Ludzie mi mówią: Lenczyk zrobił ci krzywdę. Jaką krzywdę?
Weszło

Ludzie mi mówią: Lenczyk zrobił ci krzywdę. Jaką krzywdę?

W ostatnich tygodniach – pierwszy gol w Ekstraklasie i matura. A już wcześniej – opaska kapitańska w kadrze z Drągowskim i Kownackim czy konkretne oferty z Juventusu, Ajaxu i PSV. Jednak pozostał w Lubinie, a i tak pokaże się na salonach, bo Zagłębie awansowało właśnie do pucharów. O tym i wielu innych tematach rozmawiamy z Filipem Jagiełło.

Jesteś świeżo po maturze.

– Tak, dwa tygodnie temu było zakończenie w szkole. Miałem indywidualny tok nauczania już od drugiego semestru pierwszej klasy liceum. Zbyt trudne było godzenie normalnej szkoły z grą w piłkę. Teraz już tylko czekać na wyniki matury.

Z czego pisałeś?

– Polski, matma, angielski i do tego geografia. Ale z dodatkowym przedmiotem jest tak, że sam podpis wystarczy do zaliczenia. Więc wszedłem, podpisałem się i wyszedłem.

Zdasz?

– Bardzo bym chciał, trzy lata przygotowań nie powinny pójść na marne. Ale jeśli obleję, to nie będę robił z tego wielkiej tragedii… Wtedy na pewno podejdę znów za rok. Kiedyś miałem jedynkę na półrocze z matematyki, a wyciągnąłem ostatecznie na czwórkę. Da się zrobić.

Przerwałeś standardowe chodzenie do szkoły, bo do pierwszej drużyny awansował cię Hapal.

– Trenowałem u niego tylko dwa tygodnie, bo został zwolniony. Nawet nie miałem żadnej rozmowy z trenerem, po prostu powiedziano mi, że od jutra trenuję z pierwszą drużyną. Jedynie przed pierwszym treningiem przedstawił się i przywitał ze mną. Na początku, jak pierwszy wychodziłem z szatni, to chłopaki się śmiali, mówili, że pewnie pędzę na lekcje. Po moim pierwszym meczu w Ekstraklasie wspólnie z rodzicami i klubem zdecydowaliśmy, że powinienem mieć indywidualny tok nauczania. Debiut był już za trenera Lenczyka.

Który był od ciebie ponad cztery razy starszy.

– Nawet wołał na mnie „dziecko”. Jasne, że to stara szkoła, ale nie chcę mówić o nim niczego negatywnego, dużo mnie nauczył. Przede wszystkim pewności siebie i luzu. Wcześniej spinałem się przed meczami, byłem zestresowany. Aż w szatni pojawił się trener Lenczyk i można powiedzieć, że zostałem jego synkiem. Nawet jak mi coś nie wyszło, to rozmawiał ze mną i chwalił. Nauczył mnie podejścia do futbolu na luzie. Żarty, uśmiech na twarzy, w piłce spinka nie jest potrzebna.

Ale przy okazji debiutu luzu pewnie nie było.

– Mecz z Ruchem, to był chyba mój szósty raz w kadrze meczowej. Pół godziny przed rozgrzewką trener rozpisał skład – Jagiełło na „dziesiątce”. Wkradły się nerwy. Myślę, że gdybym wiedział wcześniej, to mógłbym się do tego przygotować, ułożyć w głowie scenariusz, jak może wyglądać mecz. Byłem przekonany, że mój seniorski debiut będzie wyglądał inaczej, że wejdę na ostatnie pięć minut spotkania, żebym poczuł, z czym to się je.

I poczułeś, ale chyba bardziej smutek, bo Lenczyk zrobił ci „wędkę” w 33. minucie.

– Jak zobaczyłem na tablicy sędziego technicznego swój numer, to byłem zawiedziony, to jasne. Trener mógł dać mi dograć 10 minut i zmienić w przerwie. Ale ja tego wcale nie żałuję! Czasem ktoś mnie spotyka i mówi: ale Lenczyk zrobił ci krzywdę. Jaką krzywdę? Zagrałem pół godziny w pierwszym meczu w ekstraklasie, czy wyszło mi to na złe? Uważam, że nie.

Miałeś 16 lat, jesteś jednym z najmłodszych debiutantów XXI wieku w ekstraklasie. To dobrze świadczy o waszej akademii.

– Jest najlepsza w Polsce. Mówię to z pełnym przekonaniem, jesteśmy pod tym względem dużo lepsi od Legii i Lecha. Teraz w juniorach nie mamy wyników, ale to bez znaczenia. Pamiętam, że graliśmy w mistrzostwach Polski jako drużyna z Dolnego Śląska. Większość była z Zagłębia. Doszliśmy do półfinału, graliśmy zajebistą piłkę. Trafiliśmy na województwo łódzkie, z którym zremisowaliśmy. Tylko że oni nie potrafili grać w piłkę, po prostu nas skopali. I to znaczy, że jesteśmy gorsi albo że nie jesteśmy lepsi? Świeższy przykład – miesiąc temu pojechałem z chłopakami z Centralnej Ligi Juniorów do Poznania. Przegraliśmy 1:2, ale gwarantuję ci, że byliśmy dwa razy lepsi. Nawet kolega z Lecha powiedział mi po meczu, że jeszcze nie grał z taką drużyną. Wyniki liczą się tylko w seniorach. Piłka młodzieżowa ma uczyć i przygotowywać do gry na poważnie. A warunki do tego w Lubinie są idealne. Dziewięć boisk, murawy, jak sam widziałeś, świetne. Ogólnie organizacja w Zagłębiu jest niesamowita. TOP.

Ostatnie lata pokazują, że Zagłębie to fabryka młodych piłkarzy. W kadrze macie masę zawodników wyszkolonych w Lubinie. Są Piątek, Sobków, Bonecki, Andrzejczak, Kubicki, Żyra, Jach…

– To teraz, a wcześniej byli Piotrek Zieliński, Damian Dąbrowski czy Paweł Olkowski. Mam nadzieję, że nasza grupa będzie doceniana, zresztą – już jest, i będziemy dostawać coraz więcej szans. Obecnie rezerwy Zagłębia walczą o utrzymanie w trzeciej lidze, dlatego wielu z nas gra w drugiej drużynie, ostatnio prawie cała jedenastka składała się z graczy trenujących na co dzień z jedynką.

Przed chwilą mówiłeś o CLJ, teraz o drugiej drużynie. Nie przeszkadza ci, że jesteś rzucany między rezerwami, juniorami, a ekstraklasą?

– Pojechałem na CLJ, bo trzecia liga jeszcze nie ruszyła, a chciałem być w rytmie meczowym.  Nie może mi to przeszkadzać, w tym wieku trzeba grać, grać i grać. Ale powiem ci, że to bardzo duży przeskok.

Pewnie grasz tam z łatwością. Strzeliłeś coś?

– Oprócz Lecha, graliśmy w CLJ z Arką Gdynia. Wygrana 2:0, strzeliłem oba gole. Centralna… Mała dyscyplina taktyczna, dużo miejsca.

W meczu z Piastem przy strzeleniu gola też miałeś dużo miejsca.

– I to wykorzystałem strzelając na bramkę Szmatuły, wpadło przy słupku. Wygraliśmy wysoko, do tego zdobyłem bramkę, super. Ekstraklasa to wyższy poziom, do tego rywalizujesz z ludźmi, którym kiedyś kibicowałeś. Jak byłem dzieckiem, uwielbiałem Maćka Iwańskiego. Jak graliśmy teraz z Ruchem, to siedział na ławce, ale w pierwszym meczu w tym roku graliśmy w Chorzowie i wtedy zagrałem kilka minut przeciwko niemu. Nie znamy się, ale super było zagrać przeciwko idolowi. Jak spotykam zawodników, którzy wygrali nam mistrzostwo w 2007 roku, to czuję do nich gigantyczny szacunek. Nieważne, jakie historie się za nimi ciagną, to mam do nich respekt i wdzięczność.

A to chyba właśnie wtedy zacząłeś grać w piłkę?

– Tak, zaraz po zdobyciu mistrzostwa przez Zagłębie. Ale już wcześniej chodziłem na każdy mecz, przeważnie z ojcem. Czasami prosiłem mamę o 15 zł, żebym mógł kupić sobie bilet na mecz. A jak nie dała, to wpuszczali młodych na drugą połowę, albo oglądaliśmy mecz przez kraty, mieliśmy wypatrzone miejsce, w którym coś dało się zobaczyć.

Długo jesteś z tym klubem. A przecież moglibyśmy nie rozmawiać tu, w Lubinie, tylko dzwoniłbyś przez Skype’a z Włoch.

– Juventus kontaktował się z moimi menedżerami, przysłali stamtąd konkretną ofertę. Ale nie wchodziłem w szczegóły, miałem piętnaście lat. Nie chciałem wyjeżdżać.

Juventus nie zrobił wrażenia?

– Zrobił. Tylko ja mam zdanie, że aby osiągnąć coś tam, najpierw muszę osiągnąć coś tu. Nie chcę wracać do Polski z podkulonym ogonem. Chociaż „Zielu” zrobił inaczej i jemu się udało.

Rozmawiałeś z nim?

– Nie, nie rozmawiałem. Ale dzwoniłem do Arka Milika, jak rok temu Ajaxu przysłał za mnie oficjalną ofertę. Zachęcał mnie, żebym przeszedł do Ajaxu, bardzo chwalił Amsterdam i funkcjonowanie klubu.

I nie poszedłeś bo?

– Chciałem odbyć w Holandii testy, sprawdzić się na miejscu na tle innych. Ale klub mnie nie puścił. Po prostu powiedziano mi, że wiążą ze mną przyszłość i że chcą mnie zatrzymać. Zaakceptowałem to. Dwa tygodnie później sytuacja się powtórzyła. Tym razem oferta była z PSV Eindhoven. Słyszałem, że Legia też mnie chciała, ale… po co miałbym tam iść? Nie ciągnie mnie nigdzie.

Zimą przedłużyłeś kontrakt.

– Jest mi tu bardzo dobrze. Wiedząc, że wygasa mi umowa, zgłosiła się Lechia Gdańsk. Mówili, że naprawdę na mnie postawią i dawali wielkie pieniądze za podpis, przybliżone do rocznych zarobków. Ale nie patrzę na to. Uważam, że jeśli mam zarobić na futbolu, to jeszcze zarobię. Jestem za młody, żeby kierować się pieniędzmi. Nie chcę się z niczym śpieszyć, nadal mieszkam z rodzicami. Nie ruszam się z Zagłębia. To tutaj chcę pokazać, że potrafię grać i tu chciałbym coś podnieść.

Trudno będzie wygrać cokolwiek z Zagłębiem.

– Nie zamykam się na inne polskie kluby, ale czemu nie miałbym zdobyć trofeum w Lubinie? Awansowaliśmy do pucharów, to już mega osiągnięcie! Zdobyliśmy trzecie miejsce, a nikt na to nie liczył.

W Lidze Europy możecie być bici.

– Może tak, może nie. Zobaczymy. Dla większości z nas to będzie coś zupełnie nowego. Guldan grał w Lidze Mistrzów, „Papen” strzelał gole w Pucharze UEFA, ale jako zespół nie mamy takiego doświadczenia. Gra w Europie to fajna sprawa, ale nie będziemy się na nie spinać, i tak najważniejsza będzie liga.

Jest jakaś tajemnica świetnej wiosny?

– Atmosferka. Oglądam sobie czasem kulisy meczów innych klubów albo gadamy z chłopakami. W całej lidze nikt nie ma lepszej atmosfery od Zagłębia. „Fori”, Janus, „Wąski”, Adi Błąd… Mamy fantastycznie zgraną ekipę, to ma naprawdę niebotyczny wpływ. No i do tego Starzyński. Pan piłkarz! Bardzo podniósł poziom. Musiałbyś sam zobaczyć go na treningach. Ma niesamowity spokój, technikę, strzał, wszystko. Do tego nie jest jakimś bucem, tylko uśmiechnie się, pogada, powie coś ciekawego.

I gra na twojej pozycji. Radziłeś się go?

– Nie, bo ja ogólnie jestem samoukiem. Każdy zawodnik ma swój styl gry, ja własnego szukam samodzielnie. Filip wrócił do ekstraklasy i błyszczy. Ciekawe, czy zostanie. Jeśli nie, to mamy w Lubinie innego „Figo”. Adrian Rakowski nazwał tak swojego psa (śmiech).

Starzyński zostanie lub nie, ale mimo wszystko wiesz, jak wygląda często drugi sezon beniaminka.

– Wiem. Tak jak ostatnio Zawisza, w pierwszym sezonie po awansie wygrał z nami finał Pucharu Polski, a po roku spadł z ekstraklasy. Ale mamy zbyt dobrych zawodników, żeby z nami było podobnie.

Zawisza spadł rok po finale na Narodowym, a wy już kilku tygodni po tym meczu. W pierwszej lidze miałeś być liderem drużyny, przynajmniej tak chcieli w klubie. Nawet wysłali cię do Turbokozaka.

– Były takie sygnały, ale w końcu twarzą klubu nie zostałem, grałem niewiele i z tego nie jestem zadowolony. W mediach pisano, że będę nowym kapitanem Zagłębia, ale tak wcale nie było. Graliśmy pierwszy sparing na zgrupowaniu. Trener wyczytał skład i powiedział, że ja jestem kapitanem. Ale to nic nie znaczyło, graliśmy zwykły sparing. Przed sezonem, jak zawsze, mieliśmy głosowanie całą drużyną i w nim nikt na mnie nie zagłosował. To przecież normalne. Były głosy na Guldana, Janoszkę czy Konrada Forenca, który ostatecznie został kapitanem.

Ale w młodzieżowej reprezentacji opaska było twoja.

– Tak, tam decydował już trener. Z mojego rocznika do tej roli wybierani byli też „Kownaś” i Mateusz Wieteska, ale oni poszli dalej, więc opaskę dostałem ja. Chociaż ostatnio powołań nie ma w ogóle, a kiedyś przychodziły cały czas. Nawet policzyłem, że w jednym sezonie zagrałem więcej w reprezentacji niż w klubie. W Młodej Ekstraklasie grałem prawie same połówki, a z kadrą non stop były jakieś wyjazdy, Puchar Syrenki… Bardzo chcę grać dla kadry, ale przecież nie będę płakał, że nie dostaję zaproszeń na zgrupowania.

Z twojego rocznika jest Kownacki, ale też Bartek Drągowski.

– „Drągoś”… świr! Jest super bramkarzem, dla mnie TOP 2 bramkarzy, z jakimi trenowałem.

Kto jest drugim?

– Może cię zaskoczę, ale Piotrek Smołuch. Teraz jest wypożyczony do Legionovii. Żaden bramkarz nie gra nogami tak jak on. Na treningach wchodził do pola i potrafił strzelić dwie, trzy bramki, nogami wyprawia cuda. Chyba nawet większe ode mnie (śmiech). Ale co do „Drągosia” – ma łeb do gry. Ludzie mówią, że sodówka mu odbiła… Nieprawda, on zawsze taki był, od kiedy go pamiętam – był świrem. Cały czas identyczny! I dobrze, bramkarz nie może siedzieć cicho w kącie.

Rozmawiał SAMUEL SZCZYGIELSKI

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (0)