Ilu ludzi, tyle historii – poznajcie piłkarzy Arki!
Weszło

Ilu ludzi, tyle historii – poznajcie piłkarzy Arki!

Pogromcy José Mourinho, mistrzowie kraju, produkty angielskiej myśli szkoleniowej, chłopaki z dzielnicy kibicujący klubowi od najmłodszych lat, powracający na stare śmieci synowie marnotrawni, zawodnicy odkrywający ojczyznę swoich przodków czy też tacy, którzy swojego trenera znają jeszcze z czasów wspólnej gry… Dla jednych przyszły sezon będzie ostatnim dzwonkiem do zaistnienia na najwyższym krajowym szczeblu, dla drugich – dopiero początkiem marzeń o zrobieniu poważnej kariery. Jednym słowem – ilu ludzi, tyle historii. Dziś i w poniedziałek przedstawiamy ekipy, które w przyszłym sezonie powrócą do elity. Na pierwszy ogień piłkarze Arki Gdynia.

BRAMKARZE:

Konrad Jałocha

Wieżowiec. Dwa metry chłopa. Mistrz Polski z Legią, choć należy zaznaczyć, że w sezonie 2013/14 zanotował zaledwie jeden występ w Ekstraklasie. W Warszawie nie miał większych szans, by na stałe zająć miejsce między słupkami, więc latem zeszłego roku postanowił przenieść się na zasadzie wypożyczenia nad morze, gdzie od razu dostał pewny plac. W Arce miewał tak naprawdę różne momenty. Jałocha niejednokrotnie spotykał się z krytyką ze strony kibiców, jednak koniec końców wiosna jest w jego wykonaniu jest naprawdę udana, dowodem czego była trwająca od 11 marca do 15 kwietnia passa 430 minut bez straty gola.

Z ciekawostek warto też wspomnieć, że golkiper gdynian zaliczył w tym sezonie nawet jedną asystę – w zremisowanym na wyjeździe 2:2 meczu z Pogonią Siedlce. W meczu, który – bądź co bądź – zawalił.

OBROŃCY:

Alan Fialho

W jego przypadku nie usłyszymy romantycznej historii o Brazylijczyku, który kopał boso po fawelach, by gonić za marzeniami i stać się zawodowym piłkarzem. Skrajna bieda na szczęście go ominęła. Posiada polski paszport (jego dziadkowie wyemigrowali do Brazylii przed wojną), chętnie podkreśla swoje zamiłowanie do pierogów. Początki w ojczyźnie przodków nie były jednak dla niego łatwe. Najpierw nie zdołał przebić się w Legii, gdzie bardziej niż grę doceniano jego zdolności wokalne, następnie zaś na wypożyczeniu w Arce również nie zaczął czarować od razu. Dopiero po objęciu zespołu przez Grzegorza Nicińskiego Alan otrzymywał więcej szans, które z czasem coraz lepiej wykorzystywał. Po rundzie jesiennej minionego sezonu Fialho był jednym z największych odkryć na swojej pozycji, jednak na wiosnę w Gdyni już go nie było. Postanowił po raz kolejny spróbować sił w Brazylii i odbił się od ściany. Przed startem trwających rozgrywek ponownie zameldował się więc w swojej przyszywanej ojczyźnie – oczywiście w Arce. Choć czasami odcina mu jeszcze prąd, wciąż prezentuje naprawdę przyzwoity poziom. Jeśli znowu nie zawładnie nim nagła chęć podbijania wyżej rozwiniętych pod względem piłkarskim krajów, w Ekstraklasie wstydu narobić nie powinien.

Przemysław Stolc

Gdynianin z krwi i kości. Podczas gdy przez Arkę przewijało się wielu młodych graczy o teoretycznie większym potencjale i którzy nierzadko przepadali potem bez śladu, Stolc cały czas robił swoje, by w końcu na stałe przebić się do pierwszego zespołu. Przykład tego, jak ciężką pracą można dojść do momentu, w którym stanowisz realne zagrożenie w walce o pierwszy plac dla byłego mistrza Polski. Nawet jeśli chwilami było widać u niego jeszcze brak ogrania na stopniu centralnym, zanotował on kilka naprawdę niezłych występów. Nie pęka także przed odpowiedzialnością. Udowodnił to chociażby w Grudziądzu, gdzie na kilkanaście minut przed końcem przy stanie 1:0 dla Olimpii, nie przestraszył się i bardzo pewnie wykorzystał rzut karny.

160510PYK0007

Tadeusz Socha

Mistrz Polski ze Śląskiem Wrocław, 114 występów w Ekstraklasie (największa liczba spotkań w elicie zaraz po Antonim Łukasiewiczu). CV – trzeba przyznać – nie najgorsze. Mimo to nie zawsze miał pewne miejsce w pierwszym składzie. Grzegorz Niciński dość często na prawej obronie wystawiał także wspomnianego przed chwilą, kilka lat młodszego Przemysława Stolca, z którym Socha momentami wręcz przegrywał rywalizację.

Co ciekawe, Socha dopiero w Arce – w wieku 27 lat – zdobył swojego pierwszego gola w klubowej karierze (nie liczymy trafienia w Młodej Ekstraklasie, szanujmy się) – przeciwko GKS-owi Katowice. W 94. minucie. Na 1:0. Niedawno podwoił nawet swój dorobek, trafiając również w potyczce z Rozwojem. Cóż, widocznie stwierdził, że kończenie rozgrywek z większą liczbą czerwonych kartek niż bramek nie jest w dobrym guście.

Michał Marcjanik

Chłopak z Gdyni, wychowanek Arki. Choć od dwóch lat (z drobnymi przerwami) jest podstawowym stoperem, wciąż da odnieść wrażenie, że pozostaje trochę jakby w cieniu, niezauważany. Można jednak spojrzeć na to też z drugiej strony – jeśli o postawie środkowego obrońcy mówi się nie za wiele, może to oznaczać po prostu, że popełnia on mało błędów. Z tego sezonu kibice „żółto-niebieskich” najdłużej będą pamiętali z pewnością jego gola w Kluczborku zdobytego w stylu, którego nie powstydziłby się sam Zlatan Ibrahimović.

Marcin Warcholak

Gdyński Rory Delap, według niektórych także gdyński Roberto Carlos, chociaż to na razie podobno pokazuje tylko na treningach. Z autu rzuca mocniej niż niektórzy są w stanie kopnąć. Człowiek o nieograniczonej wydolności, mecze dla niego mogłyby trwać trzy razy dłużej, a i tak kondycyjnie by tego nie odczuł. Nieoficjalnie syn Grzegorza Nicińskiego, któremu przez długi czas zarzucano, że Warcholaka ciągnie za uszy (obaj znają się jeszcze z Gryfa Wejherowo). Choć przez długi czas pałętał się po niższych ligach, a na centralny szczebel trafił dopiero półtora roku temu, czas przyznał Nicińskiemu rację. 26-latek był w tym sezonie jednym z najlepszych – o ile nie najlepszym – lewym obrońcą w pierwszej lidze. Już jakiś czas temu mówiło się, że uważnie obserwują go kluby z Ekstraklasy, jednak sam zawodnik powtarza, że z Gdyni nie ma zamiaru się ruszać.

Krzysztof Sobieraj

Kapitan. Choć nie pochodzi z Trójmiasta, to Gdynia okazała się jego miejscem na Ziemi. To w Arce zanotował jak dotąd wszystkie swoje występy w Ekstraklasie (44) i to z Arką zalicza właśnie swój trzeci awans do elity.

Można mówić, że jest elektryczny niczym trakcja kolejowa, można uważać, że jego wślizgi są nieraz spóźnione o kilka lat, można też zarzucać mu częste braki w koncentracji czy nieodpowiedzialne zachowania i dość proste błędy. I pewnie będzie w tym sporo racji. Tak czy inaczej, jednemu nie da się zaprzeczyć – Sobieraj trzyma tę drużynę w ryzach, krótko za mordę. W szatni gdynian więcej od niego do powiedzenia ma najprawdopodobniej tylko Grzegorz Niciński, z którym zresztą zna się doskonale jeszcze z boiska.

W jego przypadku nie można oczywiście nie wspomnieć o wyroku za korupcję, który stanowi z pewnością sporą skazę na jego wizerunku.  Mało kto w Gdyni mu to jednak dziś wypomina, ponieważ widać gołym okiem, że ten gość za Arkę dałby się pokroić. Niewielu jest piłkarzy, którzy tak mocno byliby utożsamiani z klubem mimo braku jako takiego związku z regionem.

150906PYK015

POMOCNICY:

Michał Nalepa

Za dzieciaka kibic, dziś kibic i piłkarz Arki. Kluczowy piłkarz. Ciąg na bramkę, agresja, bezczelność… Dzielny adept Antoniego Łukasiewicza i młodzieżowy reprezentant Polski. Zdecydowanie ma papiery i odpowiedni charakter na poważne granie. Mimo młodego wieku (rocznik 1995) już teraz jest jednym z liderów zespołu. W wolnych chwilach kibic Realu Madryt i – podobno wcale nie sezonowy – Leicester City. No i górnik internetu – to on wyświadczył Pawłowi Abbottowi niedźwiedzią przysługę (przynajmniej tak twierdzi sam napastnik Arki) i zademonstrował reszcie kolegów z szatni popisy „Abbottinho” w Turbokozaku.

Mateusz Szwoch

Wyjechał do stolicy szukać lepszych dni, ale ich nie znalazł. Przyznaje jednak, że Legia uratowała mu życie. Problemy z sercem na długie miesiące nie pozwalały mu wrócić do gry, jednak stołeczny klub zrobił wszystko, by Szwoch mógł wznowić karierę. Podczas rozbratu z piłką nie brzydził się normalną pracą i pomagał nieraz swojej mamie w prowadzeniu sklepu odzieżowego. Gdy w końcu powiedziano mu, że może na nowo czynnie uprawiać sport, trafił do Arki, gdzie zaczęło mu żreć w trybie natychmiastowym. Szwoch ani przez chwilę nie sprawiał wrażenia zawodnika, który przez rok futbol oglądał co najwyżej w telewizji. Sześć asyst i dwie bramki – w tym ta pieczętująca powrót Arki do elity. Powrót z przytupem pierdolnieciem.

Dariusz Formella

Dariusz aka „To nie ja to napisałem, to moja dwunastoletnia siostra”, aka „Nie mam nic do udowodnienia” Formella. W Poznaniu mieli go – eufemistycznie rzecz ujmując – dość. Wielu kibiców z niecierpliwością wręcz wyczekiwało jego odejścia. Więc odszedł. Tam, skąd jako siedemnastoletni chłopak wyjechał w niezbyt dobrej atmosferze. Choć w Ekstraklasie – jak na dwudziestoletniego zawodnika – doświadczenie ma całkiem spore (58 meczów i 4 bramki), raczej nie tak wyobrażał sobie wypłynięcie na szerokie wody.

W Gdyni jednak – podobnie jak Szwoch – z miejsca wskoczył do składu i zaczął robić różnicę. To w dużej mierze dzięki niemu Arka tak szybko zapewniła sobie awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Sześć bramek i cztery asysty w jedenastu meczach. Bilans, co tu dużo mówić, bardzo dobry. Jego przyszłość w zespole z Gdyni stoi jednak pod znakiem zapytania. Formella został bowiem jedynie wypożyczony do końca czerwca, a przygotowania do nowego sezonu ma rozpocząć już z Lechem. Jak to się zakończy? Cóż, nie będziemy oryginalni – czas pokaże. Fani „Kolejorza” po udanej rundzie pomocnika są raczej mimo wszystko wciąż dalecy od wyczekiwania z utęsknieniem jego powrotu, w Arce przeciwnie – na pewno ucieszyliby się, gdyby Formella mógł jednak pomóc drużynie na boiskach Ekstraklasy.

Yannick Kakoko

„Ten, który trenował z Kroosem i Alabą”. Jeden z nielicznych piłkarzy Arki, którzy zawodników ze ścisłego światowego topu okazję mieli obserwować nie tylko w telewizji. Większość kariery spędził w Niemczech, przez kilka lat występując w młodzieżowych drużynach Bayernu, z którym zresztą zdobył mistrzostwo Niemiec do lat 17. Po drodze coś jednak poszło nie tak i ostatecznie nie zdołał on podążyć śladami swoich sławniejszych kolegów. Jego limitem możliwości za naszą zachodnią granicą okazało się osiem minut spędzonych na boiskach drugiej Bundesligi. Chwilę popykał jeszcze w Szwajcarii po czym ostatecznie wylądował w Polsce – konkretniej w Miedzi Legnica. Choć z początku grywał tam całkiem sporo, jego sytuacja uległa zmianie po przyjściu Ryszarda Tarasiewicza. Sam Kakoko przyznawał zresztą w wywiadach, że było mu z nim nie po drodze. Do Arki sprowadzono go raczej jako uzupełnienie składu i alternatywę dla Michała Nalepy. Z czasem jednak zaczął poczynać sobie coraz śmielej i z pewnością nikt nie traktuje go w Gdyni jak piąte koło u wozu. Dobre uderzenie, umiejętność przytrzymania futbolówki, a także niezbędna na tej pozycji agresja. Jak na tak krótki pobyt w naszym kraju, całkiem nieźle radzi sobie również z naszym językiem.

160510PYK0044

Antoni Łukasiewicz

Admirał. Bez cienia wątpliwości jedno z najważniejszych ogniw tego zespołu i zarazem zawodnik z największym w drużynie stażem w Ekstraklasie. Chwilę pokopał także w Hiszpanii (Elche) i Portugalii (Leiria). Na murawie zajmuje się głównie odwalaniem czarnej roboty – jeździ na dupie, gryzie rywali po piętach, nie odstawia nogi, potrafi zagrzewać kolegów do walki. Poza boiskiem wcale jednak nie sprawia wrażenia gościa, którego przed chwilą oderwano by od pługa. Przeciwnie – jest poukładany, wygadany, inteligentny i nie ma problemu z trzeźwym spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość. Do dziś śni się po nocach José Mourinho. No dobra, może przesadzamy. Tak czy siak, Łukasiewicz był autorem jednej z bramek w wygranym 2:0 meczu I rundy Pucharu UEFA pomiędzy Polonią Warszawa i FC Porto. FC Porto, które okazało się późniejszym triumfatorem rozgrywek (sezon 2002/03). A że stołeczna ekipa pierwsze starcie przegrała 0:6? Niewiele znaczący szczegół.

Grzegorz Tomasiewicz

Reprezentant Polski do lat 19, piłkarsko ukształtowany w największej mierze przez Legię. W obecnych rozgrywkach nie otrzymywał jednak zbyt wielu szans od Grzegorza Nicińskiego, co – biorąc pod uwagę to, z kim bił się o miejsce w składzie – nie może zbytnio dziwić. Niby strzelił jedną bramkę, niby zanotował trzy asysty, ale ogólnie mało go było widać. I to wcale nie z powodu niskiego wzrostu. Mecze w pierwszej drużynie regularnie przeplatał występami w trzecioligowych rezerwach. Tomasiewicz wciąż ma jednak dopiero 20 lat. Jak na polskie standardy jest – nie oszukujmy się – wciąż młody.

Miroslav Bożok

Przykład tego, że do Gdyni z sentymentem powracają również obcokrajowcy. Nawet po odejściu z Arki Bożok chętnie meldował się nad morzem, zdarzało mu się także wpadać w wolnej chwili na mecze swojego byłego-obecnego klubu. Choć stanowił on jeden z elementów zagranicznego zaciągu, który stoczył Arkę do I ligi, wobec niego akurat kibice wciąż żywili sympatię nawet pomimo sportowej degrengolady. Słowak – podobnie jak Rafał Siemaszko – w Gdyni zaznał zarówno goryczy spadku, jak i słodyczy awansu. W przeciwieństwie do Siemaszki, Bożok po degradacji zdołał jednak znaleźć angaż w Ekstraklasie – najpierw w Bełchatowie, a następnie w Łęcznej, do której przeszedł po rocznym pobycie w ojczyźnie. Przed sezonem wrócił koniec końców „do siebie”. Trzeba jednak przyznać, że jak na razie gra w kratkę. Naprawdę przyzwoite spotkania przeplatał nieraz kompletnie bezbarwnymi. Mimo wszystko z Gdyni na pewno nikt nie będzie go chciał siłą przepędzać.

Marcus Da Silva

Spolonizowany Brazylijczyk. Szybka, dobrze ułożona stopa, niezły strzał, sporo polotu, a od jakiegoś czasu także coraz większe zaangażowanie w defensywie. Przebieg jego kariery w najlepszy sposób oddałby tytuł cyklu powieściowego Marcela Prousta – „W poszukiwaniu straconego czasu”. Po wyjeździe z ojczyzny Marcus najpierw błąkał się bezcelowo po Litwie, Łotwie czy Chorwacji, a gdy trafił już do Polski, przez długi czas kopał w niższych ligach. Gdy ostatecznie trafił do wymarzonej Ekstraklasy – konkretniej do Bełchatowa – po jednej rundzie musiał pakować walizki i wracać do Rumi.

W Arce również nie przekonali się do niego od razu, ponieważ angaż w Gdyni dostał dopiero za trzecim podejściem, wcześniej rezygnowano z niego po testach. Z perspektywy czasu trudno zrozumieć, jak doszło do tego, że dwukrotnie postanowiono go odpalić. Marcus od kilku sezonów stanowi bowiem jeden z najjaśniejszych punktów zespołu, a w trwających rozgrywkach zapewnił sobie miano najlepszego w historii klubu strzelca na zapleczu. Teraz, w wieku 32 lat, Brazylijczyk w końcu otrzyma prawdziwą szansę na udowodnienie, że w elicie nie znalazł się wcześniej wyłącznie z powodu niesprzyjających splotów okoliczności.

NAPASTNICY:

Paweł Abbott

Śmieszek, dobry duch szatni, mistrz dystansu do siebie, ulubieniec dziennikarzy, no i  – rzecz jasna – legenda Turbokozaka. Jednym słowem – pozytywny gość. No i, co najważniejsze, całkiem niezły napastnik. Większość kariery spędził w niższych ligach angielskich. Sam siebie zresztą uważa za produkt brytyjskiej myśli szkoleniowej – rosłego, silnego, nie pozwalającego sobie w kaszę dmuchać napadziora. Przed powrotem do Polski wielu zastanawiało się, ile tak naprawdę są warte hurtowo zdobywane na angielskiej prowincji bramki. Początki nie były łatwe. W Ruchu Chorzów miał na starcie spore problemy z przystosowaniem się do starych-nowych realiów. Ostatecznie w barwach „Niebieskich” zdobył w Ekstraklasie sześć goli. Następnie wylądował w Zawiszy, w którym błyszczał na zapleczu, jednak później doznał poważnej kontuzji. Koniec końców wylądował w Gdyni.

Tam przeszedł drogę od zera do bohatera – od szydery do przyśpiewek na swoją cześć i wymownego pseudonimu „Abbottinho”. Jeszcze w grudniu 2014 roku był praktycznie na wylocie, w Arce pozostał wyłącznie dlatego, że zarząd nie potrafił znaleźć nikogo lepszego na jego miejsce. W obecnych rozgrywkach przeszedł jednak transformację rodem z Pokemonów i odpalił aż miło. Gdyby ktoś przed sezonem stwierdził, że Abbott będzie najlepszym strzelcem zespołu oraz jednym z kluczowych zawodników w drodze Arki po awans do Ekstraklasy, prawdopodobnie zostałby zapięty w kaftan i odwieziony na sygnale w wiadome miejsce. Dziś kibice „żółto – niebieskich” nie wyobrażają sobie ataku bez niego.

W Huddersfield ponoć do dziś nie musi płacić rachunków w knajpach.

Gastón Sangoy

Piłkarz, który w normalnych okolicznościach do Arki – ani prawdopodobnie do Polski w ogóle – nie zawitałby nigdy. Nie z takim CV. Wychowanek Boca Juniors, były gracz Sportingu Gijón, w barwach którego występował na boiskach Primera División, były król strzelców ligi cypryjskiej, legenda Apollonu Limassol. No i przyczyna koszmarów Marty Ostrowskiej. To po odepchnięciu właśnie Sangoya w potyczce Legii z Apollonem – jak się później okazało fatalną w skutkach – czerwoną kartkę ujrzał Bartosz Bereszyński.

W Trójmieście Sangoy wylądował głównie dzięki przypadkowi. W Katarze los skrzyżował bowiem jego życiowe drogi z Wojciechem Ignatiukiem, który wcześniej przez kilka lat pracował w Arce jako trener przygotowania motorycznego. To właśnie Ignatiuk przekonał Argentyńczyka na obranie tak egzotycznego kierunku. Gastón długo się aklimatyzował i przez większość rundy nie był w stanie udowodnić, że swego czasu rzeczywiście miał okazję mierzyć się przeciwko najlepszym piłkarzom świata. Błysnął dopiero przed tygodniem w spotkaniu ze Stomilem, zdobywając bramkę i notując asystę.

Tak jak Łukasiewicz, miał też okazję przekonać się, jak smakuje zwycięstwo nad drużyną José Mourinho. Sangoy wystąpił w wygranym w sezonie 2010/11 1:0 meczu Sportingu Gijón z Realem Madryt (wszedł na ostatni kwadrans). Było to pierwsze przegrane u siebie w lidze spotkanie The Special One po… dziewięciu latach.

Rafał Siemaszko

Podobnie jak Michał Nalepa, od zawsze emocjonalnie związany z Arką. Grywał w niej zresztą jeszcze w jej ostatnim sezonie w Ekstraklasie. Spełnione marzenie musiało jednak mieć dla niego mimo wszystko mocno gorzki posmak – nie dość, że nie udało mu się zaistnieć na najwyższym krajowym szczeblu (12 spotkań, bez bramek), to na dodatek musiał jeszcze przełknąć gorycz spadku. Po dwóch latach – choć może nie będzie to zbyt trafne określenie, gdyż Siemaszko nigdy nie wyściubiał nosa poza kluby z Pomorza – tułaczki po niższych ligach (Orkan Rumia i Gryf Wejherowo) po raz kolejny dostał szansę na szczeblu centralnym – w Chojniczance. Po niezłym sezonie (6 goli i 3 asysty) Arka postanowiła dać mu drugą szansę. Karma do niego wróciła – tym razem zamiast spadku jest awans, a Siemaszko w wieku 29 lat stanie już prawdopodobnie przed ostatnią szansą na pokazanie się w Ekstraklasie.

Rashid Yussuff

Drugi – obok Pawła Abbotta – produkt angielskiej myśli szkoleniowej w Gdyni. W wyższych ligach na Wyspach również jednak nie zaistniał (choć jeden mecz w kadrze Anglii do lat 18 odfajkował). Trudno też tak naprawdę powiedzieć, by w Polsce spisywał się jakoś wyjątkowo dobrze. Niby pojawiał się na boisku 17 razy, ale w większości przypadków wchodził z ławki. Dwa gole tchu w piersiach także nie zapierają. Oddajmy mu jednak, co jego – trafienie w Grudziądzu zapewniło bowiem Arce komplet punktów. W ostatecznym rozrachunku jest to jednak zawodnik z tych, którym trenerzy przed zameldowaniem sie na murawie mówią pewnie coś w stylu: „Właź, biegaj, walcz, jak wpadnie – super, jak nie – trudno”.

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (0)