Wyjechali by… wrócić. Dwóch muszkieterów rusza na podbój Europy
Weszło

Wyjechali by… wrócić. Dwóch muszkieterów rusza na podbój Europy

Dla pierwszego wyjazd do silniejszej ligi był wówczas jak złapanie Boga za nogi, dla drugiego – naturalną koleją rzeczy. W dzisiejszej kartce wspominamy dwóch legionistów, którzy nie tak dawno ruszyli na podbój Europy. Ich historie są kompletnie różne, ale łączy ich jedno: obaj po jakimś czasie wrócili do Legii.  

***

28 stycznia 2009. Jakub Wawrzyniak odchodzi do Panathinaikosu. W czasach, kiedy do Grecji jeździło się jeszcze grać w piłkę, a nie tylko zajadać musakę i wygrzewać się w greckim słońcu. Już wtedy przylgnęła do niego łatka zastępcy piłkarza nieistniejącego. Był regularnie powoływany na kadrę, ale czy sportowo się w niej bronił – sprawa mocno wątpliwa. Ale mowa o reprezentacji, w której z lewą stroną kombinowano na przeróżne sposoby. A to Golański, a to Krzynówek, a to Gancarczyk, a to Wojtkowiak, a to Dudka… O tym, że w tej części boiska mamy wakat, nikt nawet nie dyskutował. No i z tego wakatu skorzystał Wawrzyniak.

Jak poszło mu w Grecji? Sportowo – a i finansowo, przynajmniej na papierze – wyglądało to całkiem nieźle. Co najważniejsze: grał prawie wszystko. Nawet w arcyprestiżowych meczach Panathinaikosu w 1/8 Ligi Mistrzów rozegrał niemalże dwa pełne spotkania. Naprawdę dawał radę.

Miał tylko jeden mankament: oponkę na brzuchu.

Jak się skończyła próba jej zrzucenia, wszyscy doskonale pamiętamy. Kontrola antydopingowa, dyskwalifikacja, koniec marzeń o podbijaniu Hellady. Sprawa Wawrzyniaka to świetny dowód na to, jak ciężkim problemem jest doping wśród piłkarzy. No bo tak – z jednej strony można pastwić się nad Wawrzyniakiem i kategorycznie stwierdzić, że spaprał sobie wtedy karierę (i tak wrócił do poważnego futbolu, ale kto wie, co by było, gdyby…). Z drugiej – kupił środek wspomagający spalanie tkanki tłuszczowej, a takie specyfiki to w świecie futbolu nic nowego. Spytał klubowego lekarza o zgodę na spożycie? Spytał. Przeanalizował dokładnie skład tego, co bierze? Przeanalizował. Został ostatecznie uznany za naszprycowanego koksiarza? Został.

***

28 stycznia 2012. Borysiuk decyduje – jednak Niemcy. Wielu sądziło, że Kaiserslautern to dla Borysiuka klub… za słaby. Że taki gość jak on powinien mierzyć wyżej, a średniak Bundesligi to dla niego zbyt niskie progi. Z dzisiejszej perspektywy – absurd. Niemiecki klub wydaje się taki… idealny. Skrojony na miarę. Nie można powiedzieć, żeby w nim utonął, ale nikt zdrowy psychicznie nie postawi też tezy, że wyrobił sobie w nim taką markę, iż dziś jakikolwiek klub z Bundesligi przyjąłby go z otwartymi ramionami.

Wszyscy zrobili na tym dobry biznes. Borysiuk, bo zaliczył pierwszą prawdziwą weryfikację umiejętności, i Legia – bo dwa miliony euro za defensywnego pomocnika – obojętnie jak młodego i doświadczonego zarazem – to dobry wynik. Pierwsze 1,5 roku grał niemalże wszystko. Potem… No potem już nie. W rozmowie z Weszło przedstawiał to tak:

– Ciężko o jakiekolwiek wytłumaczenie. Po kilku kolejkach zmienił nam się trener, usłyszałem, że wszyscy dostają białą kartę i w pierwszym meczu postawił na zawodników, którzy do tej pory nie zawodzą, bo idzie nam kapitalnie i wygraliśmy większość meczów. Przed tygodniem trener oznajmił mi wprost, że jest zadowolony ze środkowych pomocników i nie ma szans wstawić mnie do składu. Wypadam z tej karuzeli… Jeszcze nie kontaktowałem się z zarządem, ale w styczniu pewnie gdzieś zostanę wypożyczony. Występuję tylko w rezerwach, żeby zachować rytm meczowy, ale – nie oszukujmy się – nie jest to szczyt moich marzeń.

Później wypożyczenie do Wołgi Niżny Nowogród, gdzie także nie grał, no i powrót do polskiej ligi. Pocieszający w tej historii jest fakt, że Borysiuk wciąż może sobie powiedzieć, że najlepsze jeszcze przed nim.

KOMENTARZE (0)