Anderlecht  – bohaterowie dnia, dzięki którym wygrał futbol
Weszło

Anderlecht – bohaterowie dnia, dzięki którym wygrał futbol

Byli kręceni przez sędziego w Grecji tak, że śmierdziało czasami Fryzjera albo jakąś B-Klasą, gdzie arbitrem jest Zenek, szwagier trenera. Mimo to zdołali wygrać, a wraz z nimi wygrał futbol. Jakby tego było mało, kilka godzin przed meczem wykazali się modelowym Fair Play: Dinamo Zagrzeb powtórzyło casus Bereszyńskiego, wpuściło w Uefa Youth League nieuprawnionego zawodnika na ostatnie siedem minut. Ale z obozu Anderlechtu popłynęła prośba do centrali: nie wyciągajcie wobec Chorwatów konsekwencji. Pokonali nas uczciwie.

Najpierw obejrzyjmy „błędy” arbitra z Irlandii Północnej, Arnolda Huntera. Karny z dupy, tudzież: karny-widmo.

A teraz czas na festiwal czerwonych kartek.

Jakże smakować musiało Belgom zwycięstwo w Grecji (2:1 po dogrywce), skoro zostało dokonane mimo takich przeciwności. Internet już wydał na arbitrze wyrok, bo powyżej macie tylko najoczywistsze z jego błędów.

CcFvDQ8WAAAwTNs

Zupełnie poważnie temu meczowi powinny przyjrzeć się odpowiednie służby. Trzeba pamiętać, że Olympiakos ma w Grecji łatkę klubu, którego prezes, Evangelos Marinakis, jest na szczycie korupcyjnej piramidy. Więcej pisaliśmy TU, a teraz fragment:

„To szara eminencja tamtejszej piłki, w momencie ujawnienia niewygodnych dla niego faktów jednocześnie piastował trzy stanowiska – prezesa Olympiakosu, prezesa Super League, a także był wiceszefem federacji. Wyobraźcie sobie co gdyby w polskiej piłce był ktoś tak rozlegle ulokowany.

Prokuratorem był Aristid Korea. Miał nagrane rozmowy telefoniczne, setki akt i niezachwianą pewność, że skaże Marinakisa i jemu podobnych, bo oskarżał ponad osiemdziesiąt osób. Korea przekonywał, że Marinakis był częścią międzynarodowej organizacji ustawiającej mecze w siedmiu krajach – zwróćmy uwagę, nie w wielu krajach, a konkretnie w siedmiu. Wiedział o czym mówi. Marinakis miał wpływać na policjantów, sędziów, polityków, byleby tylko ugrać swoje.

Ludzie sypali. Thansis Yiachos, sędzia finału Pucharu Grecji zdradził, że Marinakis w przerwie zjawił się w jego szatni, łamiąc tym samym federacyjne zasady. Szef Olympiakosu tłumaczył się, że wszedł by życzyć powodzenia – innymi słowy, wykręcił się sianem.

Ale to małe miki. Słuchajcie dalej: Petros Konstantineas zeznał, że gdy wybrano go sędzią meczu Xanthi – Olympiakos, dostawał od różnych osób z federacji przykaz, że goście muszą wygrać. Protestował, nie zgadzał się, sędziował normalnie i Olympiakos przegrał. Kilka dni później piekarnia Konstantineasa została wysadzona w powietrze.”

***

Co do meczu juniorów, to sprawa jest w toku, bo przecież nie Anderlecht decyduje o tym co się dalej stanie, a UEFA. Niemniej Jean Kindermans, dyrektor do spraw szkolenia powiediał jasno: – Nie chcemy zająć ich miejsca. Byli lepsi na boisku, zasłużyli na awans, a zawodnik, który wszedł, nie miał wpływu na rezultat. Mamy nadzieję, że nie zostaniemy poproszeni o grę w ćwierćfinale.

W kolejnej rundzie czekałaby Barcelona, czyli dla dzieciaków mecz – wyjątkowa gratka. Niemniej jest oczywiste, że taki awans zadziałaby demoralizująco. Gdzie jak gdzie, kiedy jak kiedy, ale w grze juniorskiej trzeba stawiać na wysokie standardy fair play. Ilu jednak postąpiłoby inaczej?

Szacunek dla Anderlechtu – nie tylko piłkarzy, ale całego, jako klubu, instytucji.