Całe moje życie to zbieg okoliczności. Jak w Przypadku Kieślowskiego
Weszło Extra

Całe moje życie to zbieg okoliczności. Jak w Przypadku Kieślowskiego

A więc drodzy państwo, siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy. W rubryce „Casual Friday” czas na Andrzeja Twarowskiego, postać, której nie trzeba przedstawiać chyba nikomu w polskim futbolu. 

Pewnie chciałeś pogadać o Liverpoolu?

Na pewno chciałem od tego zacząć. Nie masz czasem wrażenia po takich meczach, że wszystko, co miałeś zobaczyć w piłce, już zobaczyłeś?

Oczywiście. Z jednej strony to cudowne – znaleźć się w takim miejscu i skomentować taki mecz. Totalny odlot. Ale nagle się kończy i przychodzą do głowy takie myśli: dobra, i co teraz? Czy to się powtórzy? Miałem kilka takich szalonych momentów. Kiedy Aguero strzelał gola w 95. minucie, nagle jedna akcja zdecydowała o losach całego sezonu i o tym, że klub odzyskał tytuł po 44 latach. Albo gol Rooneya. Powroty po takich meczach bywają trudne jak u piłkarza, który doszedł do celu, ale życie toczy się tak szybko, że za moment kolejne spotkanie, program i wracasz do rytmu. Schodzisz na ziemię i wspinasz się od początku. Trzeba szukać nowego celu.

Przy Premier League i europejskich pucharach możesz sobie w ogóle wyznaczać jakiś cel? Czy raczej – jak u Simeone – partido a partido?

Trafne określenie. Cel to dobrze zrobić mecz i program. Nie ma czasu na rozmyślanie. To młócka non stop. Na okrągło. Liga Mistrzów – trzeba obejrzeć, przygotować się, czasem pojechać. A jak jedziesz, to przeznaczasz na to dwa-cztery dni. Wracasz, jest Ekstraklasa i Premier League. Natłok olbrzymi. Czasem zwyczajnie chciałoby się odpocząć i wtedy jak z nieba spada przerwa reprezentacyjna. Gdybyśmy mieli jeszcze mecze kadry, to chyba doprowadzilibyśmy się do obłędu.

Lubisz taki młyn?

Kiedyś w takim funkcjonowałem. Telewizja. Gazeta. Teraz mam 45 lat, żonę, dzieci i czasem myślę, że coś mi przemija. Podobno nie ma człowieka, który na łożu śmierci powiedział: kurczę, żałuję, że nie zrobiłem Leicester – Bournemouth w 19. kolejce sezonu 2015/16. Raczej nachodzi refleksja, że najważniejsze są bliskie osoby. Gdy ktoś mnie pyta o największy sukces, odpowiadam: rodzina. I fakt, że potrafię to łączyć z pracą.

Zdarza się znużenie po tylu latach?

Gdyby się nie zdarzało, to by świadczyło, że nie mam w sobie krwi tylko same kable. Co kolejkę oglądam wszystkie mecze Ekstraklasy. Gdybym tego nie robił, czułbym się nie fair wobec widza i siebie. Muszę wiedzieć, kto jak zagrał. Nie mogę walnąć jakiegoś babola przy jedenastce kolejki. Lubię bazować na swoim spojrzeniu. Czułbym się niekomfortowo, gdybym dzwonił i pytał, jak kto grał. Zwykle pierwszy sobotni mecz do połowy mi umyka, bo muszę dojechać do domu po Premier League, ale poza tym przyjmuję wszystko. Telewizor, notatki i gapienie się w ekran. Teraz tylko zapisałem się na Twittera i to się właśnie wzięło po części ze znużenia. Oglądałem jakiś – delikatnie mówiąc – mało wciągający mecz, coś musiałem zrobić z rękami i wszedłem w profil Przemka Rudzkiego. Wrzucił post, że zdobył 51 punktów w Premier League. Ja miałem 5, więc pomyślałem, że pożartujemy.

Długo odżegnywałeś się od mediów społecznościowych.

Miałem konto „Twaro” od dawna, ale zapomniałem hasła. Dlatego założyłem „TwaroTwaro”. Jak znów zapomnę, to będzie „TwaroTwaroTwaro”. I tak w nieskończoność. Ale już wiem, że muszę się z tym obchodzić ostrożnie, bo mam tę tendencję, że gdy w coś wchodzę, to nie potrafię się odkręcić. ADHD. Kiedy ktoś do mnie napisze, czuję lekki obowiązek, żeby odpisać, ale wiem, że wszystkim się nie da.

Myślałem, że założyłeś Twittera po tym, jak ostatnio zaatakował cię Hirek Wrona.

Nie miałem o tym pojęcia do wczoraj. Co mogę powiedzieć? No okej, napisał, co chciał. Myślę, że jak spotka mnie na mieście, to będzie uciekał ze wzrokiem. Szansa mała, bo mieszkamy daleko od siebie. Szczerze? Po takim Hirku spodziewałbym się jednak czegoś więcej. Facet w pewnym wieku powinien złapać trochę dystansu. United w meczu z Tottenhamem grało padlinkę. To nawet zabawne, że kibic za nieudolność swojej drużyny lubi odreagować na komentatorze. Czyli dla zdrowia psychicznego widza w sumie jesteśmy potrzebni. Rozumiem, że uczucia kibica łatwo zranić, ale też nie zachowujmy się jak w piaskownicy. Żeby jednak nie było – nic wielkiego się nie stało. Chociaż jest trochę tak jak w tym dowcipie – zginął portfel, po chwili znalazł się, ale lekki niesmak pozostał. Bywam pamiętliwy, ale to dotyczy tylko kwestii zasadniczych, a to była w sumie błahostka. Zresztą nawet nie wiem, co tam Hirek powiedział czy napisał. Jego sprawa.

Nie zdziwiły cię te zarzuty o stronniczość?

Miałem masę takich sytuacji. Kiedyś w starej siedzibie Canalu pojawiał się kibic Liverpoolu, znany mecenas, który ciągle powtarzał, jak to on mnie lubi. Aż do meczu z United. Mascherano na boisku pożegnał się z rozumem i sędzia go wyrzucił. Powiedziałem, że Argentyńczyk zachowywał się skandalicznie i arbiter nie miał wyboru. Wtedy ten gość zaczął przysyłać różne SMS-y, których treść raczej nie nadaje się do zacytowania. Rozumiem, że można być kibicem i że piłka to emocje, ale ludzie, nie dajmy się zwariować. Kiedyś po meczu Arsenalu z United, kiedy doszło do ostrego spięcia pomiędzy Keownem z Van Nistelrooyem – można to znaleźć w internecie, Keown wyglądał jak wściekły tygrys – dostałem list. „Panie Andrzeju, kiedyś pana szanowałem, a teraz uważam, że jest pan…”. Tu pojawiła się cała litania. „Bo ja tę sytuację oceniłem tak, a nie inaczej”. Zauważyłem, że często w życiu najbardziej trzeba uważać na tych, którzy klepią cię po plecach.

Momentami te reakcje kibiców są jak w sporach dotyczących PO – PiS.

Ludziom wymykają się pewne rzeczy spod kontroli. Ktoś powie: fajnie, że są emocje, a ja uważam, że jak najbardziej, ale też nie dajmy się zwariować. W Liverpoolu rodzisz się albo niebieski albo czerwony. Akurat nasz kumpel założył tam teraz koszulkę Evertonu, spotykaliśmy kibiców The Reds i nie czuliśmy złej energii. Nie było napięcia czy chęci użycia argumentu w postaci pięści. Raczej typowo angielskie poczucie humoru. Hasła, które cię rozbrajały. Chciałbym, żeby takie dyskusje polegały na przekomarzaniu, a nie okładaniu się po wiadomo czym. Co w tym fajnego? Jakie świadectwo wystawiasz własnemu ojcu czy matce? To samo z hejtem w sieci. Hejter to człowiek z kompleksami i jakimiś życiowymi deficytami. Czy osoba szczęśliwa, wartościowa, która do czegoś w życiu doszła, tak się zachowuje? Smutne, że brakuje zwykłego szacunku. Normalnej życzliwości. Ktoś spotka cię na ulicy i poklepie: „fajnie, fajnie”, a w internecie schowa się pod nickiem i zacznie cię obrażać do trzeciego pokolenia wstecz. Jeśli kogoś to bawi, proszę bardzo, ale ktoś, kto do czegoś w życiu doszedł, nie będzie się brał za takie rzeczy.

No widzisz. A zapowiedziałem ten wywiad jako rozmowę z człowiekiem bez hejterów.

Ale ja mam hejterów! Może nie są ich całe zastępy, jednak też tego doświadczam. A może to nawet niedobrze? W końcu niektórzy mówią, że liczba wrogów jest miarą sukcesu. Przy konstruktywnej krytyce zawsze jednak zadaję sobie pytanie: „Twaro”, a może powinieneś to zrobić inaczej? Tu jest źle, to wymaga faktycznie poprawy?

Miałeś do siebie pretensje po Lidze+ Extra ze Stefanem Majewskim.

Bo wtedy ewidentnie przesadziłem. Wierz mi, nie jestem z tego dumny.

Od razu nastawiłeś się na rozmowę na kontrze?

Generalnie uważam, że dziennikarzowi nie powinno się to przytrafiać. Bardziej mi wstyd za ten program. Wiele osób mówiło, że „fajnie, fajnie”, ale moi rodzice nie byliby ze mnie dumni. Raczej zażenowani. Kontekst był taki, że cała sytuacja mi się nie podobała. Sądziłem, że toczy się nieczysta gierka wokół stanowiska selekcjonera i pewne siły próbują umieścić kogoś ze szkodą dla drużyny narodowej. Zagrały we mnie emocje. Niepotrzebnie. Można to było załatwić w bardziej cywilizowany sposób.

A może właśnie trzeba było podostrzyć?

Może, ale w tym przypadku poszedłem za daleko. Teraz wokół generalnie jest zatrzęsienie negatywnych, złych emocji. Każdy jedzie z każdym. Zastanawiam się, czy w programach też to trzeba robić non stop. Ktoś powie, że u nas jest za słodko? Mnie delikatna szpila wystarcza, ale wiem, że dzisiaj każdy chce, by krew tryskała we wszystkich kierunkach.

I mówisz to akurat w rozmowie z Weszło.

Wy też czasem przeginacie. Co innego przedstawiać w sposób humorystyczny – jak często robicie – a co innego krytyka zbyt daleko posunięta i bardzo personalna. Trzeba czasem brać pod uwagę uczucia ludzi. Ich rodzin, dzieci. Ale nie mówię tego jako przeciwnik Weszło. Raczej nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zajmujący się piłką nożną, nie czytał tej strony. A jeśli tak mówi, to wiadomo, że kłamie. Sam też nie jestem święty. Nieraz mnie ponosiło, choć żadna „panienka” na antenie nie poleciała. Zawsze miałem natomiast skłonność do zabawy słowem, wymyślania różnych kalamburów. Kiedyś z 18 lata temu powiedziałem podczas skrótów z Premier League,  że patrząc na grę Leeds można puścić „Pawia” (przydomek Leeds). Lekko niesmaczne. Dziś to chyba byłby suchar czy coś innego – nie kumam do końca tej terminologii.

Grubo.

No grubo, grubo (śmiech). Albo kiedy Nicky Butt strzelił zwycięskiego gola dla United, powiedziałem, że nie ma bata na Butta. W końcu Janusz Basałaj przyszedł do pokoju i powiedział: Synku, lądujemy. Weź się chłopie ogarnij.

To paradoks, bo tak wiele mówimy o krytyce, a ty trafiłeś do Canal+ właśnie dzięki temu, a raczej przez to, że ich krytykowałeś. To nieprawdopodobna historia, bo chyba żaden komentator nie startował w taki sposób.

Bo ja ogólnie jestem krytyczny, ale czuję się o tyle fair, że najbardziej krytyczny jestem wobec siebie. Tak analizuję swoje życie i moim ulubionym filmem powinien być „Przypadek” Kieślowskiego. Tak jest ze wszystkim! Nawet to Anfield. Przecież ja tam miałem nawet nie jechać. Miałem robić studio do LM, ale okazało się, że Marcin Rosłoń biegając zerwał więzadło w kolanie. Zadzwonił nasz wydawca, Piotrek Małkowski, najbardziej profesjonalny człowiek w telewizji na świecie, razem z Radkiem Śliwińskim, powiedział: – Twaro zmiana planów , musisz jechać do Anglii na City i Liverpool.

Ile to było przed meczem?

Dzień. Przebukowali bilety i tak znalazłem się w Manchesterze na Lidze Mistrzów, a potem na Anfield. A wiesz, jak poznałem żonę? Był w Warszawie taki klub „Piekarnia”. Bardzo fajne miejsce. Poszedłem tam i poznałem dziewczynę, która wpadła mi w oko. Gadamy, gadamy, wychodzimy z klubu i mówię: poczekaj chwilę na mnie. A ona musiała pomyśleć: kurde, co za bezczelny facet, odpaliła auto i pojechała. Nie znałem numeru telefonu, nic o niej nie wiedziałem. Co zrobiłem? Przez następne dwa miesiące piątek-sobota chodziłem do „Piekarni”. Po dwóch miesiącach patrzę: jest Aśka. Niesamowicie się to ułożyło.

A z tym Canalem jak dokładnie było? Historia jest w miarę znana, ale opowiedz ją szczegółowo – siedziałeś przy piwie z kumplem i jechałeś po komentatorach?

Siedziba była wtedy przy Kawalerii, gdzie nie było żadnej kantyny i najbliższym miejscem, w którym można było się posilić, był właśnie Garaż. Siedziałem, gadałem, a stolik obok widocznie siedziała osoba z Canalu, której nie znałem.

I faktycznie jechałeś równo z trawą?

 Bez przesady – nikogo nie obrażałem. Raczej byłem surowym recenzentem. I tak się niesamowicie złożyło, że potem siedzę w domu i dzwoni telefon.

– Halo?
– No cześć Andrzej. Janusz Basałaj z tej strony – znaliśmy się, bo środowisko dziennikarskie raczej się kojarzy.
– Cześć Janusz, co tam?
– Słyszałem, że nie podoba ci się, jak komentujemy mecze.
– Hmm, am, em… A co?
– Nieważne „a co”. Dotarły do mnie takie informacje.
– No okej, tak powiedziałem. Nie będę z siebie robił głupka.
– To jak jesteś taki mądry, chodź, sprawdzisz i pokażesz, jak to się robi – powiedział z przekąsem.

Niezły początek, co? Tych „przypadków” w moim życiu  jest więcej. Wyobraź sobie, że latem poleciałem z rodziną do Stanów. Idziemy ulicą w Nowym Jorku. Wszyscy już jesteśmy zrypani, mamy dość, ale moja żona jest taka, że jak już gdzieś lecimy, to wyciska taki wyjazd jak cytrynę, nie ma przebacz. – Chodźmy jeszcze do tego kościoła – mówi, a wszyscy już lekko konamy. Przekraczam próg kościoła, patrzę… Janusz Basałaj. Mówię: cześć, a jego mina… Nawet na mnie nie patrzy. Wzrok wbity pod kątem 45 stopni i jestem przekonany, że zastanawia się w tym kościele, czy przypadkiem nie są to jakieś zwidy. Szok krótko mówiąc. Po jakichś pięciu sekundach uzmysłowił sobie, że to realna sytuacja i odpowiedział: no cześć „Twaro”. Całe moje życie to jeden wielki zbieg okoliczności.

A wracając do tematu…

Pojechaliśmy ze „Smokiem” komentować pasjonujący mecz Wisła Kraków – ŁKS bez publiczności. Listopadowa szaruga i coś tam dukałem. Ale że Janusz coś w tym zobaczył, to już nadaje się do programu „Nie do wiary”.

Miałeś przekonanie, że zmarnowałeś szansę?

To był dla mnie tak gigantyczny stres, że dziś nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Ogólnie miałem trudny moment w życiu. Takie zakręty sam ze sobą. Próba podjęcia wyzwania była dla mnie tak kosztowna jak wspinanie się zimą w trampkokorkach na K2. Uznałem jednak, że muszę. Kiedy w życiu masz słabsze chwile – czego sam doświadczyłem – nie możesz się chować ani uciekać. Kiedy się schowasz, to możesz już nie wyjść.

Koledzy z NC+ mówią , że jesteś malkontentem.

Jestem różny. Czasem jest mi smutno, czasem łapię lekką euforię. Malkontent? Być może, ale nieszkodliwy. Umiem też cieszyć się życiem. Jak zabawa to raczej na całego. Spędziliśmy po pracy z „Wieszczem” wiele wieczorów, kiedy witaliśmy niewczesny poranek w Warszawie. Człowiek – jak każdy – potrzebuje takiego resetu, ale zdarzały mi się chwile, kiedy próbowałem sobie poukładać świat i nie było mi łatwo. Nie wstydzę się tego. To nadzieja dla osób, które mają trudny czas. Mimo wszystko trzeba walczyć, bo nie ma gór nie do zdobycia. Nie można się poddawać.

Co cię tak wytrąciło z równowagi? Pracowałeś fizycznie w Anglii, prawda?

Po kolei. Byłem na rozdrożu. Skończyłem liceum i jakimś cudem zdałem maturę, a – uwierz – uczniem byłem kiepskim. W podstawówce na Stegnach potrafiłem pójść do szkoły, by w pewnym momencie powiedzieć kumplom, że zginął mi tornister, wszyscy postawieni na baczność, przeczesaliśmy wszystko, zajrzeliśmy w każdy kąt. A potem wracam do domu i on leży na biurku. Zeszyt miałem jeden do wszystkiego, a właściwie go nie miałem. Uczyłem się w dwa tygodnie, kiedy wychodziła ewidentna lufa. Taka – wiesz – trója na szynach, wejście przed obrońcę rozpaczliwym wślizgiem (śmiech). Dobry byłem z WF-u. Kapitan w gałę, siatę, kosza. Do tego tenis stołowy, biegi przełajowe po Agrykoli.

Nie myślałeś o piłce?

Byłem wytworem akademii podwórkowej. Podanie na jeden kontakt, przerzut czy drybling nie sprawia mi problemu. Niedawno wzięliśmy udział w turnieju halowym Maćka Rybusa. Niezła obsada – Widzew, drużyna Maćka, piłkarze z Ekstraklasy. W trzech meczach wsadziłem cztery sztuki i zaliczyłem dwie asysty, a nie grałem dwa lata. Czy myślałem o piłce? Kiedy graliśmy mistrzostwa dzielnicy na Agrykoli, podszedł do mnie facet i zaproponował, żebym przyszedł na treningi. Miałem 16-17 lat. Poszedłem, ale kiedy zobaczyłem, że najlepszą rozrywką w szatni było oddawanie moczu na piłkę i kopanie jej po szatni, to uznałem: Dobra „Twaro”, spadamy stąd.

Zdałeś maturę i pojechałeś do Anglii?

Nie chciałem wylądować w armii i najpierw poszedłem do szkoły o profilu: handel zagraniczny. Kompletnie się tam nie odnajdywałem. Jedyne, co mi zostało, to trochę niemieckiego. Miałem wymagającą panią i dziś kiedy przejeżdżam przez Niemcy, nie mam problemu, by złożyć proste zamówienie w knajpie, czy poradzić sobie w sklepie. Zmienił się jednak nauczyciel. Nowy nad niczym nie panował. Wszyscy wchodzili mu na głowę i gadał sam do siebie. Poczułem w tym wszystkim taką totalną beznadzieję, że w końcu z bezsilności powiedziałem mojej ówczesnej dziewczynie:

– Chodź, pojedziemy do Anglii – byłem przekonany, że odpowie: oszalałeś? Jak to? Gdzie? Po co?.

A ona na to: – Okej.

Wtedy nie mogłeś ot tak zwinąć mandżur i jechać. Musieliśmy wykupić wycieczkę do Gdańska. Tak też powiedziałem rodzicom. Prawie jak w filmie „300 mil do nieba”. Sforsowaliśmy granicę w Dover, a tam tradycyjne pytanie. Po co jedziecie? Oczywiście, że pozwiedzać. Przecież nie po to, by tam żyć. Nikogo nie znaliśmy. Pierwsza noc – nie znaleźliśmy stałego lokum, więc zostało bed and breakfast, a w kieszeni 200 funtów. Następnego dnia znaleźliśmy miejsce do spania i dostałem się do pracy. Harówa nieprawdopodobna.

Co robiłeś?

To było miasteczko Aislebury. Pamiętam, bo Jermaine Pennant rozbił tam później o latarnię swojego Mercedesa. Pracowałem przy remoncie dużego centrum handlowego. 2,85 funta za godzinę. 16 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Wracałem o dwunastej w nocy, padałem na twarz, a o czwartej wstawałem, bo trzeba było dojechać na szóstą. Dwie godziny kimałem jeszcze w pociągu. I tak przez dwa miesiące. Non stop. Najgorzej było, gdy podjechała wielka kopara, która na łyżce miała świeży beton.  Nasz majster powiedział: weźcie taczki i przewieźcie ten beton na górę. Mieliśmy na to godzinę, a panował taki skwar, że musieliśmy to zrobić jak najszybciej, bo inaczej beton by związał i byłoby po ptakach. Rozpoczęliśmy nasz etap górski Tour de France. Trzy kondygnacje ślimakiem do pokonania z taczką dociążoną po sam rant. Poza tym wyburzaliśmy ściany młotem pneumatycznym. Co najgorsze – bez maseczek. Złapałem bakteryjne zapalenie płuc i musiałem się wypisać. Potem kolega dał mi pracę na Smithfield Market, gdzie życie rozpoczyna się o 22 i handel trwa do szóstej. Bardzo to lubiłem. Kolega John „The Eagle” – bo miał nos jak orzeł – dzwoni do mnie do dziś, a minęło przecież tyle lat. Wróciłem jednak do Polski, bo dziewczyna źle się czuła w Anglii. Uczucie przeważyło.

I wtedy zająłeś się dziennikarstwem?

Wiadomo jak. Przez totalny przypadek. Matka mojej dziewczyny powiedziała, żebym poszedł spróbować do „Gazety Wyborczej”. Robiłem tam małe relacje. Trzecia liga siatkówki kobiet, III liga piłki nożnej. Relacje na jeden akapit. Czułem, że są lepsi i że  nie rozwinę tam skrzydeł. Miałem jednak kumpla, Ryśka Szulczyka, który pracował w biurze ogłoszeń „Expressu Wieczornego”. Nagle zaproponował, że pojedziemy na giełdę samochodową do Słomczyna i będziemy sprzedawać w PKS-ie tygodnik „Auto Biznes”. Rysiek kupił megafon, wzięliśmy dwieście sztuk i sprzedaliśmy… może dwie. Więcej było z tego obciachu, niż zysku.  Rychu porządny chłop chyba miał lekkie wyrzuty sumienia wobec mnie, bo to miała być żyła złota (śmiech). No i powiedział, że pójdzie do szefa działu sportowego w „Expressu”, a nuż coś się wydarzy. Tak trafiłem do Jurka Chromika.

Który to był rok?

1993. Poszedłem do Jurka i dostałem następujący temat: na boisku B-klasy niedaleko Krakowa bramkarz stracił życie w wyniku zderzenia z obrońcą. Wyskoczył i trafił go kolanem w krtań. Kiedy to usłyszałem, zamarłem. Jak mam do tego podejść? Stwierdziłem jednak, że spróbuję. Porozmawiałem z rodzicami chłopaka i napisałem to wszystko odręcznie na jakichś kartkach A4. Wtedy to ja nawet kompa nie miałem. Przepisywałem to do siódmej rano, i z duszą na ramieniu zaniosłem to do Jurka. Czyta, czyta, dochodzi do końca, wstaje i mówi: gratuluję. Szok. Tekst trafił na pierwszą stronę pod winietą „Kulis”, czyli piątkowego wydania, które wtedy miało pewnie ze 300 tysięcy nakładu. Przeszedłem tam szkołę dziennikarstwa. Jurek uczył innego spojrzenia. Żeby wyjść poza schemat przy języku i opisywaniu. Ale wcześniej… Czekaj, za dużo mówię?

Co ty, opowiadaj.

Zanim zająłem się dziennikarstwem, znajomy siostry zaproponował mi pracę w firmie, która handlowała wykrywaczami metali. Totalny obłęd. Byłem tam gońcem. Jeździłem na przykład wodociągów w Puławach, by dostarczyć im część potrzebną do wykrycia usterki w sieci wodociągowej. W końcu facet, który prowadził firmę, spojrzał na mnie i stwierdził: „Andrzej, robisz postępy, chyba muszę cię zabrać na prezentację do wodociągów”. Wtedy uznałem, że czas uciekać. Pojawił się casting do działu sportowego w Radiu Zet. W komisji był obecny szef Eurosportu, Adam Widomski. Po pierwszym etapie ktoś po odsłuchaniu taśmy powiedział, że nie podoba mu się moja chrypa i wysłał mnie do lekarza foniatry. Starszego profesora przy Akademii Muzycznej. Wchodzę, otwieram usta i słucham, ile mam wad w środku. Facet oceniał głosy operowe, a tu podniebienie takie lekko skręcone, zwichnięte, generalnie cud, że w ogóle pacjent gada. Na koniec kazał przynieść prześwietlenie kręgosłupa.

– Niby dlaczego? – zapytałem.
– Przekona się pan.

Miał wydać oświadczenie, czy mogę pracować na antenie, ale odmówił, bo miałem ucisk na nerw. Dramat. Głos miał mi zanikać. Na tym etapie było nas jednak dwóch i ten drugi z tego wywiadu dowie się, że wygrał właśnie ze mną. Mam zerową pamięć topograficzną. Potrafię być w jednym miejscu dziesiąty raz i wciąż nie wiem, czy pójść w prawo, czy w lewo. Ale gdy zobaczę kogoś, kto mi mignął na urlopie w samolocie piętnaście lat temu, to prawdopodobnie go zapamiętam. No i zapamiętałem. A tym gościem był Robert Sitnicki, z którym dziś pracujemy w jednej firmie. On się dostał do Radia Zet, a ja zostałem na lodzie. To było jeszcze przed moim epizodem w „Gazecie Wyborczej”.

Masz chyba najbardziej absurdalne CV wśród polskich dziennikarzy sportowych.

Bardzo możliwe. Po drodze jeszcze pojechałem zrobić reportaż z żużlowego Grand Prix do Bydgoszczy dla „Trójki”. Wszystko nagrywałem się na taśmę, kompletnie byłem zielony w radiowej robocie. Nagrałem więc dwie godziny wycia jazdy motorów. Kiedy wróciłem i Artur Kulikowski to zobaczył, tylko złapał się za głowę. Pomógł mi to zmontować, a wtedy robiło się to żyletką i sklejką. Tak go zasypałem, że znad taśmy wystawał mu tylko czubek głowy. Z tego miejsca chciałbym mu podziękować i przeprosić. Dzięki niemu zadebiutowałem w popołudniowym „Zapraszamy do Trójki”. Ważna rzecz, bo „Trójkę” kocham miłością pierwszą i dozgonną.

Dziś w Canal+ sam jesteś „dyrektorem sportowym”.

Jakiś czas temu faktycznie miałem swój udział w sprowadzaniu komentatorów i reporterów. Od początku optowałem za przejściem Krzyśka Marciniaka z Orange, co zaskoczyło wiele osób, bo wcale nie był tam numerem jeden. Wiedziałem jednak, że do nas będzie idealnie pasował. Kiedy okazało się, że Canal ma całą ligę, Jacek Okieńczyc powiedział, że potrzebujemy na szybko zespołu.

Janusz Basałaj miał żal?

Miał. Przysłał kilka cierpkich SMS-ów, ale rozumiem go. Trudno się dziwić. Zobowiązałem się jednak, że przeprowadzę pewne rzeczy i wskażę odpowiednie osoby. Kwestia, czy same się dogadają i w ogóle będą chciały odejść. To rynek. Miałem jednak świadomość, że dla Krzyśka to może być coś fajnego. Podobnie było z Rafałem Wolskim i Przemkiem Pełką.

Hasło, o które muszę zapytać, czyli „zapinamy pasy i startujemy”. Ostatnio o Kloppie powiedziałeś, że wytwarza tyle energii, że mógłby ogrzać 200-tysięczne miasto. Na ile przygotowujesz sobie te komentarze, a na ile to spontan?

Dużo leci na spontanie. Siadanie głęboko w fotelach też nie wydarzyło się nagle. Wiedziałem, że chcę mieć coś swojego. Nigdy na nikim się nie wzorowałem. Szukałem własnej drogi. Uznałem, że potrzebuję czegoś, co odróżni jeden mecz od drugiego i da ludziom świadomość, że wydarzy się coś istotnego. Przyszły mi do głowy „pasy”. Takie hasła raz są lepsze, raz gorsze. Niektórzy uważają, że powinno się komentować bez głupich dygresji, ale ja uwielbiam zabawę słowem.

Mógłbyś dawać tytuły w „The Sun”.

Chyba odnalazłbym się. Lubię pobawić się słowem. Jedna z pierwszych moich zapowiedzi na Twitterze. „Tu masz Lis na żywo” do meczu Leicester City. Zawsze tak sobie kombinowałem. Kiedy widzę nazwiska piłkarzy, czasem np. czytam je sobie wspak. Dobry jest na przykład Milik! (śmiech)

Zdarzył się jakiś suchar?

Jestem w tym zielony. Co to tak naprawdę jest ten suchar? Śmieszne czy żenujące?

Czasem tak żenujące, że aż śmieszne.

Na pewno takie były.

Mówisz, że nie wiesz co to suchar, a przecież jesteś na bieżąco z językiem młodzieży.

Ostatnio zapytałem córkę:

– Co to jest to LOL?
– Weź sobie, tata, wygoogluj.

„Na propsie” też nie wiedziałem. Nawet się zastanawiałem, co to może znaczyć. „Naładowany?”. Stwierdziłem, że rozmowa z Rafałem Nahornym używając takich słów będzie miała fajną wymowę. Po prostu – żeby pozbyć się niepotrzebnego nadęcia. Nie lubię w komentarzu przesady. Patosu. Czasem to jest potrzebne, ale zdarzają się komentatorzy, którzy zalatują sztucznością na kilometr. Sorry, nie kupuję tego. Czasem trzeba dorzucić do pieca, ale potem ten płomień należy lekko zmniejszyć. To decyduje, czy nie ocierasz się jako komentator o śmieszność, bo jesteś tak napięty, że hohoho. Wtedy to niestrawne. Wiesz, z czego jestem dumny? Z Multiligi. Obsadzić tyle dobrych par komentatorskich live i tylu dobrych reporterów mając do zrobienia taką kobyłę to duża rzecz. Najbardziej mnie cieszy, gdy ktoś mówi, Multiliga? E to łatwe. A ja odpowiadam: na tym polega cała sztuka! Dopiero kiedy robisz coś dobrze, wtedy innym wydaje się to proste. Jak oglądasz narciarstwo alpejskie i widzisz gościa, który punktuje w pucharze świata, wydaje się, że to jest dziecinnie proste. Ot tak, pstryk, wkładam narty, bujnę się w lewo, prawo i wygrywam. Na tym to polega.

Fajnie, że wywołałeś tę multiligę. Złapaliście lekki mindfuck przy ostatnim zamieszaniu z tabelą i zasdami fair-play?

Oczywiście. Skoro nawet Paweł Mogielnicki na to nie wpadł, to… już chyba nikt nie mógł. Z jednej strony totalne szaleństwo, z drugiej – super. Widać, że to żywa telewizja. Nie możesz się spiąć. Musisz uznać, że być może nigdy więcej coś takiego się nie wydarzy i potraktować to jak dar od losu. To też buduje napięcie i dramaturgię. Można puścić oko. Zastanawiać się, czy to rozumiesz, czy nie. Na tym też polega sport – nie wiesz do końca, jak się rozstrzygnie.

Jednym słowem ten chaos i brak profesjonalizmu bywa czasem na rękę?

Chciałbym, żeby było na maksa profesjonalnie. Przeżyłem różne momenty przy Ekstraklasie. Sama afera korupcyjna. Oceniałeś coś, a po czasie dowiadujesz się, że wszyscy robili cię w bambuko. Aresztowania dotyczyły też przecież osoby, która u nas występowała. Byłem tym przerażony. Zastanawiałem się, jak ugryźć ten temat. Czy to wszystko ma sens. Kto na czymś takim jest najbardziej stratny? Kibic to oczywiste. I ten, kto sprzedaje produkt. Namów kogoś do kupna dekodera, jeżeli to, co przed chwilą się działo, okazało się jedną wielką ściemą. Trzeba podziękować chłopakom z „Wyborczej” od słynnego wywiadu z Piotrem Dziurowiczem.

Czułeś, że coś nie gra komentując jakieś spotkanie?

Kiedy robiłem Ligę+ z Pawłem Zarzecznym zdarzały się śmieszne mecze, ale człowiek mógł tylko puścić oko. Przecież nie masz dowodu. Co powiesz? Oskarżysz kogoś? To nie był łatwy czas, ale dobrze, że się wydarzyło. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Przecież nie Basałaj, Zarzeczny,Laskowski, Smokowski, Twarowski reżyserowali te mecze.

A teraz to jest liga, która daje ci pełną satysfakcję?

Myślałem, że rozwój pójdzie szybciej. Byłem przekonany, że Euro zmieni koniunkturę i stadiony będą pełne. Wygraliśmy organizacyjnie. Jestem za to wdzięczny Michałowi Listkiewiczowi, który zaniedbał wiele rzeczy – pamiętam jak u nas w studiu po aferze z sędzią Fijarczykiem powiedział, że to jedna czarna owca, a ja zapytałem, czy nie myśli, że to całe stado – ale Euro to niesamowity kop w sensie cywilizacyjnym. Kiedy oglądałem ceremonię ogłoszenia, łzy autentycznie wzruszyłem się. Nie myślałem nawet w kategoriach sportowych. Chodziło o to, że następnego dnia obudzimy się już w innej rzeczywistości. Jestem pewien, że Euro to był dla nas cywilizacyjny skok. Wszystko przyspieszyło. Często narzekamy na Polskę, a sami nie doceniamy tego, co mamy. Prawie każdy kto u nas był, jest Polską i Polakami zachwycony. Naprawdę powinniśmy być dumni z siebie i tego, co osiągnęliśmy od 1989 roku. Wracając do ligi – teraz tendencja jest wzrostowa, ale nie oszukujmy się, wiele znów zależy od Euro. Liga jest powiązana z reprezentacją. Polak kocha piłkę, ale tak jak każdy potrzebuje sukcesu by to uczucie mogło się rozwijać. Liga potrzebuje bodźca w postaci awansu do Ligi Mistrzów i np. dwóch drużyn w Lidze Europy. Mamy fantastyczne pokolenie w reprezentacji. Jestem pewien, że to zwiastun czegoś dobrego i trwałego, a nie tylko wyjątkowy zbieg okoliczności.

To prawda, że przyjaźnisz się z Lewandowskim?

Znamy się, ale to zwyczajna koleżeńska relacja. Ja generalnie nie kręcę się przy kadrze. Nie dążę za wszelką cenę do koleżeńskich relacji z piłkarzami. Fajnie jest pogadać, pośmiać się, ale to chyba obu stronom w zupełności wystarcza. Moim serdecznym przyjacielem był w trakcie kariery Aco Vuković. Spotkaliśmy się – oczywiście – przypadkowo. Szedłem Agrykolą do starej siedziby Canal+ i zobaczyłem, że komuś rozkraczył się samochód. Patrzę: Vuko. Spojrzeliśmy na siebie, zaczęliśmy się śmiać i właśnie wtedy złapaliśmy super kontakt. Czasem spotykasz ludzi, z którymi wiesz, że będziesz się dobrze czuł. Aco to tak mądry człowiek i porządny gość, że czasem brak słów. Byłem u niego na weselu w Banjaluce. Niezapomniane przeżycie. 250 osób i przez całą imprezą wszyscy tańczyli. Od tego, co miał trzy lata do tego 93-letniego. I każdy znał słowa piosenek. Fenomenalne. My się czasem wstydzimy zaśpiewać „szła dzieweczka do laseczka”, a u nich wszystko swojskie, prawdziwe.

Tak na koniec… Jeden z twoich kolegów powiedział, że jak na dziennikarza telewizyjnego jesteś wybitnie nietelewizyjny. W ogóle nie masz parcia na szkło, imprezy i wykorzystywanie popularności.

Bo tego nie lubię. Trochę gardzę takim lansem. To nie jestem ja. Nie mam aspiracji salonowo-towarzyskich, a na blichtr szkoda mi czasu. Życie jest za krótkie, by marnować je na ścianki. Wiem, że to potrzebne w moim zawodzie, bo potem ktoś zrobi badania rozpoznawalności, gdzie nie wypadnę najlepiej, ale jak na faceta z kodowanej stacji i tak parę osób mnie kojarzy. Dla znajomych i tak zawsze pozostanę „Johnnym ze Stegien”. Kiedy zapytasz na Stegnach ludzi z mojego pokolenia o „Johnny’ego”, to powiedzą co to za gość. A jeśli ktoś dwadzieścia lat temu jechał na Ursynów aleją Sikorskiego i widział wariata pod żółtą sodową lampą, który ćwiczył tam technikę i zwody, to byłem ja. A dziś w tym miejscu stoi nowa siedziba Canal+. Z jej okien widzę swoją podstawówkę. Przypadek? Nie sądzę!

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

KOMENTARZE (0)