post Avatar

Opublikowane 28.01.2016 15:13 przez

admin

Wielki talent. Był okres, w który nie dało się wymienić nazwiska tego człowieka, bez dodania właśnie frazy: „wielki talent”. Jak w wielu innych przypadkach, głowa nadążała za nogami wyłącznie na boisku, poza nim było już zdecydowanie gorzej. Grzegorz Król, bo o nim mowa, właśnie wydaje swoją autobiografię, w której opowiada o tym jak z wielkiego talentu został jeszcze większy niedosyt.

Zachęcamy do kupna w przedsprzedaży – TUTAJ. Poniżej kolejna część fragmentów tej książki.

***

Paweł Janas obrał kurs na Wronki, gdzie został dyrektorem sportowym. Ja byłem już wówczas piłkarzem Amiki. Pozwolicie, że opowiem pokrótce, jak do tego doszło…

Po powrocie z Eindhoven nie miałem już przyszłości w Lechii. Działacze byli na mnie źli, że w tajemnicy pojechałem do Holandii, a ja byłem wściekły na nich. W końcu to przez Banaczka nie podpisałem kontraktu z PSV. Za wszelką cenę chciałem z Gdańska uciec.

Zainteresowanie mną wyrażało kilka pierwszoligowych klubów, z Lechem Poznań na czele. Na mecz z Elaną Toruń przyjechał trener Ryszard Polak. Wybór spotkania był nieprzypadkowy, ponieważ Kolejorz interesował się również Jarosławem Maćkiewiczem z Elany. Poznaniacy nie mogli się zdecydować, którego z nas wybrać.

Polak przyjechał, ale tak się złożyło, że Maćkiewicz nie zagrał, bo był kontuzjowany, a ja pauzowałem za żółte kartki. Tak wyglądał wtedy skauting…

W końcu zdecydowali się jednak na mnie. Na jedno z pierwszych zgrupowań kadry olimpijskiej przyjechał Roman Jakóbczak. Lech powierzył mu zadanie wynegocjowania ze mną warunków kontraktu. Kompletnie nie wiedziałem, co mam mówić, jaką sumę podać. W końcu strzeliłem:

– 20 tysięcy za pół roku.

– Nie ma problemu. A do tego dorzucimy jeszcze premie meczowe i bonusy za zdobyte bramki.

Wychowankowie grali za tysiąc, a ja miałem dostawać 20 razy więcej! Jak na tamte czasy i fakt, że byłem nastolatkiem, stanowiło to ogromną sumę. Niestety do dziś jest tak, że wychowanków traktuje się gorzej.

Warunki tego transferu były dość skomplikowane. Lech zapłacił Lechii 150 tysięcy złotych, z czego 50 było opłatą za półroczne wypożyczenie, a sto zaliczką pod przyszły transfer. Do transferu definitywnego miało dojść po pół roku w przypadku, gdybym się sprawdził. Wówczas Lech dołożyłby jeszcze 400 tysięcy. Gdybym jednak się nie sprawdził, a Lechia chciałaby mnie z powrotem w Gdańsku, musiałaby oddać 100 tysięcy zaliczki. Gdyby nie miała tej sumy, za już wpłacone 150 tysięcy stałbym się własnością Lecha. Uprzedzałem, że skomplikowane, ale mam nadzieję, że zrozumieliście.

Po zadziwiająco szybkim ustaleniu warunków mojego kontraktu podaliśmy sobie z Jakóbczakiem ręce i myślałem, że w tym momencie się rozejdziemy, ale wtedy on zapytał Janasa:

– Ty, Paweł, masz tu jeszcze kogoś?

– No mam. Bykowski się nazywa, fajny napastnik.

– To dawaj go!

Po minucie „Byczek” stał z nami.

– Maciek, chcesz grać w Lechu? – zagaił Janas.

– No, chcę.

– A ile chcesz zarabiać? – zapytał Jakóbczak.

– Cztery tysiące.

– To my ci damy osiem. Pasuje?

– Pasuje.

Taka to była rozmowa.

Wylądowaliśmy z Maćkiem we wspólnym mieszkaniu na Ratajach. Można powiedzieć, że wiedliśmy studenckie życie. Nie mieliśmy pralki, a dietę opieraliśmy głównie na piwie. W czasie, gdy „Byczek” walił sześć browarów, ja ledwo dawałem radę dwóm. Mimo że wcześniej prawie w ogóle się nie znaliśmy, w kilka chwil staliśmy się najlepszymi kumplami. Wiadomo, że jak mieszka się razem, to więzi szybko się nawiązują…

Od zawsze byłem dość bezpośrednim człowiekiem. Często podchodziłem do dziewczyn i albo brałem numer telefonu, albo od razu zapraszałem na kolację. „Byczka” to dziwiło.

– „Królik”, dlaczego ty tak do tych wszystkich dziewczyn podchodzisz i cały czas chcesz te numery? – zapytał któregoś razu.

– No jak to dlaczego? A dlaczego nie?

– No nie wiem, ja bym tak nie mógł, wstydziłbym się.

– „Byczek”, zapamiętaj, jest prosta zasada: na dziesięć dziewczyn siedem ci odmówi, a trzy dadzą numer i z tymi trzema się spotkasz. Szkoda marnować okazje.

Maciek nadal tego nie rozumiał. Ale wziąłem się za niego i trochę wyszkoliłem.

JZrzut ekranu 2016-01-19 o 16.10.08edziemy kiedyś nocnym tramwajem. „Byczek” przyswoił już kilka trików i postanowił wypróbować je na zjawiskowej dziewczynie siedzącej kilka miejsc dalej. Tak skutecznie bajerował, że nie tylko zdobył numer, ale i namówił laskę, żeby spędziła z nim noc. W trójkę wylądowaliśmy w naszym mieszkaniu. Oni zamknęli się w pokoju Maćka, a ja grzecznie poszedłem spać. Czwarta nad ranem, a tu ktoś zaczyna mnie budzić.

– Dawaj, szybko! – to był spanikowany „Byczek”.

Nie zdążyłem nawet zapytać, o co chodzi, a on już ciągnął mnie do swojego pokoju. Myślę sobie: „Co jest grane?! Tak się rozpędzili, że trójkąta im się zachciało?”. Ale nie, to nie o figury geometryczne chodziło. Wchodzimy, patrzę, a dziewczyna siedzi na parapecie z nogami na zewnątrz. Czwarte piętro. Mówi, że będzie skakała, że popełni samobójstwo, że jej w życiu źle. Nawet list zostawiła. Teraz już obaj byliśmy przerażeni. Zaczęliśmy prosić, błagać, aż w końcu – nie wiem nawet, ile czasu minęło – weszła z powrotem do pokoju.

A co by było, gdyby skoczyła? Już widzę te tytuły gazet: „Dwóch piłkarzy Lecha i samobójczyni”. Po latach dogryzałem „Byczkowi”, że pewnie nie spisał się w łóżku. Teraz to może i śmieszne, ale wtedy prawie zeszliśmy na zawał.

***

– Dzień dobry, czy dodzwoniłem się do najlepszego napastnika w Polsce? – ktoś zaczął do mnie strzelać słowami z prędkością karabinu maszynowego.

– Dzień dobry – odpowiedziałem speszony. – Z kim mam przyjemność? – myślałem, że ktoś robi sobie jaja.

– Z tej strony najlepszy trener w Polsce, Albin Mikulski.

– Dzień dobry, panie trenerze.

– Grzesiek, ty jesteś szybkim napastnikiem, więc na pewno masz szybki sportowy samochód.

Pomyślałem sobie, że jakiś debil ten Albin, ale poznałem go po głosie, więc mówię:

– Zgadza się, mam sportowy samochód – bo rzeczywiście wtedy miałem.

– No to przyjeżdżaj tu szybko na spotkanie do Zakopanego. My cię chcemy, podpisujemy kontrakt. Pieniądze, jakie chcesz, wszystko, jakie chcesz. Chcę cię mieć w drużynie. I pamiętaj… Gramy systemem 4-5-1 z wysuniętym napastnikiem, którego nigdy nie ściągam z boiska – i on mi to wszystko przez telefon opowiada. – Wiesz, kto będzie tym napastnikiem?

– Kto, trenerze?

– Ty, Grzegorz, ty…

Wsiadłem w samochód i pojechałem do Zakopanego na obóz. Przywitałem się z trenerem Mikulskim, a on przedstawił mnie prezesowi klubu, który okazał się fajnym człowiekiem. Przypominał działacza żywcem wyjętego z lat 80.: na nogach czarne szczupaki, spodnie od garnituru, też czarne, i do tego kreszowy dres Adidasa.

– Ty jesteś Król? – zapytał na wstępie.

– No, jestem.

– Ile chcesz zarabiać?

– 300 tysięcy.

– Nie ma sprawy. Albin powiedział, że jesteś najlepszy.

Gdybym powiedział „milion”, pewnie dostałbym milion.

Poszedłem do sekretariatu, spisaliśmy umowę i sprawa była załatwiona. Wszystko trwało pewnie mniej niż dwie minuty.

Podpisałem kontrakt, a chwilę później Szczakowianka została zdegradowana z ekstraklasy za korupcję. I co teraz? Nie poszedłem przecież do Jaworzna po to, żeby kopać się po czołach w drugiej lidze.

Jak z nieba spadła wtedy oferta Lecha Poznań. Trenerem był tam Czesiu Michniewicz. Były kumpel z drużyny wyciągnął pomocną dłoń. Pojechałem do Wielkopolski, przeszedłem testy i do pełni szczęścia brakowało już tylko jednego szczegółu – musiałem rozwiązać kontrakt ze Szczakowianką.

Wróciłem więc do Jaworzna i ogłosiłem:

– Wieśniaki, jednak nie chcę u was grać!

Im to było nawet na rękę. Głównie z uwagi na niezbyt kuszącą perspektywę płacenia mi wysokiego kontraktu w drugiej lidze. Zgodzili się na rozwiązanie umowy, ale w ramach rekompensaty zażyczyli sobie 20 tysięcy złotych. Dychę zgodził się wyłożyć Lech, drugą dychę miałem zapłacić z własnej kieszeni. A że moje kieszenie były raczej puste – oczywiście w międzyczasie zdążyłem roztrwonić 150 tysięcy, które dostałem od Amiki – to pożyczyłem od lichwy.

Pozostało pojechać do Warszawy, żeby w siedzibie PZPN-u dopełnić wszystkich formalności.

Plan dnia ustalony był co do godziny:

11.15 – przyjazd mojego pociągu na Dworzec Centralny w Warszawie,

12.07 – przyjazd pociągu z prezesem Szczakowianki,

12.30 – spotkanie z prawnikiem w siedzibie PZPN-u.

W moim prywatnym planie, który misternie ułożyłem w głowie już poprzedniego dnia, znajdował się jeszcze jeden punkt, najważniejszy. Między przyjazdem mojego pociągu a przyjazdem pociągu prezesa była ponad 50-minutowa luka. Uznałem, że to wystarczająco dużo czasu, by odwiedzić moje ulubione miejsce.

Wszystko obliczyłem. Wiedziałem, gdzie dokładnie znajduje się kasyno i ile minut potrzeba, aby dojść do niego z dworca. Nie było to skomplikowane i czasochłonne – wystarczyło przejść przez ulicę. W portfelu miałem jakieś zaskórniaki, kasę na bilet powrotny i 20 tysięcy dla Szczakowianki. Zagram, wygram, będę do przodu – takie było założenie.

Wsiadłem do pociągu. Dzień był bardzo słoneczny, podobnie jak moje myśli. Czułem, że zbliża się wspaniała chwila, i wcale nie chodziło mi o czas, gdy transfer marzeń stanie się faktem. Miałem na myśli moment, w którym przekroczę wreszcie próg kasyna. Z trzech tysięcy planowałem zrobić 20. Zakładałem, że z tą sumą wrócę do Poznania i tam w spokoju będę kontynuował grę. Żonie zamierzałem skłamać, że negocjacje się przedłużyły. Cały plan miałem już gotowy. Byłem pewny, że się powiedzie. Modliłem się jedynie o to, aby pociąg nie miał opóźnienia. Wówczas nie zdążyłbym przecież odwiedzić kasyna. Nie mogłem do tego dopuścić. Głowiłem się, co mogę zrobić, aby skład na pewno dojechał do Warszawy na czas. Co kilka minut wypytywałem konduktorkę, czy podróż przebiega zgodnie z planem. Zmuszałem ją, aby dała gwarancję, że nie ma żadnego opóźnienia. Nerwowo chodziłem między przedziałami, nie mogłem usiedzieć w jednym miejscu. Za oknem migały drzewa, a mi wydawało się, że stoimy. Czułem się jak w końcówce meczów, w których prowadziliśmy, ale do samego końca musieliśmy odpierać szaleńcze ataki rywali. Każda sekunda wydaje się wtedy wiecznością.

W Warsie zamówiłem piwo. Tylko jedno, ponieważ z tyłu głowy wciąż miałem zapisaną informację, że czeka mnie ważne spotkanie. Nie o spotkaniu jednak myślałem, ale o tym, co zrobię z wygranymi pieniędzmi. Może kupię willę? W końcu ile można mieszkać w ciasnych mieszkaniach… Już byłem zwycięzcą. Przypominałem sobie wszystkie piękne chwile spędzone w kasynie. Przed oczami przelatywały mi kolejne wygrane. Tym razem też wygram. Po prostu to wiedziałem.

– Za ile będziemy w Warszawie? – zapytałem konduktorkę po raz setny.

Nie mogłem znieść, że pociąg jedzie tak długo. W jednym z przedziałów dostrzegłem samotnie siedzącego faceta. Wszedłem do środka i zaproponowałem kilka partyjek pokera. Cierpliwości starczyło mi na dwa rozdania. Podziękowałem i wyszedłem na trzecią czy czwartą kawę.

Wreszcie dojechaliśmy. Pociąg zajechał na peron punktualnie co do minuty. Wyskoczyłem z niego jako pierwszy i sprintem ruszyłem po schodach. Gdy dotarłem do przejścia dla pieszych, akurat paliło się zielone światło. Tak, to musiał być mój szczęśliwy dzień.

Pierwsze żetony rzuciłem na stół o 11.25. Po chwili zgarnął je krupier. No nic, rzuciłem kolejne. Znowu nie poszło. Kolejne – w plecy. Na zegarku za pięć dwunasta. Pół godziny minęło w okamgnieniu. Zostało 10 minut do przyjazdu prezesa, a umówiliśmy się, że będę na niego czekał na dworcu. Co tu robić? Przecież muszę się odegrać! To w końcu mój szczęśliwy dzień, nie może się tak skończyć!

Zaskórniaki i kasę na powrót już przegrałem, więc postanowiłem wymienić na żetony małą część z tych 20 tysięcy potrzebnych do rozwiązania kontraktu, dokładnie dwa tysiące. „W kilka chwil wyjdę przynajmniej na lekki plus i ładnie się pożegnam” – pomyślałem. Niestety, kolejne chwile mijały, a ja wciąż nie mogłem nic wygrać. Gdy spojrzałem na zegarek, była już 12.15. Wyłączyłem telefon. To był mój stały numer. Gdy traciłem kontrolę nad sytuacją, wyłączałem komórkę. Trochę jak dziecko, któremu wydaje się, że gdy zamknie oczy, jest niewidzialne. Albo jak struś, który chowa głowę w piasek.

W tym momencie już nic innego się nie liczyło. Nic, poza białą kulką. Znowu byłem w transie. Po godzinie poszedłem wymienić na żetony pozostałe 18 tysięcy Zaczął się maraton. Mijały godziny, a ja nie mogłem dobrnąć do krawędzi. Balansowałem gdzieś pomiędzy odrobieniem tych 20 koła a przegraniem wszystkiego. Ani jedno, ani drugie w pełni mi się nie udawało.

Balansowałem tak przez trzy dni. W tym czasie nie przespałem ani minuty. Przerwy robiłem sobie tylko od piątej do szóstej rano, gdy w kasynie trwało godzinne sprzątanie. Szedłem wtedy pod budkę z kebabem. Zjadałem bułkę, wypijałem kilka browarów i wracałem do ruletki.

Drugiego dnia przerwę miałem o godzinę dłuższą, bo zaprosiłem do hotelu jakąś świeżo zbałamuconą dupę. Musiałem trochę odreagować. W tym czasie moja żona, umierając z nerwów, obdzwaniała wszystkie szpitale. Nawet przez sekundę o niej nie pomyślałem.

W końcu po ponad 60 godzinach nadeszła upragniona przegrana. Nareszcie!

Z kasyna wyszedłem kilka minut przed północą. Nie za bardzo wiedziałem, co z sobą zrobić, dokąd pójść. Przespałem się na dworcu, a rano postanowiłem wsiąść do pociągu byle jakiego. Nie miałem bagażu ani biletu. Maryla Rodowicz byłaby dumna.

Usiadłem w pustym przedziale i zasnąłem w kilka sekund. Gdy się obudziłem, przez moment miałem nadzieję, że w rzeczywistości pociąg do Warszawy się spóźnił, a to wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech dni, było tylko koszmarem sennym. Nie było. Wyglądając przez szybę, zacząłem się zastanawiać, co dalej. Jak wytłumaczyć Czesiowi, że przegrałem w kasynie całą sumę potrzebną do rozwiązania kontraktu? Co powiedzieć ludziom z Jaworzna? Czy żona będzie mnie chciała jeszcze znać? Jak spojrzeć im wszystkim w oczy?

Za szybą ukazała się tablica z napisem POZNAŃ GŁÓWNY. „Jutro się odegram” – pomyślałem, wychodząc z pociągu.

***

Podobno najlepszych trzeba naśladować, więc staraliśmy się to robić. Przed którymś z wyjazdów Stefan Majewski ogłosił:

– Panowie, za 10 minut wszyscy w autokarze i ruszamy. Kto się spóźni, zostaje.

Uznaliśmy z „Dawidem”, „Sokołkiem” i „Zieńkiem”, że spokojnie zdążymy jeszcze wypić kawę. Siedzimy wygodnie, aż nagle patrzymy, że autobus odjeżdża. Spojrzeliśmy po sobie lekko zdezorientowani.

– Nie no, trzeba coś zrobić! Dzwońmy! – przerwał ciszę Tomek Sokołowski.

– Nigdzie nie będziemy dzwonić. Bez nas nie pojadą – skontrował opanowany „Dawid”.

Wiadomo, byliśmy młodzi i gniewni. Autobus stanął 300 metrów dalej, więc ruszyliśmy. Idziemy, idziemy i nagle autobus znowu rusza. My za nim. W końcu ponownie się zatrzymuje. Otwierają się drzwi, wchodzimy, a „Dawid” na całe gardło:

– No i co, kurwa, zesraliście się! Bez nas byście w ryj dostali na Odrze Wodzisław!

Tacy właśnie wtedy byliśmy. Cały świat należał do nas.

***

W sezonie 2002/03, po przejściu w Pucharze UEFA walijskiego Llansantffraid FC (w dwumeczu strzeliłem cztery gole), trafiliśmy na Servette Genewa. W pierwszym meczu, na wyjeździe, już przegrywaliśmy 0:2, ale w drugiej połowie ukłułem dwa razy, trzecie trafienie dołożył Marek Zieńczuk i do Polski wracaliśmy jako zdecydowani faworyci do awansu. Przed rewanżem nabawiłem się drobnej kontuzji, a bardzo zależało mi, żeby zagrać. Nie dość, że gwarantowało to dobrą premię za sam występ, to jeszcze można było zgarnąć kupę szmalu za awans do kolejnej rundy. Miałem wtedy duże ciśnienie, długi rosły z dnia na dzień. Postanowiliśmy z „Dawidem” – on akurat też był wtedy kontuzjowany – że pojedziemy do Szczecina. Tam swój gabinet miał Zbyszek – najlepszy rehabilitant, jakiego znaliśmy. Zakwaterowaliśmy się w mieszkaniu wujka Bartka Ławy. Zrobiliśmy to na prośbę naszych kobiet, które wiedziały, czym grozi wypuszczenie nas samych gdzieś dalej niż do sklepu (choć i to było niebezpieczne, bo przecież wiązało się z pieniędzmi). Dziewczyny chciały, żeby jakiś odpowiedzialny człowiek, czyli wujek Bartka, miał nas na oku.

Zbyszek był tak znakomitym fachowcem, że zjeżdżali się do niego ludzie z całej Polski. Miał tylu pacjentów, że dla nas znajdował czas dopiero po pierwszej w nocy. Co więc robić przez cały dzień w obcym mieście? No jasne… Mieszkanie zaprzyjaźnionego wujka miało jedną wadę: ulokowane było za daleko od kasyna. Dlatego już drugiego dnia zabraliśmy stamtąd rzeczy i przenieśliśmy się do hoteliku studenckiego. To miejsce miało z kolei dwie zalety: noclegi w nim były śmiesznie tanie i znajdowało się kilka metrów od kasyna. Żonie powiedziałem, że w mieszkaniu wujka nie ma telefonu stacjonarnego, dlatego w razie czego miała dzwonić na komórkę. Wiedziałem, że będzie dzwonić bez przerwy. I tutaj przydała się bliskość noclegowni. Całymi godzinami siedziałem w kasynie, a kiedy tylko na telefonie wyświetlał się numer mojej żony, sprintem biegłem do hoteliku, po czym odbierałem połączenie i zaspanym głosem oznajmiałem, że nie jestem zadowolony z faktu, że budzi mnie w środku nocy. Odwalałem przedstawienie i wracałem do kasyna. Gabinet Zbyszka odwiedziłem tylko raz.

Popadałem w paranoję. Niby chciałem się leczyć – bo przecież graniem w piłkę co miesiąc doładowywałem swoje konto – ale gdy trzeba było dokonać wyboru, liczył się tylko hazard. Byłem zaślepiony. Bez przerwy myślałem wyłącznie o kasynie. Jak nie miałem kasy, to szedłem tam tylko po to, żeby popatrzeć na moją ukochaną białą kulkę. Po cichu liczyłem, że spotkam jakiegoś znajomego, a on podzieli się ze mną żetonami. Myślałem jak „szczur”. Bywało, że jak „szczur” się zachowywałem…

Od wielu lat nienawidzę świąt wielkanocnych. Zostało mi tak, od kiedy któregoś roku odwiedziłem kasyno w Wielki Piątek. Ludzie całowali w kościele krzyż, a ja w tym czasie przegrywałem ostatnie oszczędności. Kiedy o trzeciej nad ranem wsiadałem do auta, modliłem się, żeby starczyło mi paliwa do Wronek. Pozostałem bez złamanego grosza, a wszystkie karty już dawno wyczyściłem, tak że nie miałem już za co zatankować. Przez całą drogę zastanawiałem się, jak powiedzieć żonie, że święta spędzimy we wronieckim bloku. W tym miejscu idealnie pasowałaby wstawka w stylu: „Jadąc tak pośród ciemnych pól, spłukany do cna, miałem ochotę zjechać na drugi pas i czołowo zderzyć się z którąś z nadjeżdżających z naprzeciwka ciężarówek”.

Problem w tym, że nie miałem takiej ochoty. Tylko idioci zabijają się w ten sposób, ryzykując przy okazji śmierć innego człowieka. Zresztą, ja wcale nie chciałem się zabić. Moim zmartwieniem było tylko to, jak wytłumaczyć żonie, że nie pojedziemy do Gdańska do rodziny, bo nie mam pieniędzy na paliwo. Kiedy przyjechałem, ona już spała. Położyłem się obok, ale nie zmrużyłem oka ani na sekundę. W głowie po raz tysięczny układałem plan pod tytułem: „Tym razem na pewno się odegram”. Na wielkanocne śniadanie zjedliśmy to, co akurat było w kuchni. Niestety były tylko zupki chińskie i kasza. Siedzieliśmy w milczeniu i wlewaliśmy w siebie pomidorową przyrządzoną z proszku. Dramat. Kolejne dni wyglądały podobnie. Żona była wściekła i nie chciała ze mną rozmawiać. Całe święta przesiedziała w salonie, ja a w tym czasie grałem na komputerze w pokoiku obok. Nie odezwaliśmy się do siebie słowem. Koledzy porozjeżdżali się do swoich rodzin. W całym bloku zostaliśmy tylko my. Potem zastanawiałem się, czemu nie poprosiłem na przykład Remka Sobocińskiego, który opuszczał Wronki jako jeden z ostatnich, żeby pożyczył mi chociaż pięć dych. Przynajmniej mielibyśmy na jedzenie. Ale mi było tak wstyd, że wtedy nawet o tym nie pomyślałem.

KLIKNIJ TUTAJ, ABY KUPIĆ KSIĄŻKĘ.

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 0
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
Powiadom o
Weszło
31.03.2020

QUIZ. Kto zasiedział się w Ekstraklasie?

Kilka dni temu spodobał wam się quiz, w którym musieliście wymienić obcokrajowców z największą liczbą goli w Ekstraklasie, więc dziś postanowiliśmy pójść krok dalej. Tym razem waszym zadaniem jest wymienienie zagranicznych graczy, którzy w naszej lidze zagrali przynajmniej 100 razy. Jasne, zazwyczaj było tak, że jeśli ktoś był dobry, to szybko stąd czmychał, ale trochę […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

„W Siedlcach mówiono, że jest dziwny. A on po prostu więcej trenował”

Pół roku w Pogoni Siedlce. Rok w Podbeskidziu. Powołanie do reprezentacji Michniewicza tuż przed samym Euro, debiut na turnieju, potem tylko jeden opuszczony mecz w Ekstraklasie po transferze do Śląska. Kariera Przemysława Płachety pędzi bardzo szybko, być może jeszcze szybciej niż on na boisku – cztery z dziesięciu czołowych sprintów w sezonie 19/20 są jego […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

Kondycja zamknięta w areszcie domowym

Wracamy do gry! Liga startuje! Otwórzmy stadiony, wypełnijmy trybuny i zacznijmy igrzyska. Ale zaraz. Możemy? Tak bez przygotowania? Nawet nie z marszu, a prosto z kanapy? Słyszymy coraz to nowsze terminy powrotu do gry w piłkę i choć wiemy, że ci, którzy podają daty w promieniu najbliższych kilku tygodni mocno fantazjują, to zadajemy jedno pytanie. […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

„Odpowiadam na wszystkie kłamstwa”, czyli Kaszowski odpowiada na list Kałuży

Dzieje się w Gliwicach. Ustalmy chronologię.  26 marca, czwartek – dostajemy informację, że Piast zwalnia część pracowników działu administracyjnego, a w tym nazywanego legendą klubu Jarosława Kaszowskiego.  28 marca, sobota – publikujemy wywiad z Jarosławem Kaszowskim, w którym przedstawia szczegóły zwolnienia z Piasta i ostro krytykuje władze klubu – „Prezes Żelem nie lubi ludzi. Nigdy […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

Ekstraklasa apeluje do PZPN: pozwólcie obciąć pensje

„Ekstraklasa S.A. w imieniu 16 klubów uczestniczących w najwyższej klasie rozgrywkowej, zwróciła się do PZPN o pilne przyjęcie przez zarząd Związku uchwały w sprawie zasad zmniejszenia wynagrodzeń zawodników” – czytamy na stronie ekstraklasa.org. Co to oznacza? Cóż, wygląda na to, że – w najwyższym skrócie – rozpoczyna się kolejna odsłona wojenki między klubami i związkiem. […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

Niemcy wychodzą przed szereg: Bundesliga chce wystartować od maja

Większość światowych lig powoli godzi się z tym, że prawdopodobnie nie uda się dokończyć rozgrywek do 30 czerwca. Bardziej niż o planach ewentualnego powrotu myśli się o tym, jak sprawiedliwie rozstrzygnąć przerwany sezon. Z tego schematu wyłamują się Niemcy. Dziś odbyła się konferencja prasowa z Christianem Seifertem, prezesem DFL, niemieckiej federacji, na której ogłoszono istotne […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Sytuacja nie jest łatwa dla kogokolwiek. Jeśli dalej tak będzie, liczba firm, które padną porazi skalą, jakiej za naszego życia nie zaznaliśmy. Pospinanie budżetu – na każdym poziomie: domu, zakładu pracy, całego państwa – stanie się niezwykle trudne i chyba wszyscy musimy pogodzić się z myślą, że coś się na pewien czas skończyło. Potem oczywiście […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

Jak obniżać pensje? Zagłębie Sosnowiec przykładem dla innych klubów

Powiększa się grono pierwszoligowców, którzy zdecydowali się na obniżki wynagrodzeń. Do Miedzi Legnica i Warty Poznań dołączyło dziś Zagłębie Sosnowiec. Dlaczego wyróżniamy akurat ten klub? Bo przedstawił on najbardziej rozsądny i sprawiedliwy sposób na cięcia, jaki widzieliśmy. Pensje obniżono proporcjonalnie do ich wysokości, a w przypadku najmłodszych oraz pracowników administracji, cięć nie będzie wcale. Marcin […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

Trenerzy reprezentacji obniżają swoje pensje o połowę

Obniżki, obniżki, obniżki. Nie wszyscy się kłócą, nie wszyscy się dziwią, niektórzy podchodzą do sytuacji z pełnym zrozumieniem. Dzisiaj zapadła decyzja, że trenerzy reprezentacji narodowych – z Jerzym Brzęczkiem i jego sztabem na czele – przez następne cztery miesiące (za kwiecień, maj, czerwiec i lipiec) będą otrzymywać mniejsze wynagrodzenie, niektórzy mniejsze nawet o połowę. Co […]
31.03.2020
Bukmacherka
31.03.2020

Absolutny hit! Custom Bet na Heroes III w eWinner!

Chyba nie znajdziemy osoby, która nie zna tej kultowej gry! Heroes III to żywa legenda, gra, która mimo upływu lat cieszy się ogromną popularnością. Rzesza fanów ciągle się powiększa, a wśród nich znajdziemy nawet… Jakuba Błaszczykowskiego! Tak jest, legenda polskiej piłki przyznała, że potrafi zarwać nockę w poszukiwaniu artefaktów. Wszystkich miłośników tej kultowej gry ucieszy […]
31.03.2020
Anglia
31.03.2020

Kolejna idiotyczna afera w kolekcji Jacka Grealisha

Wydawało się, że Jack Grealish etap wywoływania kretyńskich afer ma już dawno za sobą. Anglik powrócił z Aston Villą do Premier League, grał naprawdę nieźle i wszystko wskazywało na to, że się – mówiąc krótko – ogarnął. No ale jeśli ktoś ma siano w głowie, to niestety trudno zastąpić je rozumem. Grealish zaledwie kilka dni […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

Widłak: Co z amp futbolowym EURO? Czas na decyzje do końca maja

Gdy w październiku 2011 roku w Polsce szykowano się do pierwszych treningów w amp futbolu, nikt nie wiedział nawet, czy powstanie reprezentacja, a co dopiero uda się z nią wyjechać na EURO czy mistrzostwa świata. Dzisiaj zawodników wspierają Robert Lewandowski, Zbigniew Boniek czy nawet prezydent Andrzej Duda, a transmisję przeprowadzoną w TVP Sport z ich […]
31.03.2020
Bukmacherka
31.03.2020

Zakłady over/under – jak obstawiać?

Zapowiada nam się prawdziwy festiwal bramkowy – kto z nas nie słyszał takiego zdania z ust komentatorów? Czasami idzie to też w drugim kierunku i słyszymy, że goli nie ma co się spodziewać. Przede wszystkim jednak na tym, czy bramki padną czy nie, można zarobić. W jaki sposób? Obstawiając zakładu typu over/under u legalnych bukmacherów. […]
31.03.2020
Bukmacherka
31.03.2020

Kolejny powrót Marcina Najmana? Postaw na to w BETFANIE!

Niestrudzony fighter, niepokonany wojownik, ikona polskich sportów walki. Tymi słowami na pewno nie opiszemy Marcina Najmana, ale co by nie mówić, wielu bardziej rozpoznawalnych postaci w tym środowisku nie znajdziemy. A że swoją popularność zawdzięcza słynnemu odklepywaniu? Co poradzić… Najman wróci do klatki? Ringu? Gdziekolwiek? Postaw na kolejną walkę „legendy” MMA w BETFANIE! Kolejna porażka […]
31.03.2020
Bukmacherka
31.03.2020

Obstawiaj CS:GO ESL Pro League w Totolotku!

Trzy mecze, potrójny zysk! Przed nami kolejny dzień promocji #GRAMzDOMU w Totolotku. Ten legalny bukmacher oferuje nam dziś spotkania ESL Pro League w Counter Strike’u oraz mecz Szachtara z Yunostem w hokejowych mistrzostwach Białorusi. Stawiając na faworytów tych spotkań otrzymamy kurs aż 3,56! Marzec dobiega końca, więc warto zamknąć miesiąc efektowną wygraną! Legalny bukmacher Totolotek […]
31.03.2020
Weszło Extra
31.03.2020

Uczeń Maradony, bohater Stamford Bridge. Historia Gianfranco Zoli

– Obserwujcie go teraz! Będzie wykonywał rzuty wolne – zakomenderował Ruud Gullit, grający trener Chelsea. Cała ekipa The Blues rozsiadła się zatem przy linii bocznej boiska treningowego i skupiła wzrok na Gianfranco Zoli, który sposobił się do oddania paru uderzeń ze stałych fragmentów gry. Dobiegał właśnie końca pierwszy trening Włocha w barwach londyńskiego zespołu. Piłkarze […]
31.03.2020
Weszło
31.03.2020

„Jeśli klubów nie stać na wysokie kontrakty, niech kupią tańszych piłkarzy”

– Jeśli klub stać, to wysoki kontrakt nie jest problemem. A jeśli nie, to niech kupują tańszych graczy… Piłkarze wiedzą, że jest trudna sytuacja, mam odczucie, że zeszliby z pensji, ale myślę, że się nie zgodzą na 50 proc. To za dużo! – mówi Euzebiusz Smolarek, prezes Polskiego Związku Piłkarzy, na łamach „Super Expressu”. Co […]
31.03.2020
Bukmacherka
31.03.2020

Jak zarobić na hokeju? Obstaw finał ligi białoruskiej w Milenium!

Na Białorusi czeka nas trzeci mecz o mistrzostwo kraju w hokeja! Obrońcy tytułu z Mińska mogli jechać do Soligorska z bezpieczną przewagą, jednak zmarnowali okazję na jej zbudowanie. Teraz to Szachtar może wykorzystać atut własnej hali. Faworytem pozostają jednak aktualni mistrzowie, co sprawia, że Milenium oferuje na ten mecz bardzo atrakcyjne kursy! Szachtar Soligorsk – […]
31.03.2020