W Luksemburgu porównywali mnie do Messiego i Ronaldo. Trochę się wtedy uśmiałem
Weszło Extra

W Luksemburgu porównywali mnie do Messiego i Ronaldo. Trochę się wtedy uśmiałem

Jeśliby stworzyć listę najbardziej skutecznych rodaków za granicą, obok takich kozaków jak Robert Lewandowski, Krzysztof Warzycha czy Radosław Gilewicz należałoby wpisać nazwisko, które większości z was nie mówi pewnie nic. Tomasz Gruszczyński. Polak, który swoje piłkarskie życie spędził w Luksemburgu. Niby środek Europy, a jednak pełna egzotyka. W ekipie Dudelange strzelał jak na zawołanie (łącznie 116 bramek) i dziś po latach mówi o samym sobie: takiego jak ja w Luksemburgu nie było już dawno. Z Gruszczyńskim pogadaliśmy szerzej o tym, jak wygląda tamtejszy futbol. Zapraszamy. 

***

Luksemburg to kraj dla piłkarzy po trzydziestce. Finansowo stabilny, a i miejsce w składzie pewne. Nie trzeba się męczyć, nie ma żadnej konkurencji, pieniążki są. Idzie się na łatwiznę. Jak zawodnik ma 25-26 lat i dostaje ofertę z Luksemburga, przekonuję go jak mogę, żeby tam nie szedł. O wiele lepiej podpisać go w drugiej lidze belgijskiej albo trzeciej francuskiej.

Jak pan działa?

Wprowadzam zawodników do klubów. Już wcześniej dzwonili do mnie koledzy z Francji i prosili, żebym znalazł im jakiś zespół. Piłkarze chcą przychodzić do Luksemburga, bo to wygodny kierunek. Nie dadzą piłkarzom nie wiadomo jakich pensji, ale przygotują do życia poza piłką. Praca dla żony to norma, jeśli piłkarz jest na półzawodowym kontrakcie to jemu też jakąś znajdą. Szkoła dla dzieci, mieszkanie, samochód. Tym mogą skusić, bo praca w Luksemburgu jest bardzo dobrze opłacana. Jeśli ktoś jest po studiach to zarabia minimum 2000 euro. A stawka szybko idzie w górę. Ale zarobki muszą być dostosowane do tego, ile kosztuje tam życie. Na przykład żeby kupić dom (śmiech), żeby kupić dom trzeba mieć 600 tys. euro. A w stolicy – milion. Za mniej można pomarzyć. Niektórzy Francuzi wolą zostać po karierze w Luksemburgu, bo tu podatki są dwa razy mniejsze niż we Francji.

Krok po kroku, jak wygląda pańska pomoc? Oficjalnie agentem piłkarskim pan nie jest.

Przez moich kumpli, którzy jeszcze grają zawodowo, zbieram namiary do piłkarzy nie związanych jeszcze z żadnymi menedżerami – a wbrew pozorom są i tacy – i próbujemy ich lokować we Francji czy w Belgii. Luksemburg to ostateczność. Na rynku francuskim i belgijskim działa Jean-Philippe Caillet, ja tylko oddaje w jego ręce CV, na tym się w praktyce kończy moja działalność.

Ciężko namówić piłkarza na Luksemburg?

Młodego tak. Kiedy ambitny piłkarz wie, że jak trafi do Luksemburga to już po nim. Przepada.

A pan? Nie próbował pan stamtąd odejść?

Ale to prawie niemożliwe. Raz jakiś menedżer załatwił mi testy w Saarbrücken, oni weszli wtedy do drugiej ligi niemieckiej. Po moim ostatnim treningu zaprosili mnie do biura, mówili, że chcą ze mną podpisać, mój agent miał tylko przygotować kontrakt. Czekam, czekam, a on dzwoni po paru dniach i mówi, że się nie udało. W Europie Luksemburg nie jest poważnie traktowany. Jak poszedłem na testy to się mnie spytali na wejściu:

– A co wy tam robicie w tym Luksemburgu? Brzuszki tylko?

Infrastrukturalnie staliśmy na dobrym poziomie, mieliśmy własną siłownię, boiska. Organizacyjnie nie ustępowaliśmy klubom z drugiej ligi francuskiej. Denerwuje mnie, że tak się postrzega Luksemburg. Tak samo zamknięci są Francuzi. Francja, Francja, Francja, a poza nią świata nie widzą. Języków nie znają, nie mają pojęcia o innych krajach. Jestem przekonany, że gdybyśmy zrobili sondę i zapytali się Francuzów o capitale Polski, połowa nie miałaby pojęcia, co odpowiedzieć. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu ludzie we Francji pytali mnie: „wy tam już w Polsce macie telewizory?”.

Zdarzało się w ogóle, żeby ktoś z ligi luksemburskiej poszedł wyżej?

Pamiętam jednego. Joaquim, który wybił się na reprezentacji. Dziś jest w trzeciej lidze angielskiej. Ale to wyjątek.

Mało optymistyczna wizja.

Luksemburg idzie teraz w górę w rankingu UEFA. Udaje im się ostatnio przechodzić pierwszą, czasem i drugą rundę eliminacji do pucharów, reprezentacja też zaczyna wygrywać mecze.

Ostatnio z Grecją.

Kiedyś to było nie do pomyślenia, żeby nawet z kimkolwiek zremisowali. Może teraz jacyś skauci się zainteresują ligą?

Pan miał wtedy stałego menedżera?

Nie, nie miałem.

Może gdyby…

W pewnym momencie już dałem sobie spokój. Miałem swoje lata, żonę, dziecko, firmę. Dobrze mi było w tym klubie.

***

Najciekawiej było jak wyjeżdżaliśmy na mecze pucharowe. A do tych „naszych”, wschodnich krajów to już w ogóle. Ujmę to tak: oni nigdy u siebie nie widzieli takich ładnych dziewczyn.

I grzecznie w hotelach nie siedzieli.

Ojj nie. Ale dopiero po meczu!

Grubo było?

Jak to się mówi – to co się działo na Litwie zostaje na Litwie.

Swoje najlepsze momenty w karierze przeżył pan właśnie w eliminacjach do europejskich pucharów. Na przykład jak w drugiej rundzie graliście z Rapidem Wiedeń.

Pierwszy mecz zacząłem na ławce, dostaliśmy w dziesięć minut trzy bramki, a ja się temu tylko przyglądałem. Byłem tak wkurzony, że mówię:
– Jak wejdę, to chyba coś komuś zrobię.

No i wchodzę, cały w nerwach, biegnę ile sił i wchodzę całym impetem w pierwszego lepszego gościa. Za chwilę słyszę tylko po polsku:
– Kurwa, kurwa!!!
A tam leży… Marcin Adamski! Żółtą dostałem od razu. Po meczu idę do niego i mówię:
– Przepraszam, byłem tak wkurzony, że nie grałem, musiałem komuś przywalić.
Najciekawsze, że po meczu zaprosił mnie do siebie do domu i ugościł.

Interesujący początek znajomości.

Do dziś się kumplujemy, nie raz się zdzwaniamy. Skończyło się na 1:6.

W rewanżu wzięliście się za odrabianie strat, nawet strzelił pan gola.

Nawet nie wiem jak to się stało, że nagle zostałem w polu karnym sam i zagarnąłem piłkę takim dziwnym wolejem. Komiczny gol. Innym razem strzeliłem bramkę, która przeszła do historii Luksemburga. Przegrywaliśmy 0:1 i w 93 minucie strzeliłem gola, dzięki któremu mieliśmy dogrywkę. A w niej dołożyłem drugiego i wypracowałem dwa kolejne. Czemu historyczna bramka? Dzięki niej przeszliśmy przez pierwszą rundę eliminacji Ligi Mistrzów. Pierwszy raz w historii kraju. Aż nas kibice z Bośni oklaskiwali.


Gol Gruszczyńskiego od 1:15

Był pan w Luksemburgu kimś w rodzaju gwiazdy?

Mam telefony do prezydentów wszystkich klubów. Wystarczy, że zadzwonię i powiem „Gruszczyński” i to otwiera mi furtki. Kiedyś pewnie będę musiał się przedstawiać, ale jeszcze wszyscy mnie znają, na stadionach też.

Z boiska jak pana zapamiętali?

Wszyscy moi trenerzy mówili mi, że z Gruszczyńskim można iść na wojnę. Nie byłem zbyt lubianym piłkarzem. Non stop się wkurzałem na innych, że mają lepiej podawać albo że mają więcej biegać. Na boisku miałem strasznie zły charakter. Od piętnastu lat nie było piłkarza, który odniósłby w Luksemburgu taki sukces. Możemy mówić, że to piłka amatorska, jasne. Ale ja strzeliłem tam ponad sto bramek! Poziom na większą piłkę miałem, zresztą nawet w eliminacjach do pucharów strzelałem bramki.

Ciekawa sprawa, że nastukał pan tyle bramek, a nigdy pan nie był królem strzelców.

W Dudelange grałem nie tylko z przodu, ale też jako prawa pomoc. Nie zapominajmy, że ja tam też miałem konkurencję. Grał u nas na przykład Tony Vairelles, ośmiokrotny reprezentant Francji. Tylko zaczął z nami trenować a już się poszarpaliśmy. Przyszedł na miejsce pana Gruszczyńskiego i trzeba było mu pokazać, że nie będzie tak łatwo. Albo Emmanuel Coquelet z przeszłością w Lille, także potężny zawodnik. Z napastników miałem najmniejsze CV. Nieraz było tak, że siedziałem na ławie.

kuciak1

Źródło: 90 minut

Grając w innej lidze pewnie nie pojawiałby się pan w zestawieniach najbardziej skutecznych polskich napastników za granicą obok takich piłkarzy jak Warzycha czy Lewandowski. Jak pan do tego podchodzi? Krępuje to pana?

Nie porównuję się do takiego piłkarza jak Lewandowski, ale nie mam czego się wstydzić. Wstyd mi było jak w Luksemburgu dziennikarze zebrali moje statystyki i porównywali to z Messim i Ronaldo. No trochę się wtedy uśmiałem.

(śmiech)

Często o mnie pisali, dostałem nawet propozycję gry w ich reprezentacji. Miałem polski i francuski paszport, już nie chciałem nic kombinować. Poza tym jaka to przyjemność biegać za rywalami? Pozytywne było tylko to, że można by przebywać na jednym boisku z Cristiano Ronaldo. W reprezentacji Luksemburga przecież nie gra się w piłkę.

***

Po tatę przyjechał w 1989 francuski klub, FC Thionville, wtedy czwarta liga. Dopiero po paru latach awansowali do drugiej, wyższy poziom, ale nie wyrobili finansowo i spadli. Tata grał, a my po dwóch latach do niego dojechaliśmy.

Rzadko się słyszy, żeby piłkarz jechał do obcego kraju do czwartej ligi.

Tata mówił tak: to jest poker. Albo się uda, albo się nie uda. W Polsce nam źle nie było. Dziś można mu tylko podziękować. Patrząc na życie, jakie on miał, patrząc na nasze życie, można powiedzieć, że nam się udało. Tam zaczęła się moja gra w piłkę.

Jak miałem piętnaście lat wzięli mnie do szkółki Metz, a to była wtedy najlepsza szkółka w regionie. Organizowali selekcję, każdy młody chłopak mógł przyjść i się sprawdzić. Trener powiedział, że mogę zostać, ale wytrwałem tam tylko trzy miesiące. Rodzice pracowali, miałem problemy, żeby punktualnie przyjeżdżać na treningi. Przebierałem się w samochodzie, reszta miała 30 minut w nogach, a ja dopiero zaczynałem rozgrzewkę. Nie dostałem internatu, dopiero jak zdałem prawo jazdy to dojeżdżałem swoim samochodem. Musiałem zrezygnować, żeby tam wrócić dopiero później.

Co pan robił w międzyczasie?

Poszedłem grać do siódmej ligi. Wchodzę do szatni, a tam mówią:

– No, przydasz się w młodzikach!
A trenował ich wtedy mój ojciec: – Jak to? To jest nasz pierwszy skład!

Od razu zostałem trzecim najlepszym strzelcem ligi i zgłosiło się po mnie ponownie Metz. Graliśmy z nimi, to był grudzień, pełno śniegu, straszne warunki. Po meczu wzięli nas do szatni i powiedzieli mojemu tacie: bierzemy go.

Po jednym meczu?

Wcześniej poszła fama, że w regionie strzela młody chłopak, pisały o mnie nawet lokalne gazety, a Metz było największą szkółką w Lotaryngii. Zresztą, wiąże się z tym komiczna sytuacja, bo oni chcieli mnie obejrzeć. Dyrektor centrum Metz dwa razy przychodził na moje mecze i oba były odwołane (śmiech).

W szkółce dzielił pan szatnie z Emmanuelem Adebayorem i Ludoviciem Obraniakiem.

Qui. To w ogóle bardzo dobra szkółka, zawsze jest w piątce najlepszych akademii we Francji. Z „Ludo” gadamy czasami na Facebooku, z Adebayorem nigdy nie miałem dobrego kontaktu. Może dlatego, że to konkurent.

Przypuszczał pan wtedy, że zrobi taką karierę?

Zupełnie nie. Wręcz przeciwnie.

Dlaczego?

Do pracy był ostatni. Wszystko przychodziło mu z niesamowitą łatwością. On był wtedy bardzo wysoki i chudy, przez co często łapał urazy. Dopiero w Arsenalu przybrał cztery kilogramy masy mięśniowej. Potem się trochę pogubił, ale to przez jego charakter, jakby to powiedzieć…

Rozrywkowy?

O tak, to dobre słowo. Rozrywkowy to on był. Pierwszy do głupot, ostatni do pracy. Ale tak mają wszyscy piłkarze, którzy za młodu nie chodzili do szkoły. Adebayor nie wiedział nawet, kiedy się urodził. Raz mówił, że w 1985, raz, że 1984.

image1(1)

Lorc Mouni, Jean-Philippe Caillet, Tomasz Gruszczyński

Czemu ostatecznie nie wyszło panu w Metz? Siedział tam pan do 21 roku życia, dość długo.

Trzeba powiedzieć prawdę – nie miałem odpowiedniego poziomu. Spadaliśmy z ligi, wziął mnie dyrektor centrum i powiedział: – Poczekaj, nie odchodź, Nicea nie ma kasy i być może zostaniemy w Ligue 1, a wtedy zaproponujemy kontrakty wszystkim z twojego rocznika. No, ale się nie udało. Umowa wygasła, nikt jej nie przedłużył.

Tata zadzwonił potem do Włodzimierza Ciołka i ten załatwił mi testy w Zagłębiu Lubin. Przyjeżdżam i na wejściu doznaję szoku. Kazali mi… przebierać się w samochodzie. A ja przychodziłem wtedy z profesjonalnego francuskiego klubu, gdzie była znakomita baza. Pomyślałem sobie, że cofnąłem się w czasie o dwadzieścia lat. Na treningu graliśmy 14 na 14. Trener rzucił piłkę i niczym się nie przejmował. To nie był futbol, to była gra w „kto pierwszy ten lepszy”. Powiedziano mi, żebym został na meczu sparingowym, ale grzecznie podziękowałem. W tym samym momencie zadzwonił do mnie trener od przygotowania fizycznego w Metz. Mówi:

– Tomek, rozmawiałem z prezydentem Dudelange, szukają napastnika.

A właściwie to czemu nie? – pomyślałem.

Pojechałem się z nimi spotkać, bez żadnych sparingów czy testów. Flavio Becca, prezydent, jeden z najbogatszych ludzi w Luksemburgu, od razu przyszedł z kalkulatorem. A ja zupełnie nie byłem na to przygotowany, myślałem, że chce mnie poznać, wstępnie porozmawiać… Mówi na wejściu:

– Dostaniesz tyle i tyle.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Klub 35 kilometrów od domu, bogaty, nie wymagali testów, a to było o tyle ważne, że trochę się wtedy do nich zraziłem. Miałem już żonę, więc potrzebowałem stabilizacji. Okej, podpisujemy.

Kiedy słyszy się Luksemburg ma się przed oczami biznesmenów, banki, wielkie finanse. Finansowo się pan ustawił?

Na początku dostałem praktycznie tyle, co miałem w Metz. Miałem umowę na trzy lata, ale już po roku sami z siebie mi ją podnieśli. Przez dziesięć lat podpisałem tam pięć kontraktów, nigdy nie czekali do samego końca, żebym tylko nie odszedł do innego klubu. W Luksemburgu są tylko trzy kluby, które mogą sobie pozwolić na pensje na poziomie 2-3 ligi francuskiej. W reszcie zawodnicy dostają bardzo mało. 1000-1500 euro.

***

Pierwszą firmę założyłem w wieku 18 lat. Sprzedawałem samochody. Przygotowałem się do życia sam, nie chciałem nigdy mieć nad sobą żadnego szefa. Poza trenerem oczywiście. Skupowałem samochody od Luksemburczyków, oni oddawali je za bezcen. Mieli więcej kasy, więc nie zwracali uwagi na to, za ile sprzeda się samochód, skoro nowy już stał w garażu. O Polakach mówiło się w branży, że z fiata 125p potrafią zrobić porsche (śmiech).

Po co to panu było? Podejrzewam, że z piłki można było wyżyć na takim poziomie, że nie musiał pan tego robić.

Zdarzały się dni, że miałem tylko jeden trening. I jak to, po trzynastej nic nie robić cały dzień? Patrzeć się w telewizor? Musiałem zająć się czymś produktywnym. Samochody to był niepewny grunt. Dzisiaj odpala, jutro nie, można być w plecy. Potem otworzyłem konkretniejszy biznes, firmę stolarską. Tata zajmował się budowlanką i trochę mi przetarł szlaki. Interesowałem tym jego biznesem, podpatrywałem. Kiedyś potrzebował dwóch okien z Polski, to mu je sprowadziłem. Dziś sprowadzam ich pięćset miesięcznie.

To chyba dużo.

Firma się rozwija, teraz otwieram dwa duże sklepy. Jeden w Metz, drugi w Luksemburgu.

Zatrudnia pan Polaków?

Na piętnastu pracowników mam ich trzech. Ale obywatelstwo nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Biorę tych, z którymi się dobrze pracuje.

Jakby się pan skoncentrował wyłącznie na futbolu, zrobiłby pan większą karierę. Takie myśli musiały przechodzić panu przez głowę.

Na pewno bym zrobił większą karierę, gdybym nie poszedł do Luksemburga.

Żałuje pan po latach?

Nie. Jestem szczęśliwym człowiekiem, naprawdę.

Czy grając w lidze luksemburskiej można w ogóle mówić o piłkarskim spełnieniu?

Może gdybym został w Luksemburgu królem strzelców to bym się tak czuł? Raz było blisko. Miałem 19 bramek, lider miał 21. Jak widzę moich niektórych kolegów, jaka ciężka jest ich kariera… Tu grają sześć miesięcy, nie dostają pieniędzy, odchodzą, znowu nie dostają, nawet w klubach pierwszoligowych. Ba, mam zawodnika, który przyjechał z Zawiszy Bydgoszcz i nie otrzymał żadnej pensji za trzy miesiące. Męczą się. Rozwody, co chwilę są w innym miejscu, zero stabilizacji. Piłka pozwoliła mi coś osiągnąć, rozkręcić biznes. Jeśli miałbym powtórzyć swoją karierę, z zamkniętymi oczami mówię „tak”.

Lepiej być kapitanem na małym statku czy zwykłym marynarzem na wielkim okręcie?

Zdecydowanie kapitanem na małym statku.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

KOMENTARZE (0)