Gdzie podwórko jest cenniejsze od złota. Śląska tożsamość Radzionkowa
Weszło Extra

Gdzie podwórko jest cenniejsze od złota. Śląska tożsamość Radzionkowa

Gdzie jedziesz? Do Radzionkowa? Tam grał Ruch, nie? Janoszka, ten z wąsem? – to pytanie w ostatnich dniach usłyszałem kilkanaście razy. Ktokolwiek urodzony przed 1990 rokiem słyszy nazwę Radzionków, od razu dopowiada: „Cidry”, Janoszka, 5:0 z Widzewem. Miejscowość licząca 20 tysięcy mieszkańców. Kościół. Targ. Kilka domów, sklepów, jakiś warsztat. No i Ruch. Ten ostatni rozsławił miasteczko efektywniej niż jakakolwiek kampania reklamowa, choć przecież formalnie nawet nie leży w jego granicach. Zresztą – nie ma pewności, czy granice w ogóle by bez Ruchu istniały.

Bytom Stroszek. Najbardziej wysunięta na północ dzielnica Bytomia, przejeżdżając przez miasto doskonale widać, z kim i z czym identyfikują się mieszkańcy tych okolic. Wystarczy jednak dwuminutowy spacer, by napisy o „Królowej Śląska” na odrapanych murach podmieniły żółte i czarne barwy. Choć nadal przebywamy w strefie, którą za swoją uważają również kibice Polonii Bytom, przed nami wyrasta enklawa i świątynia zarówno bytomskich, jak i radzionkowskich kibiców Ruchu, których w tych okolicach spotkać najłatwiej. Stadion, na którym święcili największe triumfy. Stadion, na którym gole strzelał Janoszka. Stadion, który za niecałe trzy lata przestanie istnieć.

By dobrze zrozumieć dzieje Ruchu i Radzionkowa, a przede wszystkim ich obecną sytuację, należy na wstępie wyjaśnić skąd wzięły się te dziwne podziały administracyjne.

ŻÓŁTO-CZARNA OJCZYZNA

1998 rok. Ruch osiąga właśnie największy sukces w historii, sensacyjnie dołącza do polskiej elity i staje się klubem najwyższej krajowej ligi. Równolegle jednak dzieje się coś równie istotnego dla tych ścian, murów i boisk. Od 1 stycznia tego roku, Radzionków nie jest już dzielnicą Bytomia, ale samodzielnym miastem. Tego chciała ludność, tego chcieli politycy, tego chcieli radzionkowianie dumni z własnej odrębności. Po ponad dwudziestu latach niekoniecznie pożądanego małżeństwa z Bytomiem, Radzionków dostał swoje tablice na granicach miasta. – Nie ma co się oszukiwać, bez sukcesów Ruchu ta decyzja nie byłaby tak prosta. Dziś władze miasta nie chcą o tym pamiętać, ale Ruch pełnił bardzo ważną rolę przy odłączaniu Radzionkowa. Budował poczucie wspólnoty, niezależności. Poza tym jeden z najważniejszych działaczy na rzecz oddzielenia się od Bytomia był jednocześnie prezesem klubu – mówią w rozmowie ze mną kibice z Radzionkowa. Wszystko faktycznie układa się w całość, a zbiegnięcie się w czasie tych dwóch wielkich wydarzeń tylko potwierdza wersję kibiców.


Radzionków w pigułce. Nazwa miasta, herb, koszulka Mariana Janoszki. Oczywiście w restauracji na stadionie na terenie Bytomia.

Przed Ruchem zresztą od początku postawiono właśnie takie zadanie. Gdy powstawał w 1919 roku, miał być odpowiedzią na formujące się w okolicy niemieckie towarzystwa sportowe. Jak wspominają autorzy książki „Żółto-czarna Ojczyzna” wydanej na 90-lecie Ruchu – piłka nożna w wydaniu klubowym miała być kolejnym ze środków w walce o plebiscytowe dołączenie Górnego Śląska w granice niepodległej Polski. Ruch powstał na trzy dni przed pierwszym Powstaniem Śląskim, a trochę ponad dekadę później jego piłkarze i kibice na jednym z turniejów przegonili podchmielonych Niemców przechwalających się przynależnością do partii Adolfa Hitlera.

Co prawda od początku Ruchu Polacy i Niemcy współpracowali ze sobą, piłkarze momentami startowali nawet we wspólnej „reprezentacji powiatu tarnogórskiego”, ale patriotyczny charakter Ruchu i duży nacisk na związek z lokalną małą ojczyzną cały czas stanowił istotny fragment działalności radzionkowskich pasjonatów sportu.


Ciderland. Janoszland.

Lokalność. Mała Ojczyzna. Te słowa w Radzionkowie brzmią nieco inaczej niż w innych miastach. Legendami Legii są ludzie urodzeni daleko od stolicy, niektórzy do Warszawy przyjechali w wojskowych mundurach, niekoniecznie z entuzjazmem. Największe śląskie kluby garściami czerpały z dorobku mniejszych – Mariusz Śrutwa zaczynał w Polonii Bytom, Ernest Pohl zanim stał się patronem stadionu Górnika Zabrze grał nie tylko w lokalnej Slavii Ruda Śląska, ale też w Legii i w Orle Łódź. W Ruchu jest z kolei Marian Janoszka, który prawdopodobnie nawet na wakacje wyjeżdża najdalej do Katowic. Marek Zorzycki, wiceprezes, wcześniej masażysta, w klubie od 1988 roku. No i kibice, którzy chodzili na Stroszek, gdy był w obrębie Radzionkowa, gdy przylegał do dzielnicy Radzionków w mieście Bytom i teraz, gdy znajduje się poza granicami ich miasteczka.

Otwieram jeszcze raz wspomnianą książkę, „Żółto-czarną Ojczyznę”. Słowo od autorów.

O czym jest ta książka? O tym, co na Górnym Śląsku najważniejsze: o domu, o rodzinie, o sąsiadach. O dobrej robocie i jej umiłowaniu. O małej ojczyźnie, na którą składa się własny dom, podwórko, ogródek, szkolne boisko, droga do kościoła i sobotnie popołudnie spędzone na stadionie. Słowem – o Radzionkowie. Bo przecież Radzionków to prawdziwa kwintesencja tego, co nazywamy „śląską tożsamością”, „śląskim charakterem”, „śląskim duchem”.

Czy to właśnie „śląska tożsamość” nakazywała radzionkowianom walczyć o prawo do posiadania własnego miasta? Czy może to jednak te wspomniane sukcesy Ruchu, ta wiara, że skoro Janoszka potrafi wprowadzić klub do I ligi, to i Radzionków poradzi sobie poza granicami Bytomia? Tak czy owak – w 1998 roku Radzionków uzyskał niezależność. W euforii przeszkadzał tylko jeden szkopuł. Stadion Ruchu pozostał wraz ze Stroszkiem w Bytomiu. Ale w czasach walki o awans do najwyższej ligi, nikt nie zwracał na ten szczegół uwagi.

JA JUŻ BYŁEM EMERYTEM

Marian Janoszka stoi w drzwiach jednego z najbardziej oryginalnych stadionów w Polsce jak sołtys otwierający bramę swojego gospodarstwa. Charakterystyczny balkon, na którym czeka aż wgramolę się po schodach jest tuż nad graffiti z jego podobizną. Zresztą, gdy tylko wchodzimy do restauracji widać od razu, kto tu jest szefem. Koszulki, bluzy, kubki, plakaty – wszystko z charakterystyczną twarzą i czarnym wąsem. Jeszcze kilka lat temu w lokalnych sklepach można było nawet płacić specjalnie wytłoczonymi dukatami z podobizną legendy klubu i miasta.

Startował jeszcze w latach siedemdziesiątych. Jego kariera trwała dłużej, niż życie niektórych kolegów z boiska w jego ostatnich meczach dla Ruchu. W Radzionkowie nie tyle jest symbolem, co uosobieniem klubu. Wrzucił na półkę z bajkami powiedzonko Fergusona o tym, że żaden piłkarz nie może być większy niż drużyna. Janoszka może, należy mu się, po tych kilkudziesięciu latach na stanowisku piłkarza, trenera, górnika. Radzionkowianina.

Gdy zaczynałem faktycznie trzeba było zjeżdżać pod ziemię – odpowiada na moje pierwsze pytanie, czy naprawdę w trakcie swojej kariery piłkarskiej miał też podziemny epizod. – 400 metrów, 600 metrów. Tam się pracowało do 10, 10.30 a potem od razu na 11.30 na trening. Takie były czasy, zresztą momentami to było również w ramach kary za słabą grę. Podobnie działały Szombierki, takie zejścia do kopalni zdarzały się też w Górniku Zabrze. Ale jednocześnie te same kopalnie zapewniały klubom byt.

Najważniejszy człowiek tamtych lat to bezsprzecznie Paweł Bomba, który pracując jednocześnie w Ruchu i w kopalni, wymarzył sobie silny klub w najwyższych ligach. Piłkarze poza zjazdami pod ziemię zaczęli też wykonywać prace porządkowe na stadionie. Dwie kopalnie i miasto, wówczas jeszcze żywo zainteresowane swoim klubem, zapewniały stabilność finansową. – Nie były to jakieś kokosy, ale jednocześnie nikt się nie musiał martwić o pieniądz – przyznaje Janoszka. Zaczęły się awanse, „Ecik” zaczął strzelać po dwadzieścia goli na sezon. Wtedy zresztą po raz pierwszy zaryzykował i wyjechał z domu. – Temat wyjazdu do Niemiec wyszedł od trenera Jana Liberdy. Dowiedziałem się trochę przez przypadek, wyjechać miał ktoś inny, ja wtedy stwierdziłem, że może w sumie bym spróbował. Przekonywano mnie, że klub mnie nie puści, że jestem zbyt ważny dla drużyny, ale jakoś udało się to załatwić. Niemcy za mnie zresztą zapłacili.

Janoszka poza domem wytrzymał sezon. Właściwie nie musiałem pytać, czemu nie został dłużej. – Bez rodziny, samemu… Miałem propozycje do Cottbus, do Aue, ale rok w samotności to już za dużo. Był co prawda Leszek Partyński z Lecha, graliśmy tam we dwóch, ale to nie to samo. Człowiek jest jakoś przyzwyczajony, przystosowany do Radzionkowa, do tych ludzi, do tej atmosfery. Strzeliłem trzynaście goli i wróciłem. Podchodziłem do tego na zasadzie: „mam już swoje lata, pogram sobie jeszcze trochę u siebie i tyle”. Tu jest zresztą specyficzny klimat. Nigdzie nikogo dalej nie ciągnie.

To był 1991 rok. Trzydziestoletni Janoszka naprawdę nie oczekiwał już od futbolu niczego. – Tu pograć i tu zakończyć tę karierę. A okazało się, że to była nie emerytura, a dopiero początek!

***

Najpierw po sezonie w Ruchu po 32-letniego Janoszkę zgłosił się GKS Katowice, klub z najwyższej ligi, z aspiracjami na więcej, niż tylko ligową szarzyznę. Mniej więcej w chwili, gdy Janoszka początkowo planował kończyć karierę, katowiczanie z nim w składzie awansowali do pucharów. Zamiast emerytury – ganianki z gwiazdami europejskiego futbolu. Głośno było o tym, jak Janoszka puścił wiązankę do samego Zidane’a, pajacującego w barwach Bordeaux. „Skońc knolić, ino zacnij groć”.

Prezes Dziurowicz nalegał, Romek Szewczyk jeździł ze mną na treningi. Stwierdziłem, że spróbuję sobie tej Ekstraklasy. Zostawiłem trochę zdrowia, troszkę bramek nastrzelałem. W jednym sezonie chyba tylko Zenek Burzawa mnie wyprzedził. Do tego doszedł Puchar Polski, wicemistrzostwo, no i wreszcie Benfica w europejskich pucharach – do tej pory Janoszka opowiada bez emocji, jakby przypominał sobie, czy zapłacił już w tym miesiącu rachunki. Ale po chwili się ożywia, dociera do niego, jak dużo osiągnął. – Ja takie rzeczy dotąd to widziałem przecież tylko w telewizji! To mnie się nawet rok wcześniej nie śniło! Łaźnia w Lizbonie była większa niż ten budynek, w którym jesteśmy. Wychodząc na oświetloną murawę przechodziły dreszcze. Dopiero po pierwszym gwizdku wszystko schodziło. Szkoda, że kolana nie wytrzymały, musiałem powiedzieć prezesowi Dziurowiczowi, że już raczej na poziomie Ekstraklasy nie dam rady, że co najwyżej jeszcze trochę w Ruchu pogram. No i wróciłem.

***

Ta historia jest tak dobrze napisana, że aż ciężko uwierzyć w jej autentyczność. 35-letni facet bez kolan jeszcze raz zakłada koszulkę klubu, który reprezentuje właściwie od dziecka. Jeszcze raz gra nie dla sąsiedniego miasta, ale sąsiadów z podwórka. I okazuje się, że właśnie w tym okresie wprowadza klub do najwyższej ligi, po raz pierwszy i jedyny w historii, ba, w tej najwyższej lidze radzi sobie naprawdę nieźle.

II liga to było marzenie, o pierwszej nawet nie myślałem, to był dla mnie zamknięty rozdział. Najtrudniej było zresztą zrobić pierwszy awans. Potem każdy kolejny przychodził już łatwiej, siłą rozpędu. Zatrzymaliśmy się dopiero na Ekstraklasie. A i z Widzewem, w debiucie w tej lidze, wychodziło nam wszystko. Sukcesem byłby remis, nikt nie myślał, że powalczymy, każdy się modlił, żeby tylko blamażu nie było. A tu wpadła pierwsza bramka, zaraz druga. Myśleli, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie, a się bardzo mocno nacięli – wspomina Janoszka. Trener Paweł Janas w archiwalnym materiale Canal+ wieszczy, że mimo tego startu, Ruch będzie bił się o utrzymanie. „Cidry” tymczasem kończą w górnej połowie tabeli, z frekwencją wpędzającą w kompleksy o wiele większe ośrodki.

Kibice już po tym pierwszym awansie zaczęli się zjeżdżać ze wszystkich stron, Świerklaniec, Tarnowskie Góry, Piekary… Świetna frekwencja, głośny doping – zupełnie inaczej się gra w takich warunkach, tym bardziej, jeśli zna się tych ludzi z twarzy, z imienia. Każdy chciał się pokazać przed znajomymi, no i potem nie wstydzić się w tych sąsiadujących ze stadionem lokalach, które po każdym meczu tętniły życiem – opowiada „Ecik”. – I liga to były wysokie frekwencje, ale boom na Ruch zaczął się wcześniej, już za trzeciej, czwartej ligi potrafiło się na trybunach stawić po trzy tysiące ludzi.

W Ekstraklasie „Ecik” strzelał nawet po czterdziestce, jako pierwszy w historii polskiej piłki. Ale więcej o nim mówi chyba gol z ŁKS-em. Schodził właśnie do szatni z pękniętym łukiem brwiowym, tuż przed przerwą, za moment miał być operowany. Ruch jednak wywalczył rzut karny. – Prezes mówi: nie ma żadnej zmiany, a ty wracaj mi na boisko – wspomina Janoszka. – Strzeliłem i dopiero zaczęli mnie składać.


Fot.South Inferno ’04

***

Awanse zdobywała grupa ludzi z takim samym śląskim charakterem. Trener Jan Żurek, młody, z zapałem i wizją. Prezes Bomba, wspomniany już wcześniej, który z jednej strony potrafił składać kilkanaście razy ofertę za jednego gracza a ostatecznie kupować go za… mięsną półtuszę, z drugiej zaś – hartować zawodników zaganianiem ich do pielenia chwastów. Adam Kompała wspominał nawet, że w pewnym momencie piłkarze… zostali oddelegowani do budowy kościoła w pobliżu stadionu. Spore znaczenie miały też „odrzuty” z Górnika. – Lekki? Weźcie go sobie, pewnie gdzieś tam leży w gipsie – cytują autorzy monografii Ruchu kulisy ściągnięcia jednego z zabrzan.

Prawdziwa szkoła. Przeszli przez nią i Kompała, i Żurek, i Skowronek, w pewnym momencie nawet bracia Mak, Łukasz Skorupski czy Wojciech Grzyb. Choć do Radzionkowa trafiali w różnych okresach – zazwyczaj wywozili z niego całe tomy wiedzy. Nie tylko piłkarskiej, przede wszystkim życiowej.

LOJALNOŚĆ PONAD WSZYSTKO

Janoszka w barwach Ruchu grał ponad dwadzieścia lat, kolejne kilka spędził na innych stanowiskach w klubie, między innymi szkoląc młodzież. Dla wielu pozostaje wzorem lojalności wobec zespołu, a nawet wobec miejsca zamieszkania. W lepszych klubach spróbował tylko dwa razy, za każdym wracając do ukochanego Radzionkowa. Mielec? Miał dostać mieszkanie po Lacie, ale „coś mu się tam nie podobało”. Cottbus? Jak mówił w rozmowie z nami, rok bez rodziny to już za długo. Janoszka tłumaczy – jakoś się do tego Radzionkowa przywiązałem. Kibice dopowiadają ze śmiechem – żona nie puszczała dalej niż do Katowic.

Ale Janoszka nie był jedyny. Już w latach pięćdziesiątych Ruch przykuwał do siebie piłkarzy na stałe. Wracam do monografii wydanej na dziewięćdziesięciolecie. Opisany jest w niej przypadek Jerzego Szołtysika, jednego z najlepszych zawodników Ruchu, który brał między innymi udział w wygranym przez Górny Śląsk 7:0 meczu z reprezentacją Warszawy. Świetny występ w tak prestiżowym starciu Hanysów z Gorolami mógł być trampoliną do wielkiej kariery. Mógł.

– Szołtysik nie chciał się ruszać ze Śląska. Był elektrykiem, pracownikiem kopalni, tu miał rodzinę i swoje środowisko – analizuje Paweł Bomba. – Więcej wychowało się u nas świetnych zawodników: Labus, Matejczyk, Tyczka. Jednak wychowanie, jakie odbierali, stawiało na przywiązanie do swoich korzeni. Nie było mowy o szukaniu czegoś „poza”; poza domem rodzinnym, poza najbliższym otoczeniem, poza swoją miejscowością i miejscem pracy.

Paradoksalnie to przetrwało właściwie do dziś. Jan Żurek w cytowanej już wielokrotnie książce wspominał, że jeszcze przed rozpakowaniem walizek cała drużyna i działacze pojechali… na grzyby. Taka tradycja. Inna – kołocze, specjalne ciasta z jednej z lokalnych cukierni, która jak wiele innych przedsiębiorstw z Radzionkowa od zawsze wspierała klub. Konsumowane oczywiście na wszystkich możliwych przyjęciach, organizowanych nader często, jak na ten poziom rozgrywkowy. Do tego oczywiście dochodziły pite litrami jabłkowe cydry, od których pochodzi przydomek miasta – Ciderlandu oraz radzionkowian – Cidrów.

Lojalność dotyczyła nie tylko zawodników, ale i działaczy, świadectwa dali i Bomba, i Zorzycki, a także kolejny z prezesów, już z późniejszych czasów – Tomasz Baran. Kolejny lokalny pasjonat, by nie powiedzieć wprost: wariat, który zaczął trwonić pieniądze ze swoich dobrze prosperujących biznesów na lokalnych bohaterów w żółto-czarnych barwach. – Dopóki szły mu interesy, w klubie nie brakowało niczego. Był jak wcześniej Bomba – marzył o Ekstraklasie i miał dość upory oraz ambicji, by o to marzenie walczyć – przekonują radzionkowianie.

Sen o powrocie do Ekstraklasy skończył się, gdy Baranowi zaczęły topnieć oszczędności. Był zmuszony wycofać z rozgrywek I ligi klub, który jeszcze niedawno zajął w niej szóste miejsce. Do awansu brakło sporo, ale Ruch znów grał jak równy z równym z takimi markami jak ŁKS czy Pogoń Szczecin. – Miasto deklarowało wtedy pomoc, ale na deklaracjach się skończyło. Burmistrz stanął na środku murawy i przez megafon mówił, że w ciągu dwóch lat postawi nowy stadion, że duma miasta na to zasługuje. A przecież gdyby w tamtym okresie przenieść wreszcie klub do Radzionkowa, wznieść obiekt już na naszym terenie, nie byłoby mowy o wycofywaniu drużyny z ligi. No ale potem kampania wyborcza się skończyła i skończyły się plany budowy nowego stadionu w Radzionkowie – wspominają w rozmowie z nami kibice Ruchu.

Warunek był prosty – jeśli Baran wyciągnie klub z czwartej ligi na zaplecze Ekstraklasy, miasto zbuduje stadion. Gdyby wtedy powstał, gdyby wtedy dotrzymano słowa, które wcześniej złożono Baranowi… O tamtych czasach opowiada nam z kolei inny symbol radzionkowskiej lojalności i jakiejś tajemniczej siły wiążącej z tym miastem. Marek Zorzycki jest dziś wiceprezesem klubu, zanim jednak objął tę funkcję grał w rezerwach Ruchu, a następnie przez 20 lat pracował jako drużynowy masażysta. Przy zespole był i w Ekstraklasie, i w czwartej lidze, zaczynał pod koniec lat osiemdziesiątych. Momentami na swoją pensję zarabiał zaś pracując na targu należącym do klubu i zbudowanym na miejscu starego stadionu. Kibice przekonują, że nawet dziś, zamiast siedzieć w garniturze za biurkiem schodzi masować zawodników czy pomaga malować płoty. Jeden z tych, którzy tworzą duszę klubu.

Kiedy prezesowi Baranowi posypały się interesy, byliśmy zmuszeni wycofać zespół z I ligi. Pamiętajmy jednak, że nie próbowaliśmy żadnego umarzania długów, zakładania nowego stowarzyszenia. Nie, po prostu przez rok nie mieliśmy dorosłej drużyny, przez ten czas spłaciliśmy dużą część długów i dzięki temu do III ligi przystąpiliśmy już z w miarę poukładanymi finansami – wspomina Zorzycki. – Dwa razy klub był budowany od zera. Dwa razy docierał do I ligi, na najwyższy, albo drugi w kolejności poziom rozgrywkowy. Trwa trzecia odbudowa i idzie nieźle – przekonują fanatycy Ruchu.

Teraz klub długów właściwie nie ma. Ale największym problemem nie są tu niestety pieniądze.

BEZPAŃSKI STADION

Stadion w granicach Bytomia zawsze był dość kłopotliwy – remonty trzeba było wykonywać własnym kosztem, utrzymanie obiektu trzeba było organizować własnym kosztem. Samo doprowadzenie murawy do stanu używalności było wyzwaniem. Ale dziś na te wszystkie problemy w Radzionkowie patrzą z tęsknotą.

Obiekt Ruchu został w całości przejęty przez miasto Bytom w połowie minionej dekady. Od tego czasu pozostawał „na sprzedaż”, a dopóki nie było chętnych – korzystał z niego radzionkowski klub płacąc naturalnie za jego wynajem. W tym roku likwidator spółki po sześciu nieudanych próbach sprzedaży wreszcie zdołał znaleźć kupca. Do tej pory pozostający w zawieszeniu teren trafił do nowego inwestora. Bytom pozbył się ciężaru a przy okazji zarobił. Nowy właściciel obiektu zaś powiedział wprost – daję dwa i pół roku. Do tego czasu klub może spokojnie grać, może dalej prowadzić drużyny młodzieżowe, może dalej istnieć tak, jak przez ostatnie 97 lat. Potem stadion kończy żywot, enklawa Radzionkowa w Bytomiu przestaje istnieć.

Zawsze były z tym problemy. Stadion był tylko dzierżawiony, więc wszystkie prace porządkowe, wszystkie remonty spadały na klub, a właścicielem pozostawało miasto Bytom – tłumaczy Marian Janoszka. – Trzeba się było liczyć z tym, że w końcu ten obiekt stracimy. Może błędem było to, że jak myśmy awansowali do I ligi, nikt nie próbował wywalczyć jakiegoś stadionu w Radzionkowie?

Z Janoszką zgadzają się kibice, wskazując na całe lata zaniedbań kolejnych władz. – Prezydent Bytomia, Damian Bartyla, chyba mocniej się nami interesuje, niż władze Radzionkowa. Bytom ma o nas dbać? Kibic Polonii Bytom? Prezydent Radzionkowa i Rada Miasta cały czas podkreślają, że inwestują w stypendia, ale jakie to ma znaczenie, jeśli za dwa i pół roku nie będzie komu ich płacić? Co więcej, nawet władze powiatu w rozmowach z nami zapewniają, że dołożą wszelkich starań, by nam pomóc. Powiat tarnogórski będzie dbał o Ruch, a w tym czasie Radzionków będzie „szukał rozwiązania”?

Frustracja rośnie przede wszystkim dlatego, że sprawa dotyczy niemal każdego radzionkowianina, w końcu 200 juniorów w miejscowości liczącej 20 tysięcy mieszkańców to ogromna liczba. Rozjeżdżają się też ambicje fanów Ruchu i władz miasta. – Gdy graliśmy w I lidze za kadencji Tomasza Barana, usłyszeliśmy wprost od prezydenta – Radzionkowa nie stać na ten poziom rozgrywkowy, optymalny jest dla nas trzeci, albo czwarty. A przecież gdyby nie problemy prezesa Barana, gdyby w tym decydującym momencie otrzymał pomocną dłoń od miasta, może nadal bilibyśmy się o awans do Ekstraklasy.

Jedyna rzecz, jaką zrobiono na stadionie od mojej gry w Radzionkowie, to trochę zadaszenia i krzesełek, które trzeba było domontować, by spełniać wymogi licencyjne. I to też zrobiono własnym kosztem, gdzieś tam po remizach znaleziono ludzi z doświadczeniem w zbrojeniach, udało się znaleźć lokalnych sponsorów i tak to przebiegało – wspomina Janoszka. – Obecnie najrozsądniejsze wyjście to budowa obiektu w Radzionkowie, ale z tym problemy są już na etapie prawa do gruntu. Miasto ma kłopot, by odzyskać tereny od Agencji Rolnej… – dopowiada Marek Zorzycki, wiceprezes klubu. – Trwają rozmowy, ale konkretów nie ma.

Nam nie zależy na jakimś wielkim wypasionym obiekcie, ważne, żeby było chociaż boisko! Dajcie w końcu teren, dajcie boisko, a sami możemy na nim działać i budować. Nie ma nikogo, kto sprawdziłby możliwości dofinansowań, wsparcia od sponsorów, z dotacji. W Siewierzu prawie połowa całkowitego kosztu obiektu to różnego rodzaju dotacje. Brakuje wśród polityków ludzi, którzy próbowaliby walczyć o przyszłość klubu w ten sposób – przekonują kibice Ruchu. I nie są bez racji.

MIASTO BEZ BOISKA

Dziś stadiony mają wszędzie. Od Niecieczy, gdzie frekwencje kilkakrotnie przekraczają liczbę mieszkańców, po szereg mniejszych miast na Górnym Śląsku, z których każde chwali się nowoczesnymi budynkami klubowymi. Radzionków, 20-tysięczna miejscowość, nie ma nawet boiska trawiastego. Nie: „stadionu z boiskiem trawiastym”. Boiska trawiastego. Szukam w pamięci drugiego takiego przypadku, ale gdziekolwiek ruszyć w trasę – aż roi się od wiosek złożonych z dwóch domów, kościoła i pełnowymiarowego boiska. A przecież nie mówimy o wsi, ale o 20-tysięcznym miasteczku.

Kiedyś stare boisko Ruchu znajdowało się na terenie, na którym obecnie stoi targ i „Biedronka”. Stadion mógł powstać właśnie tam, ale wówczas plany były inne. Skończyliśmy z obiektem w Bytomiu, a w Radzionkowie nie ma nawet pełnowymiarowego boiska – tłumaczy Janoszka. Teraz, gdy dni obiektu na bytomskim Stroszku są już raczej policzone, kibice Ruchu spoglądają w stronę samorządu. Do tej pory wsparcie z miasta kończyło się właśnie na targu. – My nim zarządzamy od lat, część środków z targowiska trafia do klubu, ale wystarcza to głównie na utrzymanie obiektu. Miasto pomaga jeszcze poprzez stypendia i fundusze w ramach promocji miasta poprzez klub – wyjaśnia Zorzycki. Ze wsparciem małych sponsorów i tymi pieniędzmi udaje się trzymać w niezłym stanie stadion i drużynę Ruchu. Ale o budowie obiektu z własnych środków mowy być nie może.

Bytom nigdy przesadnie nie pomagał – dużym ustępstwem z jego strony było w ogóle pozwalanie na dalsze istnienie Ruchu na Stroszku. Nic dziwnego, że klub patrzył raczej w stronę „swojego” Radzionkowa. – Taka jest prawda, że to my wypromowaliśmy to miasto w Polsce. Jak tylko gdzieś się wspominało, że jesteśmy z Radzionkowa, to zawsze rozmowa opierała się o Ruch. A teraz miasto chyba nawet nie jest zainteresowane, co się stanie z klubem bez boiska… – przekonuje Janoszka. – Klub właściwie przestanie istnieć, razem z nim szkolenie młodzieży. Są niby orliki, ale to przecież za mało dla ponad dwustu dzieciaków, w dodatku trawiastego boiska nie ma żadnego. Trwają rozmowy, ale wszyscy jesteśmy raczej przygotowani na najgorsze.

Nadziei nie tracą jednak kibice z „Grupy Ratującej Ruch”, którzy cały czas prowadzą akcję #StadionDlaCidrów. Według nich na stulecie klubu miasto, które tak wiele zawdzięcza Ruchowi, mogłoby ofiarować chociaż pełnowymiarowe boisko trawiaste. Jedno, pierwsze, nawet nie dla seniorów, ale dla tych setek dzieciaków szkolących się w klubie. – To byłoby najlepsze, idealne rozwiązanie, boisko na stulecie klubu, które zbiega się z upłynięciem terminu wyznaczonego przez inwestora – tłumaczy Zorzycki. – Mamy dwa i pół roku, po których na pewno obiekt stąd zniknie. Do tego czasu musimy wywalczyć obiekt w Radzionkowie, albo razem ze stadionem zniknie też klub – mówią fanatycy Ruchu. – Najbardziej martwi, że na spotkaniu nowego inwestora, władz Radzionkowa i Bytomia, wyglądało to tak, że ten inwestor najbardziej się martwi o dalszy los klubu, że jemu najbardziej zależy, by nie zostawić nas na lodzie. W drugiej kolejności – władzom Bytomia. Na końcu naszym, radzionkowskim…

Sportowo klub daje sobie radę, wciąż bije się o awans, w drużynie gra między innymi Piotr Rocki, kolejny z tych, którzy wsiąknęli w radzionkowski klimat na dobre. Marketingowo to nadal poziom zaplecza Ekstraklasy, gazetka klubowa „Ciderland”, gadżety, smsowy kontakt z kibicami. Do szczęścia brakuje tylko jednego.

Prezes klubu, Marcin Wąsiak, w rozmowie z owym klubowym magazynem mówi, że nie wyobraża sobie gry na stadionie zastępczym, w innym mieście, dłużej niż przez pół sezonu. Ostateczny termin przeprowadzki to więc koniec 2019 roku. Do tego czasu albo Ruch dostanie obiekt, albo po odśpiewaniu „sto lat” zakończy działalność.

Dlatego, gdy dziś pytam kibiców, z którymi siedziałem w restauracji na stadionie – jakie mają plany na stulecie – słyszę tylko jedną odpowiedź. Przetrwać.

JAKUB OLKIEWICZ

KOMENTARZE (0)