Viagra, kawa, aspiryna i kolarze. Kontrowersje futbolu na wysokościach
Weszło

Viagra, kawa, aspiryna i kolarze. Kontrowersje futbolu na wysokościach

La Paz i Quito. Zagadkowe górskie miasta, w których na nogach słaniają się największe osobistości piłkarskiego świata i gdzie wyższość miejscowych musieli uznawać gracze wyceniani na setki milionów euro. Nikt nie zrozumie na czym polega atut grania w piłkę nożną na najwyższym poziomie tak dobrze jak kibice w Ameryce Południowej.

Na początek – nieco teorii. Obrazek, który nie jednemu z was pewnie skojarzy się z niezrozumiałymi krzaczkami z podręczników do rozszerzonej matematyki. Ale spokojnie, nie taki diabeł straszny.

Zrzut ekranu 2016-04-29 o 14.21.47
źródło: praca zbiorowa pod redakcją M.J. Brosnan, „Impaired interval exercise responses in elite femalecyclists at moderate simulated altitude”

Już spieszymy z wyjaśnieniem. Wykres pochodzi z badań przeprowadzonych na grupie wyczynowych kolarzy, którzy mieli wykonać osiemnaście identycznych interwałów na wysokości 585 metrów nad poziomem morza oraz w terenie położonym wyżej o 1 515 metrów. Najpierw mieli wykonywać piętnastosekundowe sprinty z 45 sekundami przerwy, później z 30 sekundami i na koniec z 15 sekundami odpoczynku. Trójkąty pokazują, jaką energię wytworzyli na poziomie 2 100 metrów, a kółka – ponad półtora tysiąca metrów niżej.

Nie trzeba posiadać wybitnie analitycznego umysłu, by dostrzec, jak moc zmniejszała się, gdy w grę wchodziła wysokość. Osiągi względem „normalnej” wysokości spadały o 5-10%.

5-10%.

***

Nic więc dziwnego, że gdy mówimy o sporcie bazującym w coraz większym stopniu na wytrzymałości, jakim staje się z każdym rokiem piłka nożna, w którym przebiegane podczas meczu dystanse sięgają kilkunastu kilometrów, a liczba wykonywanych sprintów dobija niejednokrotnie do setki, każdy stara się jak najlepiej wykorzystać nawet najdrobniejszą fizyczną przewagę. Choćby dlatego przypadki stosowania dopingu wychodzące co i rusz na światło dzienne nikogo już nie dziwią.

Skoro więc podobne efekty można osiągnąć wyciągając rywali na wysokości, do jakich nie są przyzwyczajeni, samemu korzystając z graczy, którzy w takim miejscu mieszkają na co dzień – dlaczego nie? Mówimy przecież o co najmniej 5-10% przewagi w sporcie, w którym – cytując klasyka – decydują detale.

Tak na przykład wyglądał podstawowy skład i rezerwowi reprezentacji Boliwii na ostatnie spotkanie eliminacji rosyjskiego mundialu, rozgrywane w La Paz:

Romel Quinonez – Bolivar La Paz (3 629 m n.p.m.)
Erwin Saavedra – Bolivar La Paz (3 629 m n.p.m.)
Edward Zenteno – Club Jorge Wilstermann (2 564 m n.p.m.)
Ronald Eguino – Bolivar La Paz (3 629 m n.p.m.)
Leonel Morales – Sport Boys Warnes (419 m n.p.m.)
Alejandro Chumacero – The Strongest La Paz (3 629 m n.p.m.)
Danny Bejerano – Bolivar La Paz (3 629 m n.p.m.)
Rudy Cardozo – Bolivar La Paz (3 629 m n.p.m.)
Damian Lizio – Botafogo Rio de Janeiro (34 m n.p.m.)
Juan Carlos Arce – Bolivar La Paz (3 629 m n.p.m.)
Rodrigo Ramallo – The Strongest La Paz (3 629 m n.p.m.)

Jaime Arrascaita – Bolivar La Paz (3 629 m n.p.m.)
Yasmani Duk – New York Cosmos (10 m n.p.m.)
Marvin Bejerano – Oriente Petrolero (419 m n.p.m.)

Nie jest tajemnicą, że selekcjoner niejednokrotnie kosztem czysto piłkarskiej jakości sięga po zawodników, którzy są przyzwyczajeni do gry na znacznej wysokości. Dość powiedzieć, że Bolivar, którego sześciu graczy wybiegło walczyć o eliminacyjne punkty z Kolumbią, w tym sezonie Clasury gra bardzo, ale to bardzo przeciętnie i zajmuje ósme miejsce na dwanaście zespołów. Nikogo też pewnie nie zdziwi, że parę dni później na spotkanie przeciwko Argentynie w Cordobie, nie wyszedł już ani Quinonez, ani Saavedra, Zenteno, Cardozo, Arce czy Ramallo?

***

– To zwyczajnie nieludzkie. Tu się po prostu nie da oddychać. To było najgorsze doświadczenie w moim życiu i nie wróciłbym tam nawet, gdyby ktoś zapłacił mi za to milion dolarów.

Roni, były napastnik Flamengo o meczu z Realem Potosi rozegranym na Estadio Víctor Agustín Ugarte w Potosi (3 960 m n.p.m.), wypowiedź dla magazynu FourFourTwo.

***

Klubowi i reprezentacyjni lekarze nieustanie zachodzą w głowę, jak najlepiej przystosować zawodników do warunków panujących na tak znacznych wysokościach. Dla przykładu – zawodnicy River Plate przed meczem z boliwijskim San Jose de Oruro w ramach ubiegłorocznego Copa Libertadores już na dwa tygodnie przed meczem zaczęli uzupełniać dietę o kwas foliowy, a przed meczem otrzymali koktajl z kofeiny, aspiryny i… viagry. Taka mieszanka miała na celu pobudzenie ich i ich krążenia, by krew jeszcze sprawniej transportowała do mięśni tlen, którego w górskim powietrzu jest znacznie mniej.

Klub z Buenos Aires wypożyczył także specjalne maski tlenowe, by zminimalizować wpływ tych 3 735 metrów n.p.m., na których położony jest Estadio Jesús Bermúdez w Oruro, jednak ani to, ani tabletki na impotencję nie pomogły, a gospodarze wygrali 2:0, mimo że poza domem w tych samych rozgrywkach trzykrotnie zbierali bolesne lanie – 0:3 z River Plate, 0:4 z meksykańskim Tigres UANL i 0:2 z peruwiańskim Juan Aurich. Przypadek?

***

Zrzut ekranu 2016-04-29 o 14.35.19źródło: T. Williams, C. Walters – „The Effects of Altitude on Soccer Match Outcomes”

Wykres pokazuje zależność pomiędzy wynikami osiąganymi przez trzy reprezentacje rozgrywające swoje domowe mecze w miastach położonych na wysokościach ponad 2 500 metrów n.p.m. O ile w przypadku reprezentacji Kolumbii ta różnica nie jest tak widoczna, o tyle uważane za słabsze Boliwia i Ekwador czerpią ze swojego położenia bardzo wymierne korzyści.

Inną ciekawostką z wspomnianego raportu jest fakt, że Ekwador grając w Quito zdobywa ponad 25% punktów więcej niż występując na „normalnych” wysokościach, natomiast w przypadku Boliwii i stadionu w La Paz – o aż 45%.

***

Piłka nożna na dużych wysokościach to zresztą temat mocno kontrowersyjny już od dłuższego czasu. FIFA próbowała nawet wprowadzić regulacje odnośnie tego, na jakim poziomie rozgrywanie meczów piłkarskich miałoby być zabronione – głównie na wniosek argentyńskich i brazylijskich lobbystów, którzy mieli już dość dziwnych wpadek swoich reprezentacji we wspomnianych La Paz czy Quito.

Pierwotny pomysł był następujący – aby móc rozegrać spotkanie na wysokości pomiędzy 2 500 a 3 000 metrów nad poziomem morza, zawodnicy gości muszą mieć zapewniony co najmniej tydzień na aklimatyzację, przy jeszcze wyżej położonych stadionach – aż dwa tygodnie. Badania mówią natomiast o piętnastu dniach, jako o tym w stu procentach optymalnym okresie. Umówmy się, w wypchanym jak rękawki kulturysty kalendarzu piłkarza występującego na co dzień w Europie nie ma miejsca na dwutygodniowy urlop w Quito. Krótko mówiąc – oznaczało to zabicie reprezentacyjnego futbolu w stolicach Boliwii, Kolumbii i Ekwadoru.

Temu z kolei sprzeciwiła się cała masa autorytetów, na czele z 47-letnim wtedy Diego Maradoną, który w tym celu rozegrał pokazowy godzinny mecz na zaproszenie prezydenta Boliwii, Evo Moralesa.

Niedługo później przedstawiciele dziewięciu z dziesięciu południowoamerykańskich federacji zapowiedzieli, że będą ignorować zarządzenie światowego związku. Jedynym który nie zadeklarował bojkotu był przedstawiciel Confederação Brasileira de Futebol. Ale i on nie miał nic do powiedzenia, gdy FIFA zdecydowała się zezwolić wszystkim członkom CONMEBOL na goszczenie rywali w meczach o stawkę w swoich stolicach.

Już po roku pożałowała tego Argentyna z Messim, Tevezem i Di Marią na czele, zaliczając jedną z najbardziej kompromitujących wpadek w swojej długiej historii i tym samym znów wzbudzając dyskusję na temat sensu gry w La Paz. Żeby było śmieszniej – Argentyna prowadzona przez tego samego Maradonę, który kilkanaście miesięcy wcześniej z uśmiechem na ustach rozkosznie kopał sobie na tym samym stadionie w towarzystwie prezydenta Moralesa.

Jak długo do takich meczów będzie dochodzić, tak długo wokół gry na dużych wysokościach krążyć będzie ogrom kontrowersji. Póki co do tematu ponownego zawieszenia stadionów śniących się południowoamerykańskim piłkarzom w najgorszych koszmarach nie powrócono. No bo skoro Boski Diego dał radę…

SZYMON PODSTUFKA

KOMENTARZE (0)