Samaras melduje się na Celtic Park a Żurawski pakuje plecak…
Weszło

Samaras melduje się na Celtic Park a Żurawski pakuje plecak…

To – przynajmniej początkowo – była magiczna przygoda, świadczyła o tym nawet ksywka, jaką nadali mu Szkoci. „Magic”. Mistrzostwo kraju, szesnaście bramek na koncie w sezonie, porównania do Henrika Larssona. Maciej Żurawski zaliczył w Celticu prawdziwe wejście smoka, a to nie była wtedy przecież ogórkowa drużyna, którą na luzie zlać mogła byle Legia. Nie, to był poważny gracz, który co roku mierzył w wyjście z grupy Ligi Mistrzów. W regularnych spotkaniach rzeźników z całego świata, którym piłka służyła wyłącznie jako pretekst do rąbanki, jego walory widać było jak na dłoni. Ale „Żuraw” szybko obniżył loty. Drugi sezon był już mocno przeciętny, trzeci – tragiczny.

Żurawski nagle się zaciął. Cała jego magia jakby uleciała. Trybuny, ławka, ogon, trybuny, ławka, ogon – tak wyglądała jego obecność w Celticu. 29 stycznia 2008 do Jana Vennegoora of Hesselinka, Scotta McDonalda i Derka Riordana dołączył jeszcze jeden konkurent, wypożyczony z Manchesteru City Georgios Samaras, a to ostatecznie obdarło Polaka z wszelkich złudzeń, jeśli jakiekolwiek jeszcze mu zostały. To był jasny komunikat: teraz będzie ci ciężko załapać się nawet na ławkę. Lepiej byłoby dla nas wszystkich, jakbyś się spakował.

No i „Żuraw” zabrał manatki i uciekł do Larisy. Do średniaka ligi greckiej. A to był dopiero początek rozmieniania się na drobne.

zuraw

Mówimy przecież o człowieku, który w prasie wypowiadał się w taki sposób i u nikogo nie budziło to wówczas ani grama żenady. Przeciwnie – wszyscy w „Żurawia” wierzyliśmy. Trochę na zasadzie „na bezrybiu i rak ryba”, ale wierzyliśmy. Mimo że jego reprezentacyjny bilans dziś nikogo nie rzuca na kolana (17 bramek w 72 meczach), wśród kibiców panowało wtedy przekonanie, że „Żuraw” może w pojedynkę wygrać grupę na mundialu. Napompowany do granic możliwości. On był naszą nadzieją. Że weźmie piłkę i zrobi mecz.

Czy w Szkocji ktokolwiek zapłakał po podmiance Żurawskiego na Samarasa? Raczej nikomu to nie przeszło przez myśl. Grek po pół roku stwierdził, że Celtic to jest to i został w nim na długie lata, wykręcając całkiem niezłe liczby. 171 spotkań, 53 goli, 34 asysty. Jeśli Samaras gdziekolwiek przeżywał w swojej karierze dobry czas, to właśnie tam. Ale nie z występów boiskowych zapamiętaliśmy go najbardziej, a… z sytuacji, kiedy świętował mistrzostwo z chorym kibicem na rękach. Bardzo przyjemny obrazek.

A co z “Żurawiem”? W Grecji nie wiodło mu się znowu tak najgorzej. Szybko pozbierał się do kupy po przesiedzianym pół roku na ławce/trybunach i jeszcze wiosną walnął sześć bramek. Kolejny sezon – dziewięć. Stać go było na dużo, dużo więcej, ale to przyzwoity wynik. Dalszą część historii wszyscy znamy. Cypr, gdzie bardziej interesowała go kasa niż granie i powrót do Wisły, który… chyba wypada tylko przemilczeć.

„Żuraw władca muraw” opanował po powrocie tylko boiska trzeciej ligi małopolsko-świętokrzyskiej, a chyba nie o to mu chodziło. Mógł o wiele ładniej się zestarzeć.

KOMENTARZE (0)