie ma pokus. Dotyczy to zarówno dorosłej, jak i młodzieżowych drużyn. Dyskoteka? Kluby nocne? My wiedzielibyśmy nawet o wizycie w McDonaldzie. Tym bardziej, że pomagają nam pod tym względem także kibice czy nauczyciele, którzy często łączą pracę w szkole ze szkoleniem w Zagłębiu – opisuje Paluszek.

***

20160527_175305

Naprawdę chcesz wiedzieć ile mam wyjazdów? Koło siedemdziesięciu pewnie będzie, chociaż w okresie, gdy aktywnie działałem na trybunach raczej nie jeździliśmy, bo to był okres I ligi sezonu 2003/04 – uśmiecha się Mateusz Dróżdż, przewodniczący Rady Nadzorczej Zagłębia, ale przede wszystkim kibic tego klubu. Skoro w drużynie roi się od fanatyków z Lubina to i na stanowiskach kierowniczych nie może ich zabraknąć. Dróżdż znany jest zresztą z prawniczych działań w ramach Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców, jest m.in. jednym ze współautorów nowego projektu ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. W klubie działa od miesiąca, choć żyje nim od urodzenia, mimo że mieszka w Warszawie już od ponad 10 lat. W rodzinie ma między innymi byłego gniazdowego, na pierwszy mecz – jak niemal wszędzie w Polsce – zaprowadził go ojciec. Już na stadionie pozostał. Jako przewodniczący swoje zadania określa prosto – pilnować, by Zagłębie było dobrze zarządzanym klubem. I było takie jak na flagach, które kiedyś rozwieszał: wielkie.

Skąd właściwie wziął się w Lubinie? Jakie stawia zadania przed sobą i nowym prezesem Zagłębia, Robertem Sadowskim?

– Przede wszystkim trzeba od razu zaznaczyć – nie jesteśmy politykami – zaznaczają obaj panowie w rozmowie z nami. To najczęstszy zarzut formułowany wobec nich – zmiana władzy wywołała zmiany w KGHM, a trzęsienie ziemi dotarło do spółek-córek, czyli także do Zagłębia. – Nigdy nie nosiliśmy ulotek, nie rozklejaliśmy plakatów wyborczych, jak sugerował pewien dziennikarz. W klubie nie ma też żadnych masowych zwolnień i zatrudniania członków młodzieżówki partii rządzącej. Pracują fachowcy związani z Zagłębiem od lat. Ja jako dziecko przeskakiwałem z kolegami – kibicami, przez ten płot, by choć na chwilę znaleźć się na równym, pięknym boisku, po którym biegali moi piłkarscy idole. Pracować dla tego klubu od zawsze było moim marzeniem. Robert też jest tutaj od zawsze. Jesteśmy merytorycznie gotowi na pełnienie tych funkcji i realizowanie zadań, które nam powierzono, do tego na pewno jesteśmy z klubem związani uczuciowo, ale zdajemy sobie również sprawę, że zarządzanie spółką sportową to biznes  – tłumaczy Dróżdż.

– Ja pracuję w Zagłębiu dokładnie od 11 lat. Nigdy nie uchylałem się od nowych wyzwań, zawsze lubiłem się rozwijać, więc pracowałem i przy dziale marketingu, i przy sprzedaży biletów, pełniłem funkcję rzecznika prasowego, dyrektora ds. bezpieczeństwa, organizatora spotkań, odpowiadałem za kontakt z służbami… Pamiętam choćby dwumecz z Dynamem Mińsk, który organizowałem de facto z łóżka, miałem wypadek chwilę przed tymi spotkaniami, więc większość spraw dopinałem telefonicznie, albo poprzez brata i tatę, którzy odwozili i przywozili kolejne dokumenty. Z kolei gdy w klubie pojawił się Robert Pietryszyn, zgłosiłem się do niego z przygotowaną prezentacją, moim planem dotyczącym zmian i pomysłów na funkcjonowanie w klubie. Mniej więcej w połowie stwierdził: okej, zostajesz, rób to, co robiłeś, dorzucę ci do tego ludzi do pomocy. Rozkręcaliśmy sklep klubowy, i pierwszy, na bazarze, i drugi, już w nowoczesnej galerii handlowej. Faktycznie więc można powiedzieć, że poznałem klub od każdej strony i uważam to za swój duży atut – uzupełnia Sadowski. – Właścicielowi zależało przede wszystkim na płynności, na ewolucji, a nie rewolucji. Robert był idealnym kandydatem, by taką ciągłość pracy zachować – dopowiada Dróżdż.

Pierwsze decyzje? Przedłużenie umów z Piotrem Stokowcem i Piotrem Burlikowskim, podziękowania dla starego prezesa w uznaniu jego zasług, które jak podkreśla Dróżdż, są skutkiem pracy wielu osób w Zagłębiu oraz potwierdzenie utrzymania kursu w kwestii akademii i ogólnego rozwoju klubu. Do tego zapowiedzi położenia bardzo mocnego akcentu na klubowe legendy, co przewija się we wszystkich rozmowach w klubie – od rzecznika, po groundkeeperów. W klubie już teraz przebywa codziennie choćby Franciszek Machaj, planowane jest uwypuklenie i podkreślenie roli tych, którzy budowali historię klubu – przez połowę XX wieku, i już w historii najnowszej, gdy powstał stadion oraz zdobyto mistrzostwo Polski. Ma to mieć wpływ nie tylko na umacnianie tożsamości kibiców, ale też na tych, którzy do kronik dopiszą kolejne rozdziały.

20160527_114544

Zagłębie jest klubem regionu. My chcemy w ten region, w ludzi z tego regionu mocno inwestować. Jach, Piątek, Kubicki, im więcej tego typu piłkarzy, tym lepiej. Mamy już klub – solidny budynek, który w razie silnego wiatru tylko się zachwieje, a nie zawali. Teraz trzeba dobudować kolejne piętra – obrazowo przedstawia Dróżdż. – Pracowali na to wszyscy, od sprzątaczek, przez znakomitych fachowców od muraw, aż po właścicieli, którzy mają pomysł na klub. 

W naszej rozmowie właściciel pojawia się właściwie dopiero teraz. Oczywiście nikt nawet przez chwilę nie śmie kwestionować jego wagi, ale nie da się ukryć, że udział KGHM w Zagłębiu przez lata ulegał zmianie. Stokowiec określił to dobitnie i celnie: Bizancjum się skończyło. Od paru lat Lubin oszczędza – budżet pierwszej drużyny zmalał, nakłady na akademię sięgnęły z kolei 4 milionów złotych. Nie ma mowy o żadnych stratach, zaległościach i problemach licencyjnych, ale z drugiej strony – nikt już tutaj „przyszłych gwiazd ligi” nie przepłaca. Złotówki ogląda się uważniej i paradoksalnie… w tym może tkwić sukces. – Nikt nam nie przynosi kolejnych milionów, operujemy na ściśle określonym, ograniczonym budżecie, który raz przyjęty, nie może być zmieniany – tak funkcjonują wszystkie firmy z grupy kapitałowej. Na koniec rozliczenia wszystko musi się spinać – przekonuje Sadowski. – Nie mamy kominów płacowych i ich mieć nie będziemy. W Lubinie będziemy analizować wydanie każdej złotówki – dodaje Dróżdż

No dobra, ale to wciąż: „za hajs państwa baluj”.

Ale to są pieniądze wypracowane przez górników, to są pieniądze, które mój ojciec, moi koledzy z pracy każdego dnia zarabiają dla KGHM. To nie jest tak, że właściciel otwiera skarbiec w Warszawie i rozdaje pieniądze podatników, albo miasto wypłaca pensje zawodnikom. Czujemy  – my jako pracownicy klubu i jako nadzór ze strony KGHM, że klub niesie dużą społeczną odpowiedzialność. On przecież jest tu właśnie po to, by górnicy i cała społeczność lokalna mogła być dumna z naszego wielkiego Zagłębia – tłumaczy Dróżdż. – Społeczna funkcja lokalnego biznesu, który korzystając z ludzi stąd chce również coś tym ludziom dać. 

– Zależy nam też na tym, by ludzie zwyczajnie utożsamiali się z tą drużyną, by nawet po przegranym meczu mogli powiedzieć, że rozsądnie zarabiający zawodnicy zapracowali na swoje pensje i faktycznie dali powody, by być z nich zadowolonym, nawet mimo niekorzystnego wyniku – dodaje Sadowski. Kibice Zagłębia w komentarzach choćby na Weszło dodają – to nie KGHM żyje z pieniędzy Skarbu Państwa, to Skarb Państwa na KGHM zarabia. 

– A tak było od zawsze. Kopalnia wyrastała na mieście, wzrastała wraz z nim i wraz z klubem. My pracowaliśmy na etatach, poza tym jednak żadnych dodatkowych pieniędzy nie było. Kibiców – kilkanaście tysięcy, zawsze zapraszających nie na obiad, ale na wódkę. Wszyscy żyli tu razem – dopowiada Franciszek Machaj, bramkarz, który grał w klubie jeszcze w latach sześćdziesiątych.

Dziś zaś z pewnością będzie jedną z twarzy mocnego obrotu i ukłonu w stronę historycznych postaci, które staje się jednym z głównych założeń nowych władz.

***

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nacisk na szkolenie trenerów. Dzięki środkom unijnym na przykład grupy szkoleniowców spędzą dwa miesiące na stażu w Benfice, uczestnicząc w treningach i zajęciach w tamtejszej akademii. Ale i szkolenie w kraju się poprawiło – ruszył już kurs na trenerów bramkarzy, dwie osoby z Zagłębia wzięły udział w kursie UEFA Elite Youth dla szkoleniowców wyjątkowo uzdolnionej młodzieży. W Lubinie czekają na planowane kursy dla trenerów motoryki czy analiz wideo, które w zagranicznych związkach piłkarskich są już standardem. Już teraz czerpią jednak garściami z doświadczeń klubów choćby ze wspomnianej ligi holenderskiej. – Ale nie jeździmy do Amsterdamu patrzeć jak działa Ajax, bo to są kompletnie inne budżety i pieniądze. Wzorujemy się bardziej na takich klubach jak Vitesse Arnhem, ADO Den Haag, Sparta Rotterdam. Przy okazji oczywiście obejrzeliśmy mecz Ligi Mistrzów w Amsterdamie, ale szukaliśmy raczej firm, które dobrze szkolą młodzież w nieco mniejszych miejscowościach a opierając się na niej są w stanie awansować do europejskich pucharów. Tak właśnie planujemy to zorganizować u nas – to znów dyrektor Paluszek.

Pierwszy krok wykonano już nie tylko w kategorii infrastruktury, ale i sportowo, zdobywając brąz za ubiegły sezon. Ale sportowy sukces zawsze podkreślany jest w Lubinie na równi z tym organizacyjnym. – Cieszymy się choćby z tego, że ligowi rywale podróżując na mecze wyjazdowe zawsze chcą trenować u nas. Trener Michniewicz z Pogonią, Piast, Termalica – wszyscy jedli tutaj obiad i trenowali na naszych boiskach – wspomina Paluszek. – Trener Stokowiec z kolei bardzo dokładnie i rzetelnie uzasadnił potrzebę powiększenia sztabu szkoleniowego i jego prośba została spełniona – dodaje Dróżdż. To tylko potwierdza świadomość ludzi pracujących w Lubinie, stan ich pionu sportowego, ich infrastruktury i organizacji. Ostatnie z zadań? Tworzenie tożsamości.

– Tworzenie pewnego rodzaju kultury uczestniczenia w życiu klubu, co cementuje wszystkie najważniejsze rzeczy w tym mieście – KGHM, Zagłębie i naszych kibiców. Chcemy pokazywać każdym meczem, nawet w rezerwach, gdzie ogląda je po 300 osób, że to projekt głęboko wryty w całe Zagłębie Miedziowe. Droga, z której nie można się wycofać, związana z tym miejscem, z tymi ludźmi – podkreśla Krzysztof Paluszek. W praktyce działa to w ten sposób, że ojciec pracujący w KGHM jednego syna prowadzi na trening, a z drugim odwiedza trybuny.

I to jest największa siła Zagłębia Lubin.

JAKUB OLKIEWICZ
WSZYSTKIE MULTIMEDIA NAGRANO SMARTFONEM SAMSUNG GALAXY S7