Zwykła duńska rodzina uważała, że jestem psychopatą
Weszło Extra

Zwykła duńska rodzina uważała, że jestem psychopatą

Który rozdział w pierwszej wersji „Fucking Polaka” był bezsensowny? Czego najbardziej żałuje z duńskiego etapu? Kto chciał go ściągnąć do Polski jeszcze przed wydaniem książki? W czym Dania przypomina Niemcy z czasów Hitlera i na czym polegały popisówki policji? Co jest najtrudniejszego w dializie i dlaczego lepiej do niego nie podchodzić o dziesiątej? Dlaczego kluby chcą, by wszyscy byli niebiescy, a kiedyś byli czerwoni? I wreszcie, kto z Górnika Łęczna może zrobić karierę? O tym wszystkim w obszernym wywiadzie opowiada Arkadiusz Onyszko.

Napisałeś w swojej książce, że kiedy człowiek przez całe życie znajduje się w środku zawieruchy, dopiero po karierze zaczyna zauważać siniaki. Ile więc się ich zebrało?

Dopiero z czasem zdajesz sobie sprawę, że pewne sprawy odcisnęły piętno na zdrowiu i psychice. To dla mnie ciężki temat. Nigdy nie kalkulowałem. Zawsze byłem szczery aż do bólu. Niektórzy twierdzą, że fajnie być szczerym, ale kiedy przychodzi co do czego – nagle przestają być. Opisuję w książce sprawy prywatne, zawodowe, ale nie staram się wybielać. Chcę, by czytelnik sam sobie odpowiedział na pytania o mnie i wyrobił zdanie na mój temat. Ale wracając do pytania – parę tych siniaków się zebrało.

Najbardziej bolesny?

Chyba ten dotyczący mojej byłej żony. Działałem w emocjach. Czas leczy rany i dziś widzę, że to było kompletnie niepotrzebne. Można było to rozegrać w inny, bardziej cywilizowany sposób, ale emocje wzięły górę. Do dziś mnie to boli.

Myślałem, że najbardziej bolesny był ten moment, gdy zauważyłeś, że syn zaczyna się od ciebie odwracać. Udzielił nawet o tobie wywiadu w duńskich mediach.

Mogę sobie tłumaczyć, że to dziecko. Ile on miał lat? Piętnaście. Powiedział, co powiedział, ale też pod wpływem mamy, więc nie mogę mieć do końca pretensji. Gdyby był dorosły, miał 30 lat i mówił takie rzeczy, wtedy byłoby to ogromnie przykre, ale on jeszcze niczego w życiu nie doświadczył. Doszło do nieporozumień rodzinnych i może został do tego nakłoniony? Bardzo źle, że dopuszczono go do tego wywiadu. Dziecko nie powinno ferować publicznie takich wyroków.

Jakie dziś macie relacje?

Żadnych.

Kontakt urwał się całkowicie?

Tak jak mówię – działały silne emocje. Dzieci słuchały o mnie różnych rzeczy i stało się, jak się stało.

Na pewno kierowały tobą różne motywy przy pisaniu tej książki, ale nie chciałeś przy okazji właśnie trafić do syna?

Oczywiście, że tak. Ojciec jest jeden, jakikolwiek on będzie. Nigdy nie zrobiłem krzywdy moim dzieciom. Kiedy jeszcze mieszkałem w Danii, grali w piłkę, mieli dobre życie i zawsze się martwiłem o to, żeby one nie musiały się o nic martwić. Mam nadzieję, że w pewnym momencie się spotkamy i zrozumieją pewne rzeczy.

Książka na pewno dotrze do syna.

Na pewno. Teraz syn ma 23 lata, jak będzie miał dziewczynę lub żonę i swoje problemy, wtedy zobaczy, jak to wszystko wygląda. Może się zastanowi.

Czekasz na telefon od niego?

Liczę na to. Liczyłem też, że może się odezwie, kiedy byłem chory i zapyta: „co u ciebie tato?”. Widocznie to dla niego za ciężkie. Nie chcę demonizować, ale wiele osób rozwodzi się z partnerami, jednak utrzymują potem normalne kontakty dla dobra dzieci i one się od nich nie odwracają. Mam nadzieję, że syn zadzwoni. Czas na jego ruch.

Ostatnio zapytałem Grzegorza Króla, który też napisał książkę, choć jego losy były zupełnie inne niż twoje, czy zamieniłby to, co przeżył, na życie „normalnego” człowieka z korporacji, o stabilnej pracy, bez większych wzlotów i upadków.

Ja bym się nie zamienił. Kiedy pracujesz w korporacji, wykonujesz polecenia innych. Przychodzisz, robisz swoje, nie odzywasz się, bo nie chcesz konfliktów i boisz się o pracę, a na koniec wracasz do domu. O swoim życiu decydowałem sam. Wszystko, co mnie spotkało, wynikało z moich decyzji. Raz były dobre, raz złe, ale nikt mi niczego nie narzucał.

I jesteś zadowolony z wizerunku skandalisty, badboya?

Nie.

Ale masz świadomość, że postrzegano cię w zasadzie tylko tak. Nie jako piłkarza, tylko raczej gościa, który wywołał w Danii mega skandal.

Z książki, która miała 400 stron, wyciągnięto dosłownie dwa zdania, i to niepełne, po czym zrobiono z tego olbrzymią hecę. Dania to kraj liberalny, ale – w moim mniemaniu – zakłamany. Z jednej strony mówią: jak najbardziej zapraszamy uchodźców i lubimy kobiety z brodami, ale kiedy ci uchodźcy już przyjeżdżają, to zabierają im złoto i biżuterię. Podchodzi mi to pod Auschwitz i czasy hitlerowskie, gdy zabierano cenne rzeczy Żydom. Zabolało ich po prostu, że przyjechał Polak z konkretnymi poglądami. Najlepiej, żeby siedział cicho i cieszył się, że mieszka w Danii, ale… ja nie byłem żadnym uchodźcą, podpisałem kontrakt zawodowy, płaciłem potworne podatki i swoją osobą podwyższałem poziom drużyny oraz ligi. Grałem bardzo dobrze – nie boję się tego mówić. A że homoseksualizm jest moim zdaniem zły – mogę tak mówić. Jednym nie podoba się Renault, a podoba inne auto, a mnie nie podobają się homoseksualiści. Moi koledzy z drużyny śmiali się w szatni z gejów, ale gdy szli do wywiadu, to „nie, my się absolutnie z Arkiem nie zgadzamy!”. Ja taki nie chcę być. To zakłamanie. Przechodzenie przez życie pokazując, że nie jesteś sobą.

W trakcie rozmowy z dziennikarzem, który napisał twoją autobiografię miałeś świadomość, że  to wszystko odbije się takim echem?

Nie! W ogóle nie myślałem, że z tego homoseksualizmu zrobi się taka heca. To zwykły pogląd.

Czyli facet rzucił temat ot tak, a potem poszło…

Ale zrobiłem jeden błąd, bo powiedziałem: „nienawidzę”. Bez względu na wszystko nie wolno mówić, że się kogoś nienawidzi. Duńczycy podkreślają jednak na każdym kroku, że żyją w wolnym kraju i można głosić takie poglądy, jakie się chce. Doskonale wiedzieli, że po karykaturze Mahometa będzie dym jak skurczybyk. Zrobili to specjalnie, by podburzyć imigrantów na tle religijnym. Pamiętam, jak Anders Fogh, premier Danii, który potem był szefem NATO, mówił: „to wolny kraj, każdy ma prawo rysować i mówić, co mu się podoba”. Ale już gdy Onyszko powiedział „nie” homoseksualistom, to już naganne. Wyciągnęli tylko to, a nie zainteresowali się na przykład, jak wyglądało moje wychowanie w Polsce.

Z dnia na dzień stałeś się celebrytą.

Paradoks. Nikogo nie interesowało, że dobrze broniłem. Liczyło się tylko, że nie lubię homoseksualistów. I się zaczęło… Zaproszenia do telewizji śniadaniowych, wieczorowych. Zaakceptowałem pomysł pisania książki, bo traktowałem to jako nowe doświadczenie życiowe, ale w życiu nie spodziewałem się takiego odbioru. Dostała zero gwiazdek – książka nie do czytania. Masakra! A przy tym bestseller, bo poszło ponad 20 tysięcy egzemplarzy i po mnie zaczęli pisać inni duńscy piłkarze.

Ktoś też odpalił taką bombę?

Co ty! Oni tak lawirują, że gość powie ci prawdę w twarz, ale pójdzie do telewizji i będzie się martwił o własną dupę. Nie ma koleżeństwa.

Dania – teoretycznie dość liberalny kraj – niby powinien pasować do osoby z tak wyrazistym charakterem jak ty, ale z perspektywy czasu widać, że wiele rzeczy ci tam nie odpowiadało. To był dobry kierunek?

Nie mogłem się spodziewać, że będę tak represjonowany po jednym poglądzie. Potem pojechałem na testy do Anglii i nikt po mnie nie wyszedł. Spałem u nie wiadomo kogo w kurtce, bo tak było zimno, brakowało jedzenia, a na dodatek zablokowała mi się karta. Zdałem sobie sprawę, jak wygląda Zachód. Przekonałem się, że przez tę książkę mogę nigdzie nie dostać pracy i być może nie będę mógł nigdzie egzystować. I to jest moim zdaniem rasizm.

W Polsce do pewnego momentu informacje na twój temat ograniczały się do wzmianek o meczach. Potem poszła lawina.

Taka lawina, że telefon mi się palił! „Onyszko aresztowany” – jaka to była popisówka! Pojechali za mną do Kopenhagi i wieźli mnie 200 kilometrów na sygnale, jakbym kogoś zamordował. Breivik zamordował sto osób i wzięli go bez kajdanek, a mnie zakuli. Tak, jakby nie mogli poczekać aż przyjadę autokarem. Nie było żadnych świadków. Przyjęli wszystko, co powiedziała moja żona i niepełnoletnie dziecko. Kolejna afera – kiedy klub nie kupił napastników i nam nie szło, więc powiedziałem o tym w prasie. W Polsce by klaskali i mówili: „Onyszko – mega gość!”, a tam na drugi dzień w klubie tyle ludzi, że nie mogłem tego pojąć. Cokolwiek bym powiedział – było źle. Miałem wrażenie, że w ogóle nie mogłem się odzywać.

A jakie były reakcje zwykłych Duńczyków na książkę? Jak reagowali ludzie, których mijałeś na ulicy?

Wywiady zaczynały się od wytatuowanej ręki. Potem szli dalej. Łysy? Okej. I automatycznie wyrabiali sobie na mój temat opinię. Pracowałem potem z psychologiem i usłyszałem: „Arek uważaj, bo celowo przedstawiają cię jako narodowca i homofoba”. Jakie były reakcje? Zwykła, normalna duńska rodzina uważała, że jestem psychopatą.

Patrząc na samą okładkę duńskiej wersji, można było odnieść takie wrażenie.

Nie sprzedasz książki pt. „jestem ojcem, wożę dzieci do przedszkola i robię obiad”. Ludzie chcą trochę od środka, sensacji i prawdziwych przeżyć. Tytuł i zdjęcie przyciągało – Duńczycy widzieli, co robią. W trakcie rozmowy do książki powiedziałem też, że moim marzeniem jako dzieciaka było kupić sobie Breitlinga. I w książce pojawił się taki rozdział – o Breitlingu. Dla mnie totalnie bezsensowny, ale wiedzieli, że kiedy Duńczycy dowiedzą się, że zapłaciłem 50 tysięcy złotych, to ich szlag trafi, bo pracują, płacą 60-procentowe podatki i ich nie stać. Specjalnie tak ich podburzano.

Powiedziałeś kiedyś, że gdybyś wrócił do Polski szybciej, może to wszystko inaczej by się potoczyło. Przed czy po książce?

Przed. Paweł Janas dzwonił, czy byłbym zainteresowany grą w Koronie, ale ostatecznie wzięli Wojtka Kowalewskiego. Nie chciałem odejść z Danii. Kiedy wyjeżdżałem, w Polsce nie płacili i bałem się, że teraz będzie podobnie, a miałem już dwójkę dzieci. Myślę jednak, że gdybym wrócił wcześniej, to zagrałbym w reprezentacji. W wieku 36 lat wróciłem i broniłem bardzo dobrze.

Mógłbyś mieć też zupełnie inny wizerunek.

To prawda. I czasem się nad tym zastanawiam, ale nic nie dzieje się bez przypadku. Widocznie tak musiało być.

Jakich reakcji spodziewasz się po polskim wydaniu „Fucking Polak”?

Na razie reakcje przerosły moje oczekiwania in plus. Spodziewałem się, że znowu zacznie się wyciąganie bardzo pikantnych rzeczy jak rozdział z byłą żoną, ale jest raczej pozytywnie. Ludzie mówią, że książka dała im kopa pozytywnej energii. Pokazała, że człowiek może przejść przez wiele.

Ludzie mogli nie zdawać sobie sprawy, że z tą chorobą przeżyłeś aż taki koszmar.

Pokazałem, na czym ona polega. Wielu nie wie, że gdy nerki przestają pracować, nie oddajesz moczu i cokolwiek wypijesz – to zostaje w organizmie, bo nie jest filtrowane. Wypijesz litr – zostanie litr. Dializujesz, żeby to ściągnąć. Inaczej byś umarł.

onyszko-okladka-full

Co było najgorsze w całej chorobie?

Właśnie dializowanie. Bo gdyby się zagłębić i pomyśleć… Boże, jeśli to będzie trwało do końca życia, to jak ja będę żył? Co to za życie? Nigdzie nie wyjadę na wakacje, bo najpierw muszę znaleźć stację dializ. Mnie na rękach i tak zostało tego niewiele, ale ludzie mają takie gule od kłucia, bo igły są bardzo grube. Na dodatek jesteś żółty. Maszyna trzyma cię przy życiu, ale nie filtruje w stu procentach jak nerka. Właśnie to życie w zawieszeniu było najgorsze.

No i hasło od lekarza: zapomnij o piłce.

Z dnia na dzień koniec kariery. Nie, że robiłem się coraz starszy, coraz wolniejszy, coraz gorzej regowałem i nagle nie miałem siły na treningi. Przytrafiło mi się to w najlepszym momencie. Wróciłem do Polski, udowodniłem w Wodzisławiu, że jestem świetnym bramkarzem, podpisałem lukratywny kontrakt z Polonią, zacząłem odbudowywać wizerunek po książce w Danii, wszystko się odwracało i tu nagle taki cios.

Dostawałeś jednak wcześniej pojedyncze sygnały, że coś może nie grać. Na przykład białko w moczu podczas olimpiady w Barcelonie.

Oczywiście, ale w takim wieku człowiek to lekceważy. Trenujesz, zapierdzielasz, ile masz sił w nogach i tyle. W Danii też w pewnym momencie zrobili mi badania krwi – w pierwszej książce był zresztą rozdział o nerkach – ale wszystko wróciło do normy i grałem normalnie. Wszystko było w porządku, aż pani doktor zobaczyła wyniki i stwierdziła: „panie, przecież pan w każdej chwili może zejść!”. Byliśmy na obozie z Polonią, 40 stopni i miałem wrażenie, jakby krew uciekała mi z rąk. Trzęsły mi się ręce podczas obiadu. Miałem anemię. Mogło skończyć się tragedią.

Pomyślałeś, że może to dobrze, iż tak szybko się dowiedziałeś?

Nie mogłem się pogodzić.

Jak bardzo choroba zmieniła ci charakter?

Bardzo. Otworzyłem się na Boga. Kiedy wszystko skłania się przeciwko tobie, zastanawiasz się dlaczego.

Wielu uznałoby w takiej sytuacji, że Boga nie ma.

Ale Bóg właśnie w takich sytuacjach cię doświadcza i uzdrawia twoją wiarę. Nie tylko wtedy, kiedy się powodzi. Moim zdaniem to była celowa ingerencja w moje życie. Zagonił mnie do kąta, nie mogłem się ruszyć. Mogłem tylko się modlić, żeby to się zmieniło.

Jak dziś z twoim zdrowiem?

Funkcjonuję normalnie, biegam, chodzę na siłownię, ale nie mogę już trenować wyczynowo.

Gdzie dokładnie leży granica?

Staram się, żeby tętno nie skakało powyżej 140-150, bo to już budowanie wytrzymałości. Nie biegam interwałów. Raczej lekki jogging co drugi dzień. Nie mogę też jeść grejpfrutów, bo źle reagują z moimi lekami i zbyt dużo mięsa, bo mogą w nim być bakterie. Mam obniżoną odporność i nie mogę pozwolić, by choroba się rozwinęła, ale tak naprawdę to żadne ograniczenia. Żyję normalnie. Nastawiłem się mentalnie, że jestem zdrowy. Muszę tylko przestrzegać godzin brania leków.

I koło dziesiątej lepiej do ciebie nie podchodzić, tak?

Źle na mnie wpływa lek sterydowy. Jako zawodnik miałem gorący temperament, a ten lek działa bezpośrednio na układ nerwowy. Codziennie muszę go brać i rano jestem mocno pobudzony. Po przeszczepie musiałem przyjmować duże dawki, żeby nie było odrzutu i nie spałem przez miesiąc. Każdy mały problem robił się tak wielki, że nie mogłem sobie z tym poradzić. Biorę też magnez, który mnie wycisza.

Strach pomyśleć, gdybyś musiał to brać w trakcie kariery.

Ale bym fruwał po szesnastce… Miałem pseudonim „Hulk”, więc idealnie zaczęłoby pasować. Nie przebierałem w słownictwie i zachowaniu, ale trzymałem tę drużynę. Nie było uciekania w krzaki. Żeby w Danii mieć miejsce w składzie musisz być zdecydowanie lepszy od miejscowych. Mnie, obcokrajowca – po raz pierwszy w historii – wybrano najlepszym bramkarzem ligi.

O Lindegaardzie napisałeś jednak, że nie dałby rady w Polsce.

Od razu odpaliliby go za niechlujność, podejście i spóźnianie się na treningi.

Przy okazji – ciekaw jestem co sądzisz o Drągowskim i jego ostatnich zachowaniach.

Staram się go bronić. To młody chłopak i testosteron buzuje. Jedno mi się nie podobało – ta akcja z zapalniczką. Bramkarz powinien być kozakiem. Nawet gdyby ktoś go trafił, powinien odrzucić. Kiedy ktoś wchodzi w ciebie wyprostowanymi nogami, rób to samo. Wstań, otrzep się i pokaż, że jesteś niezniszczalny. Niech gwiżdżą na Drągowskiego za to, że może być super bramkarzem, a nie za takie akcje jak ostatnio.

Realizujesz się jako trener bramkarzy Górnika Łęczna czy to okres przejściowy? Powiedziałeś kiedyś, że kusi cię władza pierwszego trenera.

Realizuję się, ale w przyszłości chciałbym przejąć większą odpowiedzialność. Trener bramkarzy nie ma jej tak dużo. Oczywiście to szanuję, zawsze ostateczny głos należy do pierwszego trenera.

Stawiasz już jakieś kroki w kierunku zostania pierwszym trenerem?

Na razie nie. Mam pauzę w życiu i zobaczymy, co czas przyniesie.

Mówiłeś też, że marzyłeś o pracy w Dubaju.

Lubię to miejsce. Zawsze kiedy miałem wakacje w zimie, latałem tam. Nie wiem jednak, jak nerka zareagowałaby na takie temperatury. Być może to za duże obciążenia.

Jak trudne jest przejście z kariery piłkarza do „życia po życiu”?

Ogromnie trudne.

Wielu piłkarzy z twojego pokolenia sobie z tym nie poradziło.

Pojawia się problem. Nie jesteś w centrum uwagi. Nie piszą o tobie i zwyczajnie ci tego brakuje. Jeżeli nie udzielasz się w telewizji i nie dajesz wywiadów, znikasz. To naturalne, są nowi bohaterowie, ale ciężko się na to przestawić. Tym bardziej bramkarzowi, bo na tej pozycji masz władzę, dyrygujesz i posiadasz naturalny autorytet. Zawsze twierdziłem, że drużyna gra tak, jak chce trener i bramkarz. Sam nie ukrywam, że mi tego brakuje.

Masz jednak taki charakter, że media nie przestaną się tobą interesować. Raczej nie znikniesz na amen, bo zawsze błyśniesz jakąś kontrowersyjną opinią.

Bo jak spojrzę w lustro, to chcę zobaczyć Arka Onyszkę, a nie jakąś ciotę, która ma tysiąc pomysłów na minutę i lawiruje tak, by nikomu nie zaszkodzić.

Nigdy nie myślałeś, że może warto ugryźć się w język?

Potem siedziałoby mi w głowie i i tak bym to powiedział.

Kiedy rozmawiasz z młodym piłkarzami – np. Górnika Łęczna – to też im radzisz, żeby byli przebojowi? To pokolenie jet dużo bardziej wyważone.

Uważam, że to problem. Kluby chcą, żeby – powiem obrazowo – wszyscy byli niebiescy. Tylko kiedy nie idzie, zaczyna brakować czerwonego, który weźmie wszystkich za łeb na boisku. Trener może rysować taktykę, mobilizować w szatni, ale nie ma bezpośredniego wpływu na samą murawę. Wtedy potrzebny jest lider. Tymczasem kiedy pojawia się stres, wielu się chowa, „żeby nie było, że przegrali przeze mnie”. Brakuje autorytetów w Ekstraklasie. Kluby źle postępują, że kasują przebojowość i próbują wrzucać piłkarzy w określone ramy.

W waszych czasach więcej było tych „czerwonych”.

Sami czerwoni! Kiedyś ogólnie piłkarze byli lepsi indywidualnie. Czasem też patrzę z politowaniem na te rozmowy w trakcie meczów. „Piłka była okrągła, wychodzimy na drugą połowę i postaramy się to odwrócić”. Nie idzie tego słuchać! Powiedz coś człowieku od siebie, z serca! Z drugiej strony boją się, że zaraz sponsor stwierdzi: „ojej, co ten piłkarz wygaduje?”. Nie osiągamy sukcesów na arenie europejskiej, bo brakuje kogoś, kto uzna, że pociągnie ten wózek z silniejszym przeciwnikiem.

Widzisz takich naturalnych liderów wśród polskich piłkarzy?

Robert Lewandowski bardzo się zmienił, od kiedy dostał opaskę w reprezentacji, ale dam ciekawszy przykład. Kuba Świerczok. Chłopak, który nie ma polskiej mentalności. Młody, a tak sobie ustawił całą szatnię, że wszyscy robią to, co on chce. Jedyny, który wychodzi poza ramy i – jeżeli będzie podchodził profesjonalnie do piłki – może jeszcze zrobić karierę za granicę.

Co takiego w nim widzisz?

On ma po prostu wyjebane. Niczym się nie przejmuje. Przychodzi na trening i uważa, że jest najlepszy. Że drużyna bez niego sobie nie poradzi.

Wypadałoby to tylko częściej udowadniać.

Przełamał się z Koroną i strzelił hat-tricka, ale to kwestia czasu, aż złapie odpowiedni poziom. Stać go, by naprawdę robić różnicę z przodu. Wcześniej nie dawał z siebie stu procent, ale teraz wóz albo przewóz. Teraz albo nigdy. Podczas ostatniego obozu bardzo się przykładał. Zostaje indywidualnie po treningach i widać efekty. Najważniejszy jest jednak charakter – gość zabiera wszystko. Bierze wolne i karne. Kiedy ktoś mu nie podaje, to nie patrzy, czy ma 30 lat, czy 20, tylko go opierdziela. Naprawdę w niego wierzę.

Ale skoro on jest – jak mówisz – czerwony, to nie ma ryzyka, że niebiescy go przestaną akceptować i wypchną poza towarzystwo?

W Midtjylland mieliśmy Mohameda Zidana, który potem poszedł do Werderu. Jest rozgrzewka, wszyscy biegną w lewo, a on sam w prawo. Wyobrażasz sobie to w Polsce? Ale to jego sprzedali za 1,5 miliona euro, a nie innych. Klub musi zarabiać na transferach, bo braknie pieniędzy w budżecie i przy niektórych indywidualnościach warto przymknąć oko. Tak samo było z Lindegaardem – w Polsce za tę niechlujność by go skasowano i nie wyjechałby do Manchesteru United. Zidan robił swoje, miał gdzieś wszystkich, ale strzelał gole. „Świeżemu” brakuje tego ostatniego – musi więcej strzelać.

A Zwoliński? Zetknąłeś się z nim w Górniku, a to też chłopak z papierami na grę.

Sympatyczny, fajny gość, bardzo ciężko pracuje, ale chyba za grzeczny. Chce być kumplem ze wszystkim, a tak się nie da.

Ciężko znaleźć w tym wszystkim złoty środek. Pokazywać charakter, mieć szacunek kolegów, kibiców, a przy tym pokazywać ten autorytet na boisku. 

Ale jeśli wyjeżdżasz na Zachód, to musisz się pokazać jako gość, który wierzy w siebie. Wtedy widzą, że możesz pociągnąć zespół. U nas zawodnik zagra dobry mecz i mówi, że się udało. Jak się, kurwa, udało? Po to ciężko trenujesz i zapierdzielasz w błocie, żeby „się udało”? Kiedy w silniejszej lidze zobaczą takiego skromnego, polskiego zawodnika, któremu „się udało”, to z miejsca go odpalą, bo nic nie wniesie. Zwłaszcza w momencie kryzysu dostosuje się do innych, a nie zrobi różnicy. Ja umiałem się dostosować do warunków złych i dobrych, nie szedłem na kompromis, miałem problemy, ale dziś bym się nie zmienił.

Napisałeś we wstępie, że uważasz siebie za zwycięzcę.

Mogłem się załamać, zacząć chlać i to wszystko rozwalić. Mogłem nie mieć rodziny, mieszkać u mamy w małym pokoju, spotykać się z kumplami i czekać, aż mama zrobi mi obiad, ale nie odpowiada mi to. Nigdy nie zapomnę, co wpoił mi ojciec. Załamać potrafi się każdy, bo to najprostszy. Mam do niego duży szacunek, choć kiedy czasem w dzieciństwie zakładałem rurki jak metalowiec, to zbierałem burę.

Będziesz taki sam dla swoich dzieci?

Nie będę tolerował dziadostwa i gender.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

***

KLIKNIJ TUTAJ, BY KUPIĆ KSIĄŻKĘ

KOMENTARZE (0)