Image and video hosting by TinyPic
Panowie, kiedy wreszcie zaczniecie chronić zdrowie zawodników?
Weszło

Panowie, kiedy wreszcie zaczniecie chronić zdrowie zawodników?

Déjà vu to uczucie niezwykle często spotykane w naszej lidze. Kiedy widzimy, że ktoś przyjmuje piłkę na pięć metrów, momentalnie w głowie pojawia się myśl, że gdzieś to już widzieliśmy. To samo przy haniebnie przestrzelonych setkach, strzałach wypadających za linię boczną czy dośrodkowaniach w maliny. Jaka jest więc nasza Ekstraklasa? Z pewnością bardzo regularna i powtarzalna. A przykład pierwszy z brzegu to Mariusz Pawełek z piątkowego meczu z Jagiellonią. W 42. minucie wypuścił piłkę po strzale Vassiljeva i padł gol. Natomiast w 77. minucie wypuścił piłkę po strzale Vassiljeva i padł gol. Widać więc jak na dłoni, że w obydwu zagraniach nie mogło być mowy o przypadku.

Z kolei w sobotę i niedzielę mieliśmy innego rodzaju déjà vu. Takie, przy którym – w odróżnieniu od zagrań Pawełka – w ogóle nie było nam do śmiechu. Co konkretnie mamy na myśli?

Sobota, godzina 15:57:

Mecz Korona-Lechia, rozpoczyna się 28. minuta gry. Bartosz Rymaniak brutalnie fauluje rywala atakującego lewą stroną boiska. Wjeżdża w niego z dużym impetem, tak na złamanie nogi, a przeciwnik może mówić o dużym szczęściu, że po takim wejściu nie trafił prosto do szpitala. Korona powinna przez ponad godzinę grać w dziesiątkę, co mogłoby jej mocno utrudnić odniesienie zwycięstwa. Uratowała ją jednak skandaliczna decyzja sędziego Musiała, który wycenił przewinienie jedynie na żółtą kartkę.

Niedziela, godzina 15:57:

Mecz Zagłębie-Legia, rozpoczyna się 28. minuta gry. Michał Kucharczyk brutalnie fauluje rywala atakującego lewą stroną boiska. Wjeżdża w niego z dużym impetem, tak na złamanie nogi, a przeciwnik może mówić o dużym szczęściu, że po takim wejściu nie trafił prosto do szpitala. Legia powinna przez ponad godzinę grać w dziesiątkę, co mogłoby jej mocno utrudnić odniesienie zwycięstwa. Uratowała ją jednak skandaliczna decyzja sędziego Złotka, który wycenił przewinienie jedynie na żółtą kartkę.

Jak moglibyśmy to podsumować? Podobieństwo zdarzeń jest tutaj niewiarygodne – ten sam czas, to samo miejsce na boisku, tak samo brutalne przewinienie, taka sama błędna decyzja arbitra i taki sam skutek w postaci zwycięstwa drużyny nieukaranej czerwoną kartką. Pasuje tu tylko pojechać klasycznym tekstem: Przypadek? Nie sądzimy.

Nie mamy tu jednak na myśli żadnych teorii spiskowych. Nie uważamy, że Rymaniak i Kucharczyk zostali skłonieni do takiego samego zachowania poprzez hipnozę, wszczepiony czip w głowę czy incepcję podczas popołudniowej drzemki. Przyczyną takiego stanu rzeczy – poza bezmyślnością samych zawodników – jest postawa arbitrów. Gdyby Kucharczyk usłyszał – a usłyszałby na pewno – że poprzedniego dnia w meczu ligowym jeszcze w pierwszej połowie sędzia wywalił z boiska Rymaniaka za brutalny faul w niegroźnej sytuacji, mógłby zakodować to sobie w głowie. W ułamku sekundy, tuż przed wpieprzeniem się w nogi Dorde Cotry, mogła mu zaświtać myśl, że za coś takiego wylatuje się z boiska. Ten moment zawahania mógłby sprawić, że jednak zaniechałby swojego bandyckiego ataku. Niestety, Kucharczykowi nic przez głowę nie przeszło, bo Musiał nie wyrzucił Rymaniaka. I za tydzień jakiś kolejny ligowiec też się nie będzie zastanawiał, bo będzie miał w pamięci, że Złotek nie wyrzucił Kucharczyka. Ligowym rzeźnikom wciąż bliżej będzie do myśli, że na boisku wolno wszystko.

Patrzymy na filmy z faulami Rymaniaka i Kucharczyka i zastanawiamy się, co musiałoby się stać, żeby sędziowie wyrzucili ich z boiska. Musieliby chyba urwać nogę rywalowi, i to w taki sposób, by ta wylądowała dziesięć metrów od reszty przeciwnika. Chociaż i wtedy nie mielibyśmy stuprocentowej pewności, że panowie z gwizdkiem dostrzegliby powagę przewinienia i zdecydowali się sięgnąć po czerwień. W końcu o wiele bezpieczniej – bezpieczniej dla sędziego, nie dla zdrowia zawodników – jest pokazać żółtą kartkę.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (0)

Najnowsze wpisy

INNE SPORTY